niedziela, 05 lutego 2017

Google już wie, że za chwilę jadę do Wietnamu i bombarduje mnie ofertami hoteli. My tymczasem dajemy sobie radę bez niego (w roli gugla występuje synek) i jeden mamy już zabukowany: w Sajgonie zatrzymamy się w Quan Hotel. 


Ale to dosłownie za chwilę. Na razie finalizuję kompletowanie ekwipunku. Kupiłam w końcu torbę (szukałam tylko wśród takich z bocznymi kauczukowymi kółkami). Kosztowała mniej niż myślałam, więc dołożyłam plecaczek (polecam equip.pl). Można przed zakupem pojechać na Człuchowską i wziąć do ręki. 


Nie udało mi się kupić kurtki przeciwdeszczowej i muszę wziąć czerwony, do niczego nie pasujący sztormiak. Za to kosmetyków, leków, preparatów mamy takie ilości, że w hotelowych łazienkach będziemy się pindrzyć niczym małpy w kąpieli. 

babcia trendsetterka  
Przy okazji polecam polskie kosmetyki Nacomi

Wypróbowałam maskę do włosów, scrub do pięt, teraz maziam się ich kremem i olejkiem arganowym do twarzy (ten ostatni w zakręcanej buteleczce !) i jestem coraz bardziej zadowolona. I co ważne: nie piecze mnie w oczy, więc może rzeczywiście, tak jak twierdzą, czysta natura.

Zdążyłam ze słowiczymi getrami:
Wełna Drops Fabel - 2,5 motka czarnej
Druty - 2,5
Ściągacz na okrągło 72 oczka
Potem, po dodaniu dwóch oczek brzegowych na dwóch drutach 30 oczek dżersejem, reszta ściągaczem. Na koniec znów ściągacz na okrągło.  

Jackie

Osią filmu jest udzielony tydzień po zamachu wywiad.  Opowiada w nim o  tym, jak mając pełną świadomość, że znajduje się w centrum historii, nie poddając się rozpaczy po śmierci męża, ani niepewności co dalej, reżyseruje wielki spektakl.  Stawką jest to, by pogrzeb JFK przeszedł do historii, tak jak przeszedł pogrzeb Lincolna.

Film to popis gry Natalie Portman. Tak jak Jackie reżyserowała historię, tak tu Portman odgrywa na wysokim „c” spektakl o amerykańskiej ikonie. Trudno się z nią (i z grana przez nią w tym filmie postacią) utożsamiać, można jedynie z oddali podziwiać.

La La Land


Gdybym się dowiedziała, że La La Land nominowano do 14 Złotych Malin uznałabym, że to jednak przesada. Porównywalna jedynie z nominowaniem tego filmu do Oscara w 14 kategoriach. Nie mam nic dobrego do powiedzenia na temat tego filmu.

Nawet Ryan Gossling mnie znudził. Grepsy z Casablanki wolę w oryginale. 

 

 dobry film  

Manchester by the sea


Nie przepadam za melodramatami, a ten wpina w fotel.

Opowieść o tym, jak trudno poradzić sobie z traumą. Największą ma główny bohater, ale nie on jeden. Nie od razu wiemy dlaczego tak dziwnie się zachowuje, powoli staje się to dla nas jasne dzięki retrospekcjom. Małe amerykańskie miasteczko, cały czas przewijają się te same twarze, w kolejnych scenach raz występują jako bohaterowie, raz jako statyści. Nie przegadane. Sporo ciętych, pełnych humoru dialogów. Co jakiś czas genialna scena. Nie wiadomo kiedy ta opowieść tak wciąga, że  z żalem patrzy się na końcowe napisy.

To ten film zasługuje na dużo Oscarów.

 

Sztuka kochania

Całkiem dobry film, Może bez rewelacji, ale pełen bardzo prawdziwych scen. Nie dziwię się, że nie podoba się facetom (zanim poszłam, brałam udział w dyskusji na fejsie, gdzie wylewali wiadra zniesmaczenia) - nie wypadają w nim najlepiej. Jest w tym filmie taka scena: noc, dzieci śpią. Wisłocka dowiaduje się, że mąż oświadczył się jej przyjaciółce, z którą żyli w trójkącie. Mówi mu by natychmiast wyniósł się z domu. On biegnie do sypialni, budzi kilkuletnie dzieci, sadza je na kuchennym stole i mówi im, że właśnie mamusia wyrzuciła tatusia z domu i on sobie pójdzie i nigdy więcej go już nie zobaczą. Czy dotrzymał tej obietnicy dowiem się, jak przeczytam książkę.

niedziela, 29 stycznia 2017

Przygotowania do Wietnamu idą pełną parą. Kilku rzeczy jeszcze nie mam, szukam i dlatego trafiłam do Fortu Wola. W pustej galerii działa jeszcze kilka sklepów, co jeszcze bardziej potęguje nastrój grozy. 


W kinach tyle do oglądania, że przed Wietnamem nie zdążę obejrzeć. Od tego tygodnia zaczynam oglądać wg, klucza: "po powrocie może już tego nie być na ekranach", ale w tym tygodniu jeszcze ten klucz nie obowiązywał.

Toni Erdmann

Nie wiem co budzi takie zachwyty. Jest wprawdzie sporo świetnych scen, ale jak dla mnie film jest za długi i zamiast rozbawiona, wyszłam z kina zmęczona. 

Tytułowy Toni Erdmann, niemiecki emeryt, ma córkę korpoludka, która utknęła na drabinie kariery w Bukareszcie i marzy o przeniesieniu do Singapuru. Gdy na kilka dni wpada do domu, ojciec zauważa jak jest znerwicowana i nieszczęśliwa. W tej sytuacji jedzie z niezapowiedzianą wizytą do Bukaresztu. Chce jej pokazać, że warto być wyluzowanym, a że terapia ma być szokowa, to i to co pokazuje, "robi wrażenie" .

Wyszłam z kina jeszcze bardziej przekonana o tym, że niemiecka komedia to jest oksymoron.  

Honorowy obywatel


Fajny, z tych dających do myślenia.

Bohater to laureat literackiej Nagrody Nobla. Argentyńczyk. Od wielu lat żyje w Europie, stara się pozostawać na boku, nie przyjmować zaproszeń. Pewnego dnia postanawia zrobić wyjątek i przyjmuje zaproszenie od burmistrza rodzinnego miasta. Argentyńska prowincja, 700 km od Buenos Aires.

Obie strony na starcie mają dobre chęci, ale sprostanie oczekiwaniom okaże się dla nich zbyt trudne. Z gatunku: śmiech przez łzy.  

 Powidoki

Ciekawe, czy gdyby Wajda żył przetoczyłaby się dyskusja o tym filmie. 

Byłam przekonana, że idę na kiepski film, zrobiony przez bardzo starego artystę, który ex cathedra w drętwy sposób wygłosi przesłanie do potomnych. A tymczasem film nie powala na kolana, ale i nie zniesmacza.

Zarzuty, że Wajda pominął to, jakim Strzemiński był człowiekiem, są moim zdaniem bez sensu. Film nie opowiada o jego związku z Kobro, tylko o tym jak jest niszczony jako artysta. A tak: na marginesie - niszczył go ówczesny minister kultury, Sokorski. Gdy wiele lat później w jakimś wywiadzie opowiadał, jak to starał mu się pomóc, córka Strzemińskiego chwyciła za pióro i postanowiła opowiedzieć o jak to było naprawdę. 

Poza kinem byłam na wykładzie Ewy Łętowskiej Wygaszanie prawa:


Tu można przeczytać o czym mówiła.

Wesołe to nie było, ale ciekawe i owszem. Tyle, ze chociaż coraz bardziej wnikliwy i  pogłębiony jest opis obecnie podejmowanych przez rządzących działań, to diagnoza dlaczego tak wyszło, dalej nie wychodzi poza utarte zdania-wytrychy.

Z getrami-sikoreczki łatwo nie jest. W tym tygodniu miałam skończyć, już byłam w ogródku i witałam się z gąską, ale na koniec jedną sprułam i muszę w tym tygodniu narzucić sobie niezłe tempo by skończyć.


A tu Gackowa na fejsie pochwaliła się, że robi coś takiego:

Nie wchodzę na dziwne strony, wystarczy że robi to mój synek. Znalazł w sieci, na stronie wydawnictwa Redblock, coś takiego  Może lepiej że młodzież nie czyta?


piątek, 27 stycznia 2017
Przeczytane 2017

dobra książka  

 Mam na imię Lucy Elisabeth Strout


Przeurocze powieścidło. Z tym „cuś” co sprawia że nie jest to jeszcze jedne kobiece czytadełko.

Tytułowa Lucy z powodu powikłań po wycięciu wyrostka robaczkowego leży tygodniami w nowojorskim szpitalu. Mąż jej nie odwiedza, bo zajmuje się dwójką małych dzieci. Z innymi pacjentami nie ma kontaktu, bo jest w izolatce. Nie wie też do końca co jej jest i czy z tego wyjdzie. 

Na pięć dni przyjeżdża do niej z głębi kraju, z ubogiej amerykańskiej prowincji, dawno nie widziana matka. Zawsze ich kontakty opierały się na przerywających milczenie półsłówkach i niedopowiedzeniach., teraz też daleko poza tę linię nie wychodzą.

Ta pełna milczenia, chwilami sztuczna i wymuszona rozmowa oraz kłębiące się w głowie Lucy przemyślenia, składają się na opowieść o dzieciństwie. Nawet nie tyle opowieść, ile jej szkic, bo wszystko zamyka się na niewielu ponad 200 stronach.

Ale jak ktoś lubi nie przegadane książki, takie bez nadmiaru słów, polecam.

Gdyby nie doroczne zestawienia wskazujące najlepsze książki wydane w mijającym roku, nie wiedziałabym ani o tej książce ani o Elisabeth Strout. Tymczasem  za powieść Olive Kitteridge dostała w 2009 roku Pulitzera. W Polsce wydano cztery jej książki. Jedną nawet tak dawno, że nie ma ebooka.

 

Król Szczepan Twardoch

 


W podsumowaniu 2016 roku Kinga Dunin napisała: Twardoch kolejny raz udaje, ze napisał arcydzieło. Coś w tym jest.

Tak jak kryminały Krajewskiego śmierdzą piwem i golonka, tak u Twardocha występują te same postacie pokręconych facetów, tańczących w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku pełen przemocy i seksu chocholi taniec „mocnych mężczyzn”. Przedwojenna Warszawa przypomina w tej książce Chicago lat dwudziestych, a tytułowy król rządzi jej żydowską dzielnicą niczym Al Capone.

Jest to dobrze napisane, ale już nie miało już dla mnie tej świeżości co Morfina. Nie dlatego że Król jest od tamtej książki gorszy, ale na tyle podobny, że tak tą golonką u Krajewskiego: to co za pierwszym razem jest do zniesienia, za drugim zaczyna przeszkadzać.

Słodka przynęta Ian McEwan


Powieść z życia agencji angielskiego wywiadu

Londyn, początek lat 70-tych. W agencji M5 rozpoczyna pracę młoda piękna dziewczyna. Jej zadaniem jest „opieka” nad początkującym pisarzem - ona ma udawać przed nim pracownika zachwyconej jego talentem fundacji, gotowej płacić mu za to by cały czas przeznaczył na pisanie książek. On ma w tych książkach wychwalać zachodni świat i krytykować, ten po drugiej stronie muru. Tyle, że ona się zakochuje i wszystko się komplikuje.

Nie jest to najlepsza książka Iana McEwana. Tak jak i inne, dobrze się ją czyta, ale w porównaniu z nimi, w tej z intrygą aż tak bardzo się nie wysilił. Chociaż, co trzeba mu przyznać, zakończenie zaskakuje.

Skandalu nie będzie Krzysztof Piesiewicz


Smuta książka – wywiad.

Dzieciństwo, młodość  w socjalizmie. Proces Popiełuszki. Przywrócenie praw Kuklińskiemu. Przyjaźń z Kieślowskim.

Potem kilka zdań o tej ostatniej sprawie, która zmiotła go ze sceny.

Kawał historii. Ale w świecie narzuconych przez tabloidy standardów, powiedział za mało by zaciekawić. 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 298
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli