Krążą w sieci tysiące naszych zdjęć, tylko zazwyczaj o tym nic nie wiemy.
Córka Joanny, przeglądając na Facebooku album zdjęć o Warszawie zobaczyła moje zdjęcie. Moim zdaniem nie jest to rok 1969 (tak głosi podpis), ale 2-3 lata później. Ale na tym zdjęciu jestem ja. Jak ona mnie poznała - nie ma pojęcia.

Wysłałam do autora tych zdjęć taki list:
Cześć
Zupełnie przez przypadek ktoś powiedział, że jestem na twoich zdjęciach. Jestem. Chodzi o te z albumu "Warszawa" - Hippisi na Starym Mieście (1969). Rozczuliłam się, bo z tego okresu nie mam zdjęć. Masz ich więcej? Kalina
i czekam na odpowiedź.
Te zdjęcia to efekt niedzieli w Milanówku.

Zanim siadłam do stołu (a Joanna gotuje dobrze, tak dobrze, że znowu zjadłam dużo za dużo) poszłam z nią na spacer. Tuż przy stacji zbudowano blok mieszkalny. Fajny, bo inny.

Gdyby wszystkie bloki były takie ładne ...
Tuż obok wystawiono na sprzedaż odrestaurowany dom

Czeka na kupca już trzy lata. Nie dziwię się, ze nikt go nie chce kupić.
Z Ficiakiem znowu tylko lekko "drgnęło". W tym tygodniu wykończyłam dół i myślę teraz o rękawach. Ale już zostało przesądzone jedno - podstawowym elementem dekoracyjnym będzie rulonik.

Coraz mniej mam serca do Ficiaka. Wełna Zitron Tweed też mnie nie zachwyca. Dojrzałam chyba do kolejnej chusty. Z kinem dalej nie daję sobie rady z nadmiarem. Kilka filmów "znikło", mam nadzieję że jeszcze wypłyną. Więcej niż dwa razy w tygodniu nie daję rady. I też nie jestem do końca przekonana, co do swoich wyborów.
Musimy porozmawiać o Kevinie

Nie urzekł mnie ten film. Takie ni to, ni sio.
Nie jest to dramat społeczny, bo opowiadana w tego typu filmach historia musi być prawdopodobna, a tu zadbano tylko o tzw. ogólny wydźwięk, o realia już nie. Chociażby to, że przez całe dzieciństwo Kevina, nie dająca sobie z nim rady matka, boryka się z tym sama, nie szuka pomocy terapeutów, lekarzy (wizyta u lekarza ogólnego, z uwagi na skalę problemów, to trochę mało). I tego typu zarzutów można pod adresem tego filmu sformułować wiele więcej, ale wówczas opowiedziałabym film.
Nie jest to też horror, chociaż momentami klimatem przypomina Rosemary baby.
Zrobiło się o tym filmie głośno, z uwagi na temat. Tymczasem wcale nie uważam, że opowiada o matce, która nie potrafi pokochać swojego dziecka. To, że Kevin wyrósł na aspołecznego typa, ponieważ został odrzucony przez matkę jest tylko jedną z możliwych hipotez. Równie dobrze mógł urodzić się już z takim defektem i potem otoczenie mogło tylko bezradnie się przyglądać jak rośnie monstrum. Która wersja była bliższa sercu reżysera nie wiadomo, bo chociaż film trwa dwie godziny, nie poznajemy bliżej żadnego z bohaterów tego dramatu. Snują się bezradnie po ekranie, czekając aż w końcu coś się stanie. To się staje. I film się kończy.

Amador

Lubię takie film, ale nikogo nie zachęcam. Bo jest dość specyficzny. Jeden wątek, w którym niewiele się dzieje. A w dodatku, to ci się dzieje jest więcej niż przewidywalne.
O emigrantach z Ameryki Południowej w Hiszpanii. Młoda dziewczyna podejmuje się opieki nad śmiertelnie chorym, który chwilę potem umiera. By nie stracić pracy, zakrywa go prześcieradłem i o gra dalej swoją rolę.
Oczywiście można się czepiać, że smród rozkładającego się w 40-stopniowym upale ciała nie można neutralizować dezodorantem. Ale to nie o to w tym filmie chodzi. Jeszcze jedna opowieść o zagubionych. Ale bez moralizowania. Więc miło się ogląda. Choć gdyby nie było aż tak rozwlekle, byłoby milej.

Bilety już do raju kupione. Ale to jeszcze nie tak za chwilę. A ponieważ gdzieś przeczytałam i zapamiętałam, że gdy koncentrujemy się na czymś co ma się w przyszłości, czas niepotrzebnie przyspiesza i mamy go jeszcze mniej. Dlatego chwilowo odkładam myślenie o tym na półkę. Ale zapowiada się bajkowo.