czwartek, 22 czerwca 2017
Przeczytane 2017

dobra książka 

 Krzyżyk niespodziany. Czas Goralenvolk Paweł SmoleńskiBartłomiej Kuraś 

  

Bardzo ciekawy reportaż o jeszcze jednej, ukrytej pod dywanem, karcie historii. Trudno wpasować Goralenvolk (Kenkarty z literą „G” przyjęło około 20 procent ludności Podhala) do obowiązującej układanki, w myśl której Podhale to matecznik arcypolskości. 

Na Podhalu też obowiązuje zmowa milczenia. Nie jest to trudne: świadkowie tamtych zdarzeń już nie żyją a i tak, ci co mieli najwięcej do powiedzenia zniknęli zaraz po wojnie, lub zostali zabici. Autorzy stawiają pytanie na ile wykonanie natychmiast po wojnie, bez sądu, wyroku na Wacławie Krzeptowskim, nie było po części uciszeniem niewygodnego świadka.

Historię Goralenvolk można próbować odtworzyć  jedynie na podstawie dokumentów – tak zrobili autorzy i trzeba przyznać, ze zrobili to umiejętnie, bo książkę się dobrze czyta, nie jest „przeładowana” źródłami. Fajny przykład na pogmatwanie polskiej historii, w której często, jak mówi jeden z bohaterów: "wszystko jest pioruńsko trudne". 

W tle opowieść o góralskim znaku szczęścia, krzyżyku niespodzianym, który po wojnie był już tylko kojarzony ze swastyką i jako taki znienawidzony. Usunęli, czy ukryli go prawie ze wszystkich miejsc, ale np. został na kamiennym grobie Karłowicza. To nic, że zmarł w 1909 roku – sądząc z wygłaszanych przez turystów uwag, są przekonani, że mijają grób jakiegoś nazisty.


Wtedy. O powojennym Krakowie Joanna Olczak-Ronikier

 

W pewnym sensie kontynuacja książki W ogrodzie pamięci.

Po wojnie, matka i babką dostają pokój w kamienicy na Krupniczej w Krakowie. Cały dom zamieszkują literaci, nad nimi mieszka Gałczyński, przychodzi w odwiedziny Staff. Babka – wdowa po Jakubie Mortkowiczu wznawia działalność wydawnicza. Matka para się dziennikarstwem. Autorka, usiłuje, po wojennych przejściach (ostatnie dwa lata okupacji autorka spędziła oddzielona od rodziny w klasztorze) nadrobić stracone lata dzieciństwa.

Nostalgiczna opowieść o pierwszych latach powojennego Krakowa, która kończy się w momencie gdy nadciąga noc stalinizmu.

Ale też aż takiego wrażenia, jak W ogrodzie pamięci, ta książka na mnie nie zrobiła. 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Cały tydzień dalej byczyłam się pod Grójcem w przepięknym, oddalonym, od ludzi i świata miejscu

W ciągu dnia Joluśka bawiła się w swoje renowacje


Ja robiłam na drutach - mam zamiar opisać przepis na tę czapkę, bo według mnie to prosty i fajny pomysł na wykorzystanie resztek (musiałam przeszukać sieć, m.in. dopiero po wypróbowaniu kilku sposobów na elastyczne zakończanie ściągacza, znalazłam, taki, który spełniał moje oczekiwania). 


Czasami ktoś nas odwiedzał


Ale generalnie czas mijał nam na nic nie robieniu - odblokowałam się do tego stopnia, że tak jak drzewiej bywało potrafiłam spać do pierwszej po południu. Patrząc wstecz, nie zrobiłam na tym zwolnieniu prawie nic z tego co planowałam i tylko mogę żałować, że tak szybko się skończyło.


Natomiast to co mnie zaskoczyło to sam Grójec. Dawno już nie widziałam, tak zapuszczonego miasteczka

 

Czas zatrzymał się tam w miejscu.

 

Pora wracać do rzeczywistości. Obserwowałam ją z pewnej odległości, ale według mnie, tego się już nie sklei.


niedziela, 11 czerwca 2017

Trochę na siłę i wbrew porywom serca oczyściłam  umysł z myśli ile rzeczy w domu planowałam zrobić i ostatni tydzień zwolnienia  spędzam na wiejskiej rekonwalescencji.

Błogo tu.


 

Bardzo nastrojowo urządzone wnętrza:


Pełne przyniesionych ze śmietnika, a potem własnoręcznie odnowionych mebli i kupionych na szperach gratów (ta szklana głowa jako model do moich czapek ...):


Bujając się w hamaku vintage już pierwszego dnia zrobiłam opaskę dla mamy:


Mój pierwszy enterlac został w domu – miałam bardzo dużo pomysłów na wykończenie brzegów, po zrobieniu każdy następny był brzydszy od poprzedniego, tak że dałam sobie spokój i pewnie skończy się na szydełku.

Bo ja już nie mam siły na rzeczywistość. Po pozamiataniu aborcji i antykoncepcji, przyszła pora na przeszczepy. Na czele ruchu stoi dominikanin, dr. nauk medycznych. Zaczęto się od puszczenia do sieci chwytających  za serce artykułów  o ludziach, którzy uznani za martwych, wybudzili się ze śpiączki (o tym, że nie byli to kandydaci do przeszczepu, więc to nie komisja, a pojedynczy lekarz popełnił błąd podpisując protokół o śmierci mózgu, oczywiście ani słowa). Do tego wyliczenia, że jeden człowiek „wart” jest 2 mln, tak by na koniec  jasno z tego równania wynikało, że że katolicki lekarz nigdy nie podjął by się przeszczepu, a państwo, które to toleruje należy do kręgu cywilizacji śmierci. Usiłowałam nawet dyskutować w sieci z tymi, którzy „wiedzą” więcej, ale się nie da.

Tak naprawdę to nie rozumiem, dlaczego transplantologia jest sprzeciwianiem się boskim wyrokom, a leczenie ludzi w śpiączce nie.

Ale ja coraz mniej rozumiem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 305
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli