RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010

Buzi buzi z wiosną

Po raz pierwszy poczułam wiosnę już we wtorek i w ramach wiosennych porządków  wygarnęłam worek rzeczy do wyrzucenia.  Z kolei w piątkowe południe, wyszłam z pracy na 20 minut i wróciłam dopiero po godzinie - zamiast jechać autobusem, szłam Traktem Królewskim delektując się zapachem zbliżającej się wiosny. Potem przeczytałam prognozę pogody  - chyba miałam tzw. haluny.

Cieszę sie, że wielkimi krokami zbliża się koniec karnawału i już po raz czwarty będę "brzuch w brzuch" pościć z Joanną. Na razie w każdym tygodniu zdarza się coś "w poprzek".

W tym tygodniu:

przyleciała na weekend moja śliczna córka i przy zamówionym w restauracji stoliku odbył się rodzinny obiad. Tym razem świętowaliśmy urodziny synka i tatusia.

Ponadto:

- na jeden dzień wpadł synek (= pyszna kolacja).

- wypadał weekend z Gumisiem (= dużo, dobrze i podane pod nos).

Gumiś trochę i pod moim wpływem, wrócił do drutowania (wpadłyśmy nawet na chwilę na niedzielne spotkanie, tzw. Szarotki).

Na pierwszy ogień Gumiś zabrał się za Tunic vest z zimowego Vogue Knitting.

 

Życie z tłumaczem z języka angielskiego nic mu nie pomogło. Jacek nie umiał przetłumaczyć,  Tunic vest robiony jest metodą "na czuja" i to co jej wychodzi "trochę" obiega od oryginału.

Ja dalej w szalach. Z tej samej wełny robię jeszcze jeden Heartland Lace Shawl, tym razem dla siebie. Przyszła już, kupiona na Allegro, wełna na kolejny szal -  na razie myślę o Print O' The Wave Print, tyle że spróbuję robić od razu body z borderem.

Nie zapomniałam o noworocznym postanowieniu - jak najwięcej czeskiego. Przeczytałam pierwszą książkę polecanego w komentarzach przez Fanaberię w Pradze Michala Viewegh'a. Fajna.


W tytułowego "zbijanego" (po mojemu "w dwa ognie") grali w latach siedemdziesiątych bohaterowie książki: klasowa piękność - Ewa, zakomplesiona brzydula - Myszowata i trzech nierozłącznych przyjaciół - Jeff, Tom i Skippy. Teraz  mają po czterdzieści lat i dokonują pierwszych życiowych podsumowań. Wspominają przy tym szkolne lata, które nadal determinują wiele ich życiowych wyborów. Prawdziwe i świetnie się czyta.

Boję się chwalić dnia przed zachodem słońca (dopiero luty), ale to już trzeci dobry film w tym roku (po Gorzkim mleku i Co wiesz o Elly).

Opowieść o miejscu kultu, pielgrzymach i około pielgrzymkowym biznesie. Ale bez  czarno-białych klisz, czy demaskatorskich zapędów. Główną bohaterką jest młoda, częściowo sparaliżowana,  chora na stwardnienie rozsiane dziewczyna.  Nie interesuje ją zdrowie duszy - uważa że gdyby miała zdrowe ciało, z resztą dałaby sobie radę.  Poza nią, jeszcze cała galeria bardzo ciekawych postaci. Robi wrażenie zarówno ogrom potrzeby uzyskania wsparcia czy dodania otuchy, nawet jeżeli ma mieć to miejsce na zbiorowym seansie jak i zorganizowany w tym celu przemysł dawania nadziei.

W ostatniej chwili dotarłam do Zachęty na retrospektywną wystawę Zbigniewa Libery.

Nie obejrzałam wszystkich jego prac - niektóre filmy były dla mnie zbyt obsceniczne lub zbyt dramatycznie prawdziwe (np. pielęgnowanie umierającego człowieka). Mało wiem o współczesnej sztuce i Z. Libera jest jednym z niewielu artystów, których rozpoznaję. Bardzo go cenię, przede wszystkim  za cykl "zabawek".  Nigdy nie rozumiałam i nadal nie rozumiem kupowania małym chłopcom zabawek militarnych. Dawania dziecku pistolecika  i mówienia: a teraz idź się pobaw w zabijanie kolegi.

Zapomniałam o tej jego pracy:


Dziwne, że przy ostatniej "awanturze" nikt o niej nie wspomniał.

niedziela, 31 stycznia 2010

 Bardzo długi wpis o wszystkim

Niedawno zalała mnie lekka złość (pomieszana z zazdrością) gdy  przyjrzałam się bliżej sieci AA, temu jak sprawnie działa, jak jest atrakcyjna i dostosowana do potrzeb swoich klientów.  Teraz odkryłam kolejny system, który działa w tym kraju bez zarzutu - domową opiekę paliatywną. Dla całej reszty, bez takich ekstremalnych problemów, jedyną ofertą jest codzienna transmisja z sejmowych komisji śledczych.

Referendum w mojej gminie, tak jak się spodziewałam, nie wypaliło - ludzie nie poszli głosować. Dziwię się, bo powodów by się wściekać na "wadze" na pęczki. i chociaż w ten sposób można by im trochę przytrzeć nosa. Chociażby za dojazdy: 


PKP twierdzi, że to wszystko dlatego, że brakuje im taboru. Ale na to by jeździł specjalny pociąg, który jak rusza z Wwy zatrzymuje się dopiero na stacji za Grodziskiem Mazowieckim (mieszkają tam znajomi Władcy Mazowsza)  wagony są. I żeby to poważnie wyglądało, nie jedzie tylko jeden pusty wagon, ale pełny skład.

Byłam w tym tygodniu na spotkaniu, na którym m.in. składano relację z wizyt studyjnych w szkołach Walii i Finlandii. Zwrócono uwagę na umeblowanie klas. - młodsze dzieci siedzą tam przy dużych, złączonych stołach, a centralnym meblem w klasie nie jest tablica i biurko nauczyciela (tego ostatniego nie ma). Tym samym dzieci od początku uczą się pracować w grupie. A u nas ławka, ewentualnie pół ławki. Jasno ograniczone terytorium - ty, twój zeszyt, twoje zadanie i twoje oczy zwrócone na siedzącego na tronie nauczyciela. Może rzeczywiście jest to jedna przyczyn nieistnienia społeczeństwa obywatelskiego (tak sugerował prelegent).

Skończyłam szal dla Anki. Zużyłam jeden motek i ciut następnego (nie starczyło mi na kilka ostatnich rzędów) włóczki Himalaya Kasmir. Druty "4".

Brzeg zrobiłam za pomocą Elastic cast-off (nie wiem jak sobie moja babcia dawała radę bez Youtube.com).

Idąc za ciosem mam zamiar z tego napoczętego motka zrobić jeszcze jeden Heartland Lace Shawl, tyle że mniejszy (jeden motyw mniej) - powoli zaczyna mi przeszkadzać moje muzeum włóczek. Z jednego takiego muzealnego obiektu zrobiłam mały "itemik" - fioletową Quincy, pasująca do szala od Gumisia.

Porządnie zrobiona Quincy jest nawet całkiem twarzową czapką.  Cały myk polega na odpowiednim denku - ma nie ściągać czapki robiąc z niej szpiczaste "cuś", tylko nadawać jej  "toczkowaty" kształt.

Nikt mnie nie przekona, że koty są mądre. Mróz był taki, że wzięłam Sraluchę do domu. Nawet miałam w sobie zgodę, że jak jej się spodoba to tak zostanie.  Myślałam, że w końcu do niej doszło, że teraz to ja ustalam reguły gry i że w jej interesie jest się ze mną "dogadać". Dałam jej wybór: kupiłam małą kuwetę, kupiłam dużą kuwetę, kupiłam trociny, kupiłam żwirek.


 

Bez różnicy. Nie dała się przekonać. Za radą Joanny wpisałam w gugle "kot nie robi do kuwety". Niestety wersja "kot robi gdzie popadnie" nie występuje - kłóci się z kreowanym przez kociarzy wizerunkiem. W tej sytuacji, jak tylko mróz  trochę zelżał, wywaliłam ją z powrotem na dwór.

Dawno nie byłam na tak dobrym filmie. Co wiesz o Elly to rzadko spotykana w naszych kinach perełka.

Nie rozumiem, dlaczego ten film przechodzi tak bez echa. Współczesny Iran. Grupa przyjaciół jedzie na kilka dni nad morze. Jest wśród nich niedawno rozwiedziony Achmed i zabrana dla niego "do pary", tytułowa Elly. Jest wesoło,  beztrosko i tylko chusty na głowach kobiet mówią nam o tym, że to świat Islamu. Nagle wydarza się coś, co przewraca wszystko do góry nogami.  I wtedy okazuje się, że gdy dzieje się coś naprawdę, spod zachodniej powłoczki  natychmiast wyjmowane są klisze "tamtej", obcej nam kultury. Rewelacja!

Drugi film już był całkiem zwyczajny.


Podobał mi się ten film, ale przede wszystkim dlatego, że była to dla mnie  podróż sentymentalna. Opowieść o pierwszej miłości i o dojrzewaniu. W tle dyktująca warunki Historia lat 81-83,   z tym, że na co dzień niewiele ona ludzi obchodzi, co najwyżej wykorzystują ją do swoich małych  świństewek. I chyba to jest największą zaletą tego filmu - lata które zazwyczaj opowiadane są na patriotyczno - martyrologicznym zadęciu, opowiedziane są zwyczajnie, tak jak pamiętają ją świadkowie tamtych wydarzeń. W dodatku, co w polskich filmach rzadkie - nie wszystko jest dopowiedziane do końca, podsumowane wyjaśniająca rozmową, zakończoną dramatyczną kwestią. Ale czegoś brak. - film nie porywa, ani nie urzeka. Niestety.

Przeczytałam dobrą książkę:



Książka to hymn autorki na cześć Nowego Jorku. 400 stron o miłości i zachwycie, uczuciach jakie każdego dnia, budzi to miasto w autorce, która świadomie wybrała je jako swoje miejsce na ziemi. .Napisane tak, że czyta się z zapartym tchem.

Zastanowiła mnie obserwacja tajemniczego C,:

I nagle C. - autor wielu znakomitych reporterskich zdjęć - powiedział: "Turyści mnie zasmucają: oni zawsze chcą fotografować tylko to, co widzieli na pocztówkach i w przewodnikach. Ja robię zdjęcie tylko wtedy, kiedy wiem, że patrzę na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem".

Całkiem długą chwilę posiedziałam w grafice gugli i pooglądałam fotografie Diane Arbus. Rzeczywiście robią wrażenie.

Na dwie koniec ciekawostki.

1. Dostałam w mailu taką mapkę. Poszukałam w necie źródła, znalazłam tu.

Inspiracją pewnie była ta mapka.

2. Jedną ciotkę, co właśnie po trzech latach wróciła do kraju, zbulwersowało takie niewinne ogłoszenie:

Posiadam do wynajęcia ładne, jasne mieszkanie 3-pokojowe, o powierzchni 68 m2 na os. Oświecenia, nowe budownictwo, łatwy i szybki dojazd do centrum, na m-cu szkoła, przedszkole, kościół ...

Nazwała to przegięciem pały. W odpowiedzi posłałam jej takie ogłoszenie :

28m, okna na centrum Piotrkowa, wykończone pod klucz, kafle i armatura z Pewexu, 6 szwedzkich wind, internat ( w pobliżu ). Sprzedam katolikowi.

 

 

środa, 27 stycznia 2010

Nagrody literackie (1)

Anne Michaels - Płomyki Pamięci

Co za gniot!

Z każdą przeczytaną kartka, rosło moje zdziwienie. Taki bełkot  i nagroda? I to nie jedna.  Z okładki dowiedziałam się, że Płomyki pamięci Anne Michaels:

"to jej pierwsza powieść, która stała się bestsellerem literatury kanadyjskiej ostatnich lat, otrzymując aż osiem nagród - m.in. Guardian Fiction Award, Orange Prize, Lannan Literary Award, Trillium Prize".

To już lepszy Coelho - głębia ta sama, a przynajmniej krótszy.

Bohaterem książki jest Jakob Beer. W czasie drugiej wojny swiatowej, wywiózł go  pod pazuchą grecki naukowiec, który zabezpieczał wykopaliska w Biskupinie (kilka dni wcześniej na oczach Jakoba zginęła jego żydowska rodzina - rodzice i siostra Bella). Dorastał na greckiej wyspie, potem razem ze swoim opiekunem zamieszkał w Kanadzie, założył jedną rodzine, potem drugą, ciągle nie mogąc zapomnieć o traumie dzieciństwa i o swojej ukochanej siostrze Belli.

Ta historia opowiedziana jest dziwnym językiem, pełnym barokowych przenośni, nie najwyższych lotów opisów przyrody i pseudofilozoficznych mądrości.

Dla zainteresowanych, próbka stylu. Otworzyłam książkę na "chybił trafił" i zeskanowałam pierwszy fragment jaki mi wpadł w oko. Cała książka jest napisana takim językiem!

Kocham synów Maurice'a i Ireny, tak jak kochałbym dzieci Belli, i często wzdycham do tego, by opowiedzieć im po raz któryś z rzędu o tamtych popołudniach w rzecznych przystaniach, o bladym jesiennym słońcu prześwietlają­cym przybrzeżne trzciny, o zielonych porostach na gła­zach w płytkich zakolach rzeki, o biblijnych miastach, któ­re budowałem z Monesem z błota i z patyków. Ścięty lo­dem brzeg, zielonkawe niebo, czarne ptaki, śnieg. Kiedy Yosha i Tbmas byli bardzo mali, kucałem przy nich i obej­mowałem kruche, kościste ramionka, myśląc, że to samo robił kiedyś mój ojciec.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106