Blog > Komentarze do wpisu
Backpackers 60+

Pierwszą i najmocniejszą wpadkę zaliczyłyśmy jeszcze przed wyjazdem. Wszystko przez to, ze że bilety kupowałam na komputerze Ańćki: ponieważ nie pamiętałam hasła do swojego gmaila, podałam jej adres internetowy, ale nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że Ańćka nie sprawdza spamu.

W dodatku, gdy po kilku miesiącach dwa dni przed wyjazdem Ańćka napomknęła, że nie udało jej się nas odprawić on-line, puściłam to mimo uszu.

Bomba wybuchła dopiero gdy późnym wieczorem jechałyśmy do jej wiejskiej chaty (łatwiej stamtąd dojechać do lotniska w Modlinie) i jej będący prawie cały czas w podróży brat, zwrócił nam uwagę, że jeżeli nie odprawimy się na stronie, to za odprawę na lotnisku zapłacimy więcej niż za sam bilet. I jak już zaczął wszystko sprawdzać, okazało się,  że takiego lotu jak jest na naszym bilecie w rozkładzie nie ma. Jedyne co nam potrafił poradzić, to byśmy były grubo przed czasem na lotnisku, bo dopiero na dwie godziny przed odlotem nie ma już możliwości dokonania odprawy on-line.

Następnego dnia na stoisku Ryanair’a dowiedziałyśmy się, że:

  • "nasz" samolot do Brukseli wylatuje ponad godzinę później i przestał być kompatybilny z samolotem biletem do Porto. To dlatego kiwi.com, za pośrednictwem którego kupowałyśmy bilety, nie przekazało kodów do odprawy on-line;

  • jedyne w czym nam Raynair może pomóc to dać hasła do odprawy on-line na lot do Brukseli (z czego skwapliwie skorzystałyśmy);

  • szansa, że zdążymy się przesiąść na samolot do Porto jest bardzo mała, bo zwyczajowo potrzeba na to więcej niż 20 minut;

  • ponieważ bilet kupowałyśmy na stronie kiwi.com, Raynair nie ponosi odpowiedzialności za to, że po przesunięciu godziny lotu, nie zdążymy na kolejny samolot.

Kiwi.com też umyło ręce, już trzy miesiące wcześniej informowało o zmianie godziny odlotu i proponowało inne połączenia. To, że Ańćka nie zaglądała do spamu i dowiedziałyśmy się o wszystkim w dniu odlotu nie było ich winą.

Zaproponowano nam inne połączenia, ceny były dość porażające, na szczęście synek w dalekiej Azji znalazł wylatujący następnego dnia o świcie samolot z Brukseli do Porto za jedyne 70$ od osoby.

W samolocie do Brukseli pomyślałam sobie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i już widziałam siebie spacerującą uliczkami Gandawy. Po przylocie znalazłyśmy się w niewielkiej hali lotniska Charleroi, gdzie właśnie w drugim rogu rozpoczęto boarding samolotu do Porto. Stanęłyśmy na końcu kolejki, Ańćka podeszła do pracownika obsługi, opowiedziała mu o naszej sytuacji i ten wypisał nam "modern boarding card":

 

Z tym, że byłam już tak przywiązana do spacerowania uliczkami Gandawy, że nie do końca wiedziałam czy się z tego cieszyć.

Następną wpadkę zaliczyłyśmy po trzech dniach. Ten dzień w Porto spędziłyśmy nad Atlantykiem. Gdy wieczorem wróciłyśmy do miasta, wypoczęte i szczęśliwe na deptaku Rebeira raczyłyśmy się porto i do hostelu wróciłyśmy w bardzo dobrym humorze, bardzo późnym wieczorem. I jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że w Porto zabukowałyśmy dwie noce, nie trzy, w hostelu nie ma wolnych pokoi i  jedyne w czym mogą nam pomóc do skierować nas do innego, znajdującego się daleko od centrum, hostelu.

I tak wylądowałyśmy w nocy, z walizkami na bruku. Tyle, że na tyle szybko udało nam się znaleźć inny pokój, że ilość wypitego wina nie pozwoliła nam w pełni uświadomić sobie, że mamy kłopot.

Następnego dnia. po zwiedzeniu Coimbry, poszłyśmy kupić bilety do Tomaru - marzył nam się dzień w klasztorze templariuszy, a  potem wieczorny przejazd do Lizbony. A tu brzdęk: okazało się, że z Coimbry do Tomaru jedzie jeden pociąg dziennie i to popołudniu. W Portugalii – czego wcześniej nie sprawdziłyśmy - trzeba ulokować się w dużym mieście i z niego „gwiaździście” zwiedzać okolicę.  Pomysł by skakać ruchami konika z miasta do miasta szachowego jest do zrealizowania jedynie samochodem.
Ponieważ nie udało nam się pojechać do Tomaru, tym bardziej zależało nam na zobaczeniu Sintry. Nauczone doświadczeniem, dzień przed zaplanowanym zwiedzaniem tego oddalonego o 30 kim od Lizbony miasteczka, poszłyśmy wieczorem dowiedzieć się o godziny odjazdów pociągów. Zamiast tego dowiedziałyśmy, że następnego dnia jest ogólnokrajowy strajk i żadnych pociągów nie będzie. W informacji turystycznej podano nam godziny odjazdów autobusów, gdy poszłyśmy sprawdzić z którego przystanku odchodzą nikt tam o takich autobusach nie słyszał, ale uznałyśmy, że kierowcy autobusów miejskich nie muszą mieć żadnej wiedzy o autobusach podmiejskich.
Jak łatwo można się domyśleć, rano okazało się, że żadnych autobusów do Sintry nie ma. Musiałyśmy wyglądać naprawdę żałośnie i kolejna, zaczepiona przez nas osoba, postanowiła nam pomóc. Był to młody, gorąco popierający strajk mężczyzna, który jednocześnie zapewnił, że wg niego należy minimalizować koszty jakie ponoszą zwykli ludzie w słusznej walce z okropnym rządem. Przedstawił się jako komunista, co zupełnie mnie nie zdziwiło ponieważ poza ujmującym uśmiechem, wyglądał jak rasowy hipster i trzymał w ręku Iphona. Okazało się, że strajk strajkiem ale z różnych lizbońskich dworców, zgodnie ze stworzonym tylko na ten dzień rozkładem, odchodzą pociągi do Sintry. Tyle że jest to informacja „dla wtajemniczonych”. I tak, dwie godziny później, ale wylądowaliśmy w tym cudownym, pełnym zabytków miasteczku.
 

Co zrobiło na mnie największe wrażenie:

Biblioteka Joachimów w Coimbrze. Klimat z Imienia Róży do n-tej potęgi
 

Podobno jedna z najpiękniejszych księgarni świata, Livraria Lello,  też zrobiła wrażenie, ale już nie takie

Średniowieczny miejski cmentarz w podziemiach kościoła Trzeciego Zakonu św. Franciszka.

W średniowieczu nie było miejskich cmentarzy, tylko prywatne i pod kościołem znajdował się jeden z nich. Idzie się po drewnianych włazach do grobów, na ścianach napisy nagrobne, widać że niejednokrotnie nadpisywano jedne na drugie, w jednym miejscu, przez szybę w podłodze można popatrzeć na stos kości.
 Luz i atmosfera, spacer uliczkami Rebeira do Porto, a potem picie wina w knajpach na brzegu Duarte.
 

Co mi się nie podobało:

Jedzenie

Mało urozmaicone i mało smaczne

Na obiad dwa rodzaje zup do wybory: jarzynowy krem, albo bardzo tłusta, oleista rybna zawiesina. Na drugie głównie smażone w oleju tłuste ryby (przede wszystkim dorsz, lub sardynki). Warzyw brak. W wersji dla turystów serwują surówki, które okazują się kilkoma listkami sałaty udekorowanymi tartą marchewką (w wersji bardziej wykwintnej z kawałkami pomidora).

Słodycze, w tym słynne ciastko „nata” są przeraźliwie słodkie i wcale nie aż tak smaczne. A z kawą też różnie bywa, kilka razy zamiast zamówionego  cappucino, dostałam latte, w wersji mleko o smaku kawy. 

 

Sztuczne kwiaty.

To że stroją nimi ołtarze to pikuś. Gorzej, że takie „wiązanki” leża pod pomnikami, czy nawet „rosną” w okiennych donicach.

Kolaże tradycji i nowoczesności

Kuły w oczy: np. nowoczesne organy w przepięknym kościele w klasztorze Hieronimitów

Albo śmieszyły, z tym że z lekkim smaczkiem irytacji, jak te urządzenie do zapalania wotywnych świeczek na odległość:


piątek, 05 października 2018, ninga

Polecane wpisy

  • Zarządzanie przez chaos

    Umawianie ekip jedna po drugiej cosik nie wychodziło: ci co mieli kończyć, robili sobie niezapowiedzianą przerwę, ci co mieli przyjść po nich, nie chcieli czeka

  • Przeczytane

    Wakacyjne czytanie, czyli cztery książki, których przeczytanie można sobie spokojnie darować Ekomąż i Ekożona Michał Vieweght Do Michała Vieweght mam sentymen

  • Moje walki

    ZUS Dostałam w pismo z Sądu, z Wydziału Ubezpieczeń Społecznych. Okazało się, że Sąd wysyłał polecone, o których nic nie wiedziałam bo poczta w Brwi rzadko kied

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Spis moli