niedziela, 24 marca 2019

Pomieszkałam przez tydzień w moim domu. Jak zwykle plany miałam, że ho, ho! A skończyło się na jednej książce, i nawet drutów do reki nie wzięłam. W domu też prawie nic nie zrobiłam. Jak już robili, to inni. Dzięki nim, bardzo powoli, ale odhaczane są kolejne pozycje, z listy rzeczy do zrobienia. 
Między innymi w toalecie pod schodami są drzwi.

A moja szafa ma już uszy.


Ten oleander to jeden z nielicznych kwiatków, które przeżyły tułaczkę po znajomych. 
Będę teraz odtwarzać, ale w "tradycyjnych" doniczkach. Łada dość skutecznie wybiła mi z głowy hydroponikę: dałam się przekonać, że drogo (odżywki) i wcale nie prościej. Dzięki Ładzie zaoszczędziłam też 700 złotych. Gotowa byłam w outlecie kupić sobie takie pudełko - wydawało mi się mniej pracochłonne niż akwarium, a równie ładne. Ale ponieważ zioła maja tak różne wymagania,Łada mnie przekonała, że tylko na obrazku tak chętnie rosną sobie razem. 

Btw. nie pamiętam w której książce pisanej przez lekarza przeczytałam, ze w pokojach lekarskich, w których przekazuje się bliskim kiepskie informacje, często instaluje się akwaria.  


Napaliłam w kominku, rozwiesiłam pranie na tarasie.




Słowem może jeszcze go do końca nie oswoiłam tego domu, ale "poczułam", że go mam. 

Szafy stoją w zasadzie puste, a w komórce strach otworzyć drzwi. Z jednej strony, skoro od ponad roku obywam się bez upchniętych w tej komórce rzeczy, do niczego nie są mi tak naprawdę potrzebne. Z drugiej strony, wywalić z zamkniętymi oczami do kontenera nie potrafię.  


Zaliczyłam też mega wpadkę. 
Na stronie Ikei teoretycznie można sobie złożyć samemu np. szafę, ale tylko teoretycznie. Tak naprawdę jest do wyboru kilkanaście sztywnych zestawów, a zaplanować to sobie można co najwyżej klamki, albo nóżki. Jakiekolwiek odstępstwo w proponowanym zestawie oznacza konieczność udania się do sklepu (w tzw. plannerowi wizyty umawia się jak u dentysty, na konkretny dzień i godzinę). 
Pani była bardzo miła, zamówiona przeze mnie szafa bardzo prosta (to o tę prostotę chodziło, wszystkie oferowane na stronie zestawy, maja całe mnóstwo niepotrzebnych dodatków). Szafa przyjechała w 61 kawałkach i nigdzie nie było napisane jaki będzie jej docelowy wymiar, Dopiero jak chłopaki ją złożyły, odkryłam że to nie tak miało być.



Zamówiona szafa miała mieć 220 cm (dwie 80-tki i jedna 60-tka). Ale widocznie pani w "planerowni" źle zrozumiała i dostałam jedną 80-tke i dwie 60-tki. Ładnie wyglądało na rysunku, dołączona do rachunku lista zamówionych części miała kilka stron i założyłam, ze obie z panią mówiłyśmy o tej samej szafie. 
Moja wina, nie sprawdziłam. I teraz muszę oddać jedną 60-tkę, zamówić 80-tkę ... Co oznacza nie tylko kłopot, ale i dodatkowe koszty (Ikea liczy sobie za transport jak za zboże). 


Miałam też przenieść blog, ale na to też nie znalazłam w tym tygodniu czasu. Może w następnym tygodniu?

niedziela, 17 marca 2019
Dlaczego tobie się tak wiecznie coś przydarza

Mama zadała mi pytanie: Dlaczego tobie się tak wiecznie coś przydarza?

No właśnie.

Trwa batalia sądowa i prędko się nie skończy, następna sprawa sądowa dopiero na jesieni. Ale "rokuje". ZUS do kapitału początkowego przyjął 101% średniej, na podstawie przedstawionych przeze mnie oryginałów zaświadczeń powinno mu wyjść 123%, gdyby sąd uwzględnił książeczkę ubezpieczalni byłoby 133 %, a gdyby jeszcze uznał świadectwa pracy i ksera pitów mogłabym "dostać"143 %. Czuję, mam szanse na 133%. A może i coś więcej?

Przy okazji sąd zgodził się z moją propozycją by w mojej sprawie zrezygnować z usług Poczty Polskiej.

Na tym polu zapowiada się kolejna batalia: jeżeli potwierdzą się moje podejrzenia, że poczta w Brwi wpadła na nowy pomysł i "doręcza" listy polecone wrzucając je po prostu do skrzynek, chyba jednak zdecyduję się na wystąpienie na wojenną ścieżkę.

Na razie napisałam do jednego z nadawców otrzymanych przeze mnie listów taki mail:

Dziś w skrzynce pocztowej znalazłam pęk listów poleconych, między innymi od Państwa firmy. W skierowanym do mnie liście widnieje takie zdanie: potwierdzenie odbioru (żółte potwierdzenie odbioru) będzie traktowane jako korespondencja odebrana. Zapoznałam się z przesłaną do mnie korespondencją, mimo że Państwo nie otrzymali żółtego potwierdzenia odbioru. Proszę tylko o potwierdzenie, ze nie dostali Państwo żółtego potwierdzenia odbioru. Bo jeżeli ktoś się na nim podpisał, jest to równoznaczne z tym, że doszło do fałszerstwa i zamierzam w taki przypadku podjąć stosowne kroki. Chciałabym przy okazji poinformować, że korzystanie z usług Poczty Polskiej, w Brwinowie jest działaniem pozbawionym jakiegokolwiek sensu i przysłowiowym wywalaniem pieniędzy w błoto. Poczta Polska w Brwinowie nie dostarcza listów poleconych. Tradycyjnych papierowych zawiadomień o przesyłkach nie dostarcza, bo nie ma listonoszy. Zawiadamianie sms-em też im nie wychodzi, bo system, który za to odpowiada co rusz im się wywala, a po przywróceniu nie powraca do poprzednich ustawień co oznacza, że zgubił nierozesłane zawiadomienia. Do tej pory Poczta odsyłała listy do nadawców, którzy mieli przynajmniej świadomość, że list nie został dostarczony. Najwyraźniej obecnie postanowili poradzić sobie z dostarczaniem listów poleconych wsadzając je do wiszących na płotach skrzynek. Ta nowa "praktyka" niesie z sobą jeszcze większe zagrożenia niż poprzednie

To nie wszystko. Nie tylko Poczta Polska jest z dykty. Bankomat też.

Poprosiłam bankomat o 400 zł, dał 380, ale powiedział światu (czyli systemom bankowym, że 400). Zgłosiłam, ale nie spodziewam się niczego. Zastanawiam się czy nie wrócić do okienka bankowego.

Nowy podatek bankowy?

 

Bardzo powoli, krok po kroczku realizuję program "urządzanie domu" W tym tygodniu, za pomocą pudełek z Jysku, poukładałam w szafce płyty CD. Kosztowało mnie to 110 zł, Stojaki do płyt były jedynie w Amazonie i najprostszy wariant kosztował trzy razy tyle. Na grupie na Fejsie poradzono mi skorzystanie z drukarni 3D. Sam wydruk formy nie byłby nawet drogi, ale pod warunkiem że przyszłabym z własnym projektem. Odpuściłam sobie. Doszłam do wniosku, że umiejętność projektowania 3D nie jest mi do niczego potrzebna..

 

Planowanie i tak mnie dopadło, przy okazji zakupu szafy Ikea.Z bliska wcale nie jest to takie piękne i przyjazne. Na stronie internetowej, w udostępnionym przez Ikeę programie jest tak naprawdę do wyboru kilka dodatkowych możliwości. Jeżeli nie chce się skorzystać z gotowych propozycji, trzeba jechać do sklepu. A tam ... można się jedynie umówić na wolny termin. Ciekawe co ma zrobić mieszkaniec Płońska, czy Radomia?

Jak dla mnie blamaż.

Ale - i to się im chwali - można u nich dostać normalny czajnik, na którym można postawić czajniczek.


 

Poniżej symboliczny opis otaczającej nas rzeczywistości, (fragment artykułu Julisza Ćwielucha z Polityki)

 

 

Jeżeli chodzi o wyprowadzkę z bloxa.

W tym tygodniu siedzę na zwolnieniu i jest to jedna ze spraw jaką mam do "ogarnięcia". Na dzień dobry muszę zatytułować wszystkie wpisy, bo tylko takie, z "tytułem", widzą udostępnione przez Blox narzędzia do importu. Potem jeszcze grafika.

Ale do końca miesiąca się powinnam się z tym uporać.

 

niedziela, 10 marca 2019

Mam dylemat, które hasło ma większą nośność: ZUS twoja mać, czy Poczta twoja mać?

W środę sąd zadecyduje, czy uwzględni mój wniosek o przywrócenie terminu. Odwołałam się do sądu od decyzji ZUS o ustaleniu kapitału początkowego i po jakimś czasie dowiedziałam się że w mojej sprawie zapadł prawomocny wyrok. Sprawa toczyła się bez mojego udziału, bo nie dostałam żadnego powiadomienia. O rozprawie w środę też bym nie wiedziała, gdybym nie zadzwoniła do sądu. W aktach są nieodebrane, kierowane do mnie z sądu pisma. Jakiś czas temu zamówiłam na poczcie zawiadamianie o przesyłkach sms-em. Ale jak się przekonałam też nie można na tym polegać, poinformowano mnie, że tak się zdarza, bo "system się czasami zawiesza".

Z drugiej strony, ZUS bardziej boli: wyliczył mi kapitał początkowy uznając trzy lata pracy w jednej ze szkół, ale nie uznając wysokości wykazanego wynagrodzenia. Za te lata policzył mi stawkę minimalną. Swoje stanowisko uzasadnił tym, że przedłożony przeze mnie dokument jest kopią.

W domu nie opuszcza mnie remont. Podobno jeszcze raz trzeba było pomalować belki w kuchni, siłą rzeczy znowu wydłużył się przez to czas oczekiwania na Wielki Dzień Zakończenia Remontu.

 

Ale generalnie w tym tygodniu powiało optymizmem. Był Pan z kamerką termowizyjną i powiedział, że nie jest źle. Sama to widzę, ale dopiero po wyregulowaniu okien, Szkoda tylko, że zrobiono to w marcu, w przeddzień termowizji, a nie w listopadzie.

Z pamiętnika wk ... konsumentki 

Skycash

Jeżdżę do Brwi raz koleją (szybciej i z dworca mam 1,3 km) raz WKD (częściej, niezawodnie, ale do przejścia 1,8, w dodatku przynajmniej połowa drogi prowadzi przez teren niezabudowany). W dodatku nie codzienni, bo często dalej nocuję u mamy. Tym samym bilet miesięczny mi się nie opłaca. Kasy kolejowe to osobny temat - zazwyczaj nie miałam jeszcze biletu w ręku gdy pociąg wjeżdżał na peron i miałam do wyboru: czekać na następny, czy kupić w pociągu z dopłatą 6,8 za wypisanie.

 

Dla takich jak ja wymyślili aplikacje do kupowania biletów w telefonie. Do tej pory używałam bardzo wygodnej apki Skycash, ale pewnego dnia zażądała ode mnie danych osobowych - pesel. nr. dowodu. itp. Powołała się na regulację UE, co jest wierutna bzdurą bo dotyczy transakcji powyżej 50 euro. Mam nadzieję, że mało kto na to poszedł, ale pewnie byli i tacy co się na to nabrali. Skycash dał furtkę: napisali że jak ktoś przejdzie na płatność kartą to może tych danych nie podawać. Skoro dali taka możliwość to z nimi zostałam, bo sama apka jest fajna w obsłudze. Tyle, że po wyznaczonym dniu przestała ze mną gadać, cały czas żądając ode mnie danych w celu weryfikacji konta. Odcięłam mnie od wszystkiego, również od moich pieniędzy, które trzymałam w tzw. podręcznej portmonetce. Dużo ich nie było, niecałe 3 złote, ale grosz do grosza.... BOK tej firmy na maile nie odpowiada. Nie zdziwię się, gdy za jakiś czas przeczytamy o kolejnej aferze. Btw. Mpay jest równie przyjazną apką, a nie żąda danych.

 

Blogować będę. Na ten moment zakładam, że archiwum przeniosę na Wordpress. A jeszcze nie wiem, czy bloga będę prowadzić tam czy na blogspocie, Musze mieć chwilę czasu by na spokojnie zobaczyć na czym ten Wordpress polega.

pooglądać.

niedziela, 03 marca 2019
Zamykają Bloxa.
W zasadzie spodziewałam się tego od 2016 roku, kiedy zaczęło być słychać, widać i czuć, jak przestali rozwijać ten segment. Z miesiąca na miesiąc, obserwując jak kolejne popularne blogi przenosiły się na inne platformy, coraz mniej rozumiałam, dlaczego dalej do tego dokładają.
Nikły odzew i cienki pisk protestujących stanowi tylko dowód, że zostały tu prawie same pamiętnikarskie niedobitki.
Blox proponuje przeniesienie się na platformę Wordpress, oferuje skrypty. Ci co poszli tą drogą piszą, że tylko tekst łatwo się kopiuje, z fotami gorzej. Ale prawdopodobnie jakiś łapski bloxer i na to wpadnie
Przeczuwając nieuniknione zamknięcie Bloxa trzy lata temu założyłam, bloga na Blogspocie, miałam wtedy taki plan by się tam przenieść, nic z tego nie wyszło, ale sporą część bloga od 2016 roku mam tam skopiowaną. Więc jeżeli nie porzucę blogowania, a pewnie nie, to się tam przeniosę. Muszę tylko nauczyć się obsługiwać coś więcej, niż kilka podstawowych funkcji.
Tyle, że Blogspot ma jedną podstawową wadę - prowadzi go Google, które ma zwyczaj porzucać swoje najlepsze aplikację, znienacka przestaje je wspierać, chwilę później zamyka, nie dając nic w zamian. Tak było w w przypadku Google Reader, czy Picasy (tu zaproponowali badziewne, pozbawione najważniejszych funkcji, czyli operacji na wielu zdjęciach naraz, Google Photo.

Byłam na kolejnym cywilnym pogrzebie w formacie: spotkanie przy bramie i marsz do miejsca pochówku. Tym razem były też obecne i pewne elementy ceremonii: muzyka, mikrofon aby żegnający słyszeli słowa pożegnania, najbliższa rodzina nie musiała stać, było kilka krzeseł pod postawionym na drodze namiotem.

Tyle, że jednak wspólne posłuchanie o zmarłym lepiej wychodzi w pomieszczeniu. Nawet jak jest pogoda.
Domów pogrzebowych jest mało i  rodziny, nie chcąc brnąć w koszty wybierają tak "okrojony" format. Szkoda, że kaplice cmentarne nie są użyczane do pogrzebów cywilnych.
No i niestety jadłam nie tylko na stypie:


Na ostatnim, ostatkowym przyjęciu, wyjęłam druty:'
Jak nie przyspieszę z tym szalem, do końca roku nie skończę.
Po chwili przerwy, reaktywuję program dom. W tym tygodniu znowu przychodzi ekipa.
Ale w sercu cały czas go noszę, myśląc jak otaczającą mnie pustkę rozsądnie zapełnić, unikając przy tym zagracenia. Łatwo nie jest. Nawet tak wydawałaby się prosta rzecz jak ułożenie płyt CD w szufladzie. Najbliższy sklep amazon.de. Cena lekko powala. Szukam dalej, bo 280 zł za trochę plastiku umożliwiające ułożenie 120 płyt to trochę dużo.


Może dlatego po raz pierwszy w życiu kupiłam durnostojkę. Uważam, że mój wielkanocny zając (ksywa: Bezczelak) cudownie będzie się komponował z białymi doniczkami.

Byłam bardzo zainteresowana tym spotkaniem:

Wejściówki miały być wydawane w piątek od godziny 12. Wysłałam mamę, była o 12.30. Po wejściówkach nie było już śladu. Rozeszły się w kilka minut. 
No i mam problem z laptopikiem. Starutki jest i wywala się przy aktualizacji 1803. 62% i klops. Jedyne co potrafię, to jak znów zaczyna aktualizować, wyłączam w Menadżerze  coś co energicznie pracuje i co podejrzewam jest silnikiem aktualizacji. Ale działa to tylko przez jakiś czas. Windowsy mnie starszą;
Ale ponieważ  nie daję się tak łatwo zastraszyć, znów same z siebie zaczynają się aktualizować komputer się kolejny raz zwala i wracam do punktu wyjścia. 
piątek, 01 marca 2019
Przeczytane 2019

Zamykają blox. Na razie myślę. Przypomniałam sobie o wierszu Miłosza. Tu dwie zwrotki Piosenki na koniec świata:

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 

Miłość Ignacy Karpowicz

 

Nie jest to najlepsza książka Karpowicza.

Nie jest to powieść, ale trzy opowiadania z homomiłością w tle.

Luźne wariacje na temat tego co mogło się zdarzyć w Stawisku, dystopia o świecie w którym „takie rzeczy” się naprawia i baśń o królewiczu i jego przyjacielu z ludu.

Niestety autor nie udźwignął tematu. Tak jak by temat był mu zbyt bliski, nie pozwalał się zdystansować, ciągnął go w stronę publicystyki. To co było zawsze siłą Karpowicza: ostry język, błyskotliwe dialogi, zastąpiła ckliwa egzaltacja.

Słowem rozczarowanie.

 

Seniorzy w natarciu Catharina Ingelman-Sundberg

 

Bohaterzy to mieszkańcy domu seniora 75+. Znudzeni wiejąca z każdego kąta nudą, postanawiają ubarwić swoje życie.

Zachowują się jak młodzież licealna na wycieczce szkolnej – w głowie im tylko przygody i romanse. Niczym Gang Olsena rabują (tu: obrazy z muzeum), w przerwie zatrzymując się w hotelach gdzie piją wino i się migdalą.

Może nie są za mądrzy, ale wszystko wskazuje na to, że to nie demencja starcza, tylko wada wrodzona.

Czasami wprawdzie występuje jakiś rekwizyt– np. balkonik - który przypomina że nasi bohaterzy to nie młodzieniaszki, ale  potem jak dzieje się „przygoda” oni sprawnie pomykają, jak nie jeden młodzik.

Dawno nie czytałam czegoś równie głupiego.

Sama się sobie dziwię, że dobrnęłam do końca.

 

Sprzedawczyk Paul Beaty

 

Man Booker Prize. Książka roku Newsweek’a. Słowem miało być dobrze. Nie było.

Podobno ta książka jest bardzo śmieszna. Nie zauważyłam.

Z mapy Ameryki znika miasto Dickens. Nasz bohater, Afroamerykanin, postanawia przywrócić je do życie. Tyle, że na podstawie dotychczas zebranych doświadczeń opowiada się za przywróceniem segregacji i niewolnictwa.

Może jest tak, że trzeba znać kontekst, by rozsmakować się w smaczkach tej książki.

Może jest źle przetłumaczona.

Może.

Ale to co miałam w ręku, było tylko trochę lepsiejsze od Seniorów w natarciu. Ale o to nie trudno. 

niedziela, 24 lutego 2019

Finalizowanie remontu idzie jak po grudzie. Tydzień wprawdzie zaczął się obiecująco i na poniedziałkowym spotkaniu dogadałam się w sprawie uszczelnienia okien (regulacja, wymiana uszczelek). Ale wszystkie pozostałe zaplanowane na ten tydzień sprawy "nie wypaliły".

W życiu osobistym podobnie. Na wcisk zapinam się w ostatnie spodnie. A tu w tym tygodniu: pożegnanie koleżanki w pracy, stypa, nasiadówa w knajpie i sobotni  bankiet. Na wszystkich tych spotkaniach wystąpi zastawiony stół. A silnej woli to ja nie mam. I jak tu realizować plany?

Nowa świecka tradycja. Gość w dom, a w zębach symbol nienawiści


Bo napędzani ciekawością jak wygląda to, o czym na okrągło przez cały rok gadałam goście suną i dary przynoszą zmyślne. Moim zdaniem trudno będzie przebić Agnieszkę. Do mojej kolekcji jej ceramicznych cudeniek (zrobiłam fotę, bo pisząc uświadomiłam sobie, że nie stoją w gablocie, są używane, więc w każdej chwili może im się coś stać):

doszła wspaniała misa.

Z kolei Joluśka, jako designer łazienki, przyniosła lustro vintage. Będzie jeszcze pomalowane, ale już jest cudne. Zauważyła je u swojej znajomej i namówiła ją, by jej odsprzedała.


Sama też mam w Onenote listę rzeczy do kupienia i bardzo powoli, ale kupuję kolejne pozycje z listy. Na przykład młynek do przypraw.

Podpatrzyłam takie wykorzystanie młynka do kawy u Gabi. Ale jakoś u niej lepiej mieli. Może z czasem się wyrobi.

 

dobry film  

Faworyta


Widziałam Zimną Wojnę, Romę a teraz Faworytę. Nie wiem czy z tych trzech ten najbardziej nie zasługuje na Oskara. Nawet nie dlatego, że jest aż tak dobry. Ale dlatego, że jest trochę inny.

Z jednej strony: film historyczny, angielski dwór królewski czyli pałac, kostiumy. Z trudem dokopałam się w Guglu o jaką konkretnie królową chodzi, ale film ociera się o postacie i zdarzenia historyczne.

Z drugiej reżyser to Jorgos Latnimos, (Kieł, Lobster), który mimo, że swój najnowszy film kręcił w Hollywood, aż tak bardzo się nie zmienił. 

Królowa (Olivia Colman), jest schorowana, zdziecinniała i mocno oderwana od rzeczywistości. Za jej decyzjami stoi Marlborough (Rachel Weisz), królewska przyjaciółka, dama do towarzystwa i kochanka. Jej pozycja pozostaje niezachwiana do czasu, aż na dworze pojawi się jej daleka krewna, Abigail (Emma Stone). Zaczyna się walka o względy królowej. A zawodniczki to najwyższa liga.

Koncert gry aktorskiej. Olivia Colman wymieniana jest prawie jako Oskarowy pewniak.

Ale pomijając to, jest i w tym filmie mroczna przewrotność i absurd do jacich przyzwyczaił swoich widzów Jorgos Latnimos.

Vice


Tak dobry jak Big Short, tego reżysera to ten film nie jest.

Vice to na pewno bardzo ciekawy film: odsłania kulisy amerykańskiej polityki, opowiada o jednym z jej głównych aktorów Dicku Cheneyu, ale czegoś mu brak. Może chodzi o to, że Dick Chenney pozostał dla mnie zagadką? Zamiast go zrozumieć (co w żadnym wypadku nie oznacza to polubić) przede wszystkim podziwiałam kunszt charakteryzatorów, którzy na planie dobrze radzą sobie z dodawaniem i odejmowaniem lat.

Z drugiej strony, może było to rozwinięcie zdania jakie pada na początku filmu, że siłą tego polityka  była małomówność i skrytość.

W każdym razie po obejrzeniu tego filmu dalej nie rozumiem dlaczego tak bardzo zależało mu na rozpętaniu wojny na BW i dlaczego tak łatwo udało mu się to przeforsować pompując spreparowane fakty.

No i jak zawsze gdy mowa o kulisach polityki poznajemy sprężynę, która go nakręcała: żonę Luynne. Film o niej chyba byłby ciekawszy niż o nim. Zwłaszcza, że wszyscy faceci, na czele z Bushem, to mało lotne misie z bardzo dużym ego.   

dobry film  

Sny wędrownych ptaków


Ach gdzie te czasy, gdzie krytycy wypowiadali swoje sądy, ludzie toczyli dyskusje i szli do kina by sprawdzić kto miał racje.

Dziś w tej internetowej ciszy co i rusz niepostrzeżenie przechodzi przez ekrany kolejny dobry film.

Taki jak ten.

Kolumbia, koniec lat 70. Na pustynnych rubieżach, w córce bogatego rodu zakochuje się ubogi chłopak. Rodzina dziewczyny, by go zniechęcić, podaje zaporową cenę. Ale w tym samym czasie w okolicy pojawiają się Amerykanie, zainteresowani eksportem marihuany.

Opowieść o powstawaniu kolumbijskiego narkobiznesu. Na samym początku ubodzy pasterze, plantatorzy kawy, których życie toczy się wokół pradawnych rytów.  Potem sytuacja się coraz bardziej "cywilizuje" i patrzymy jak powoli ich świat odchodzi w niebyt. Pod koniec filmu pada słowo Medelin.

niedziela, 17 lutego 2019
Dom moje hobby
Czy chcę, czy nie tak jak w tytule.
W tygodniu praca i wieczorami czas dla siebie. Tak na przykład wygląda karnawałowa wyżerka (poza kadrem niedietetyczne wino).
Ale weekendy muszę poświęcić na latanie na miotle. A i tak  nie ma szans bym sobie dała sama radę. 
W zasadzie wszystko muszę wymyśleć od nowa.
Na razie mam w miarę ogarniętą kuchnię. Najważniejsza przeróbka: przedłużenie blatu i dołożenie jednego modułu, zrobiona.
Mam już skończoną łazienkę.
Jest śliczna, ale ... . Termokamerka wykazała, że ścianę po lewej stronie trzeba docieplić.  Niestety to nie jedyna ociepleniowa fuszerka. W tym tygodniu się okaże, czy reklamacja zostanie uwzględniona.

dobry film  

Green Book 


Film zasłużył na to, jak go chwalą.
Z tym że dopiero końcowe napisy uświadomiły mi, że opowieść oparta jest na faktach. Włóczęga o której opowiada ten film, zdarzyła się naprawdę. Był czarny muzyk Don Shirley, który na początku lat 60-tych pojechał na tournée po Ameryce z białym szoferem, chłopakiem z Bronxu, który na co dzień pracował jako wykidajło w nocnym klubie.
Pochodzili z dwóch odrębnych światów i zderzenie tych światów jest osią tego filmu
Film robi Viggo Mortensen, który gra wykidajłę. Na jego tle  Mahershala Ali  jako Don Shirley wypada blado.
Jak zawsze w dobrym amerykańskim filmie, świetnie dialogi.
Słowem, warto zobaczyć. 
Oni

Miało być wesoło o polityce, wyszło mocno tak sobie.
Kokainowe puzzle.
Jest Król życia, Sylvio (w domyśle Berlusconi)
Są zależni od niego ekonomicznie dworzanie
I nieprzebrana ciżba młodych atrakcyjnych kobiet.
Uprawiają czysty hedonizm, który dla widza jest nudny po 30 minutach, a tymczasem oni tak całe życie.
Kilka fajnych scen, ale stanowczo za dużo ciągnących się przeraźliwie długo bankietów, by je docenić.
Słowem miało być gorzko, wyszło nudnie. A to że gdzie indziej politycy są równie beznadziejni, mało pocieszające.

Kiedy już umoszczę się na swoich śmieciach, zabiorę się za kwiaty. Sporo muszę odtworzyć, bo niewiele z oddanych na przechowanie przeżyło rozłąkę. Żeby uprościć sprawę podlewania bardzo poważnie myślę o uprawie hydroponicznej. Podobają mi się też uprawy w słoju.
Raz w miesiącu organizowane są w Warszawie szkolenia. Zastanawiam się czy pójść i poudawać przed sobą, ze będę takie sobie robić, czy jednak od razy kupić gotowy słój (cena porównywalna).
A jak już skończę remont, postaram się być bardziej "zero waste".
Produkuję jakieś hektolitry śmieci. Na razie zapisałam się na fejsie na trzy grupy i "zgłębiam" temat.
piątek, 15 lutego 2019
Przeczytane 2019

4 x Neapol Eleny Ferrante 

Może i nie tzw. "wartościowa literatura", ale na pewno coś więcej niż dobre czytadło.

Narratorka, to 60-letnia pisarka Elena Greco, która gdy dowiaduje się że jej przyjaciółka Lila znikła bez śladu, postanawia opisać dzieje ich kilkudziesięcioletniej przyjaźni. Obie pochodziły z ubogich neapolitańskich rodzin. Z tym, że tylko rodzina Eleny uległa namowom nauczycielki i sfinansowała jej dalszą naukę. Elena wykorzystała daną jej szansę, dostała stypendium, skończyła studia, otarła się o "lepszy" świat i wróciła do Neapolu dopiero po wielu latach, już jako dojrzała kobieta. Jej przyjaciółka Lila zakończyła naukę na 5 klasach i nigdy nie opuściła tego miasta. Ale to ona z nich dwóch była nieprzeciętnie inteligentna. Z niejednego pieca chleb jadła i zarówno życie uczuciowe jak i zawodowe miała dość burzliwe.

W tle Neapol (i Włochy) od lat pięćdziesiątych XX wieku do początku XXI roku oraz cała galeria postaci. którym towarzyszymy od kolebki do śmierci Na początku bieda, przemoc, komuniści, mafia, tradycyjne "południowe" rodziny. Potem może mniej biedy, przemoc bardziej ukryta, ale reguły niewiele różniące się od tych mafijnych. Skorumpowani politycy i działacze, utopieni w mętnych układach przedsiębiorcy. Coraz mniej tradycyjne, ale równie nieszczęśliwe rodziny. 

Słowem typowa snujo-saga. Bardzo dobrze się to czyta.

niedziela, 10 lutego 2019
Backpackers 60+

Kolejna azjatycka włóczęga za mną. Tym razem była to Tajlandia i Malezja .
Leciałyśmy przez Moskwę Aerofłotem. Nigdy więcej. Jakiś czas po kupieniu biletu dostałam mail, że z Moskwy do Bangkoku polecimy linią Rossija. Nie wiedziałam, że jest to równoznaczne z tym, że zamiast filmów będę mogła gapić się jedynie na poruszająca się po mapie sylwetkę samolotu i nikt nie przyniesie mi wody - aby się napić trzeba się było po nią pofatygować na przód samolotu, co w moim przypadku oznaczało obudzenie śpiącej obok Joluśki.
Godziny oczekiwania na lotnisku Szeremietiewo też nie należały do przyjemnych. Kod do WiFi można dostać dzwoniąc pod wskazany numer, połączenie jest darmowe, ale nie działa. W takim przypadku należy zadzwonić na infolinię z czego zrezygnowałam: za pierwszym razem ulitowała się nada mną pracownica lotniska, z powrotem nie spotkałam już na swojej drodze takiej dobrej duszy i obeszłam się smakiem.
Na pierwszą noc w Bangkoku miałyśmy zarezerwowany hotel w Chinatown.

Tu, już na starcie przeżyłam swoją pierwszą przygodę. Postanowiłam skorzystać z najbliższego zejścia na dół, otworzyłam drzwi Fire exit i znalazłam się na zewnątrz. Gdy zamknęły się za mną metalowe drzwi okazało się, że tymi schodami nie można zejść na sam dół, tylko na dach nad wejściem (ten zielony napis). Dobrze, że miałam ze sobą komórkę i mogłam poprosić o pomoc.
Nocną kuszetkę do Chiang Mai miałyśmy dopiero wieczorem następnego dnia, więc cały następny dzień spędziłyśmy włócząc się po okolicy. Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, jak fajnie porusza się po Bangkoku rzecznymi tramwajami, to odkryłyśmy dopiero za drugim razem. Za to od razu podreptałyśmy na masaż, ceny – poza miejscami typowo turystycznymi - więcej niż przystępne (godzina ok. 15 złotych). 
W Chiang Mai byłyśmy cztery dni, z czego dwa spędziłyśmy na wycieczkach po okolicy. Jeden dzień po bliższej:  pochodziłyśmy (i popływałyśmy tratwą) po dżungli

 

oraz zaliczyłyśmy okoliczne  turystyczne atrakcje, m.in. wioskę kobiet o długich szyjach.

Tu przeżyłam najbardziej mrożącą krew przygodę. Na postoju, chwilę po opuszczeniu samochodu zorientowałam się, że nie mam "piterka" z dokumentami. Pieniądze betka, ale paszport! Jedyną nadzieją było to, że "spadł mi w samochodzie. Ale pan od samochodu sobie poszedł i biegałam jak oszalała po targu usiłując go znaleźć. Pojawił się tak jak się z nami umówił, dopiero  po 20 minutach. Był w samochodzie. Jola powiedziała, że jestem mistrzem budowania wakacyjnego nastroju.
Na drugą wycieczkę pojechałyśmy daleko, aż do Złotego Trójkąta. Dwie godziny spędziłyśmy i w Laosie, ale tak naprawdę na zamienionej w jeden wielki targ wyspie. Z tym, że głównym punktem programu był tajlandzki Licheń, czyli tzw. Biała Świątynia.

Z Chiang Mai poleciałyśmy do Kuala Lumpur. Typowe wielkie miasto plus trochę, poutykanych między wieżowcami, wartych obejrzenia miejsc. Kilka, z pomocą Google Maps, nam się udało zobaczyć.



Z Kuala Lumpur pojechałyśmy autobusem przez Malezję do kolejnego dużego miasta: Penangu.
Po drodze zatrzymałyśmy się na dwa dni  w Cameron Highlands. Przepiękne góry zabudowywane koszmarnymi hotelami. Hotel Gołębiowski przy nich to pikuś.
Tam pojechałyśmy na kolejną wycieczkę, m.in. na herbaciane pola.

Zawieźli nas też na plantację truskawek. Zastanawiam się na ile można to rozwiązanie u nas skopiować.

Penang - to mała wyspa w zasadzie cala zabudowana drapaczami chmur. Ładnie to nie wygląda. Mieszkałyśmy w George Town, gdzie włócząc się po starym mieście odkrywaliśmy kolejne murale, z których to miasto słynie. Nie rozumiem, dlaczego wizytówką stał się akurat ten z chłopcami na rowerze.


Z Penangu poleciałyśmy na Phuket – mocno przereklamowane miejsce, przeinwestowane wysypisko śmieci z wyspami normalności – tzn. hotelami z basenami na dachach

 Ostatni etap, to ponownie Bangkok, gdzie spędziłyśmy kilka dni. Tym razem tam gdzie tylko się dało poruszając się po tym zatłoczonym mieście nie tylko metrem, ale i wodnymi tramwajami.

Ostatniego dnia jeszcze raz odwiedziłyśmy Chinatown. Chodziłyśmy jak po "starych śmieciach", nawet dotarłyśmy do tego samego salonu masażu, co pierwszego dnia.


Powoli, z każdym kolejnym wyjazdem, rozbudowuję swój backpackerski ekwipunek.
W tym roku strzałem w dziesiątkę był mój plecak. Nie należał do najtańszych, ale wart był tych pieniędzy. Jest lekki, pakowny i mega wygodny. Jego największą zaletą jest to, że można go pakować zarówno jak plecak, czyli od góry i jak torbę, bo suwakiem otwiera się go wzdłuż trzech boków.

W roli aparatu sprawdził telefon Huwai 10 Pro Mate. Trochę gorzej poszło z noszeniem go na sznurku. W breloczku szybko wyłamała się sprężynka i sznureczek przestał się "chować", zamiast tego denerwująco zwisał, wplątując się we wszystko po drodze. Ale sama idea jak najbardziej słuszna, muszę tylko popracować nad realizacją.

Powiększyłam też swój zbiór składanych kapeluszy, obowiązkowe wyposażenie backpackersa 60+ w tropikach.

Natomiast nie miałam okazji sprawdzenia, na ile sprawdza się w roli kurtki kupiona w za kilkanaście złotych w Tigerze przeciwdeszczowa pałatka Ale i tak w jednym punkcie się sprawdziła: nie zabierała tyle miejsca co kurtka.

No i jak zawsze miałam ze sobą grzałkę – cały czas można ja kupić u nas na bazarze. Nie w każdym pokoju hotelowym jest czajnik i warto być ubezpieczonym.


Przed chwilą dostałam mail od Booking.com: Kalina, is it time for next trip?  
Kuszące.
Ale tematy na następne miesiące to m.in.:

  • poprawienie ocieplenia domu (termokamerka wykazała, ze nie wszystko zostało zrobione tak jak należy)
  • inne poprawki remontowe (na starość zrobiłam się upierdliwa)
  • dokończenie urządzania domu
  • ogarnięcie ogrodu 
  • przeniesienie  parapetowej hodowli  roślin na uprawę hydroponiczną
  • wdrożenie elementów filozofii zero-waste z naciskiem na domowo-kuchenny kompostownik


Chyba zdecydowanie wolę podróże ... 

środa, 16 stycznia 2019
Przeczytane 2018

Z roku na rok nie tylko coraz mniej przeczytanych książek, ale i przeczytanych stron,

W tym roku nie przeczytałam nawet jednej książki więcej, niż wstępnie zadeklarowałam, równo 52.

W dodatku, z tych przeczytanych o niewielu mogę powiedzieć, że były więcej niż dobre. Ani o jednej, że arcydzieło. Niczego takiego jak Rzeczy, których nie wyrzuciłem w tym roku w ręku nie miałam. 

Wśród sześciu najciekawszych książek 2018 roku nie ma ani jednej powieści

Po powieść sięgałam rzadko. Najciekawsza to:


 

dobra książki 

Safran Foer Wszystko jest iluminacją

Amerykanin Jonathan jedzie na Ukrainę by odnaleźć kobietę, która podczas wojny uratowała jego dziadka. O kobiecie niewiele wie, ma tylko jej zdjęcie, ale że ma dolary, Aleks postanawia nie wypuszczać okazji z ręki i oferuje mu swoją pomoc. A że mało o historii wie, bierze do pomocy swojego dziadka Saszę i jego psa przewodnika: Sammy Davis Junior Junior. Jadą w trójkę przez Ukrainę, a Aleks opowiada Jonathanowi jak to jest być mieszkańcem tego kraju (opowieść uzupełniają późniejsze listy, w których dopowiada to, czego wcześniej podczas tej podróży nie powiedział). Równolegle do tej opowieści, poznajemy losy mieszkańców małej wioski Trachimbroda, gdzie żyli przodkowie Jonathan, począwszy od końca XVIII wieku, gdy zdarzył się tam tragiczny wypadek: utonął wóz konny, przeżyło jedynie niemowlę. Z jednej strony, napisana z dużym rozmachem saga historyczna. Ale dzięki temu, że w tak dowcipny, często ocierający się o groteskę sposób, nie czuje się ciężaru tematu. Po raz pierwszy o Safranie Foerze przeczytałam w jakiejś wypowiedzi Etgara Kereta. Zważywszy, że wydał te książkę mając jedynie 25 lat, ma przed sobą przyszłość.

Po przeczytaniu obejrzałam na HBO GO film z 2005 roku pod tym samym tytułem. 

 

dobre książki

 

Zadie Smith Swing Time

Bohaterowie książek Zadie Smith mieszkają w tej części Londynu, która najlepiej znam i może dlatego chętnie po nie sięgam?

 Bo tak poza tym książki Zadie Smith to sprawne powieścidła, tyle i aż tyle.

 Swing Time opowiada o tym jak potoczyły się losy dwóch przyjaciółek, które jako nastolatki marzą o karierze tancerek. Jedna, wychowywana przez samotna matkę w "lekko" dysfunkcjonalnej rodzinie ma niezaprzeczalny talent. Druga, wychowywanej  w "lepszej" rodzinie tzw. kapitał kulturowy. ten kapitał powoli tej drugiej (jest narratorka Swing Time) zrobić karierę: zostanie menadżerka Aimee, światowej gwiazdy rocka (postać Aimee bardzo przypomina Amy Winehouse).

Miły w czytaniu, obraz poplątania współczesnego świata.

Elizabeth Strout Trwaj przy mnie

Kolejne powieścidło, tym razem Strout i jak zawsze u niej mocno "zasysająca narracja.

Amerykańska prowincja. Młody pastor zostaje wdowcem. Ma dwie córki: niemowlaka oddaje na wychowanie matce, kilkuletnią Kathleen zostawia przy sobie.

Zostaje sam z ludźmi z którymi nie końca potrafi się dogadać. Wprawdzie kilka lat wcześniej wybrali go jako swojego pastora, ale przez te lata nie do końca udało im się ze sobą oswoić.

I tak mieszkańcy wsi zawiedzeni są brakiem wystarczającej konwencjonalności pastora. On z kolei nie potrafi zrozumieć dlaczego małej Kathleen odmawia się prawa do żałoby po matce, przejawiającej się w formie dziwacznych zachowań.

Fajnie się czytający obraz zamkniętej społeczności. 

niedziela, 13 stycznia 2019
Czy to już Alzheimer?

Na urodziny dostałam fajny, bo trochę inny, naszyjnik

I kulki do kąpieli w kształcie róż. Pławię się w wannie, palę świeczki i urządzam sobie brwinowskie Spa.

W wolnych chwilach identyfikuję się z Syzyfem i usiłuję doszorować podłogę w łazience. Jest zrobiona z gresu Paradyża Naturstone Beige Gres Rekt (to nie był mój pomysł, realizowałam "projekt"), gres jest w jednym kolorze, ma fakturę powierzchni księżyca, łapie każdy brud, który wchodzi w każdą szparę i nie daje się usunąć. Kupiłam baterię środków, szczotek, druciaków i na razie mam umiarkowane sukcesy. Momentami zastanawiam się, czy najlepszym wyjściem nie byłoby wytyczenie ścieżek z dodatkowych płytek, kamyczków czy kawałków plastiku po których by się chodziło, zostawiając podłogę w spokoju. 

Już dziś widzę, że to był świetny pomysł, by podzielić dom na trzy obiegi grzewcze, tak by móc osobno grzać parter, piętro i Hobbiton. Dwa metry wąskiego korytarza który prowadzi do drzwi do Hobbitonu to wystarczająca śluza, by w jednej części domu było ciepło, a w drugiej ledwo, ledwo. I tak mając spory dom, mogę grzać tylko niecałe 50 metrów. 

Wybrałam się na koniec świata, na Jelonki, kupić jeden z dwóch, zamówionych wcześniej do pooglądania plecaków. Było zimno i paskudnie, łatwo się domyślić co czułam, gdy po tym jak zmarznięta dobrnęłam do celu i okazało się, że mogą mi pokazać tylko jeden, bo drugi ktoś chwilę wcześniej kupił. W dodatku tego dnia była kraksa tramwajowa na Kiercelaku i na powrotny tramwaj czekałam 40 minut.

I tak musiałam pojechać kolejny raz, tym razem wróciłam z plecakiem, ślicznym zieloniutkim i zgrabniutkim:

Byłam tak przejęta kupowaniem, że zostawiłam w sklepie mój Funchal Moeboius. Perspektywa, że mam znów tam jechać byłą przerażająca. Poprosiłam odebranie szalika mieszkającą nieopodal znajomą - wiosną się spotkamy. A tak sobie obiecywałam, po poprzednim bezpowrotnym zagubieniu pierwszego Funchala  że będę go pilnować jak oka w głowie ...

Z kolei w piątek, gdy wieczorem wychodziłam ostatnia z pracy zorientowałam się, że nie mam płaszcza. Prawdopodobnie zostawiłam go w bufecie - tyle że nikogo tam nie było, wszystko było pozamykane na cztery spusty. Dziwne, że nie zainteresował ich samotnie wiszący na wieszaku płaszcz. Na szczęście miałam w pracy drugą kurtkę, odebrałam ja niedawno po wymianie suwaka i nie zdążyłam zawieźć do domu.

Czy to już Alzheimer?

Może nie, bo moje dzieci dopiero pakując się wieczorem przed porannym odlotem, zorientowały się, że nie mają paszportów. Torba z dokumentami czekała na nich od pięciu dni, budząc coraz większe zdziwienie, że nikt się po nią nie zgłasza. A oni po prostu aż do dnia wyjazdu ich nie potrzebowali. A ich o Alzheimera nie podejrzewam.

Poszłam do Muranowa na film  6... 5... 4... 3.... Na ulicy.

Film nakręcił znajomy (w dużej części dlatego poszłam). Ale o ile jego film o obrońcach puszczy był przede wszystkim "słuszny", ten jest również i bardzo dobry. Migawki z demonstracji, wieców, blokad, marszów i pochodów, jakie miały miejsce w ostatnich trzech latach przeplatane z wypowiedziami uczestników tych akcji.

Po filmie odbyła się debata. Żenua.

 

Sala miała pretensje do polityków, że jest tak jak jest. Słabo wybrzmiała skierowana do sali uwaga Siemoniaka, by wzięli pod uwagę proporcje, które pokazuje ulica: podczas ostatniego marszu maszerowało ponad 100 tys. ludzi naprzeciwko nich skrzyknęło się może 200 osób, tym razem chronionych przez policję.

Było to na tyle irytujące, że wyszłam.

dobry serial

Skandal w angielskim stylu (HBO GO)

Oparty na prawdziwej historii trzyodcinkowy serial o karierze i upadku Jeremego Thorpa, w latach 70-tych lidera brytyjskiej partii liberalnej. W tym czasie homoseksualizm nie był już w Anglii karany, ale roszczeniowy były kochanek kariery politycznej nie ułatwiał. Pomysł by go na zawsze uciszyć wydawał się atrakcyjny ...

Jako wisienka na torcie Hugh Grant.

niedziela, 06 stycznia 2019

Jest ładnie.

Długa lista rzeczy, które trzeba zrobić, nie ma na to wpływu. Mam ją w głowie, mam ją w  Onenote, ale jak gość wejdzie w dom, to mu się w oczy nie rzuca.

Szafy jeszcze świecą pustkami, większość rzeczy dalej poutykane "po ludziach". Ale powoli ich przybywa. Na ścianie jadalni  wisi coś, z czego jestem dumna: ebonitowy, przedwojenny domofon z oryginalnym kablem.

Wprawdzie współczesne domofony są zdecydowanie bardziej praktyczne (można przez nie gadać), ale strasząc plastikiem,  nie dorównują takim ślicznotkom jak mój, urodą !

W święta dom tętnił życiem. Rodzina może nie w komplecie, ale w dużym kawałku.

W puzzle z 1000 kawałków, zabrakło trzech. Tak się kończy układanie na podłodze (odkurzacz, przyklejanie do skarpetki itp.).


Wnuk aktualnie celuje w Nobla z chemii


ale w pokoju ma jeszcze zabawki


Po wielu latach rozstałam się z Neostradą i założyłam UPC. W obiecywane 300 Mg nie wierzyłam, ale w 150 już tak. I tyle dostałam. Kosztuje to 50 zł/ miesięcznie, Orange za 10 liczy 80 zł, więc będą powoli tracić klientów. Nie oni jedni.

Powoli umiera Galeria Brwinów. Właśnie zamknęli pasmanterię.

Efekt niedzieli bez handlu. Takie sklepy zarabiały w sobotę i niedzielę, w samą sobotę nie pociągną.

A z UPC też pierwszy brzdęk. Kupiłam Telewizor Smart TV, by robił za ekran komputerowy. Łapie Wi-Fi, widzi kabel, ale o niczym poza poza Netflixem i YouTube nie chce słyszeć.  Jak chce oglądać "swoje" HBO GO muszę puszczać je przez kabel HDM.  Czyli zmieniając laptop, będę  musiała kupić model "bogaty" w gniazda. Coraz mniej takich na rynku. 

Śpię pod prawdziwą pierzyną. Przyjechała do mnie z Kaszub i jest cudowna!

Wiem też co będę robiła przez następny rok - sprzątała! Dom jest duży, ja jestem sama, nie będę się nudziła. A jak jeszcze wiosną zawoła ogród ...

 

niedziela, 30 grudnia 2018
Rok na walizkach
Patrząc wstecz, widzę jak koncertowo zmarnowałam ten rok.
Mieszkając kątem u mamy, w zasadzie cały czas miałam dla siebie. Mogłam przenieść góry, ale wyszło, tak jak wyszło. Przez miesiąc nawet byłam szczupła, bo fajnie schudłam na diecie pudełkowej, ale jak remont wszedł w ostrą fazę, aby to przetrwać zaczęłam się objadać słodyczami i efekty, są "bardzo" widoczne.
Na drutach w zasadzie nic nie zrobiłam - jedyna rzecz, która udało mi się zrobić w tym roku  to odtworzyć zgubiony Funchal Mobious.
Z czytaniem też nie było szału - czytałam mało, były nawet i takie tygodnie, że nie miałam książki w ręku.
Kontynuując narzekactwo: życie towarzyskie ledwo dycha - po części dlatego ciotki zakopały się w bycie babciami i oddają się życiu rodzinnemu, ale chyba nie tylko. Wyczuwalny jest nastrój zniechęcenia i rezygnacji. Nie umiem powiedzieć, czy to zniesmaczenie światem to kwestia wieku, czy tego jak ten świat wygląda, ale to, że takie zjawisko występuje, czuję każdą komórką ciała.
Remontu też nie uważam za swój wielki sukces. To, że odczuwam tylko lekki dyskomfort, to zasługa ekip wykończeniowych i ludzi których na finiszu poprosiłam o pomoc.
Druga połowa roku w zasadzie była poświęcona naprawianiu błędów, popełnionych w pierwszej połowie roku.  I tak, gdybym dziś wiedziała, to co wiem teraz:
  • W umowie z budowlańcami powinien znaleźć się zapis, że niezależnie od podpisanej umowy, wstawienie elementu, który będzie widoczny po zakończeniu budowy, każdorazowo wymaga uprzedniej akceptacji. Uniknęłabym w ten sposób kilku istotnych nieporozumień, m.in. tego że okna połaciowe mam w kolorze jasnego drewna. Prosiłam o drewniane, ale nie miałam pojęcia, że teraz przez pięć lat, nie mogę ich pomalować, ani obkleić, bo stracę gwarancję.
  • Warto trzymać się przyjętej w umowie kolejności robót i bardzo niechętnie zgadzać się na zmiany w przyjętym harmonogramie robót. Takie "skakanie" po zapisanej w umowie kolejności robót, bardzo utrudnia późniejsze odbiory.   
  • Zanim cokolwiek zostanie zakryte gipsową ścianą, czy zalane betonem, musi być dokładnie sfotografowane. papierowy plan to nie to samo. Jeszcze nie skończył się remont, a już w ścianie za szafkami wycinane były dziury, by dostać się do instalacji wodnej i potwierdzić poprawność wykonania 'spadków". Minuty dzieliły mnie od kucia podłogi.
  • Konieczne jest to, przed czym bardzo się broniłam. czyli przed rozpoczęciem prac, dokładne wyobrażenie sobie efektu końcowego. W przypadku łazienek i kuchni nie można bez tego rozpoczynać remontu. Nie zdawałam sobie sprawy, na jak wczesnym etapie prac instalacyjnych rozstrzygane są takie kwestie jak bateria podtynkowa/natynkowa czy wanna wolnostojąca/przyścienna. To samo dotyczy elektryki, chociaż w mniejszym stopniu (najwyżej będzie widoczny  kabel od lampki).
  • Instalację sieciową warto robić wariantowo. Co z tego, że mam zrobioną "bezkablowo" Neostradę, kiedy zdecydowanie lepsza ofertę ma teraz UPC, ale aby skorzystać z ich usług, muszę mieć do domowego routera pociągnięty kabel koncentryczny.

 

Z tym, że to co najważniejsze, jest i najbanalniejsze: o wszystkim decyduje czynnik ludzki.
Ekipę budowlaną miałam mocno taką sobie i nikomu, kto nie umie twardo egzekwować swoich praw,  ich nie polecam. Ostatnią rzeczą jaką można było zrobić to obdarzyć ich zaufaniem. Wszystko do czego zgłosiłam zastrzeżenie: było:
- dobrze zrobione, tylko mnie się wydawało, że jest źle zrobione,
- dobrze zrobione, tylko wykończeniowiec zepsuł
- dobrze zrobione, tylko ja zepsułam
Czwartej ewentualności nie było.
Za to z ekipą wykończeniową miałam niesamowitego farta. To dzięki niej, daje się jednak mieszkać, chociaż bardzo dużo jest jeszcze do zrobienia,
Rok 2019 będzie rokiem urządzania domu. Rzeczy do zrobienia huk.
Na początek przedstawiam mój Hobbiton: oddzielony od reszty drzwiami "część babci": salonik, sypialnia i łazienka.

Najmniej zostało do zrobienia w tej ostatniej. Brakuje szuflad w szafce, trzeba jeszcze raz pomalować parapet, postawić kwiat w białej doniczce, a kiedyś w przyszłości zrealizować chodzący za mną od dawna pomysł na lustro. Ale już dziś prysznicuję się  w świetnie wyprofilowanym brodziku, jest dobrze zrobiony  i woda się nie "wychlapuje", tak jak w poprzednim rozdaniu. Sprawdziły się też duże płyty gresowe na podłodze - dzięki temu w brodziku nie ma fug, a odpływ pod ścianą został wycięty z jednej płytki.


Moja sypialnia ma już główny zarys, brakuje jej tylko wykończenia: zawieszenia żyrandola, pomalowania parapetu i obramowania okna, kwiatów na oknie, uchwytów w szafie, zagłówka, półki przy łóżku, słowem wszystkiego co sprawi, że będzie w niej ujutnie.

Prawdopodobnie uchwyty do szafy zrobię takie jak pokazują na tym blogu. W sklepie największe drewniane uchwyty jakie znalazłam mają 13 cm. Na zagłówek jeszcze nie mam pomysłu. 
Najgorzej jest z tzw. salonikiem. Zero pomysłu po tym, jak okazało się, że moja ukochana szafa nie zmieści się we wnęce. Szafa stoi w jedynym miejscu, w którym przynajmniej nie przeszkadza, do wnęki wstawiłam komodę, towarzyszy im kanapa i fotel z poprzedniego rozdania i wszystkie razem wytwarzają nastrój magazynu przechowywania niechcianych rzeczy. 
Na razie zamówiłam półki na książki, postawię kwiaty i będę myśleć.
środa, 26 grudnia 2018
Przeczytane

dobre książki 

Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem

Bardzo ciekawy wywiad-rzeka z bardzo ciekawym człowiekiem. Coraz mniej takich wielowymiarowych, zafascynowanych kulturą intelektualistów. Warto spojrzeć z tej perspektywy na  polską historię drugiej połowy XX wieku. 

Świetnie się to czyta (duża w tym zasługa przeprowadzającej wywiad). 

Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu 

Martin Pollack stara się, przeszukując kolejne archiwa, odtworzyć wojenne losy swojego biologicznego ojca, Gerharda Basta, sturmbannführera SS. Po zakończeniu wojny uznany za zbrodniarza wojennego był poszukiwany listem gończym. Został zabity w 1947 roku na przełęczy Brenner przez przeprowadzającego go przez Alpy przewodnika. 

Opowieść nie tyle o ojcu - o nim akurat stosunkowo mało udało się autorowi dowiedzieć - ale o jego rodzinie, tzw. "zwykłych" ludziach. Jak łatwo się domyślić, brak w książce odpowiedzi na pytanie jak to się stało, że byli zdolni do tego co robili podczas wojny i jak to możliwe, że  po tych co przeżyli, wszystko spłynęło bez śladu.

Jest tylko zdziwienie autora, że tak się stało. A on jako dziecko nie był nawet tego świadomy. 

 

Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna

Austriacka "sprawa Gorgonowej". Proces poszlakowy, sprawca postrzegany jako "obcy" (Halsmannowie, to łotewscy Żydzi, przebywający na wakacjach w Tyrolu),  żerujące na sprawie, goniące za sensacją media. 

W 1928 roku, Filip Halsmann wyszedł ze swoim ojcem, Morduchem na spacer po tyrolskich górach. Filip wrócił z tego spaceru sam i  został oskarżony o zamordowanie ojca. Według jego wersji, ojciec  zabił się spadając na skały,  jak dokładnie do tego doszło nie potrafił  opisać, bo samego momentu upadku nie widział. Zdaniem tych, którzy zarzucali mu morderstwo, charakter odniesionych obrażeń wskazywał na to, że ojciec przed śmiercią był walony kamieniem po głowie. A że działo się 1928 roku, kryminalistyka nie potrafiła zająć jednoznacznego stanowiska.

Sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Filip Halsmann wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie został bardzo znanym fotografem, portrecistą gwiazd Hollywoodu.

W książce Pollacka, poza opisem samej sprawy, tło historyczne: Tyrol po I wojnie światowej, ucieczka w nacjonalizm i powstający, na bardzo mu sprzyjającej glebie, faszyzm.  

niedziela, 16 grudnia 2018

Prawie wszystko już jest zrobione. Problem w tym, że "prawie", a dokładnie za tydzień o tej porze wielkie otwarcie.

Już wiem, że ze wszystkim się nie wyrobię. Mam tylko nadzieję, że aktualna lista rzeczy do zrobienia na "po świętach" się nie wydłuży.

Najbardziej męczy mnie to, że każdego dnia muszę podejmować niezliczoną liczbę decyzji i decyzyjek zmieniających przyjęty do realizacji plan. Wszystko przez to, że rzeczywistość uparcie nie chce stanąć na wysokości zadania.

Między innymi;

We wnęce w saloniku Hobbitonu nie będzie mojej ukochanej szafy bo zabrakło ... 3 cm. I nic się na to nie poradzi. Na razie nie dopuszczam do siebie myśli, że miałabym pożegnać się z szafą. Stanie tam gdzie kanapa, kanapa we wnęce, ale to prowizorka. 

W WC pod schodami nie będzie szafki mojego projektu (a raczej ściągniętego pomysłu z Pinterestu). Na zdjęciu była  śliczna, w małym wąskim WC wyglądała tak topornie, że została zamieniona na półeczkę.

W kuchni nie będzie szarego zlewu, bo żaden kolor szarości nie pasował na szarego blatu i skończyło się na pospolitym zwykłym chromie. 

Jeszcze nie zaczęłam używać sieci, a już zastanawiam się nad jej przerobieniem. To co mam, zostało "skrojone" pod Neostradę, a tu do Brwi zawitał światłowód UPC ... Zostać przy Neostradzie, czy odbijając listwę, wyżłobić w ścianie rynienkę pod kabel UPC , a potem to zaszpachlować i zamalować?  Oto jest pytanie. Jutro mam dać odpowiedź.    

  Z pamiętnika wk ... konsumentki  

  • PKO BP

Mojej mamie z trudem przychodzi wciskanie kodu i zamarzyła jej się karta zbliżeniowa. W tej której ma nie można było zmienić ustawień, bo możliwość bycia kartą zbliżeniowa została zablokowana już na etapie produkcji. Mama postanowiła sama rozwiązać swój problem i wróciła z banku z umową na kartę kredytową. To, że się za nią dodatkowo płaci  że ma limit 8 tys. oczywiście nikt jej nie powiedział.  Chciała zbliżeniową to dostała, klient nasz pan!

  • Orange 

Miałam abonament "bez limitu". Zaproponowali mi gorsze warunki, za tą samą cenę. Odmówiłam. Ale gdy zobaczyłam fakturę na trzy razy większą niż dotychczas kwotę, otrzeźwiałam: istnieje system wymuszania na kliencie podpisywania umów na 24-miesiące i jest on dość skuteczny. Do umowy miałam dołączoną kartę do tabletu. Karta musiała wcześniej należeć do jakiegoś bardzo niesolidnego dłużnika, cały czas „dobijali” windykatorzy i robili to tak natrętnie, że umożliwiali spokojne korzystanie z tabletu. Początkowo usiłowałam "coś z tym zrobić", ale w końcu machnęłam na to ręką, bo karty w zasadzie nie używałam i uznałam, że „darowanemu koniu nie patrzy się w zęby”.  Orange świetnie wiedziało o tym, że karta jest "be", bo na początku wielokrotnie to reklamowałam. Teraz, po zakończeniu umowy, policzyli mi za używanie tej karty jak za zboże.

No to się wściekłam.

Wypowiedzenie trzeba w Orange składać osobiście (ew. listem poleconym). Nie można tak po prostu zostawić pisma w punkcie, trzeba pobrać numerek, odstać swoje w kolejce i wręczyć je konsultantowi. Minimum godzina do tyłu.

No to się jeszcze bardziej wściekłam.

Ale co mogłam zrobić. Potulnie stanęłam w kolejce.

 

A od jutra do świąt moja prywatna jazda bez trzymanki. Jak przeżyję to uznam,  że jestem nie do zdarcia.

sobota, 15 grudnia 2018
Przeczytane

dobra książka 

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary

Przez dziesiątki lat Żydzi zatrudniali chrześcijańską służbę (m.in. dlatego, że rozwiązywało to problem wykonywania prac domowych w szabas) a ta z wiary, zemsty, czy namowy czasami potajemnie chrzciła ich dzieci. Gdy o tym doniosła, dochodziło do tragedii: chrześcijańskie dziecko nie mogło być wychowywane w żydowskim domu i w takich przypadkach było oddzielane od rodziny. Nie miałam pojęcia, że była to przez lata usankcjonowana praktyka (mord rytualni jako projekcja?).

Edgar Mortary był kolejnym żydowski dzieckiem uprowadzonym przez kościelne służby, ale z wielu powodów akurat to porwanie miało dalekosiężne skutki: uruchomiło procesy, które doprowadziły do upadku Państwa Kościelnego, zjednoczenia Włoch

Momentami ciężko mi się czytało tę książkę, przeszkadzał mi mój brak wiedzy na temat historii XIX Europy, wynagradzał to przypominający trochę kryminały sposób narracji: jeszcze jeden rozdział, by dowiedzieć się co „dalej”. Mniej więcej w połowie tej książki, zaczęłam sobie zadawać pytanie, dlaczego tak mało o tej sprawie wiemy, zakończenie przynosi odpowiedź na to pytanie. Moim zdaniem lektura obowiązkowa.

Tym bardziej, że to, że dziś nie obiera się dziś rodzicom dzieci tylko dlatego, że jakaś służąca zeznała, że poczyniła nad nim znak krzyża, nie oznacza, że procesy w tej książce opisane są nieaktualne. Wręcz przeciwnie. 

 

Piotr Krysiak Wyspa ślepców

 

O tzw. „sprawie dominikańskiej”, czyli o księdzu Wojciecha G, w tle o nuncjuszu apostolskim Józefie Wesołowskim

Dobrze napisana przypominajka, pozwalająca utrzymać odpowiedni poziom złych emocji. Ale sięgając po tę książkę myślałam, że dowiem się czegoś więcej, niż było w reportażach na ten temat. Tymczasem moim zdaniem Piotr Krysiak podzielił się z czytelnikami jedynie drobnym fragmentem tego co wie na ten temat. W książce nie przedstawił też żadnych przypuszczeń, hipotez na temat prawdopodobnych powiązań.

Nie ma nawet odpowiedzi na tak podstawowe pytanie, do kogo przyjeżdżał ksiądz Wojciech G. z grupką młodzieży na wakacje do Polski. Kto te wyjazdy finansował?  Miało to miejsce na tyle niedawno, że na pewno było to do ustalenia. Prawdopodobnie Piotr Krysiak to ustalił,  można się tylko domyślać, dlaczego nie podzielił się tą wiedzą.

Mimo tych zastrzeżeń warto, czekając na film Tomasza Sekielskiego, przeczytać tę książkę. Tyle, że mam nadzieję, że Sekielski zrobi krok dalej.

 

Adam Kay Będzie bolało

 

Opowieść o tym, że nie tylko polska publiczna służba zdrowia przeżywa kryzys. Angielska też.

Dla ludzi zdrowych może to być nawet i jakieś pocieszenie, ale jak się pomyśli, że w polskiej może jest jeszcze gorzej niż w angielskiej … strach się bać.

Adam Kay po skończeniu medycyny zaczął pracę jako rezydent, wybrał specjalizację ginekologia i położnictwo i przez następne kilka lat powoli piął się po lekarskiej drabinie. Zbierał doświadczenia, które go w końcu przygniotły i zrezygnował z bycia lekarzem.

Zaczął pisać scenariusze. Już wcześniej lubił pisać, prowadził dziennik młodego lekarza i na podstawie tych notatek napisał tę książkę. Jest napisana „na wesoło” i często wywołuje uśmiech. Ale tylko do momentu, gdy się sobie uświadomi, że w każdej chwili to my możemy być pacjentem.

 

Lucyna Winnicka Cezary Łazarewicz 1968. Czasy nadchodzą nowe

 

Kolejna książka z serii opowiadającej o wydarzeniach w "ważnym” dla historii roku.

Ta jest przede wszystkim dobrze napisana, co – zważywszy na autorów - jest zagwarantowane na dzień dobry.

Z tym, że formuła tej serii, z góry zakłada mało pogłębiony, reportażowo-sensacyjny sposób pisania i autorzy nie wyszli poza ten schemat.

Książka jest ciekawa nawet dla kogoś takiego jak ja, kto już te czasy pamięta i sporo o nich czytał. Autorzy z góry założyli, że piszą o czasach o których sporo się wie, więc starali się nie pisać  jeszcze raz o tym samym, tylko o mniej znanych faktach, ludziach, anegdotach. Nic na przykład nie wiedziałam o morderstwie w Jicinie, podczas interwencji polskich wojsk w Czechosłowacji. 

Słowem wspaniałe czytadło na zimowe wieczory. Ale raczej z tych rozbudzających ciekawość, niż ją zaspakajających.

 

 Renata Górczyńska Szkice portugalskie

 

Wzięłam do ręki przed wyjazdem do Portugalii i każdemu, kto się tam wybiera, polecam. Ci co nie mają takich planów, prawdopodobnie po przeczytaniu tej książki je zmienią i postanowią tam pojechać.

Cudowna ballada - autorka jest zakochana w tym kraju i tego nie ukrywa.

Z tym, że nie jest to przewodnik, tylko subiektywna opowieść o miejscach, związanych z nimi ludziach.

Pod wpływem tej książki kupiłam książkę o Lizbonie w czasach wojny. W tym czasie stolica niezaangażowanej w wojnę Portugalii pełniła  rolę wolnej areny dla agentów reprezentujących wszystkie zaangażowane w konflikt strony. Ambitnie kupiłam po angielsku, a potem nie miałam czasu by się nad nią skupić.  

niedziela, 09 grudnia 2018
Od porażki do porażki

Wolałabym, aby dzieci nie mieszkały na święta w hotelu... Ale kto wie. Pewności nie mam.


Gdym to ja rok temu wiedziała to, co wiem teraz ...

Wybrałam fajny zostaw prysznicowy, z tej samej serii co bateria umywalkowa i wannowa. Skąd niby miałam wiedzieć, że decyzja o tym czy bateria ma być podtynkowa, czy natynkowa jest podejmowana na etapie rozprowadzania instalacji w ścianie? Myślałam, że chwilę przed położeniem płytek.

Dostałam specyfikację: umywalka Massi Loca Otyla 5062 B. Znalazłam w promocji 5062, kupiłam, sprawdziłam czy nie jest stłuczona i odstawiłam na bok. Tymczasem to "B" wszystko zmienia i do tej bez "B" nie pasuje kupiona do niej bateria.

To nie jedyna "przygoda" z Massi Loca. 

Po zamontowaniu stelaży podtynkowych i położeniu glazury okazało się, że miska Massi Loca nie pasuje do stelażu. Nikt na to wcześniej nie zwrócił uwagi, bo zazwyczaj miski i stelaże pasują do siebie jak klocki lego, w dodatku był to jedyny stelaż z miską kupiony w zestawie. Miała być zamontowana na górze, ale omyłkowo stelaż do niej został zamontowany w mojej łazience. Miska miała takie wymiary, jakie powinna mieć. Odpowiedź na pytanie "dlaczego" tak wyszło była w instrukcji: drobnym druczkiem było w niej napisane, że przed zamontowaniem tego modelu miski, trzeba odpowiednio wyregulować stelaż.

"Dostanie" się do stelażu (pomijając koszty), oznaczało zamówienie płytek, na które czeka się do miesiąca. 
Na szczęście, chyba nie jestem jedyną osobą, która zgłosiła się do dystrybutora z takim problemem.  Są miski które pasują do tak ustawionego stelażu, dostawa ma być jeszcze przed świętami i mimo że była kupiona ponad dwa miesiące temu, będę mogła ją wymienić.   


Narodziny gwiazdy



Za co te gwiazdki? Mówi się nawet o Oscarach. 
Do bólu przewidywalne romansidło. 
Ja tam niczego w tym nie widzę. Zero wdzięku

Jedyny plus to że zobaczyłam jak wygląda z bliska  Lady Gaga.

Jako prenumerator Gazety dostaje na maila zawiadomienia o spotkaniach w Centrum Premier. Poszłam na wręczenie nagrody im. Krzysztofa Millera.
I się zawiodłam.

Z siedmiu finalistów wybrano  najmniej według mnie ciekawe zdjęcia, reportaż Między blokami Anny Liminowicz. O dwóch kobietach tworzących rodzinę, wychowujących dzieci. reportaż już nieaktualny po wyjechały z Polski. A zdjęcia ani ładne, ani ciekawe.  


Przez ten remont mało uważnie patrzę na świat. Ale czasami rzuca się mi w oczy, tu miski dla bezdomnych kotów:




niedziela, 02 grudnia 2018

W oczekiwaniu na przełom, który miał nastąpić dwa tygodnie, nie mogąc skończyć tego co było w planie skończyłam to:

Wzór to Funchal Moebius Kate Davies. Gdyby nie ta fala mrozu, szal pewnie dalej czekał by na zszycie.

Ale generalnie to ja jestem teraz w remoncie i staram się być czujna. Designerską lampkę kupiłam za 71 zł, nie 740 zł:


Ale gdybym w lutym wiedziała to co wiem dzisiaj ...

 dobry film 

Sofia

Dobry film bo inny. Gdyby opowiadał o Europie, byłby tylko  kolejnym ciepłym snujem. Ale opowiada o Maroku, gdzie seks pozamałżeński jest przestępstwem, co mocno komplikuje opowiadaną historię. .

 

Na rodzinnym przyjęciu, w trakcie podawania kawy i ciasta, córce nagle odchodzą wody. Sytuacja jest trudna, do tego momentu udawało jej się ukrywać ciąże, nikt nie zauważył by spotykała się z jakimś chłopakiem. W dodatku gdy wszystko przestaje być tajemnicą, dziewczyna nie pomaga rodzinie w rozwiązaniu problemu. 

Może od strony technicznej film nie jest arcydziełem, ale historia którą opowiada warta jest  obejrzenia.

Siłaczki


W 100-lecie podpisania przez Piłsudskiego dekretu przyznającego kobietom prawa wyborcze, w kinie Muranów, w dwóch dużych salach, pokazano paradokumentaly film o kobietach, które tamtego dnia odniosły to zwycięstwo. Najfajniejsza z tego wszystkiego była atmosfera pokazu. W salkach na górze każdy kto chciał mógł się przebrać w strój z epoki. Dzięki temu czekający na pokaz tłum cieszył oko.

O filmie tego powiedzieć nie można.

Jak z opisanym przez Boya malarzem Styką; nie maluj na klęczkach, maluj dobrze.

No nie udało się.

Zero pomysłu na konstrukcję fabuły. Do tego utrwalone na taśmie błędy i kiksy. Aż tak mały budżet?

 

A na koniec coś co przyciągnęło mój wzrok w przejściu na stacji metra Arsenał. Nie podoba mi się to. Bardzo.


piątek, 30 listopada 2018
Przeczytane

Cień Monika Rakusa


Na Monikę Rakusę zwróciłam uwagę po tym, jak zupełnie przez przypadek wpadła mi w ręce jej książka 39,5. Typowe babskie czytadło, ale była w nim lekkość, która mnie ujęła. Z nadzieją wzięłam jej Jabłko Adama, ale tamten zachwyt nie wrócił. Podobnie teraz. Tym bardziej, że Cień to nie powieść, a pięć opowiadań.
O kobietach, o ich miejscu, a raczej braku tego miejsca we współczesności. Widzialnych częściach ich egzystencji, i tych skrywanych, zakrytych cieniem, które w przeciwieństwie do tych pierwszych są naprawdę „ważne”. Dobrze napisane, ale nic poza tym. Za krótko i za lakonicznie bym umiała się w to wciągnąć.

Upokorzenie Philip Roth


Kolejny Roth, czyli kolejny kawałek dobrze czytającej się prozy. Ale bez szaleństw, Roth napisał lepsze kawałki. Tym razem "pudelkowe" klimaty.
Opowieść o 60-letnim wziętym aktorze teatralnym, Simonie Axlerze,  który zderza się nie tyle z kryzysem twórczym, ile z totalną niemocą. Wycofuje się do domu na odludziu i kontempluje swoją życiowa klęskę. Upaja się tym tak zachłannie, że na chwile ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Po wyjściu znów układa sobie życie, a my patrzymy jak mu to nie wychodzi. 

Sny o Jowiszu Anuradha Roy


 
Trzy przyjaciółki, Gouri, Latiki i Vidyi, udają się razem w podróż do świątynnego miasta Dżarmula. Są już na emeryturze, mają dużo czasu i spraw do przegadania. Przeżyte lata sprawiają, że z wyrozumiałością traktują swoje słabostki, wady i coraz bardziej dajace się otoczeniu we znaki widoczne oznaki starości.  
W kuszetce do Dżarmuli jedzie z nimi młoda dziewczyna Nomi, która na dzień dobry zwraca na siebie uwagę swoim „hippisowskim” wyglądem. Pochodzi z Indii i wróciła do kraju by nakręcić film dokumentalny o sierocińcu, w którym przebywała, zanim została zaadoptowana przez norweska rodzinę.
Obok tych czterech głównych postaci cały las bohaterów epickiej opowieści o Indiach, tych współczesnych i tych sprzed kilkudziesięciu lat, przywoływanych we wspomnieniach głównych bohaterek.  A jednym z głównych tematów, wokół którego ta opowieść się kręci jest przemoc, jakiej doświadczają kobiety. I bezkarność - bo "wszyscy są odwróceni" - sprawców tej przemocy. 

Przypowieść o skrybie Shai Agnon 


Nic bym nie wiedziała o Szmuelu Josefie Agnonie i miejscu jakie zajmuje w izraelskiej literaturze, gdyby nie wakacyjne warsztaty z Piotrem Pazińskim. O tyle dziwne że nikt nigdy o nim nic, bo ten jedyny jak dotąd laureat literackiego Nobla piszący w języku hebrajskim urodził się w Buchaczu.
Na warsztatach które prowadził Piotr Paziński (tłumaczył te opowiadania), sporo się dowiedziałam zarówno o tych opowiadaniach jak i o  autorze. Bez tej „podpowiedzi” niewiele bym zrozumiała z podskórnych znaczeń i ukrytej w tych opowiadaniach symboliki. Tak samo jak nie zauważyłabym, że ułożone są w książce w taki sposób, że pokazują jak  Szmuel Josef Agnon „rozwijał” się jako pisarz. 
Dwanaście opowiadań przesyconych nostalgicznym, chasydzkim klimatem, tylko jak już wyżej wspomniałam, nie przepadam za opowiadaniami.

niedziela, 25 listopada 2018
Lampy, lampeczki, lampusie

Przede wszystkim lampy dzielą się na:

  • Prawdziwe lampy, które składają się z obudowy i z wymienialnej żarówki. Grupę można dalej dzielić na podgrupy (żarówki, oprawki itp.), ale z punktu widzenia użytkownika najważniejszy jest podział na lampy, w których producent przewidział możliwość włożenia mocnej żarówki, i na takie, w których max moc żarówki jest z góry określona i zazwyczaj nie jest ona zbyt wysoka.
  • Świecące przedmioty, z wymienialnym źródłem światła, przy czym ta "wymienialność" jest mocno umowna. Kupując tego typu lampki należy mieć na uwadze, że szansa na kupienie żarówki ledowej pasującą do kilkuletniej "lampki" jest bliska zeru.
  • Świecące przedmioty, z niewymienialnym źródłem światła. W zamian, w opisie technicznym obiecane jest 20, czasami 25 letnie bezawaryjne świecenie takiego ledowego cudu.

Problem w tym, że w zasadzie większość lamp na rynku to lampy ledowe, pewnie chodzi o to, by tak jak w przypadku sprzętu AGD, gdy przestana świecić, kupić nowe, a nie wymieniać  żarówkę.
Oferta na rynku nie powala.  
W marketach budowlanych, wszystko na jedno kopyto. To, że w Leroy Merlin, są też krótkie serie lampek zahaczających o średnią półkę, niewiele tu zmienia.
W sklepach internetowych jest wprawdzie zdecydowanie lepszy wybór, ale jeżeli tylko coś wyrasta ponad poziom marketu, od razu jest dużo droższe. W dodatku na zwrot często dają tylko 14 dni, a pan elektryk potrafi wydać druzgocąca opinię dopiero po upływie tego czasu.
Z kolei sklepy naziemne, jak tylko mają trochę inny asortyment, kreują się na nastawione na wypasionego klienta "salony". W Wwie największy wybór jest chyba w Centrum Światła na Bartyckiej, ale też nie wszystkie lampki można „pomacać”, tak by po upewnieniu się, że pasują, wrócić do domu i kupić po niższej cenie.


Generalnie ten przydługi wstęp był, po to, by podkreślić, że nie było łatwo.


Na wstępie opracowałam nierealny, bo bez właściwego "zgłębienia tematu" plan zakupów. Np. nie zdawałam sobie sprawy, że podstawowym pytaniem przy małych lampkach jest to, czy lampka jest na 12 V czy 230 V. Na przykład  taka aluminiowa oprawka schodowa Britop kosztuje 45 zł, a wersja 230 v, którą kupiłam bo nikt mi nie powiedział, że takiej nie potrzebuję, dwa razy tyle. 




Do lampek Britop udało mi się spasować wiszący też na ścianie schodów, tyle że wyżej, aluminiowy kinkiet Philips Gainsboro (jest teraz również i w ofercie Leroy Merlin).





Jego buźka idealnie pasowała do lampek schodowych, ale już po powieszeniu okazało się, że kinkiet nie nadaje się na schody, bo gdy idzie się po schodach do góry, odsłania brzydkie elektyczne "bebeszki" i dlatego wyląduje w wiatrołapie.




Na schody kupię kinkiet z zakrytym denkiem, optuję za tym, wolałabym coś większego, tylko nigdzie nic takiego nie mogę znaleźć.


Zaznaczyłam, że kinkiet Philips Gainsboro jest z aluminium, bo kupiłam go po odebraniu bolesnej kolejnej lekcji: nie warto patrzeć na zdjęcie, tylko na materiał z którego lampka jest wykonana. Kupiony z myślą o łazience plafon na zdjęciu wyglądał obiecująco, a po rozpakowaniu okazało się, że  plastikowa srebrna otoczka jest tak brzydka, że lampa nadaje się tylko do kotłowni. 

 



Plafony przynajmniej zawsze można powiesić, tam gdzie były  planowane, wystarczy że wystają ze ściany kable.
Z lampkami ściennymi typu "oczka"  już tak łatwo nie jest, bo mają bardzo różne wymagania. Przekonałam się o tym po tym, jak  kupiłam bardzo ładne (nie tylko na zdjęciu) oczka, które -  na co nie zwróciłam uwagi -  mają bardzo długi, wkładany do ściany, trzpień.

 

Miałam do wyboru: albo w miejscu gdzie miały być zamontowane obniżyć sufit dodając listwę, albo dać sobie spokój. Wybrałam to drugie. Na koniec dwie lampki zamontowane zostały w toalecie pod schodami, a jedna „została” bez przydziału.
Z kolei lampki ścienne typu oczka, które mają małe trzpienie, zazwyczaj dają mało światła. Dlatego musiałam zrezygnować z trzech lampek, typu oczka, bo tak ładne by cieszyć oko swoją urodą nie były, a światła dawały symbolicznie.



Po tych wyżej opisanych wyżej netowych porażkach zakupowych, natknęłam się w Leroy Merlin na reflektorek cudownej urody: Philips Afzelia


Chyba nie tylko mnie się spodobał: w Jankach na półce był tylko jeden, a na infolinii Leroy Merlin dowiedziałam się, że jest to towar „wyprzedażowy” i nie ma go już ujętego w zestawieniach magazynowych. Z kolei w prywatnych sklepach, pomijając to, że kosztował dużo drożej, był tylko na zamówienie ... Na szczęście dobrej duszyczce, która pomaga mi na finiszu, udało się upolować trzy reflektorki w Piasecznie i pan wykończeniowiec nie musiał czekać
Z tym, że też nie jest tak, że lampka spełnia wszystkie wymagania: śrubka do montażu jest z boku i tym samym nie ma żadnych szans, by reflektorek obsadzić głębiej w suficie. Pocieszać się można tym, że dystans pomiędzy denkiem a sufitem jest bardzo mały. Tyle, że nic nie stało na przeszkodzie, by śrubkę do mocowania umieścić wewnątrz obudowy, obok żarówki. 

Do lampki Philips Afzelia dodałam kwadratowy plafon (też aluminiowy) i w ten sposób "odfajkowałam" kolejną łazienkę (też nie wiadomo dlaczego nie pomyśleli o białej śrubce. taka mała rzecz, a jak cieszyłaby oko).

Ponieważ plafonów łazienkowych miałam już dosyć, do kolejnej łazienki kupiłam, po upewnieniu się, że długość kabla można dowolnie regulować, sufitowe lampy-kule.

 i dwa, tak samo chromowato błyszczące, kinkiety do powieszenia nad dużym, długim lustrem.

Na zdjęciu się najlepiej nie prezentuje, ale zapewniono mnie, że będzie pasować do łazienkowych kul.
Lampka Philips Afzelia nie ma przynajmniej pretensji do bycia lampeczką z „wyższej półki”, tak jak lampka Cleoni, która ma ten sam błąd konstrukcyjny i w dodatku dużo więcej odstaje od sufitu, odsłaniając mało estetyczną "elektrykę". 

Jeszcze nie wiadomo, czy zmieniony zostanie sposób mocowania oprawki, czy dodana będzie osłonka z metalowego paska pomalowanego na ten sam kolor co lampka. A te wszystkie utrudnienia, tylko dlatego, ze lampki Cleoni są z ceramiki i można je pomalować na dowolny kolor (w moim przypadku będą pomalowane w kolorze belki na której wiszą).
W kuchni, poza lampkami Cleoni, będą jeszcze lampki pod szafkami (12V), oświetlenie w okapie, ale  zastanawiam się czy na blacie kuchennym nie postawić dodatkowej lampy, tak mi się ona podoba.

To jest bardzo mądra lampa jest sterowana na pilota: zimno-ciepło i jasno-ciemno i pasowałaby do trzech kupionych już przeze nie paneli ledowych, na ścianę nad jadalnią (30 x 90), do salonu (60 x 60) i w korytarzu (30 x 30).


Panele ledowe są teraz wszędzie, w każdym sklepie. W Leroy Merlin kosztują 2/3 tego co w Ikei, w innych sklepach sporo drożej. Czym się różnią nie wiem. Kupiłam w Ikei, bo zawsze były tam dobre żarówki, podobno mają mnie przeżyć, ale aż takiego zaufania do ich długowieczności, jak zapewnia producent,  nie mam.

Tak modne obecnie reflektorki zaplanowałam jedynie do oświetlenia krużganków brwinowskich. Na suficie widocznego z parteru korytarza będzie szyna z reflektorkami z Ikei.


W sypialniach na górze odstąpiłam od technicznego oświetlenia.
W jednej postawiłam na klasykę:


Ponieważ przy takich lamach może i łatwo o nastrój, ale czyta się gorzej, ze ściany nad łóżkiem będą dodatkowo wystawały  lampki do czytania, typu snake.

W pokoju wnuka postawiłam na kolor i zamówiłam lampę typu Pająk (gender, genderem, ale układając kolory zrezygnowałam nie tylko z białego, czarnego, szarego ale i  pomarańczowego i różowego).

W jego pokoju są jeszcze dwa kinkiety. Jeszcze się zastanawiam, czy kupić dwie takie



czy tylko jedną białą lampkę i taki zielony komplet (kinkiet + lampka na stół).




A może nawet dwa kinkiety, bo ładnie się dublują.

 

W swojej części, tzw. Hobbitonie,  mam zamiar wykorzystać trochę swoich starych lamp w tym moje witrażowe cudeńka, na czele z tą:


Z sufitu zwisać będzie moje jeszcze jedno "stare" Tiffany (szukałam dobrego zdjęcia, ale nie znalazłam).
Tu też będą zmiany, m.in. postanowiłam pomalować na biało bambusową lampę z Ikei.


I zaszalałam kupując w Black Friday  do swojej sypialni wielofunkcyjny kinkiecik:

Własna twórczość to zwisający z dachu żyrandol nad stołem w jadalni. Lampa będzie składana: trzy przydymione szklane klosze z Ikei złączone w jeden pałąk.

 które będą wisieć na kablach, oprawkach i zawieszkach i innych niezbędnych częściach zakupionych w Bylight.



To co mi się sprawdziło, to tzw. planowanie wynikowe. Nie zaplanowałam oświetlenia w kotłowni  wiatrołapie, czy garderobie - uznałam, że powieszę tam "odrzuty". I tak w kotłowni wylądował paskudy plastikowy plafon, a w wiatrołapie kinkiet z brzydkim denkiem.
Do garderoby kupię chyba reflektorki, bo nic ciekawszego nie widzę:


niedziela, 18 listopada 2018

W tym tygodniu miał być przełom, ale został przełożony na przyszły tydzień.

Idę w łeb w łeb z Mazowieckimi Kolejami Regionalnymi

Ale biorę przykład o najważniejszych osób w państwie i ciągle się uczę. 

Uniwersalne prawo maty

Po położeniu kafelków w łazience na górze, wykonawca zapytał po co w miejscu gdzie ma wisieć kaloryfer, wystają ze ściany kable zasilające. Wespół, zespół ustaliliśmy, że kable są do czegoś, co w posiadanych przez nas planach nie występuje.
W tym miejscu powinnam się zatrzymać i zastanowić się, czy warto przekraczać Rubikon.
Przekroczyłam.
Ustaliłam, że miały być podłogowe maty grzewcze, ale występowały jedynie w projekcie instalacji elektrycznej, którego nie widziałam na oczy. Nie ma było ich ani w przekazanych mi planach, ani w projekcie łazienki i opracowanej na jego podstawie specyfikacji zamówienia. 
Po ustaleniu stanu faktycznego, wyraziłam jedynie żal że maty nie zostały zamontowane i ponieważ było za późno by je instalować, uznałam, że trzeba machnąć ręką i iść dalej.
Mój błąd polegał na tym, że w tego typu sytuacjach, nie należy wyjaśniać dla samego wyjaśniania. Albo należy dać sobie od razu spokój, albo - po uzyskaniu pełnej wiedzy -  rozliczyć winnych, ustalić kto i jakie poniesie konsekwencje.
Takie „niby szlachetne” zatrzymanie się w pół drogi, to najgorsze rozwiązanie. Odbierane jest jako rzucone w eter, pod adresem niewinnych, oskarżenie . Niewinnych, no bo przecież nikogo nie oskarżyłam – czyż nie? 

Trzy festiwale filmowe zorganizowano w tych samych dniach, zawsze lekko zachodziły na siebie, teraz w zasadzie idą w łeb w łeb. Dla mnie przykład braku współpracy, a nie intensywności życia kulturalnego stolicy. 


Etgar Keret Oparte na prawdziwej historii


Film dokumentalny o Etgarze Kerecie, zrobiony nie tyle z myślą, by jak najwięcej o nim opowiedzieć  (m.in. nie ma nic o jego warszawskim najmniejszym domu na świecie, w Q&A  jego twórcy tłumaczyli się ograniczonym budżetem), ile by opowiedzieć o nim ciekawie w klimacie jego opowiadań. To wokół nich toczy się ta opowieść, wywiad z Etgarem Keretem i rozmowy z jego przyjaciółki stanowią jedynie przebitki.
I trzeba przyznać, że dwóm Duńczykom, reżyserom tego filmu, udało się ten specyficzny klimat zachować. Nawet przebitki animacji, coś czego bardzo nie lubię w filmach fabularnych, tu nie tylko nie drażniły, ale dodawały smaku. 

 

Kryształ


Białoruś 1996 rok.
Oprowadza po niej młoda prawniczka. Zamiast kariery w swoim zawodzie,  jest DJ-ką w nocnym klubie. Traktuje to zajęcie jako tymczasowe, bo wszystkie swoje plany życiowe sprowadziła do realizacji jednego: wyjazdu do Chicago, ojczyzny muzyki house.
Już na starcie realizacji swojego programu popełnia błąd: przy wypełnianiu wniosku wizowego podaje zły telefon swojej fikcyjnej pracy. Przez ten błąd musi jechać na głęboką prowincję, tak by tam na miejscu odebrać telefon od konsula i potwierdzić podane w tym wniosku dane. Tam zderza się z białoruską prowincją.
Film świetnie oddaje wyidealizowane wyobrażenie Zachodu, ludzi „po tej stronie” muru, jaki w 1996 roku dalej odgradzał Białoruś. Pokazuje też dlaczego, ludzie tam żyjący nie odnajdą się gdy runie ten mur, o czym my, mądrzejsi o doświadczenia trzech ostatnich lat, boleśnie się właśnie przekonaliśmy.

 

Ślepnąc od świateł


Tyle się o tym serialu pisze, że aż obejrzałam. Obsługujący celebrycko-polityczne salony warszawski dealer kokainy boleśnie przekonuje się, że choć wygląda i wysławia się tak jak jego klienci, należy do świata mafii. 

Nie najgorzej zagrane. Ciekawie skręcone, dużo fajnych, psychodelicznych wstawek, dobrze dobrana muzyka.  

Ale .... ponieważ to o mafii, więc sceny gdzie gangsterzy to kakafonia bluzgów, a że tych scen jest dużo, to po jakimś czasie te chaotyczne wrzaski po prostu męczą. Czyli jak zwykle w polskich filmach dialogi skrzeczą. 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Kochany Panie Ionesco. Wpadłbyś na taki pomysł?


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Taka wyobraźnię to ma jedynie Marek Raczkowski.

 

Ktoś zachorował, ktoś umarł. Zaplątana w remont, przyjmowałam to do wiadomości, nie wyciągając z tego dalej idących wniosków. Do czasu. Pewnego dnia jedna z moich ciotek wywarła na mnie presję, że wprawdzie: jeszcze w zielone w gramy, jeszcze nie umieramy, ale w naszym wieku każdego dnia warto sobie powtórzyć, że czasu coraz mniej.

 

Ale to pieśń przyszłości. Na tyle dalekiej, że jeszcze nie zaczęłam się bać latania lokalnymi liniami azjatyckimi (z tym, że nie najgorzej wspominam już odbyte loty). Plan podróży też może ulec zmianie, bo niektórzy zamiast Malezji przekonują do Angkor w Kambodży

Teraz wszystkie ręce na pokład: remont! Łatwo nie jest, bo ze wszystkim mam pod górkę, nawet z tak prozaicznymi rzeczami jak lampeczki w kuchni. Podłoga podniosła się o 25 cm (ocieplenie + ogrzewanie podłogowe) i musiałam się pożegnać z dużymi zwisającymi z kuchennych belek lampami Ikea. Joluśka wymyśliła gliniane lampeczki, które po pomalowaniu na ten sam kolor co belki, miały się od nich nie odróżniać. Podobno jakiś czas temu były do kupienia w Leroy  Merlin za 55 złoty, ale jak się chwilę później okazało, takie ceny to na początku roku, teraz ta sama lampeczka, tyle że nie w Leroy Merlin, bo tam już nie występuje, kosztuje 133 zł. Kupiłam, bo czego nie robi się dla designu.

Lampeczki przyjechały i dopiero wtedy okazało się, że ładne to może one i są, ale po zamontowaniu "odstają" od sufitu odsłaniając obrzydliwy blaszany mechanizm. Z jednej strony kupiłam w Internecie, wiec mogę odesłać. Z drugiej, teraz prawie wszystkie lampy są przystosowane do "wpuszczenia" w podwieszany sufit i nikt się takimi drobiazgami, jak wykończenie, które można przecież "schować", nie przejmuje. Więc skończyło się tym co zawsze: "Bojar, wymyśl coś" Tyle że czas Michała z gumy nie jest, a remontowy deadline coraz bliżej. 

Przez ten remont zanikło moje życie druciarskie.

Na wykończenie czekają dwa projekty:


Funczal zszyć trzeba kitchenerem, a tego bardzo nie lubię. Niebieski we worze miał ściagacz patentowy, zrobiłam z oczek przekręcanych, bo ten pierwszy z tak sztywnej wełny brzydko wychodził i teraz wzór się nie zgadza i trzeba by go przeliczyć. W dodatku ładnie wygląda na wieszaku, ale już wiem że wygodny w noszeniu nie będzie ("ciągną" rękawy").

Gdy odkryłam, że na jednym spotkaniu przeglądałam komórkę, bo nie wiedziałam co zrobić z rękoma, postanowiłam pomyśleć o turystycznej robótce. Będzie kolejny szal. Na Szarotkach mi się spodobał, miałam się zapytać jak się go robi, ale popatrzyłam na zdjęcie na Raverly i już wiem (wełna Inga, Włóczki Warmii).

Przez chwilę byłam nawet gotowa kupić wzór, ale kosztuje 12,5 dolarów kanadyjskich. Wzory na Raverly są zazwyczaj po 20-30 zł, płacenie 40 zł za wzór o finezji konstrukcji cepa, uznałam za grubą przesadę. Pamiętam jednak, że za głoszenie takiej filozofii Agata dostała w sieci niezłe bęcki.

Remontowe zmagania przerywane są życiem towarzyskim. Nastrój ulicy jak przed laty skłania do picia wina w miłym towarzystwie.  Z tym, że w porównaniu do tamtych lat widzę istotna zmianę - ja z pokoleniem moich rodziców jak równy z równym się nie bawiłam. Teraz znajomi znajomych moich dzieci, są moimi znajomymi ... Bez różnicy czy solenizant obchodzi swoje trzydzieste któreś, czy sześćdziesiąte któreś urodziny. Ten sam miły nastrój, wzmacniany świadomością, że wszyscy oddychamy tą samą bańką. 

Urodziny Kodzia. Żeberka + burzliwa dyskusja w drodze powrotnej do Wwy, czy NN miał prawo wpier ... wszystkie żeberka, jakie zostały po poczęstowaniu gości (pół brytfanki), wykorzystując sytuację, że obok niego stoi równie wielki miłośnik żeberek Franka Underwooda, ale do czasu aż imprezy nie opuści jeden z gości, nie może się przyznać do tego, że jest mięsożerny.

Doroczne spotkanie, tyle że knajpie obok, bo w tamtej spóźniliśmy się z rezerwacją. I buuu ...Nie wszędzie obowiązuje zasada: "do ostatniego gościa". Punkt 23 nas wyprosili.

Na koniec stadna ucieczka z Wwy. Pogoda taka, że w połowie listopada życie na podwarszawskich daczach kwitnie. A wątrobę mam tylko jedną

 

 dobry serial 

Kroniki Times Squere

Dwa sezony. Klasyczny serialowy snuj. Nowy Jork lat 70-tych, początki przemysłu pornograficznego. Brzydcy ludzie, brzydkie dekoracje. Na początku ulica: prostytutki, alfonsi, bar. Potem patrzymy jak powoli ta ulica jest "czyszczona", mnożą się burdele, powstają peepshopy, kino. Rozstajemy się z bohaterami gdy na rynek ma wejść kaseta VHS. Pornos bez mięsnego wsadu, ale wciągający, a przecież o to w serialu chodzi.

Po obejrzeniu drugiego sezonu zapytałam Gugla kiedy trzeci, a ten dopiero odnotował odpalenie drugiego i trzecim sezonie nikt na razie nie mówi. A szkoda.

 Trust


Kolejny film o porwaniu Paula Getty III. Scenariusz na film rozpisany na 10-odcinkowy serial, przez co momentami mocno się dłuży. Najlepsze kawałki są poświęcone nestorowi rodu - gra go Donald Sutherland. W zasadzie to on i postać, którą odtwarza, trzyma ten serial.

Bohemian Rhapsody

 

Ładna bajeczka.

I nie chodzi mi o to, że pominięto "mroczne"  fragmenty życia Mercurego, wystarczyło mi to co jest: jak patrzy lubieżnie na mężczyznę na stacji benzynowej, wiadomo że pójdzie za nim do toalety, jak stoi przed drzwiami klubu sadomacho to do niego wejdzie itd. Tym bardziej, że po obejrzeniu Kronik Times Squere  mam przesyt "obsceniczności".

Moim zdaniem reżyser skoncentrował się na najmniej ciekawym fragmencie jego kariery: opowieści o wspinaniu się na szczyt. Przedstawione to jest jako sekwencja nudnych przypadkowych sytuacji, przeplatanych nieprawdopodobnymi łutami szczęścia, Może było inaczej i bardziej ciekawie, ale tego w tym filmie nie ma.

Urywa się to wszystko w chwili gdy są na szczycie i grają na Wembley na World Aid. Dla potrzeb filmu Mercury wie już że ma Aids. Ale w sumie to akurat jest nieistotne. Wszystko wskazuje na to, że to że wtedy postanowił dokonać jako artysta rzeczy wielkich, jest prawdą. Jak dla mnie opowieść o tym okresie jego życia byłaby dużo ciekawsza - koncert w Barcelonie, prawie do końca na scenie. 

Ale jest w tym filmie taki kawal dobrej muzyki i nieprawdopodobny, odtwarzający główna rolę Rami Malek, że warto iść.

 Z pamiętnika wk ... konsumentki 

Przez osiem lat ... a tak naprawę przez 14 lat miałam konto w Deutche Banku. Fajerwerków nie było. Ale w necie śmigało, teleserwis bez czekania, zawsze jak poszłam do oddziału byłam załatwiana od ręki.

DB kupił Santander. Kojarzy się paskudnie, więc postanowiłam się przenieść. ING Śląski ma tak dobre opinie, że zdobyłam się na dwa podejścia. Za każdym razem czułam się tam jak na poczcie: były wolne okienka, byli wolni pracownicy, ale wszyscy czekali aż zwolni się ta jedna, którą tego dnia rzucili na odcinek "interesanci". Doszłam do wniosku, że w Sandanderze chyba nie może być gorzej.  

niedziela, 04 listopada 2018

Za 1,5 miesiąca święta, a jak mantrę powtarzam: to się da posprzątać, to się da ogarnąć ...


Są już wstawione drzwi


Michał kończy parapety (na górze w kolorze okien, na dole przybielane)


Dobrze, że dałam się namówić wykonawcy na odstąpienie od projektu w toalecie pod schodami. Jest mniejsza, WC zostało przesunięte do przodu i w bok, dzięki temu jest dostęp do miejsca pod schodami (w projekcie ta przestrzeń miała pozostać niewykorzystana). Bardzo fajnie też wyszło wyłożenie ściany gresową płytą, która została po "zmniejszeniu" powierzchni podłogi w toalecie

 

 

Jeszcze nie wiem jakie zrobić drzwiczki. Teraz jestem na etapie by nie robić ich równo ze ścianą WC, tylko w głębi i zamaskować je, stawiając w przejściu półko-drabinkę.

W porównaniu do poprzedniego projektu jest jeszcze mniej miejsca na szafkę pod umywalkę. W ramach szukania oszczędności postanowiłam poszukać czegoś gotowego i tylko niepotrzebnie zmarnowałam na to sporo czasu. Modne są umywalki nablatowe (też uległam tej modzie), a w sklepach wszystkie szafki nie dość, że na jedno kopyto to na umywalki wpuszczane w blat. W dodatku, najwęższe mają 40 cm, a ja potrzebuję max 27 cm.

Skończyło się na tym co zawsze, czyli poproszeniu Michała by i do tej łazienki zrobił szafkę. Z braku miejsca wybrałam tę po lewej. 


dobry film 

Fokstrot

Współczesny Izrael. W pierwszej scenie, dzwonek do drzwi, otwiera kobieta w średnim wieku, za drzwiami wojskowi posłańcy przynoszący hiobową wiadomość, że jej jedyny, odbywający służbę wojskową syn poległ.

Ale to nie tak, że cała dalsza opowieść koncentruje się na tym, jak poradzić sobie z żałobą. Jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Wciągająca opowieść o życiu w cieniu wojny. 

A matka tego chłopaka bardzo przypomina Maję Ostaszewską, nie tylko w wyglądzie, również w  gestach, minach, sposobie poruszania.

dobry film 

Jak pies z kotem

Przeczytałam wywiad z Januszem Kondratiukiem i postanowiłam zobaczyć ten film. W kinie spotkałam dwie ciotki, które po przeczytaniu tego wywiadu wpadły na ten sam pomysł.

Janusz Kondratiuk od dawna nie utrzymywał kontaktów ze swoim bratem Andrzejem, ale to do niego zadzwonił sąsiad gdy jego brat dostał poważnego wylewu (żona Iga Cembrzyńska była wtedy na występach w USA). I tak wyszło, że przez następny rok, razem z żoną się nim opiekował.

Film opowiada o opiece nad sparaliżowanym bratem. Janusza Kondratiuka gra Robert Więckiewicz, jego brata Olgierd Łukasiewicz. Bardzo prawdziwa, mocno zanurzona  w naszej rzeczywistości gorzka, ale zaprawiona humorem opowieść o rodzinnym życiu. Takim dzień po dniu. Jeszcze jeden film o opiece nad umierającym, ale  podobnie jak 33 sceny z życia Szumowskiej, bardzo prawdziwy.

 dobry film 

Pierwszy człowiek

Nie spodziewałam się tak dobrego filmu.

O Neilu Amstrongu, od momentu w którym zdecydował się na zgłoszenie do programu podboju kosmosu do dnia jego powrotu z księżyca.

Amstrong nie jest tu przedstawiony jako nadczłowiek. Jeżeli coś go odróżniało od reszty, to nieludzkie opanowanie. Nie kierowała nim chora ambicja, potrzeba sukcesu za wszelką cenę. Trochę przez przypadek, po części kierowany potrzebą zmiany po przeżytej traumie, pewny swoich umiejętności, nie odmówił gdy mu zaproponowano. A jak już był w programie, podejmowanie nowych wyzwań należało do jego obowiązków. I tak do tego podchodził. Tym bardziej, że zdecydowanie lepiej czuł się siedząc samotnie w kokpicie, niż gadając przy piwie z kolegami.

Fajnie jest to opowiedziane. I o dziwo - chociaż jest to amerykański film o amerykańskim bohaterze, nakręcony tuż przed zbliżającą się rocznicą wielkiego amerykańskiego sukcesu, nie jest to cukierkowa biografia.

piątek, 02 listopada 2018
Przeczytane

dobra książka

Dziedzictwo Philip Roth


Nie-powieść Philipa Rotha.

Pewnego dnia Philip Roth dowiaduje się, że jego ojciec ma guza mózgu. Chwilę później ojciec podejmuje decyzję, że nie będzie się narażał na dodatkowe cierpienie, rezygnuje z proponowanego bez większego przekonania leczenia, i postanawia poczekać na wiadome zakończenie. Dziedzictwo to opis tego czekania, przeplatany wspomnieniami z dzieciństwa. Opowieść o pokoleniu amerykańskich Żydów I połowy XX wieku zakochanych w american dream, Jednocześnie bardzo osobisty, przejmujący pamiętnik żegnającego się z ojcem syna.

 

dobra książka

Noblista z Nowolipek Marek Górlikowski


Chłopak z Nowolipek, absolwent Wolnej Wszechnicy Polskiej, maturę zdawał już na studiach, bo inaczej nie mógłby bronić dyplomu. W sierpniu 1939 roku wyjeżdża na stypendium do Liverpoolu, w 1943 roku do USA gdzie jako jedyny z polskim paszportem bierze udział w Projekcie Manhattan. Po wojnie, już z angielskim obywatelstwem, zajmuje się wykorzystaniem fizyki jądrowej w medycynie i działalnością pokojową, za którą w 1995 roku dostaje Pokojową Nagrodę Nobla. 

Nie tylko nam nie pasuje do narodowego panteonu. Dla jednych Żyd. Dla innych działacz międzynarodowych ruchów pokojowych, czyli pożyteczny idiota na usługach Moskwy. Dla jeszcze innych,  nieczuły - w obliczu groźby nuklearnej zagłady - na kwestie przestrzegania praw człowieka.

Taki kot który zawsze chodził swoimi drogami. Warto poznać jego historię. Tym bardziej, że jest dość dobrze napisana.

Niesamowite są też losy jego najbliższej rodziny (wszyscy poza jego żoną przeżyli). Z warszawskiego getta udało im się wydostać tuż przed wybuchem powstania, w kwietniu 1943 roku. Do końca wojny ukrywali się w jednej z otwockich willi.   W piwnicy: czterech Żydów i dwóch Rosjan. Na parterze dwie Żydówki na aryjskich papierach i troje Polaków. Na pierwszym piętrze hitlerowiec z polską kochanką i dwóch volksdeutschów. Sytuacji, w których o mały włos, a wszystko by się wydało było sporo. Allo Allo, wysiada.  

 

Cyrankiewicz Piotr Lipiński

To, że Józef Cyrankiewicz to ciekawa postać wiedziałam przed przeczytaniem tej książki. I - chociaż do najcieńszych nie należy - po jej przeczytaniu, chętnie sięgnęłabym po kolejną jego biografię.  

Trudno o jednoznaczną ocenę tej książki. Na pewno bohater łatwy do opisania nie był, bo nawet jak na polskie standardy życiorys miał wyjątkowo barwny i pełen dramatycznych zwrotów. W dodatku, w różnych epokach podlegał licznym „zabiegom kosmetycznym". Np. ostatnio wbrew oczywistym faktom i datom, przypisano mu odpowiedzialność za wykonanie wyroku na Pileckim, bo ten ostatni miał podobno wiedzę o tym, że był konfidentem gestapo.

Odpowiedzią autora książki było suche przytaczanie świadectw historycznych, tyle że jak dla mnie zbyt  „suche”. Trochę tak, jakby autor nie mógł się zdecydować, jaki ma mieć stosunek do swojego bohatera. Bo wprawdzie w czasie wojny przyjaźnił się z tymi co trzeba, nawet odbił z więzienia Karskiego, ale czy bycie więźniem Auschwitz usprawiedliwia to co robił dalej? Pilecki to prawicowa wydmuszka, ale to, że nie wstawił się za Pużakiem już nie. Oczekiwano, że z takim życiorysem, po 1945 roku będzie Wallenrodem, tymczasem on co najwyżej paru osobom załatwił paszport, czy pomógł sprowadzić leki z zagranicy.

Autor tłumaczy: poobozowy cynik i hedonista. Ale to chyba zbyt duże uproszczenie.

 

Bezsenność w czasie karnawału Janusz Głowacki


Gdyby Janusz Głowacki miał jeszcze czas może z pomysłu jaki w sobie nosił, wykluło by się coś przypominającego jego rewelacyjne rozważania "Z głowy". Teraz miało być o tym, co widział i myślał gdy wychodząc ze swojego mieszkania na Bednarskiej, szedł do góry i zderzał się z Polską smoleńską i tą "drugą" siedząca nieopodal tej pierwszej, w kawiarnianych ogródkach.  Ale pozostał po nim tylko szkic tej książki, wydany po zredagowaniu przez żonę i córkę.

Szkic to nie książka, w dodatku by nabrał odpowiedniej "objętości", został wypełniony luźnymi, często dość bełkotliwymi dywagacjami, których prawdopodobnie, w tej postaci Głowacki nigdy by do druku nie dał. 

Jest i kilka soczystych kawałków. Tyle, że w takiej ilości, że bardziej nadawały się na artykuł (może dwa?),  nie na książkę. 

I jak zawsze u Głowackiego, są i perełki:

W Nowym Jorku na drzwiach niedużego żydowskiego teatru na samym dole Manhattanu zobaczyłem plakat: Hamlet Williama Szekspira - przetłumaczył i poprawił Izaak Lichtenbaum

 

Dodaj do znajomych Zuzanna Łapicka

Taki "lepsiejszy" i miły w czytaniu Pudelek. Tyle, że trochę z gatunku: Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Bo prawie wszytko co było do opowiedzenia, zostało już opowiedziane, a tego co ma pozostać tajemnicą, Zuzanna Łapicka nie zdradziła.  

 

poniedziałek, 29 października 2018

W Brwi "dzieje się": są już wstawione drzwi, za chwilę w łazienkach będzie tylko brakować białego montażu i ruszy malowanie, pan stolarz wreszcie ogacił listwą występ sypialni na górze i pan szklarz może wziąć miarę na szybę, a pan kominkarz zaakceptował kompatybilność wystającej ze ściany rury z kupioną kozą.


Ja też nie próżnowałam i posegregowałam śmieci na dedykowane sterty:  "gabaryty"  i "kontener".


Mam coś dobrego do powiedzenia o naszym narodowym przewoźniku - LOT, jako jedyna linie obsługująca połączenie Wwa-Londyn, przyjmuje na pokład dzieci bez opieki już od 5 lat bez konieczności opłacenia opiekuna. Obawiam się, by szukając możliwości pokrycia kosztów obecnego strajku, zlikwiduje tę możliwość i tak jak inni, każe sobie płacić za opiekę. A wtedy spędzanie przerw szkolnych u dziadków przestanie być takie atrakcyjne.

Póki co wnuk znów przyleciał i wybrałam się z nim do Centrum Kopernika. Byłam tam kilka lat temu i niestety, ale nie zauważyłam by się rozwijali, jeżeli już to się zwijają, bo kilka urządzeń nie działało. Jeszcze chwila i przykryje ich kurz i podzielą los Muzeum Techniki.

Nie tylko w tym punkcie  mi się nie podobało: dzieci, za pełną aprobatą rodziców, wpychały się do kolejki i mój wnuk był wobec takich sytuacji bezradny. Tak samo gdy ustawiał sobie coś na planszy i dwa razy podszedł ledwie odrośnięty podlotek  bezceremonialnie "przejął" jego zabawki. Nie spotkałam się z taką sytuacja w Kidzanii, a w angielskim parku tylko raz i były to ... polskie dzieci. 

Bilety na Warlikowskiego kupiłam w ramach przerażenia, że a nuż, a jednak wygrają - nie miałam wątpliwości, że na ich liście proskrypcyjnej Teatr Powszechny był na pierwszym miejscu, Nowy na drugim.  

Wyjeżdżamy to luźna adaptacja sztuki Hanocha Levina Pakujemy manatki. Kiedy poprzednio Warlikowski wziął się za Levina i wystawił Kruma, było bardzo intelektualnie, teraz przez ponad trzy godziny, spokojnie nadążałam za akcją i nawet rozumiałam o czym reżyser chciał mi opowiedzieć.

Wyjeżdżamy, przeprowadzając się do innej dzielnicy tego samego miasta, przenoszą się do innego kraju, umierając ... a zanim sami nie wyjedziemy, żegnamy innych. W spektaklu w kolejnych, luźno związanych ze sobą scenkach, patrzymy jak "wyjeżdżają" bohaterowie sztuki. Nie stanowią zwartej grupy, spotykają się głownie na pogrzebach, ale każdy z nich zapada w pamięć, bo nie jest postacią tuzinkową i ma w sztuce swoje pięć minut (czyli zapadający w pamięć monolog).

Jak zawsze u Warlikowskiego, pokaz aktorskiej gry. A Agata Buzek wymiata.

Pierwsze po wakacjach spotkanie w Czytelni Polin. 

O istnieniu Józefa Rotblata wiem od niedawna. O ilu jeszcze takich osobach nie wiem?

A książka zapowiada się arcyciekawie, bo wszystko wskazuje na to, ze jego życiorys to nie materiał na film, ale na serial.

Dowiedziałam się o istnieniu mody na bullet journal. Z jednej strony idea mi bliska. Sama robię dziesiątki list, notatek,  których potem jak są potrzebne, nie mogę znaleźć. Więc na pewno warto je mieć w jednym miejscu. Z drugiej strony nie przekonuje mnie papier, a w bullet journal o to właśnie chodzi, by było analogowo, nie cyfrowo.  Przyświeca temu idea porządkowania całego swojego życia, tymczasem  ja systematycznie zapisuję jedynie terminy w kalendarzu Google  i przeczytane książki w Goodreads, a o Onenote, które idealnie nadaje się do digital bullet journal (znacznie lepiej niż polecany do tego Keeper Googla) przypominam sobie jedynie od czasu do czasu - ostatnio, po przyjeździe z Portugalii zrobiłam listę kosmetyków, o których muszę pamiętać pakując walizkę na wyjazd.  

Z pamiętnika wk ... konsumentki 

W tym tygodniu toczyłam boje z...

1. UPC - przedłużyli z mamą umowę na tych samych warunkach, ale potem się okazało, ze dodali jeden pakiet, za jedyne 5 zł. Nie są to wielkie pieniądze, ale poszło nie tylko o nie i o tzw. "zasady": nie uprzedzili, że każda, nawet najmniejsza zmiana warunków umowy przy jej przedłużaniu oznacza ponowne poniesienie opłaty aktywacyjnej

2. Solid Security - nie działał alarm, wezwałam technika, który stwierdził, że przyczyną było jedynie przypadkowe odłączenie zasilania sieciowego przez ekipę remontową i ponownie uruchomił znajdującą się na piętrze centralę podłączając za pomocą wypożyczonego od ekipy remontowej przedłużacza do kontaktu na parterze. Prowadzą z nimi korespondencję w tej sprawie, bo chcę się dowiedzieć, dlaczego po prostu nie przywrócił poprzednich ustawień. Jak zawsze z Solid, łatwo nie jest. 

3.  Amazon.it. - formularz wysyłki w firmie kurierskiej "nie przechodzi" bez podania osoby do kontaktu i numeru jej telefonu. A polityka Amazonu jest taka, ze tych danych nie udostępnia. I tak sobie o tym o włosku korespondujemy ....

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli