|
Blog > Komentarze do wpisu
Biorą z mojej półki
Dalej biorą z mojej półki ... jak się ta cholerna wyliczanka nie skończy, to za moment nas nie będzie. Wygląda na to, że los zapomniał o danej nam przez statystykę obietnicy, że ma się to stać dopiero za dwa momenty. W dalekiej Kalifornii zmarł ktoś, kogo przez wiele lat uważałam za brata. Kilka lat mieszkałam z nim drzwi w drzwi: codzienne biesiady, wino, gitara i śpiew. Dziś współczuję naszym ówczesnym sąsiadom, wtedy świetnie się bawiłam i o nich nie myślałam. Pamiętam jak wyjeżdżał w 1988 roku, zniesmaczony ówczesnym marazmem i brakiem perspektyw. Gdy przyjechał 20 lat później (pisałam już wtedy bloga i tu odnotowałam tamto spotkanie) zobaczył, że żyjąc równoległym życiem, doszliśmy w podobne miejsca. Nie oczekiwał, że przyjeżdżając będzie dolarowym królem życia, jak to było w minionej epoce, ale też chyba nie zdawał sobie sprawy z ogromu zmian, jakie zaszły pod jego nieobecność. Niedawno zapowiedzieli zniesienie wiz do USA, pomyślałam, że warto tam wreszcie pojechać i m.in. go odwiedzić. Nie zdążyłam. "Zmarł po intensywnej walce z rakiem". W sobotę było coś na kształt stypy. Miło było się spotkać, ale aby kolejne spotkanie nie było dopiero przy kolejnej tego typu "okazji", zaprosiłyśmy ich z Ańcką na nasz doroczny imieninowy spływ kajakowy (w tym roku chciałabym ubogacić imprezę i urządzić jeszcze leśne podchody). Skończyłam Ficiaka, któremu ostatecznie zmieniłam ksywkę na Rulonik. Na zdjęciu przed praniem, czyli jeszcze przed nadaniem ostatecznego kształtu.
Fajnie wygląda, ale na długo nie starczy. Robiłam z Zitron Tweed, włóczka typu superwash, jeszcze nie zaczęłam nosić a już się szmaci. Dobrze wyglada, ale z pewnej odległości. Zamarzyła mi się kolejna chusta, tym razem estońska i mniej pstrokata. Myszoptica poleciła mi Lace Scrumptoius. W tym tygodniu Gumiś ma ją odwiedzić i coś w jej Zagrodzie wybrać. Waham się pomiędzy Water:
a Stale.
Ze wskazaniem na Water. Gumiś pojedzie, to wybierze.
Kupiłam nowy monitor. Jak opowiadałam co się stało ze starym dowiedziałam się, że nie jestem pierwszą, która w ten sposób "załatwiła" monitor: nie wolno pryskać bezpośrednio na ekran, trzeba na ściereczkę. Bezkarnie robiłam tak przez kilka lat, widocznie tym razem prysnęłam mocniej, pod jakiś innym kątem, po prostu miałam pecha. Nowy monitor był u mnie tylko przez chwilę. Kurier wszedł, zostawił paczkę i szybko wyszedł. Po rozpakowaniu okazało się, że jest porysowany ekran. Czekam na teraz na uznanie reklamacji, mają na to 14 dni. Nawet jak ją uznają bez dodatkowych pyskówek, będę miała problem z odbiorem. Wolałabym przy odbiorze sprawdzić, a kurierzy dalej konsekwentnie jeżdżą tylko w godzinach pracy. A synka już w Brwi nie ma. Idy Marcowe
Dobry polityczny film. Nic wprawdzie nowego nie wnosi, ale naprawdę miło się ogląda. Konwencja demokratów w Ohio. W zasadzie gra o wszystko, ten co wygra wystartuje w wyborach. Naprzeciwko siebie stają dwa sztaby wyborcze, w jednym z nich pracuje nasz bohater. Gdy zaczyna się film, robi to nie tylko dla pieniędzy i kariery, ale i z przekonania. Gdy film się kończy, nasz bohater ma już za sobą smugę cienia, powiedzieć że nie jest juz idealistą to mało: na naszych oczach stał się pełnokrwistym cynikiem. Siłą tego filmu jest jego zwyczajność. Historia opowiedziana w tym filmie mogła się zdarzyć, nie ma w niej nic z political fiction jak w Faktach i Aktach. Dobrze jest też pokazane, jak coraz bardzie w polityce obowiązuje konwencja Pudelka. Smutne.
Mój tydzień z Marylin
Przesłodki snuj, podobno oparty na faktach. Ale spokojnie można sobie darować. Marilyn Monroe przyjeżdża do Anglii by nakręcić film z Laurence Olliwierem. Historia kręcenia tego filmu opowiedziana jest z perspektywy młodego chłopaka, asystenta reżysera, któremu udało się na moment (tytułowy tydzień) "zbliżyć" do Marilyn. Obsada niesamowita. Ale nie podobała mi się grająca Marilyn, Michelle Williams. Świetnie gra, dobrze naśladuje jej ruch, jest perfekcyjnie umalowana, ale to trochę za mało - nie ma tego kociego "cuś". Scarlett Johansson, za którą nie przepadam, byłaby według mnie o niebo lepsza. M. Willimas ma w sobie coś z "dziewczyny z sąsiedztwa", a to nie ta półka, co Marilyn. Kolejny film o smudze cienia. Ładne. I nic poza tym.
Nagroda
Po raz pierwszy od dawna byłam sama w kinie. Małym, bo małym (Kino KC), ale puścili tylko dla mnie. Piękny film, ale z gatunku: "dla koneserów". Argentyna. Lata 70-te, czas rządów junty. Do opuszczonego baraku na plaży wprowadza się kobieta z 7-letnią córką. Przyjechały z Buenos Aires, dlaczego nie wiadomo, w każdym razie matka boi się, że nawet tutaj nie dadzą jej spokoju. Mała dziewczynka lgnie do ludzi i wymusza zgodę na pójście do szkoły, gdzie z uwagi na swój "kapitał społeczny", z trudem przychodzi jej to, by nie rzucać się w oczy. Opowiedziane jest to wszytko z pozycji dziecka, które wie że musi zachować dla siebie tajemnice dotyczące swojej rodziny i w wielu sytuacjach jest to dla niego bardzo trudne (film oparty jest na wspomnieniach reżyserki). Niewiele się w nim dzieje, nie za wiele mówi, prawie nic nie wyjaśnia. Są za to przepiękne zdjęcia, wciągający nastrój. No i grająca główną rolę mała dziewczynka, a naprawdę wielka aktorka. Obca
Kiepski ten film. Temat ciekawy, więc wysiedziałam do końca, ale nie polecam. Młoda Turczynka żyje z rodziną męża, z dala od swojej (ta mieszka w Niemczech) i jest jej w tej rodzinie bardzo źle. Pewnego dnia ma tego wszystkiego tak serdecznie dosyć, że bierze swojego kilkuletniego synka i ucieka do Niemiec. Ale tam nikt z jej przyjazdu się nie cieszy - rodzina z trudem skłonna jest zaakceptować jej odejście od męża, ale jeżeli w ogóle, to tylko pod warunkiem, że odda mu dziecko. I tak, zamiast oczekiwanego wsparcia, kobietę spotyka odtrącenie. Tyle, że zamierzoną przez reżysera zadumę nad ciężką sytuacją kobiety w islamskiej rodzinie, mąci irytacja spowodowana egocentryzmem głównej bohaterki. Opowiedziana w tym filmie tragedia, to nie tyle efekt trudnych z naszego punktu widzenia zasad rządzących turecką rodziną, ile skutek zderzenia tych zasad, z próbą postawienia na swoim przez główną bohaterkę. Mógłby z tego wyjść ciekawy dramat racji, ale reżyser chyba nawet nie miał takiego pomysłu. A na dodatek sam film jest zrobiony mocno tak sobie. Chyba nie najlepiej z niemiecką kinematografią, skoro obsypali ten film tyloma nagrodami. niedziela, 12 lutego 2012, ninga
TrackBack
|
|
Za dużo człowiek słyszy o tych sprawach, opowieści typu - zrobili operacje i można było tylko zszyć, są na porządku dziennym...
Dlatego warto cieszyć się z każdego dnia......