Blog > Komentarze do wpisu
Przeczytane (52)

Dziewczyna z pociągu Paula Hawkings

Rok temu często widziałam, jak ktoś w pociągu czytał tę książkę. Zaciekawiona dlaczego cieszy się taką popularnością wzięłam do ręki i teraz, po przeczytaniu, zupełnie tego nie rozumiem, Sprawny kryminał, nic poza tym. W dodatku chyba nie najlepiej przetłumaczony. Podobno film jest dużo lepszy. Ale teraz wiedziałabym od pierwszego kadru kto zabił – taka wiedza w oglądaniu kryminałów „trochę” przeszkadza.

Dziewczyna z kamienia Izabela Cywińska


Autobiografia. Z tym, że kamień w tytule nie ma nic wspólnego (tak myślałam w pierwszej chwili) ze spiżem. Tak nazywał się przedwojenny majątek jej rodziny, w którym Izabella Cywińska spędziła pierwsze lata życia.

Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony (traktuje to jako oczywistą oznakę starości) coraz bardziej lubię książki historyczne, o latach które już pamiętam. Fajnie się je konfrontuje z własnymi wspomnieniami.

Z drugiej strony za dużo w tej książce o teatrze, o sztukach których nie widziałam (większość z nich była wystawiona spoza Warszawą), o aktorach tamtejszych teatrów, których również nie znam. No i coś co budzi największe kontrowersje - rząd Mazowieckiego. Mam do nich żal o podłożenie ładunków wybuchowych pod III RP. Dlatego gdy czytam o jej ówczesnych wzruszeniach (pamiętam, też mnie to wówczas wzruszało), to ich udawana naiwność budzi tylko mój gniew. Nie przyjmuję wyjaśnień, że nie zdawali sobie wówczas sprawy. Kto jak kto, ale akurat oni mieli ogromną wiedzę historyczną.

A na deser jej refleksje z pierwszych dni dobrej zmiany

Zawsze uważałam, że klęsk i porażek narodowych nie powinniśmy zbytnio eksponować w naszym świętowaniu i pamiętaniu przeszłości. Co w takim razie zrobić z ostatnimi dwoma stuleciami, w których głównie przegrywaliśmy? Ja jestem cała z Gombrowicza. Uciekłam z jego „Transatlantyku". Ale nie „od Polski", tylko „do innej Polski". Racjonalnej. Pozbawionej złudzeń, zabezpieczonej przed trującymi mitami. Może dlatego, że ukształtowały mnie czasy Peerelu, zmuszające nas, mnie, do życia w kłamstwie. Żyłam wtedy z jednej strony w bezkrytycznym kulcie Dwudziestolecia, a z drugiej mocowałam się z upaństwowionym patriotyzmem. Osaczały mnie te przejęte na własność słowa: ojczyzna (ale koniecznie z przymiotnikiem „ludowa ), patriotyzm (wyłącznie „prawdziwy", czyli lepszy, komunistyczny). Gdzie tylko spojrzeć, puszyły się w tamtej Polsce różne Związki Patriotów Polskich, chwalono księży-patriotów, na koniec, już w latach osiemdziesiątych, próbowano nas zaktywizować Patriotycznym Ruchem Odrodzenia Narodowego (osławiony PRON!). Patriotyzm był takim dyżurnym skłamanym słowem-hasłem, które zbierało pod wspólny mianownik kilka innych mniejszych kłamstw. Był elementem powszechnej paranoi! Ale moje pokolenie - a przynajmniej jego część, jednak jakoś to wytrzymało, odzyskało to skradzione słowo. 1 dziś za patriotyzm w czasie pokoju, a nie wojny (nigdy nie przestanę podkreślać tej różnicy!) uznaje uczciwą pracę, terminowe płacenie podatków, solidarność w chwilach dla ojczyzny trudnych i... odrzucenie postawy roszczeniowej: „bo mi się należy!", „bo zostaliśmy skrzywdzeni!", bo „oni o nas zapomnieli!". Napisałam z rozpędu „odzyskaliśmy skradzione słowo - «patriotyzm»". Niestety, na krótko. Bo ostatnio ukradła je nam część Polaków uważających się za tych „prawdziwych" i „lepszych", obywateli i synów Ojczyzny. Naród podzielony na lud smoleński i całą resztę ma znowu dwa patriotyzmy. Dziś, ilekroć mijam warszawski pomnik Małego Powstańca, myślę o nas, idących ze świeczkami w dłoniach przez ciemny kurpiowski bór. Czy to był tylko symbol naszej naiwności, czy raczej piękny i odważny gest młodzieży, która pamiętała, jak ważne są czasem takie gesty? Co wtedy tak naprawdę świętowaliśmy? Jaką ojczyznę kochaliśmy? Te nasze gorące dyskusje i „partyzanckie" nocne podchody w Wacliu poprzedziły kolejny mocny cios zadany przez zetempowców gronu profesorskiemu. To wtedy wyrzucili profesora Eugeniusza Frankowskiego, kierownika katedry etnografii, specjalistę od kultury Basków, naszego opiekuna. Nie wiem, czy dużo się od niego nauczyłam, ale na pewno dzięki niemu poznałam wagę fundamentalnych pytań: kto, kiedy, po co, dlaczego, jak? Kazał nam, młodym naukowcom, stosować je zawsze i wszędzie, w każdej dziedzinie życia, nie tylko w pracy. Okazały się niezbędne nie tylko przy opisie cepów na Kurpiach Białych, ale także później, na próbach analitycznych w teatrze. 

Las nie uprzedza Krzysztof Środa

Opowieść, która nie ma ani początku, ani końca. Rozważania o tym co każdy z nas, żyjąc „tu i teraz” widzi – łatwo odnaleźć w nich swoje myśli. Wszystko podszyte lękiem o przyszłość, świadomością jak kruchy jest ten nasz bezpieczny świat, jak łatwo się może zawalić. Tak jak tym, którzy do nas przyjechali, przywożąc ze sobą przekonanie o nieuchronności nadchodzącej katastrofy. W książce Krzysztofa Środy w tej roli występują Czeczenii. Zarażony tym niepokojem wiezie go do Maroka i obserwuje tam przez niego, niczym przez pryzmat, dobrze znane z poprzednich podróży kąty. Pytanie czy widzi coś, bo to ze sobą przywiózł, czy widzi to, bo zaszła zmiana, pozostaje otwarte.

Moja walka Karl Ove Knausgård

Spodobała mi się jego Moja walka 1, więc sięgnięcie po Moją walkę 2 było tylko kwestią czasu (w kolekcje czekają następne tomy). Współczesny skandynawski Proust Tym razem pierwsze lata małżeństwa, porzucenie Norwegii i zamieszkanie w Szwecji.  Autor abiera się też za pisanie książki, która w przyszłości zapewni mu sławę (czyli Mojej walki). Facet potrafi pisać, kolejny raz zdałam sobie z tego sprawę gdy uświadomiłam sobie że nie znudził mnie kilkudziesięciu stronicowy opis spędzenia z córką przedpołudnia na placu zabaw w parku. Z drugiej strony, rozpisana na wiele tomów autobiografia chwilami ostro przyspiesza, nagle przeskakujemy o kilka lat, pisarz ma trójkę dzieci, mieszka na prowincji, nie w Sztokholmie. Ale tak jak i wcześniej, lubi się zatrzymać na jednym wydarzeniu w wnikliwie przyglądać się towarzyszącym mu w tym uczuciom.

 

Smutek cinkciarza Sylwia Chutnik


Kolejna książka z serii Na F/AKTACH. Tym razem opowieść o PRL-owskim warszawskim cinkciarzu. Książka ma format „spowiedzi życia” , jaką bohater snuje już zza grobu i jest świetną opowieścią o życiu codziennym „warstw niższych” w owych czasach. Pierwowzorem głównego bohatera był cinkciarz z Trójmiasta, który został zamordowany w windzie własnego domu. Wszystkie poszlaki wskazywały na to, kto jest mordercą, ale w sądzie mu tego nie udowodniono i sprawa została umorzona. Dla mnie książka kończy się tam, gdzie powinna się zacząć, czyli na morderstwie w windzie. To co stało się potem skwitowane jest kilkunastoma zdaniami. Ja mam niedosyt, lubię reportaże sądowe.

Jakbym kiedyś miała napisać książkę, to zdanie wzięłabym na motto:

Życie to poszczególne momenty z puentą

Celnie wytłumaczone to, czego jesteśmy świadkiem

Powód gniewu był zawsze ten sam – że im ktoś zabrał życie. Że mieli się radować i żyć, a żyli na niby, w mękach, na siłę i w desperacji. Przezywali życie, a nie mieli z niego pożytku. I za to nienawidzili wszystkich, a siebie najbardziej

dobra książka  

Wchodzi koń do baru David Grosman

Na Goodreads jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek przeczytała tę książkę. Dziwne, bo nawet na okładce są recenzje wskazujące na to, że książka ukazała się już w kilku językach, polskie tłumaczenie jest kolejnym (może tylko nie potrafiłam jej powiązać z żadną inna książką Dawida Grosmana na tym portalu?). 

A książka warta przeczytania. Polecam. Całą opowieść ogranicza się do jednego wieczoru w knajpie, w której tego wieczoru ma swoje przedstawienie (wg. formatu tzw. stand-up comedy) starzejący się komik, Dowale. Zamiast sypać żartami, czego oczekuje publiczność, zaczyna opowieść o swoim życiu. Co jakiś czas – przywoływany przez widzów do porządku, znów zaczyna opowiadać żarty. Ale przez to jego przedstawienie, wcale nie robi się śmieszne, tylko coraz bardziej tragiczne. W międzyczasie orientujemy się ze niektóre osoby na widowni nie są przypadkowe … Bardzo gorzka opowieść o życiu. To, że to wszystko nie skończy się happy endem jest oczywiste, już po kilku pierwszych stronach. Ale jest to tak napisane, że chociaż wiadomo jak się to skończy i na pewno ta powieść humoru nie poprawia – czyta się z zapartym tchem. Inna sprawa, ze pomaga to, że nie jest to długa opowieść – 240 stron. Zanurzyć się w czymś takim na 800 stron, chyba bym nie dała rady.

W normalnych czasach, ten opowiedziany przez Dowale kawał kojarzył by się z d.... Ale czasy teraz takie, że mi się skojarzył z politykami PO i ich zdolnością do zaadoptowania się do nowej sytuacji.

Jest sobie statek, który tonie na morzu, tylko jednemu facetowi udaje się na czas wyskoczyć i płynie przed siebie. Macha rękami, woda go zalewa, ale płynie. Wreszcie resztką sił dopływa do jakiejś wyspy i widzi, że oprócz niego uratowały się pies i koza. (...) Mija tydzień, mijają dwa tygodnie, wyspa jest pusta, nie ma ludzi, nie ma zwierząt, tylko facet, koza i pies (...) Po miesiącu facet na wyspie jest podniecony jak jasna cholera. Patrzy w prawo, patrzy w lewo, żadnej baby w zasięgu wzroku, tylko koza. Mija kolejny tydzień, on już nie może wytrzymać, przycisnęło go nie na żarty, zaraz eksploduje. (...) Kolejny tydzień mija i facet już nie wytrzymuje, podchodzi do kozy, wyciąga kapucyna, ale raptem pies zrywa się i warczy, grrrrr! Jakby mówił: uważaj, ani się waż dotknąć kozy! Trudno, facet spietrał, zwija interes i kombinuje: w nocy kundel zaśnie, wtedy zadziałam. Przychodzi noc, pies chrapie, a ten po cichu czołga się do kozy. Jeszcze się do niej nie dobrał, a pies rzuca się jak pantera, szczeka, ślepia nabiegłe krwią, kły jak noże, no więc co ma biedny gościu robić, kładzie się z powrotem spać z sinymi do bólu jajami. (...) I tak im leci czas na wyspie, następnego dnia to samo, mija jeszcze jeden dzień, tydzień, miesiąc. Za każdym razem, jak tylko facet zbliża się do kozy, pies od razu: grrr! (...)Pewnego dnia facet siedzi załamany na brzegu morza, nagle w oddali widzi dym, następny statek tonie! A ze statku wyskakuje blondynka, w pełni wyposażona: wszystko ma na swoim miejscu, jest za co chwycić. Facet ani przez moment się nie waha, wskakuje do wody, płynie, płynie, dociera do blondynki. Ona już prawie utonęła, on ją łapie, holuje na wyspę, kładzie na piasku, ona otwiera oczy, śliczna jak marzenie, jak modelka, i mówi: Mój bohaterze! My hero, cała jestem twoja, możesz ze mną zrobić, co tylko zechcesz! A wtedy on rozgląda się ostrożnie na boki i mówi jej cichutko na ucho: Mogłabyś mi na chwilę przytrzymać tego psa?

piątek, 16 grudnia 2016, ninga

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/12/16 22:11:44
Ja "Dziewczyną z pociągu" byłam zachwycona. Z tym że nie odbieram tej powieści jako kryminału, a raczej jako dramat z elementami thrillera. Film też widziałam, ale jest gorszy od powieści z prostego powodu - nie jest w stanie pokazać przemiany głównej bohaterki. Bardzo to spłycili, a to, moim zdaniem, istota powieści.
-
2016/12/17 18:06:28
Ksiazka Dziewczyna z pociagu mi sie podobala, ale zakonczenie odgadlam wiec na film nie mam ochoty. Odmiennie, nie moglam przebrnac przez Moja walke, nie znosze tak dokladnych opisow, I nie bardzo mnie interesuje az tak rozwleczone opowiadanie o cudzych przezyciach, wiele takich samych momentow sama przezylam, wystarczy mi :)
-
2016/12/18 13:37:37
a myślałam, że to będzie zestawienie 52 z całego roku!
Spis moli