|
Blog > Komentarze do wpisu
Być rentierem
Podobno jak się czegoś bardzo, bardzo chce, to się to dostaje. To ja poproszę bycie rentierem ... Czytam teraz wywiad-rzekę jaki przeprowadził z Tiziano Terzanini jego syn. W tym wywiadzie, śmiertelnie chory T. Terzanini opowiada o swoim życiu i zaczyna swoją opowieść od zapewnienia, że nawet gdyby ktoś zaproponował mu lekarstwo pozwalające przeżyć jeszcze 10 lat życia, to on już by z tej propozycji nie skorzystał - tego co przeżył, nawet tego co było przyjemne, drugi przeżywać by już nie chciał, a nowe doświadczenia go nie interesują. Nawet jeżeli jest możliwe osiągnięcie takiego spokoju ducha, to jestem od niego jak najdalej. Moje życie to nieustające patataj. Teraz jeszcze dodatkowo przyspieszyłam, bo z jednej strony Anka poprosiła bym przyjechała kilka dni wcześniej, a drugiej wypadło mi kilka nieplanowanych wcześniej wizyt u dentysty. To wszystko nałożyło się na to, co wcześniej było już zaplanowane. Sobotni brydż w Brwi:
Jeżeli chodzi o nakarmienie zaproszonych gości, to synek nie chciał się poczuć, ale na szczęście jest Gumiś. W ostatniej chwili chciała jeszcze dosolić zupę, nie wiedziała że pokrywka w moim pojemniku na sól to atrapa i zamiast szczypty, w garnku wylądowało pół opakowania.
W niedzielę były Szarotki. Wyszłam z nich z kolejną wełną na szal, szaro-czarnym kauni:
Ela pokazała mi jak się zszywa graftingiem, niestety nie sfilmowałam jej wykładu. Zrobiłam tylko zdjęcie mojego szwu.
Sfilmowałam za to wykład na temat i-cordu, jest w telefonie i dopiero jak znajdę kabelek, zobaczę co mi z tego wyszło. Pomysł by filmować pokazywane na Szarotkach druciane myki i zmyki uważam za świetny, ale nie wiem jak będzie z jego realizacją. W blogosferze toczy się obecnie dyskusja na temat używania angielskich terminów. Myślę, że jest to nieuniknione. Bronienie czystości polskiej robótkowej mowy nie ma sensu. Część technik nie była wcześniej znana. Po co wymyślać polskie nazwy, gdy zadomowiły się już angielskie określenia? Powoli dłubię mojego Funczala. Zamiast przyspieszać, idzie mi coraz wolniej.
Na froncie wojny w Mediamarketem cisza. Olali moje wezwanie zwrotu pieniędzy. Nic nie wskazuje na to, by uwierało ich to że mają mój monitor, więc pewnie skończy się to sądem. Zastanawiam się czy nie pójść na całość i nie wystąpić i przeciwko Ceneo. W udzielonej automatycznie na mój mail odpowiedzi, zobowiązali się do tego, że w przeciągu 24 godzin otrzymam odpowiedź. Minął tydzień i cisza. Na razie monitor pożyczył mi Jack. Musiałam tylko zmienić kartę graficzną, na taką, która obsługuje panoramiczny ekran
Przy okazji kupiłam jeszcze jedną zabawkę - skaner Epson Perfection V33. Chcę zeskanować zdjęcia dla syna Karola, jakiś czas temu proszono mnie o zeskanowanie zdjęć dla innych osieroconych dzieci. Zakup jak najbardziej uzasadniony. Wprawdzie bawiłam się tym skanerem tylko przez chwilę, ale zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Pełna gama możliwości różnych ustawień oraz - co mnie do niego przekonało - przystawka do książek.
niedziela, 04 marca 2012, ninga
TrackBack
Komentarze
2012/03/07 09:50:01
Akurat taka rezygnacja jest mi ideowo obca, choć przyznam, że często też mi się nie chce i wolałabym święty spokój.
Śledzę sprawę monitora, takie sprawy zawsze podnoszą mi adrenalinę. A chciałabym kupić skaner do zdjęć, ale z przystawką do negatywów, w związku z deburdelizacją mieszkania rodziców jest masa negatywów do obróbki, a pod blog mógłby wejść na stałe do repertuaru - coś jakby subkonto???? Szykujesz się do babciowania i niańczenia? Moje się zaparły i jakoś póki co nie planują potomstwa....
Gość: Zulka, 91-220-39-15.ip.netia.com.pl
2012/03/08 12:30:13
A co ta wełna na szal taka ponura? wiosna przecież idzie:)
jestem bardzo za instruktażowymi filmikami z Szarotek. Jak nie dotrę, to chociaż sobie obejrzę i czegoś się nauczę. 2012/03/08 22:34:23
Ja też bym chciała być rentierem, sama w tym marzeniu nie jesteś.
Taktyka pomijania pism milczeniem jest typową, polecaną szeroko również przez prawników, mają nadzieję, że nie posuniesz się do sądzenia i wtedy milczenie wygrywa. Nie daj się. Próbowałaś kontaktować się jeszcze raz organizacją konsumencką, czy jak to się w Polsce nazywa? |
|
Dziecko zdrowieje z anginy, ale że niestety, do końca tygodnia przymusowy odwyk od przedszkola, więc zaczyna się nudzić. Po wstępnych oględzinach gardła dochodzę do wniosku, że w ostateczności kwalifikuje się na przejazd: garaż-kino-garaż. Czwartek, południe, nie liczę na więcej niż 3 osoby na "Komecie w Dolinie Muminków". Niestety, na parkingu brak miejsc, więc pędzę z dzieckiem pod wiatr i zacinający deszcz przez dwie ulice. Film właśnie się zaczyna. W kasach nikt nie pracuje, na pytanie, gdzie kupić bilety, pan odpowiada, że dziś wyjątkowo sprzedaż prowadzą kasy z popcornem. Niestety, liczba mnoga to w tym przypadku znaczne nadużycie. Do jednego pana kłębi się tłum wrzeszczących gimnazjalistek. Interweniuję. Pojawia się drugi pan, zapewne debiutujący w roli kasjera, ponieważ sprzedaje nam dwa bilety przez 15 minut. Gnamy do sali nr 8, dziecko spocone, myślę, że na pewno pojawiła się już Buka, czyli gwóźdź programu i w zasadzie nie ma po co iść na film. Wchodzimy, starając nie pozabijać się na mocno niedoświetlonych schodach. Widocznie lecą jeszcze reklamy, bo na ekranie pyskują na siebie Piggy z Kermitem. Dziecko jest zachwycone, ja mniej, bo właśnie Pan mówi do Pani: "Czy mogłabyś czasami przebrać się za montera?" Szybko wyjaśniam, kto to jest monter. Reklama wydaje mi się nieco przydługa, więc pytam człowieka obok, kiedy już będą te Muminki. Pan zdziwiony, odpowiada, że nie wie, bo to są Muppety i właśnie się kończą. Taszczę z powrotem sterty kurtek, szaliki, czapki itp., ciągnąc wrzeszczące dziecko za rękę. Muszę przebiec cały korytarz w poszukiwaniu pana objaśniacza, który spokojnie mi wyjaśnia, że sprzedano nam bilety na "Muppety", a Muminki wyświetlane są w sali nr 7. Nie chce nas wpuścić, bo cena biletów jest inna. Grożąc, że zostawię mu dziecko na cały dzień, pan szybko puszcza nas do sali 7. Niestety, nie możemy jej znaleźć, bo sale są ponumerowane przypadkowo, a siódemki w ogóle nie ma, bo akurat odpadł z niej numerek. Metodą dedukcji znajduję właściwą salę, przekonana, że minęła już prawie połowa filmu.
Wchodzimy. Siadamy. Zwalam na podłogę kurtki, czapki, torebki i sto milionów innych rzeczy. Wycieram spocone czoło. Upewniamy się, że to rzeczywiście Muminki.
Na ekranie... właśnie kończą się reklamy.