Blog > Komentarze do wpisu

dobra książka

Prześniona rewolucja Andrzej Leder


Książka, którą pewnie wszyscy powinni przeczytać, ale nie przeczytają i też nie ma im się co za bardzo dziwić. Bo niestety nie jest dobrze napisana. A szkoda, bo nawet jeżeli w wielu miejscach nie jest aż tak odkrywcza, za jaką uchodzi, ma wiele bardzo cennych spostrzeżeń.

Już na pierwszych stronach czytelnik konfrontuje się z dość hermetycznym językiem rodem z Marii Janion, jak „imaginarium”, „fantazmaty”. Potem jest tylko gorzej – co jakiś czas za pomocą cytatu, nazwiska przywoływane są teorie i terminy w sposób, który nawet dla mnie - osoby wprawdzie z wypłowiałym, ale jednak jakimś backgroundem do czytania tego typu lektur - jest mało strawny. Wymuszało to przystanki, które nie zawsze kończyły się przyswojeniem treści, czasami kończyło się to na machnięciu ręką i „pójściu dalej”.

Najciekawszym dla mnie spostrzeżeniem była, wygłoszona przy okazji komentowania przedwojennych pamiętników chłopów, uwaga na temat pozycji polskiej kobiety:

Religijność (…) stanowi ważny element struktury fantazmatu rządzącego relacjami w obrębie chłopskiej rodziny. Kobieta, poddana brutalnej przemocy męża, przez identyfikację ze znakami wiary i obrządku, przez żarliwą miłość do nich – księdza, Boga, Chrystusa – może zyskać pozycję moralnej wyższości, stać się przedstawicielką normy i prawa, a ostatecznie symbolicznie unicestwić chłopa w oczach swoich i dzieci, ba, w jego własnych. To jej odwet za pijaństwo i bicie. Ona, wsparta o autorytet kazania i krzyża, odbiera prawomocność jego pozycji ojcowskiej, czyni go głupim, prymitywnym zwierzęciem, którego można się tylko bać, ale nie szanować. Ani kochać. Miłość, szacunek, oddanie są zarezerwowane dla figur religii; akceptacja tych ostatnich przywraca kobiecie godność, którą odbiera jej mężowska przemoc. Chłop zaś, zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności, może po niewolniczej pracy pić w karczmie, a gdy wróci do chałupy, brutalnie egzekwować swoje mężowskie prawa. Albo odreagować gorycz codziennego upokorzenia, katując żonę i dzieci. Ta struktura trwa do dzisiaj, podtrzymując uprzywilejowaną więź kobiet z Kościołem i w ten sposób umacniając ich pozycję jako „dysponentek moralnej prawomocności” w obrębie rodziny. To potężne narzędzie władzy nad mężczyznami i dziećmi. Warunkuje ono swoisty polski matriarchat psychologiczny, kontrastujący z dominującym w sferze społecznej politycznej  patriarchatem. Psychologiczny matriarchat, jeśli w ogóle uznawany, w przeważającym, „dworskim” dyskursie jest zwykle przypisywany emancypacji kobiet szlacheckich, pozostawionych samym sobie wskutek popowstaniowych represji. Jednak sądzę, że jest on przede wszystkim efektem owej uprzywilejowanej więzi z Kościołem, którą umęczona kobieta z folwarku buduje w swojej wyobraźni, by chociaż na chwilę uciec od materialnej i moralnej biedy codziennego życia

Generalnie rzecz jest o tym, że w latach 1939-1956 cudzymi rękami (najpierw Niemiec, potem Rosji) dokonała się w Polsce rewolucja – przejście do nowoczesności. Podobno taką rewolucję dany naród może przejść tylko raz i to, że ona została dokonana niejako "za nas” ma decydujący wpływ na wszystko co się od tego czasu zdarzyło i zdarza.  Przy czym nie jest tak, że nie braliśmy w tym udziału:

Dla uchwycenia polskiej rewolucji jako rewolucji najważniejsze jest rozumienie transpasywnego udziału w przemocy. To bowiem, co było najbardziej „rewolucyjne” w latach 1939-1956, miało charakter zmasowanego gwałtu; ludobójstwa dokonanego na Żydach i morderczych represji, stale dotykających różne grupy społeczeństwa polskiego, przede wszystkim niszczących dawne elity. Niezależnie, czy podmiotem działania były tu oddziały SS czy NKWD, Polacy, naród w przewadze chłopski, w ogromnej większości byli świadkami. Jednak, wbrew tezie Zaremby, doświadczali nie tylko „trwogi”. Pasywnie doświadczali różnych form spełnienia. Realizacja skrytych pragnień przerażała, paraliżując władze podmiotowe i skłaniając do doświadczania rzeczywistości jako „jakby śnionej”, albo wciągała, popychając do głębokich zmian samoodczuwania, samorozumienia, sytuowania się jako podmiotu. Czasem „zakazane czyny” były podglądane i doświadczane tylko jako rozkosz Innego, budząca zawiść i potępienie, innym razem budziły aktywną rozkosz, o której nie można już było zapomnieć i która, mimo poczucia winy, głęboko zmieniała doświadczenie samego siebie. W polskiej rewolucji obie formy miały miejsce i obie kształtowały powojenne postawy.

Jak łatwo można wykoncypować, wg. autora po transpasywnej przemocy czasu Zagłady, Polacy doświadczyli transpasywnej rewolucji agrarnej.

Książka była pisana jeszcze przed 2015 rokiem. Ciekawa co by dziś autor w niej zmienił – mam wrażenie, że nie przewidział siły zjawisk, które dostrzegał. Fragment poniżej, jest według mnie najlepszym jak dotąd opisem polskiej chrześcijańskiej duszy:

… można by podejrzewać, że skrzywdzeni powinni współodczuwać z innymi cierpiącymi. Dlaczego więc tak często mają kamienne serca? (…) Otóż trzeba pamiętać, że pierwszą potrzebą skrzywdzonych jest zadośćuczynienie. Dopóki zadośćuczynienie się nie dokona, wszystko inne jest nieważne. Ból trwa i zamyka na wszystko inne. Potrzebę zadośćuczynienia zaś tworzą dwa fundamentalne pragnienia. Jedno to potrzeba uznania cierpienia przez innych. Uznania wyjątkowości ich cierpienia. To wiąże się z tym, że krzywda nie zna miary. Ci, którzy czują się skrzywdzeni, nie znoszą lekceważenia, umniejszania, porównywania. Również relatywizowania. To wszystko, w ich odczuciu, służy zakłamywaniu prawdy o absolutnym wymiarze ich krzywdy; jest szydzeniem z ich bólu. Dlatego nie chcą słuchać o krzywdach innych. Dopóki ci „inni” nie staną się „swoi”, mówienie o ich cierpieniu służy w odczuciu skrzywdzonych pomniejszaniu tego, co dotknęło właśnie ich. Zaś sytuacja, w której skrzywdzony miałby pomyśleć o tym, że sam był źródłem krzywdy, jest już w ogóle niemożliwa. Przypominanie przedwojennych pogromów czy pacyfikacji ukraińskich wsi polscy skrzywdzeni odczuwają więc jako zamach na ich prawo do cierpienia. Drugą potrzebą jest kara dla krzywdzicieli (…) Pragnienie kary daje usprawiedliwienie nienawiści. Chęci odwetu. Często mówi się, że cywilizacja zamiast pomsty proponuje prawo. Karę wymierzoną przez państwo (…) W tym przeżyciu kara stapia się z zemstą. (…)  To problem, z którym borykają się wszystkie liberalne systemy prawne. Skrzywdzeni, tracący nadzieję, że liberalny system prawny pomści ich krzywdy, kierują swe nadzieje ku „wielkiemu złoczyńcy”, jedynemu, który obiecuje krew. Właśnie przemoc, którą „złoczyńca” obiecuje – przemoc, dla której nie ma miejsca w „cywilizowanym” uniwersum symbolicznym – zaspokaja ich pragnienie odwetu, zadośćuczynienia, sprawiedliwości. Stanowi fundament ich prawa. (…). Ten sposób przeżywania potrzeby sprawiedliwości ma jeszcze jedną konsekwencję. Tam, gdzie nie ma zadośćuczynienia w postaci uznania i –co najmniej symbolicznej – kary, poczucie krzywdy pozostaje niezmienne. Ile by łask i dobrodziejstw, pochlebstw i upomnień nie kierowano do skrzywdzonych, oni pozostaną w swoim „nie wybaczaj!” (…). Z tego zaś wynika, że poczucie krzywdy nie pozwala przeżywać radości, rozkoszy, jouissance innej niż ta płynąca z zemsty. Albo z fantazjowania o zemście. Albo ze złego losu krzywdzicieli, nawet jeśli przynoszą go inni. Ba, cieszyć się można ze złego losu w ogóle, pławić w nieszczęściu własnym i innych. To też jest zemsta na tych, którzy chcieliby już zapomnieć o krzywdzie. Oni chcieliby cieszyć się sukcesem. A poczucie krzywdy nie pozwala cieszyć się sukcesem. Nawet własnym. Chyba że jest traktowany jako odwet. Ale radość z tego, że jest dobrze? Że dobrze jest innym? Jak może być dobrze, kiedy boli poczucie krzywdy?! Jak może być dobrze, jeśli triumfują krzywdziciele?! Sukces innych staje się raczej zadrą, która nasila ból, niż zachętą do wspólnego świętowania.

Mimo, że to  nie o tym, może tu tkwi cierpliwość suwerena?

Internacjonalistyczna obietnica oznaczała uczestniczenie w „powszechnym politycznym organizmie”, które – zgodnie ze słowami Rousseau – „nie może jednak być niesprawiedliwe ani też nie może stwarzać możliwości nadużyć; niemożliwe jest bowiem, aby organizm chciał sam sobie szkodzić, dopóki jako całość zmierza tylko do dobra wszystkich". Udział w nowo powstającym organizmie stawał się narzędziem upodmiotowienia (…) Ta obietnica była na tyle ważna, że pozwalała długo zamykać oczy na faktyczne „niedogodności” dokonującej się rewolucji. By to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że obietnica, nie będąc niczym innym niż obiektem pragnienia, może być dla człowieka czymś o wiele bardziej realnym od rzeczywistości.

A tu wyjaśnienie dlaczego nie lubimy myśleć:

Uparta obrona „dobrego samopoczucia”, stale przecież atakowanego przez ukryte „wspomnienie” zła, skłania do hamowania wszelkiego ruchu myśli, który poza ów schemat wybiega. Stąd niechęć do myślenia w ogóle, do analizowania, do intelektualnych wypraw w nieznane – stamtąd zawsze mogą wyłonić się upiory. Stąd też niechęć do przeglądania się w lustrze współczesności; zgodnie z tym, że teraźniejszość przychodzi do nas tam, gdzie naprawdę jesteśmy, coś strasznego pojawić by się mogło w obrazie odsyłanym przez prawdziwe zwierciadło. Lepsze okazuje się takie, które deformuje rzeczywistość, odsyłając do bajkowych, fantazmatycznych konstrukcji z mitycznej przeszłości. Stąd wreszcie niechęć do przyjmowania rzeczywistej odpowiedzialności, gdyż odpowiedzialność to konfrontacja z realnym zawsze ujawniająca niespójności w obrazie samego siebie, szczeliny, przez które wychynąć może poczucie winy.

O tyle groźnie, że

Jedna z diagnoz próbujących tłumaczyć stoczenie się dziewiętnastowiecznych Niemiec – kraju ogromnego sukcesu gospodarczego, politycznego, cywilizacyjnego – w otchłań wojen pierwszej połowy XX wieku i w największą zapewne zbiorową zbrodnię w historii, mówi o głębokim dysonansie między rzeczywistymi źródłami sukcesu i siły niemieckiego mieszczaństwa a jego ogromną niechęcią, by te źródła uznać. Efektem tego zaprzeczenia były rojenia o dziedzictwie Hermana z Lasu Teutoburskiego – pogromcy Rzymian – o sprawczej sile duchowego czynu i szczególnej misji Niemców w świecie.

piątek, 13 października 2017, ninga

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/10/16 09:29:38
Język rzeczywiście odstraszający. Szkoda, bo zdaje się, że autor ma mnóstwo trafnych przemyśleń. Dla mnie ciekawe jest to uświadomienie sobie, że jako naród jesteśmy z chłopstwa i to prawdopodobnie ma na nas wpływ równie istotny jak zabory, wojny.
-
2017/10/16 10:56:54
Dla mnie to trochę ogólników plus odrobinę bełkot. Próbowałam trzykrotnie przebrną podane cytaty ale doprawdy, to chyba nie na rozum technokraty aby te zawiłości pojąć. Może i na czasie byłyby rozważania na temat roli kobiet, pewnie ten schemat, opisany w książce gdzieniegdzie ma rację bytu i teraz ale jakoś trudno w to uwierzyć.
Spis moli