poniedziałek, 12 listopada 2018

Kochany Panie Ionesco. Wpadłbyś na taki pomysł?


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Taka wyobraźnię to ma jedynie Marek Raczkowski.

 

Ktoś zachorował, ktoś umarł. Zaplątana w remont, przyjmowałam to do wiadomości, nie wyciągając z tego dalej idących wniosków. Do czasu. Pewnego dnia jedna z moich ciotek wywarła na mnie presję, że wprawdzie: jeszcze w zielone w gramy, jeszcze nie umieramy, ale w naszym wieku każdego dnia warto sobie powtórzyć, że czasu coraz mniej.

 

Ale to pieśń przyszłości. Na tyle dalekiej, że jeszcze nie zaczęłam się bać latania lokalnymi liniami azjatyckimi (z tym, że nie najgorzej wspominam już odbyte loty). Plan podróży też może ulec zmianie, bo niektórzy zamiast Malezji przekonują do Angkor w Kambodży

Teraz wszystkie ręce na pokład: remont! Łatwo nie jest, bo ze wszystkim mam pod górkę, nawet z tak prozaicznymi rzeczami jak lampeczki w kuchni. Podłoga podniosła się o 25 cm (ocieplenie + ogrzewanie podłogowe) i musiałam się pożegnać z dużymi zwisającymi z kuchennych belek lampami Ikea. Joluśka wymyśliła gliniane lampeczki, które po pomalowaniu na ten sam kolor co belki, miały się od nich nie odróżniać. Podobno jakiś czas temu były do kupienia w Leroy  Merlin za 55 złoty, ale jak się chwilę później okazało, takie ceny to na początku roku, teraz ta sama lampeczka, tyle że nie w Leroy Merlin, bo tam już nie występuje, kosztuje 133 zł. Kupiłam, bo czego nie robi się dla designu.

Lampeczki przyjechały i dopiero wtedy okazało się, że ładne to może one i są, ale po zamontowaniu "odstają" od sufitu odsłaniając obrzydliwy blaszany mechanizm. Z jednej strony kupiłam w Internecie, wiec mogę odesłać. Z drugiej, teraz prawie wszystkie lampy są przystosowane do "wpuszczenia" w podwieszany sufit i nikt się takimi drobiazgami, jak wykończenie, które można przecież "schować", nie przejmuje. Więc skończyło się tym co zawsze: "Bojar, wymyśl coś" Tyle że czas Michała z gumy nie jest, a remontowy deadline coraz bliżej. 

Przez ten remont zanikło moje życie druciarskie.

Na wykończenie czekają dwa projekty:


Funczal zszyć trzeba kitchenerem, a tego bardzo nie lubię. Niebieski we worze miał ściagacz patentowy, zrobiłam z oczek przekręcanych, bo ten pierwszy z tak sztywnej wełny brzydko wychodził i teraz wzór się nie zgadza i trzeba by go przeliczyć. W dodatku ładnie wygląda na wieszaku, ale już wiem że wygodny w noszeniu nie będzie ("ciągną" rękawy").

Gdy odkryłam, że na jednym spotkaniu przeglądałam komórkę, bo nie wiedziałam co zrobić z rękoma, postanowiłam pomyśleć o turystycznej robótce. Będzie kolejny szal. Na Szarotkach mi się spodobał, miałam się zapytać jak się go robi, ale popatrzyłam na zdjęcie na Raverly i już wiem (wełna Inga, Włóczki Warmii).

Przez chwilę byłam nawet gotowa kupić wzór, ale kosztuje 12,5 dolarów kanadyjskich. Wzory na Raverly są zazwyczaj po 20-30 zł, płacenie 40 zł za wzór o finezji konstrukcji cepa, uznałam za grubą przesadę. Pamiętam jednak, że za głoszenie takiej filozofii Agata dostała w sieci niezłe bęcki.

Remontowe zmagania przerywane są życiem towarzyskim. Nastrój ulicy jak przed laty skłania do picia wina w miłym towarzystwie.  Z tym, że w porównaniu do tamtych lat widzę istotna zmianę - ja z pokoleniem moich rodziców jak równy z równym się nie bawiłam. Teraz znajomi znajomych moich dzieci, są moimi znajomymi ... Bez różnicy czy solenizant obchodzi swoje trzydzieste któreś, czy sześćdziesiąte któreś urodziny. Ten sam miły nastrój, wzmacniany świadomością, że wszyscy oddychamy tą samą bańką. 

Urodziny Kodzia. Żeberka + burzliwa dyskusja w drodze powrotnej do Wwy, czy NN miał prawo wpier ... wszystkie żeberka, jakie zostały po poczęstowaniu gości (pół brytfanki), wykorzystując sytuację, że obok niego stoi równie wielki miłośnik żeberek Franka Underwooda, ale do czasu aż imprezy nie opuści jeden z gości, nie może się przyznać do tego, że jest mięsożerny.

Doroczne spotkanie, tyle że knajpie obok, bo w tamtej spóźniliśmy się z rezerwacją. I buuu ...Nie wszędzie obowiązuje zasada: "do ostatniego gościa". Punkt 23 nas wyprosili.

Na koniec stadna ucieczka z Wwy. Pogoda taka, że w połowie listopada życie na podwarszawskich daczach kwitnie. A wątrobę mam tylko jedną

 

 dobry serial 

Kroniki Times Squere

Dwa sezony. Klasyczny serialowy snuj. Nowy Jork lat 70-tych, początki przemysłu pornograficznego. Brzydcy ludzie, brzydkie dekoracje. Na początku ulica: prostytutki, alfonsi, bar. Potem patrzymy jak powoli ta ulica jest "czyszczona", mnożą się burdele, powstają peepshopy, kino. Rozstajemy się z bohaterami gdy na rynek ma wejść kaseta VHS. Pornos bez mięsnego wsadu, ale wciągający, a przecież o to w serialu chodzi.

Po obejrzeniu drugiego sezonu zapytałam Gugla kiedy trzeci, a ten dopiero odnotował odpalenie drugiego i trzecim sezonie nikt na razie nie mówi. A szkoda.

 Trust


Kolejny film o porwaniu Paula Getty III. Scenariusz na film rozpisany na 10-odcinkowy serial, przez co momentami mocno się dłuży. Najlepsze kawałki są poświęcone nestorowi rodu - gra go Donald Sutherland. W zasadzie to on i postać, którą odtwarza, trzyma ten serial.

Bohemian Rhapsody

 

Ładna bajeczka.

I nie chodzi mi o to, że pominięto "mroczne"  fragmenty życia Mercurego, wystarczyło mi to co jest: jak patrzy lubieżnie na mężczyznę na stacji benzynowej, wiadomo że pójdzie za nim do toalety, jak stoi przed drzwiami klubu sadomacho to do niego wejdzie itd. Tym bardziej, że po obejrzeniu Kronik Times Squere  mam przesyt "obsceniczności".

Moim zdaniem reżyser skoncentrował się na najmniej ciekawym fragmencie jego kariery: opowieści o wspinaniu się na szczyt. Przedstawione to jest jako sekwencja nudnych przypadkowych sytuacji, przeplatanych nieprawdopodobnymi łutami szczęścia, Może było inaczej i bardziej ciekawie, ale tego w tym filmie nie ma.

Urywa się to wszystko w chwili gdy są na szczycie i grają na Wembley na World Aid. Dla potrzeb filmu Mercury wie już że ma Aids. Ale w sumie to akurat jest nieistotne. Wszystko wskazuje na to, że to że wtedy postanowił dokonać jako artysta rzeczy wielkich, jest prawdą. Jak dla mnie opowieść o tym okresie jego życia byłaby dużo ciekawsza - koncert w Barcelonie, prawie do końca na scenie. 

Ale jest w tym filmie taki kawal dobrej muzyki i nieprawdopodobny, odtwarzający główna rolę Rami Malek, że warto iść.

 Z pamiętnika wk ... konsumentki 

Przez osiem lat ... a tak naprawę przez 14 lat miałam konto w Deutche Banku. Fajerwerków nie było. Ale w necie śmigało, teleserwis bez czekania, zawsze jak poszłam do oddziału byłam załatwiana od ręki.

DB kupił Santander. Kojarzy się paskudnie, więc postanowiłam się przenieść. ING Śląski ma tak dobre opinie, że zdobyłam się na dwa podejścia. Za każdym razem czułam się tam jak na poczcie: były wolne okienka, byli wolni pracownicy, ale wszyscy czekali aż zwolni się ta jedna, którą tego dnia rzucili na odcinek "interesanci". Doszłam do wniosku, że w Sandanderze chyba nie może być gorzej.  

niedziela, 04 listopada 2018

Za 1,5 miesiąca święta, a jak mantrę powtarzam: to się da posprzątać, to się da ogarnąć ...


Są już wstawione drzwi


Michał kończy parapety (na górze w kolorze okien, na dole przybielane)


Dobrze, że dałam się namówić wykonawcy na odstąpienie od projektu w toalecie pod schodami. Jest mniejsza, WC zostało przesunięte do przodu i w bok, dzięki temu jest dostęp do miejsca pod schodami (w projekcie ta przestrzeń miała pozostać niewykorzystana). Bardzo fajnie też wyszło wyłożenie ściany gresową płytą, która została po "zmniejszeniu" powierzchni podłogi w toalecie

 

 

Jeszcze nie wiem jakie zrobić drzwiczki. Teraz jestem na etapie by nie robić ich równo ze ścianą WC, tylko w głębi i zamaskować je, stawiając w przejściu półko-drabinkę.

W porównaniu do poprzedniego projektu jest jeszcze mniej miejsca na szafkę pod umywalkę. W ramach szukania oszczędności postanowiłam poszukać czegoś gotowego i tylko niepotrzebnie zmarnowałam na to sporo czasu. Modne są umywalki nablatowe (też uległam tej modzie), a w sklepach wszystkie szafki nie dość, że na jedno kopyto to na umywalki wpuszczane w blat. W dodatku, najwęższe mają 40 cm, a ja potrzebuję max 27 cm.

Skończyło się na tym co zawsze, czyli poproszeniu Michała by i do tej łazienki zrobił szafkę. Z braku miejsca wybrałam tę po lewej. 


dobry film 

Fokstrot

Współczesny Izrael. W pierwszej scenie, dzwonek do drzwi, otwiera kobieta w średnim wieku, za drzwiami wojskowi posłańcy przynoszący hiobową wiadomość, że jej jedyny, odbywający służbę wojskową syn poległ.

Ale to nie tak, że cała dalsza opowieść koncentruje się na tym, jak poradzić sobie z żałobą. Jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Wciągająca opowieść o życiu w cieniu wojny. 

A matka tego chłopaka bardzo przypomina Maję Ostaszewską, nie tylko w wyglądzie, również w  gestach, minach, sposobie poruszania.

dobry film 

Jak pies z kotem

Przeczytałam wywiad z Januszem Kondratiukiem i postanowiłam zobaczyć ten film. W kinie spotkałam dwie ciotki, które po przeczytaniu tego wywiadu wpadły na ten sam pomysł.

Janusz Kondratiuk od dawna nie utrzymywał kontaktów ze swoim bratem Andrzejem, ale to do niego zadzwonił sąsiad gdy jego brat dostał poważnego wylewu (żona Iga Cembrzyńska była wtedy na występach w USA). I tak wyszło, że przez następny rok, razem z żoną się nim opiekował.

Film opowiada o opiece nad sparaliżowanym bratem. Janusza Kondratiuka gra Robert Więckiewicz, jego brata Olgierd Łukasiewicz. Bardzo prawdziwa, mocno zanurzona  w naszej rzeczywistości gorzka, ale zaprawiona humorem opowieść o rodzinnym życiu. Takim dzień po dniu. Jeszcze jeden film o opiece nad umierającym, ale  podobnie jak 33 sceny z życia Szumowskiej, bardzo prawdziwy.

 dobry film 

Pierwszy człowiek

Nie spodziewałam się tak dobrego filmu.

O Neilu Amstrongu, od momentu w którym zdecydował się na zgłoszenie do programu podboju kosmosu do dnia jego powrotu z księżyca.

Amstrong nie jest tu przedstawiony jako nadczłowiek. Jeżeli coś go odróżniało od reszty, to nieludzkie opanowanie. Nie kierowała nim chora ambicja, potrzeba sukcesu za wszelką cenę. Trochę przez przypadek, po części kierowany potrzebą zmiany po przeżytej traumie, pewny swoich umiejętności, nie odmówił gdy mu zaproponowano. A jak już był w programie, podejmowanie nowych wyzwań należało do jego obowiązków. I tak do tego podchodził. Tym bardziej, że zdecydowanie lepiej czuł się siedząc samotnie w kokpicie, niż gadając przy piwie z kolegami.

Fajnie jest to opowiedziane. I o dziwo - chociaż jest to amerykański film o amerykańskim bohaterze, nakręcony tuż przed zbliżającą się rocznicą wielkiego amerykańskiego sukcesu, nie jest to cukierkowa biografia.

piątek, 02 listopada 2018
Przeczytane

dobra książka

Dziedzictwo Philip Roth


Nie-powieść Philipa Rotha.

Pewnego dnia Philip Roth dowiaduje się, że jego ojciec ma guza mózgu. Chwilę później ojciec podejmuje decyzję, że nie będzie się narażał na dodatkowe cierpienie, rezygnuje z proponowanego bez większego przekonania leczenia, i postanawia poczekać na wiadome zakończenie. Dziedzictwo to opis tego czekania, przeplatany wspomnieniami z dzieciństwa. Opowieść o pokoleniu amerykańskich Żydów I połowy XX wieku zakochanych w american dream, Jednocześnie bardzo osobisty, przejmujący pamiętnik żegnającego się z ojcem syna.

 

dobra książka

Noblista z Nowolipek Marek Górlikowski


Chłopak z Nowolipek, absolwent Wolnej Wszechnicy Polskiej, maturę zdawał już na studiach, bo inaczej nie mógłby bronić dyplomu. W sierpniu 1939 roku wyjeżdża na stypendium do Liverpoolu, w 1943 roku do USA gdzie jako jedyny z polskim paszportem bierze udział w Projekcie Manhattan. Po wojnie, już z angielskim obywatelstwem, zajmuje się wykorzystaniem fizyki jądrowej w medycynie i działalnością pokojową, za którą w 1995 roku dostaje Pokojową Nagrodę Nobla. 

Nie tylko nam nie pasuje do narodowego panteonu. Dla jednych Żyd. Dla innych działacz międzynarodowych ruchów pokojowych, czyli pożyteczny idiota na usługach Moskwy. Dla jeszcze innych,  nieczuły - w obliczu groźby nuklearnej zagłady - na kwestie przestrzegania praw człowieka.

Taki kot który zawsze chodził swoimi drogami. Warto poznać jego historię. Tym bardziej, że jest dość dobrze napisana.

Niesamowite są też losy jego najbliższej rodziny (wszyscy poza jego żoną przeżyli). Z warszawskiego getta udało im się wydostać tuż przed wybuchem powstania, w kwietniu 1943 roku. Do końca wojny ukrywali się w jednej z otwockich willi.   W piwnicy: czterech Żydów i dwóch Rosjan. Na parterze dwie Żydówki na aryjskich papierach i troje Polaków. Na pierwszym piętrze hitlerowiec z polską kochanką i dwóch volksdeutschów. Sytuacji, w których o mały włos, a wszystko by się wydało było sporo. Allo Allo, wysiada.  

 

Cyrankiewicz Piotr Lipiński

To, że Józef Cyrankiewicz to ciekawa postać wiedziałam przed przeczytaniem tej książki. I - chociaż do najcieńszych nie należy - po jej przeczytaniu, chętnie sięgnęłabym po kolejną jego biografię.  

Trudno o jednoznaczną ocenę tej książki. Na pewno bohater łatwy do opisania nie był, bo nawet jak na polskie standardy życiorys miał wyjątkowo barwny i pełen dramatycznych zwrotów. W dodatku, w różnych epokach podlegał licznym „zabiegom kosmetycznym". Np. ostatnio wbrew oczywistym faktom i datom, przypisano mu odpowiedzialność za wykonanie wyroku na Pileckim, bo ten ostatni miał podobno wiedzę o tym, że był konfidentem gestapo.

Odpowiedzią autora książki było suche przytaczanie świadectw historycznych, tyle że jak dla mnie zbyt  „suche”. Trochę tak, jakby autor nie mógł się zdecydować, jaki ma mieć stosunek do swojego bohatera. Bo wprawdzie w czasie wojny przyjaźnił się z tymi co trzeba, nawet odbił z więzienia Karskiego, ale czy bycie więźniem Auschwitz usprawiedliwia to co robił dalej? Pilecki to prawicowa wydmuszka, ale to, że nie wstawił się za Pużakiem już nie. Oczekiwano, że z takim życiorysem, po 1945 roku będzie Wallenrodem, tymczasem on co najwyżej paru osobom załatwił paszport, czy pomógł sprowadzić leki z zagranicy.

Autor tłumaczy: poobozowy cynik i hedonista. Ale to chyba zbyt duże uproszczenie.

 

Bezsenność w czasie karnawału Janusz Głowacki


Gdyby Janusz Głowacki miał jeszcze czas może z pomysłu jaki w sobie nosił, wykluło by się coś przypominającego jego rewelacyjne rozważania "Z głowy". Teraz miało być o tym, co widział i myślał gdy wychodząc ze swojego mieszkania na Bednarskiej, szedł do góry i zderzał się z Polską smoleńską i tą "drugą" siedząca nieopodal tej pierwszej, w kawiarnianych ogródkach.  Ale pozostał po nim tylko szkic tej książki, wydany po zredagowaniu przez żonę i córkę.

Szkic to nie książka, w dodatku by nabrał odpowiedniej "objętości", został wypełniony luźnymi, często dość bełkotliwymi dywagacjami, których prawdopodobnie, w tej postaci Głowacki nigdy by do druku nie dał. 

Jest i kilka soczystych kawałków. Tyle, że w takiej ilości, że bardziej nadawały się na artykuł (może dwa?),  nie na książkę. 

I jak zawsze u Głowackiego, są i perełki:

W Nowym Jorku na drzwiach niedużego żydowskiego teatru na samym dole Manhattanu zobaczyłem plakat: Hamlet Williama Szekspira - przetłumaczył i poprawił Izaak Lichtenbaum

 

Dodaj do znajomych Zuzanna Łapicka

Taki "lepsiejszy" i miły w czytaniu Pudelek. Tyle, że trochę z gatunku: Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Bo prawie wszytko co było do opowiedzenia, zostało już opowiedziane, a tego co ma pozostać tajemnicą, Zuzanna Łapicka nie zdradziła.  

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 335
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli