Blog > Komentarze do wpisu

Święta spędzam w wersji wyciszającej - Netfix, książka, druty i audiobook. Z drutami się zawzięłam i postanowiłam wytrwać - całą sobą rzuciłabym kolejną robotę w kąt, ale będę twarda i to skończę. Chodzi o Color affection (po mojemu Buras affection - robiąc słucham katastroficznego Blackout'u, więc pasuje).

Problem w tym, że to co mi wychodzi nie do końca jest tym, co mnie urzekło na zamieszczanych na Raverly zdjęciach. Wychodzi mi długi i wąski rogal - w pierwszej chwili myślałam, że coś pomyliłam we wzorze, ale nie. W dodatku "krótszy" bok się nie rozciąga - więc za bardzo w to, że blokowanie wszystko załatwi nie wierzę. Jeszcze mi trochę do zrobienia zostało, ale co z tego, że na szerokość przybędzie, jak to za cenę tego, że się sporo wydłuży.

Córka zdjęciami wnuka nie rozpuszcza, ale przesłała mi jedno z ich wizyty w Kidzanii.


Weszłam do Internetu, poczytałam o tym i jeżeli jest tam tak, jak o tym piszą, jest to niesamowite. Dla takich maluchów chyba nawet lepsze niż interaktywne muzea w stylu Muzeum Kopernika. Mój wnuk podczas jednej wizyty był dentystą, dziennikarzem, mechanikiem samochodowym, pracował w kawiarni, i agencji reklamowej oraz w elektrowni. Przez cztery godziny zarobił tyle, że stać go było na breloczek do kluczy.

Nie poszłam do Domu Historii na spotkanie z Agatą Tuszyńską, która opowiadała o Irenie Krzywickiej - wybrałam spotkanie w Faktycznym Domu Kultury z Andrzejem Jagodzińskim, tłumaczem literatury czeskiej.

Okazją do spotkania było wznowienie przez wydawnictwo Szczygła powieści Josefa Škvoreckiego Przypadki inżyniera ludzkich dusz (mam w "stosiku"). Publiczność piła wino, główny bohater piwo. O literaturze czeskiej za dużo nie wiem, więc nie zawsze wiedziałam o czym mówią. Ale mówili tak ciekawie, że nie żałowałam, że nie poszłam na Tuszyńską. Nie wiedziałam też, że opowieść o byciu tłumaczem może być tak ciekawa.  

Tu można posłuchać podcastu z tego spotkania.

 Byłam w tym tygodniu jeszcze na jednym spotkaniu

Samo miejsce bardzo lubię, trzymam kciuki by przetrwali. Ale to spotkanie się nie udało - cały czas wrażenie, że odbywa się po "łepkach", prowadzący się gdzieś spieszą, pilnują by za dużo nie mówić, bo a nuż zaciekawią i rozpocznie się trudna do skontrolowania dyskusja. Nie minęło pół godziny, gdy padła prośba o pytania z sali. Jak zawsze nie było ich za dużo, wiec po godzinie było już "po wszystkim". 

A że temat mnie ciekawi - mam wrażenie, ze zawsze był mocno zamiatany pod dywan, więc kupiłam książkę i będę czytać. 

Ostatni będą pierwszymi


Nie wiem jakim cudem przeoczyłam ten film - nie dlatego, że jest tak dobry ale dlatego, że z mojej "alternatywnej" półki. Dwóch facetów dostaje zlecenie znalezienia skradzionego telefonu - jego właścicielowi zależy na jego odzyskaniu, bo są w nim nagrane kompromitujące go materiały. Gdzie mają go szukać wiedzą dzięki lokalizatorowi. Śledząc ich poszukiwania, poznajemy mieszkańców miasteczka, na którego terenie ktoś ma ten telefon w kieszeni. Francuska prowincja fotografowana jak trzeci świat, a nie jak przyciągający oko region turystyczny. Scenki robiące za metafory, sugerujące głębszy sens. Nie zawsze uchwytny, ale można obejrzeć.

Dalida

Jestem tak stara, że pamiętam czasy, gdy była sławna.

Nic nie wiedziałam o jej życiu prywatnym. Tymczasem miała je dość skomplikowane i jak najbardziej nadające się na film. Szczęścia w miłości nie miała. Była szczęśliwie zakochana, gdy jej wybranek popełnił samobójstwo, bo nie został dobrze przyjęty na festiwalu w San Remo. Dwóch następnych zabiło się, nie potrafiąc się pozbierać po rozstaniu. W upragnioną ciążę zaszła z chłopakiem, z którym bała się założyć rodzinę, bo był dużo od niej młodszy itd. ... Na koniec - przerażona samotną starością, popełniła samobójstwo.

Sprawnie opowiedziana historia pięknych, bogatych ludzi, ale i mega nieszczęśliwych bohaterów z pierwszych stron plotkarskich magazynów.   

Na Dalidę poszłam do Kinoteki, zrobiłam tam takie zdjęcie.

 

niedziela, 16 kwietnia 2017, ninga

Polecane wpisy

  • We własnym sosie

    Tydzień w miłym towarzystwie. Najpierw we własnym. W niedzielę coś mnie zaniepokoiło, w poniedziałek pognałam do lekarza (2 wizyty + badania), ale tak na wszelk

  • Przeczytane

     Belgravia Julian Fellowes Miał być nastrój jak z Downton Abbey (Julian Fellowes jest twórcą tego serialu). Ale nie było Maggie Smith, więc tak nie s

  • Powycieczkowa depresja

    Mam objawy depresji powycieczkowej. Podchodzę do wszystkiego jak pies do jeża i najchętniej tępo gapiłabym się w sufit. Inna sprawa, że patrząc na to co dzieje

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/04/17 06:21:09
Zaczelam podobny szal chyba w listopadzie, przerobilam kilka rzadkow i stracilam motywacje. W czasie studiow po spotkaniu z tlumaczka nabralam wielkiej ochoty na bycie tlumaczem, ale skonczylo sie tak jak z powyzszym szalem :)
-
2017/04/19 13:03:22
Symbol komunizmu i symbol zachodniego imperializmu - świat się kończy:)))
Spis moli