|
czwartek, 19 listopada 2009
Liban Jocelyne J. Awad - Rozdroże proroków Bardzo urokliwe czytadełko. Przez Bliski Wschód jedzie zdezelowany, wypełniony haszyszem autokar, w którym za ostatnią, maskującą warstwę, robią spragnieni egzotyki turyści. Biuro podróży szemrane, autokar się co chwilę psuje, upał doskwiera, turyści marudni, a beduini-gangsterzy zainteresowani tylko wartościowym ładunkiem. Jest też i watek miłosny - leniwy, upalony haszem pilot jest zainteresowany młodą i piękną turystką. Słowem gotowy materiał na film przygodowy.
Ale też odrobina egzotyki i warta narracja sprawia, że czyta się miło i jest nawet miejsce na refleksję o piekle nienawiści jaką sobie zafundowali mieszkańcy Bliskiego Wschodu. Palestyna Said Kaszua Arabowie tańczą ![]() Jeszcze jedna książka z tego regionu - równie dobrze się czyta jak poprzednią, ale nie jest tylko przygodowym czytadełkiem. Opowieść o dorastaniu chłopaka - Araba, mieszkającego w Izraelu. Książka jest podobno napisana na motywach autobiograficznych - jeżeli tak, to jej autor nie miał łatwo. Bohater, mimo że jest Palestyńczykiem, jest bardzo krytycznie nastawiony do tego jak żyją i czego chcą od życia. Sam stara się wyglądać jak Żyd, nie tylko dlatego że w Izraelu łatwiej się z takim wyglądem żyje - usiłuje w ten sposób również żyć, bez opowiadania się po którejś stronie. Ale jak łatwo się domyśleć, przy tej temperaturze sporu, nie jest to możliwe. Korea Oh Jeonghui - Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania Nie lubię opowiadań. Ale w przypadku Oh Jeonghui nie wiem czy dałabym sobie radę z powieścią - o gram za dużo egzotyki. Przynajmniej jak dla mnie – lubię egzotykę w filmie, w książkach niekoniecznie. Zainteresowała mnie etykietka „proza kobieca”, ale kobiety są tu nie tylko nieszczęśliwe, jest w tych opowiadaniach ciężki nastrój przygnębiającej uległości i beznadziei. Nastrój jak z opowiadań M. Konopnickiej - nie wiem dlaczego miałam takie skojarzenie, może dlatego że tu i tam wiejska bida? Ale też, żeby tak nie było, że nie ma nic w tych opowiadaniach ciekawego - niektóre fragmenty przemawiają do wyobraźni, łatwo czarować sobie przed oczami obrazy tego, o czym się czyta. Jest też bardzo ciekawy wstęp - Koreańskie kobiety w literaturze.
niedziela, 15 listopada 2009
Po po raz pierwszy z klapeczką Po po raz pierwszy z klapeczką.
Zrobiłam metodą "na oko", myślę że klapeczka na kciuku jest zupełnie nie priczom i mogłoby jej spokojnie nie być. A jeżeli już, powinna być zrobiona tak jak główna klapka - czyli zaczynać się w połowie palca, nie u nasady. Chyba też przy klapkach lepiej jest wykańczać rękawiczki ściągaczem - pikotki trochę za bardzo sterczą. Klapki doczepione są po wyrobieniu górnego zakończenia - oczka nabrałam na drut (wszystkie z tyłu i po dwa oczka z każdego boku). Jeszcze nie spotkałam w tym roku Mikołaja, ale po rękawiczkach z klapeczką, zabrałam się za kolejny prezent. Ten szal już był (pochodzi z Victoria Lace).
Będzie z czerwonego mohairu Interfox-u - do zdjęcia powiesiłam go na kwiatku, który nie zważając na zimę, po raz pierwszy jak u mnie jest - czyli od trzech lat - o dziwo zakwitł.
Do 13 grudnia wszystkie weekendy mam już "zajęte"- potem jak będzie karnawał, to wszyscy będą już "wybawieni". W ten weekend, jak co roku o tej porze, hen daleko w leśnej głuszy swoje urodziny urządziła Małgosia. Powoli i ona się starzeje, więc starałam się jej pokazać, jak pozować do zdjęć z coraz mniej młodą szyją.
Niestety zdjęcia z przyjęcia pokazują, że teoria, teorią, a z praktyką gorzej. Bo to nie tylko o szyję chodzi....
Z tygodnia na tydzień odkładam wpis o książkach przeczytanych w ramach wyzwania Literatura na peryferiach. Nie "mieści się" w tym wyzwaniu Poznać Kobietę Amosa Oza:
Opowieść o agencie Mosadu, który po nagłej śmierci żony odchodzi z pracy, wynajmuje dom, do którego sprowadza się z nastoletnią córką, matką i teściową i wrzuca luz. Nawet jeżeli jego przedłużająca się bezczynność chwilami przeszkadza, to otoczeniu, nie jemu. A że ta przypadłość dopadła głównego bohatera, to siłą rzeczy w książce, która o nim opowiada, niewiele się dzieje. Z tym że czyta się bardzo miło. I co lubię - w tej leniwiej narracji nie ma nagłych zwrotów akcji, ani pisanych na siłę zakończeń porozpoczynanych wątków. I ciut trochę lepszą od poprzedniej:
Opowieść o czterdziestokilkuletniej dentystce - wnuczce zagazowanej Żydówki, córce komunisty i zastraszonej kury domowej. Poznajemy ją w chwili gdy jej były mąż powoli umiera na raka, nastoletnia córka zostaje narkomanką, a jej przytrafia się kilkanaście lat młodszy kochanek, pracownik ichniejszego IPN-u. Wszystko opowiedziane tak normalnie, życzliwie. Mimo, że nie komedia, ten sam klimacik co w czeskich filmach. Jak im się to udaje? Byłam też w kinie.
Zgadzam się z recenzentem Gazety Wyborczej - G. Arriagi pisze świetne scenariusze (m.in. Babel, Amores perros, 21 gramów) i powinien na tym pozostać. Mylił się, jeżeli mu się wydawało, że jak weźmie kamerę do ręki, to wyciśnie z tych swoich scenariuszy jeszcze więcej. Nic w tym filmie nie zaskakuje - bardzo banalna historyjka, tyle że nawet wciąga, bo splatać różne wątki i plątać narrację, to on umie. Dzieje się to nie tylko równolegle, w kilku oddalonych od siebie miejscach na ziemi, ale jest też "wymieszane" w czasie. Na koniec, po odciśnięciu wychodzi łzawy melodramat. Nie najgorzej wprawdzie zagrany, ale i bez fanfar. Generalnie, ciekawe filmy są pokazywane w ramach festiwali, których jest coraz więcej. Tyle, ze jak było organizowane przez Gutka Kino w 5 smakach byłam w Londynie, a jak teraz będzie Festiwal Filmów Świata, to ja będę na szkoleniu. W ramach Sputnika nad Polską poszłam na najnowszy film Larisy Sadiłowej - Nic osobistego.
To nie była L. Sadiłowa z filmu Potrzebna niania czy Kocham cię, Lilia, zabrakło nie tylko głównej aktorki z tamtych filmów - Mariny Zubanovej. Z tym, że przynajmniej już wiem, że to w tej aktorce się zakochałam, nie w L. Sadiłowej. Film o prywatnym detektywie, dawnym pracowniku spec-służb, który dostaje zlecenie polegające na śledzeniu młodej kobiety. I im bardziej przygląda się jej życiu, tym bardziej nie rozumie dlaczego ktoś za to płaci. To co przypomniał mi ten film - to odgłos dawnych podwórek, na których przekrzykiwały się sąsiadki a dzieci grały w piłkę. Uświadomiłam sobie, że dziś już miasto nie wydaje takich odgłosów, a ja je jeszcze pamiętam.
niedziela, 08 listopada 2009
Kolejne żelazko, kolejna porażka. Może już nie ma żelazek, które nie chlapią i nagrzewają się tak, że można prasować na "sucho", dzięki czemu do jednego prasowania nie wykorzystuje się jednego litra wody destylowanej?
Tym razem o tym, że go nie chcę wiedziałam już drugiego dnia - od razu razu zaniosłam je do sklepu, ale niestety tego dnia padał deszcz i przemokło firmowe pudełko. To wystarczyło, by odmówić przyjęcia go z powrotem (w sklepie podczas pokazu jak na złość nie chciało zachlapać, więc moja opowieść o tym jakie to ono nie jest do bani nie była przekonywująca). Tyle wywalczyłam, że zgodzono się na wymianę żelazka na dowolny produkt w tej samej cenie. Wizja otworzenia w Brwi muzeum chlapiących żelazek jakoś do mnie nie przemówiła, wzięłam patelnie i noże - bez obu rzeczy mogę się spokojnie obejść ale mają jedną zaletę, tak łatwo nie popsują. Następnego dnia obudził mnie telefon z pracy - mieli trudności w zwróceniu czegoś, co jakiś czas temu wypożyczyłam z innej firmy, bo nie było opakowania firmowego (czyli tektury, która została zniszczona przy rozpakowywaniu). Byłam zaspana, więc nie zapytałam czy nie tęsknią też za podartą przy rozpakowywaniu folią. Mam nadzieję, że przynajmniej z piekarnikiem nie będę miała takiego pecha. Przy jego kupnie zastosowałam metodę podpatrzoną u ciotki Beaty Młodszej - weszłam do sklepu, podeszłam do pana i powiedziałam czy jest jakiś piekarnik w rozsądnej cenie, który ma grill, rożen, termoobieg, teleskopowe prowadnice i nie ma sensorów?. Pan pokazał, zobaczyłam cenę i firmę i od razu powiedziałam: "kupuję". Ilość czasu zaoszczędzonego dzięki temu, że nie osiołkowalam na ceneo, bezcenna. Poza piekarnikiem, w mojej sykstynii skończone są już szafki. Naprawdę fajnie wyszły. Niestety samochód dostawczy Bojara nadaje się już tylko na złom i na razie nie ma czym przywieźć desek do obicia belek. A bez pomalowania tych belek na jakiś wściekły kolor, moja sykstynia jest monotonna i trochę za bardzo ugrzeczniona. Odłożyłam też do wiosny pomalowanie okien (na tym zdjęciu wreszcie w oknie jest to co widzi się okiem, a nie obiektywem, czyli zamiast prześwietlonej plamy - moje sosny).
Brak czasu, odzywający się łokieć tenisisty i jesienne lenistwo sprawiły, że zamiast samej grabić, postanowiłam komuś za to zapłacić. Ogród wygląda teraz lepiej, ostatecznie może nawet tak do wiosny zostać, ale sama zrobiłabym to dużo dokładniej. I trochę tego wszystkiego nie rozumiem - dlaczego nikomu nie zależy by zrobić to tak, bym ponownie chciała skorzystać z jego usług, albo polecić go dalej?
Cała ta domowa krzątanina z powodu sobotniego wieczoru. - a jeszcze pamiętam swoje zaręczyny i wcale mi się nie wydaje, by było to aż tak bardzo dawno temu.
Przeczytałam takie zdanie: Wszyscy znamy, oczywiście na zupełnie innym poziomie, ów podstępny proces autokorupcji: skoro zjadłem już kawałek tego niezdrowego, tuczącego tortu, nie zrobi już żadnej różnicy, gdy zjem następny. Nie tylko w sobotę było tej "autokorupcji" za dużo. Miał zostać u mnie synek, kupiłam z myślą o nim trochę dobrego papu, a on sobie poszedł. Więc "autokorumpowałam" się dalej - efekty coraz bardzie widoczne. Dotarłam wreszcie na Almodovara
Lubię jego filmy, więc i ten mi się podobał. Głębi w nim nie ma wprawdzie żadnej - melodramat i to z bardzo mało oryginalną fabułą. Ale opowiedziane i zagrane tak, że się nawet tego nie zauważa. Widać też upływ czasu, nie tylko na twarzy Penelopy. To już inny, bardzo spokojny Almodovar. Jest tylko jeden gej, i to też bardzo w drugim planie. W "drutach" zbyt wiele się nie działo. W niedzielę dotarłam na warszawskie spotkanie robótkowiczek, gdzie absolutnym hiciorem była dla mnie ta wyszywanka:
Sama nie bardzo miałam się czym pochwalić - przez cały tydzień nie udało mi się znaleźć czasu na zrobienie jednych rękawiczek (mają być w wersji "z klapeczką"). Obok rękawiczek mój najnowszy gadżet - pokrowiec na drutki-knitki.
Dawno już nie było na moim blogu zdjęcia stawu z kaczkami. Zamiast kaczek zdjęcie osiedla - zaczęli wiosną, zauważyłam, że kończą, gdy zaczęli kłaść kolorowe tynki.
|
Archiwum
Zakładki:
Tu jestem
Tu byłam
Mój drugi blog
Blogują i drutują
|