niedziela, 17 lutego 2019
Dom moje hobby
Czy chcę, czy nie tak jak w tytule.
W tygodniu praca i wieczorami czas dla siebie. Tak na przykład wygląda karnawałowa wyżerka (poza kadrem niedietetyczne wino).
Ale weekendy muszę poświęcić na latanie na miotle. A i tak  nie ma szans bym sobie dała sama radę. 
W zasadzie wszystko muszę wymyśleć od nowa.
Na razie mam w miarę ogarniętą kuchnię. Najważniejsza przeróbka: przedłużenie blatu i dołożenie jednego modułu, zrobiona.
Mam już skończoną łazienkę.
Jest śliczna, ale ... . Termokamerka wykazała, że ścianę po lewej stronie trzeba docieplić.  Niestety to nie jedyna ociepleniowa fuszerka. W tym tygodniu się okaże, czy reklamacja zostanie uwzględniona.

dobry film  

Green Book 


Film zasłużył na to, jak go chwalą.
Z tym że dopiero końcowe napisy uświadomiły mi, że opowieść oparta jest na faktach. Włóczęga o której opowiada ten film, zdarzyła się naprawdę. Był czarny muzyk Don Shirley, który na początku lat 60-tych pojechał na tournée po Ameryce z białym szoferem, chłopakiem z Bronxu, który na co dzień pracował jako wykidajło w nocnym klubie.
Pochodzili z dwóch odrębnych światów i zderzenie tych światów jest osią tego filmu
Film robi Viggo Mortensen, który gra wykidajłę. Na jego tle  Mahershala Ali  jako Don Shirley wypada blado.
Jak zawsze w dobrym amerykańskim filmie, świetnie dialogi.
Słowem, warto zobaczyć. 
Oni

Miało być wesoło o polityce, wyszło mocno tak sobie.
Kokainowe puzzle.
Jest Król życia, Sylvio (w domyśle Berlusconi)
Są zależni od niego ekonomicznie dworzanie
I nieprzebrana ciżba młodych atrakcyjnych kobiet.
Uprawiają czysty hedonizm, który dla widza jest nudny po 30 minutach, a tymczasem oni tak całe życie.
Kilka fajnych scen, ale stanowczo za dużo ciągnących się przeraźliwie długo bankietów, by je docenić.
Słowem miało być gorzko, wyszło nudnie. A to że gdzie indziej politycy są równie beznadziejni, mało pocieszające.

Kiedy już umoszczę się na swoich śmieciach, zabiorę się za kwiaty. Sporo muszę odtworzyć, bo niewiele z oddanych na przechowanie przeżyło rozłąkę. Żeby uprościć sprawę podlewania bardzo poważnie myślę o uprawie hydroponicznej. Podobają mi się też uprawy w słoju.
Raz w miesiącu organizowane są w Warszawie szkolenia. Zastanawiam się czy pójść i poudawać przed sobą, ze będę takie sobie robić, czy jednak od razy kupić gotowy słój (cena porównywalna).
A jak już skończę remont, postaram się być bardziej "zero waste".
Produkuję jakieś hektolitry śmieci. Na razie zapisałam się na fejsie na trzy grupy i "zgłębiam" temat.a
piątek, 15 lutego 2019
Przeczytane 2019

4 x Neapol Eleny Ferrante 

Może i nie tzw. "wartościowa literatura", ale na pewno coś więcej niż dobre czytadło.

Narratorka, to 60-letnia pisarka Elena Greco, która gdy dowiaduje się że jej przyjaciółka Lila znikła bez śladu, postanawia opisać dzieje ich kilkudziesięcioletniej przyjaźni. Obie pochodziły z ubogich neapolitańskich rodzin. Z tym, że tylko rodzina Eleny uległa namowom nauczycielki i sfinansowała jej dalszą naukę. Elena wykorzystała daną jej szansę, dostała stypendium, skończyła studia, otarła się o "lepszy" świat i wróciła do Neapolu dopiero po wielu latach, już jako dojrzała kobieta. Jej przyjaciółka Lila zakończyła naukę na 5 klasach i nigdy nie opuściła tego miasta. Ale to ona z nich dwóch była nieprzeciętnie inteligentna. Z niejednego pieca chleb jadła i zarówno życie uczuciowe jak i zawodowe miała dość burzliwe.

W tle Neapol (i Włochy) od lat pięćdziesiątych XX wieku do początku XXI roku oraz cała galeria postaci. którym towarzyszymy od kolebki do śmierci Na początku bieda, przemoc, komuniści, mafia, tradycyjne "południowe" rodziny. Potem może mniej biedy, przemoc bardziej ukryta, ale reguły niewiele różniące się od tych mafijnych. Skorumpowani politycy i działacze, utopieni w mętnych układach przedsiębiorcy. Coraz mniej tradycyjne, ale równie nieszczęśliwe rodziny. 

Słowem typowa snujo-saga. Bardzo dobrze się to czyta.

niedziela, 10 lutego 2019
Backpackers 60+

Kolejna azjatycka włóczęga za mną. Tym razem była to Tajlandia i Malezja .
Leciałyśmy przez Moskwę Aerofłotem. Nigdy więcej. Jakiś czas po kupieniu biletu dostałam mail, że z Moskwy do Bangkoku polecimy linią Rossija. Nie wiedziałam, że jest to równoznaczne z tym, że zamiast filmów będę mogła gapić się jedynie na poruszająca się po mapie sylwetkę samolotu i nikt nie przyniesie mi wody - aby się napić trzeba się było po nią pofatygować na przód samolotu, co w moim przypadku oznaczało obudzenie śpiącej obok Joluśki.
Godziny oczekiwania na lotnisku Szeremietiewo też nie należały do przyjemnych. Kod do WiFi można dostać dzwoniąc pod wskazany numer, połączenie jest darmowe, ale nie działa. W takim przypadku należy zadzwonić na infolinię z czego zrezygnowałam: za pierwszym razem ulitowała się nada mną pracownica lotniska, z powrotem nie spotkałam już na swojej drodze takiej dobrej duszy i obeszłam się smakiem.
Na pierwszą noc w Bangkoku miałyśmy zarezerwowany hotel w Chinatown.

Tu, już na starcie przeżyłam swoją pierwszą przygodę. Postanowiłam skorzystać z najbliższego zejścia na dół, otworzyłam drzwi Fire exit i znalazłam się na zewnątrz. Gdy zamknęły się za mną metalowe drzwi okazało się, że tymi schodami nie można zejść na sam dół, tylko na dach nad wejściem (ten zielony napis). Dobrze, że miałam ze sobą komórkę i mogłam poprosić o pomoc.
Nocną kuszetkę do Chiang Mai miałyśmy dopiero wieczorem następnego dnia, więc cały następny dzień spędziłyśmy włócząc się po okolicy. Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, jak fajnie porusza się po Bangkoku rzecznymi tramwajami, to odkryłyśmy dopiero za drugim razem. Za to od razu podreptałyśmy na masaż, ceny – poza miejscami typowo turystycznymi - więcej niż przystępne (godzina ok. 15 złotych). 
W Chiang Mai byłyśmy cztery dni, z czego dwa spędziłyśmy na wycieczkach po okolicy. Jeden dzień po bliższej:  pochodziłyśmy (i popływałyśmy tratwą) po dżungli

 

oraz zaliczyłyśmy okoliczne  turystyczne atrakcje, m.in. wioskę kobiet o długich szyjach.

Tu przeżyłam najbardziej mrożącą krew przygodę. Na postoju, chwilę po opuszczeniu samochodu zorientowałam się, że nie mam "piterka" z dokumentami. Pieniądze betka, ale paszport! Jedyną nadzieją było to, że "spadł mi w samochodzie. Ale pan od samochodu sobie poszedł i biegałam jak oszalała po targu usiłując go znaleźć. Pojawił się tak jak się z nami umówił, dopiero  po 20 minutach. Był w samochodzie. Jola powiedziała, że jestem mistrzem budowania wakacyjnego nastroju.
Na drugą wycieczkę pojechałyśmy daleko, aż do Złotego Trójkąta. Dwie godziny spędziłyśmy i w Laosie, ale tak naprawdę na zamienionej w jeden wielki targ wyspie. Z tym, że głównym punktem programu był tajlandzki Licheń, czyli tzw. Biała Świątynia.

Z Chiang Mai poleciałyśmy do Kuala Lumpur. Typowe wielkie miasto plus trochę, poutykanych między wieżowcami, wartych obejrzenia miejsc. Kilka, z pomocą Google Maps, nam się udało zobaczyć.



Z Kuala Lumpur pojechałyśmy autobusem przez Malezję do kolejnego dużego miasta: Penangu.
Po drodze zatrzymałyśmy się na dwa dni  w Cameron Highlands. Przepiękne góry zabudowywane koszmarnymi hotelami. Hotel Gołębiowski przy nich to pikuś.
Tam pojechałyśmy na kolejną wycieczkę, m.in. na herbaciane pola.

Zawieźli nas też na plantację truskawek. Zastanawiam się na ile można to rozwiązanie u nas skopiować.

Penang - to mała wyspa w zasadzie cala zabudowana drapaczami chmur. Ładnie to nie wygląda. Mieszkałyśmy w George Town, gdzie włócząc się po starym mieście odkrywaliśmy kolejne murale, z których to miasto słynie. Nie rozumiem, dlaczego wizytówką stał się akurat ten z chłopcami na rowerze.


Z Penangu poleciałyśmy na Phuket – mocno przereklamowane miejsce, przeinwestowane wysypisko śmieci z wyspami normalności – tzn. hotelami z basenami na dachach

 Ostatni etap, to ponownie Bangkok, gdzie spędziłyśmy kilka dni. Tym razem tam gdzie tylko się dało poruszając się po tym zatłoczonym mieście nie tylko metrem, ale i wodnymi tramwajami.

Ostatniego dnia jeszcze raz odwiedziłyśmy Chinatown. Chodziłyśmy jak po "starych śmieciach", nawet dotarłyśmy do tego samego salonu masażu, co pierwszego dnia.


Powoli, z każdym kolejnym wyjazdem, rozbudowuję swój backpackerski ekwipunek.
W tym roku strzałem w dziesiątkę był mój plecak. Nie należał do najtańszych, ale wart był tych pieniędzy. Jest lekki, pakowny i mega wygodny. Jego największą zaletą jest to, że można go pakować zarówno jak plecak, czyli od góry i jak torbę, bo suwakiem otwiera się go wzdłuż trzech boków.

W roli aparatu sprawdził telefon Huwai 10 Pro Mate. Trochę gorzej poszło z noszeniem go na sznurku. W breloczku szybko wyłamała się sprężynka i sznureczek przestał się "chować", zamiast tego denerwująco zwisał, wplątując się we wszystko po drodze. Ale sama idea jak najbardziej słuszna, muszę tylko popracować nad realizacją.

Powiększyłam też swój zbiór składanych kapeluszy, obowiązkowe wyposażenie backpackersa 60+ w tropikach.

Natomiast nie miałam okazji sprawdzenia, na ile sprawdza się w roli kurtki kupiona w za kilkanaście złotych w Tigerze przeciwdeszczowa pałatka Ale i tak w jednym punkcie się sprawdziła: nie zabierała tyle miejsca co kurtka.

No i jak zawsze miałam ze sobą grzałkę – cały czas można ja kupić u nas na bazarze. Nie w każdym pokoju hotelowym jest czajnik i warto być ubezpieczonym.


Przed chwilą dostałam mail od Booking.com: Kalina, is it time for next trip?  
Kuszące.
Ale tematy na następne miesiące to m.in.:

  • poprawienie ocieplenia domu (termokamerka wykazała, ze nie wszystko zostało zrobione tak jak należy)
  • inne poprawki remontowe (na starość zrobiłam się upierdliwa)
  • dokończenie urządzania domu
  • ogarnięcie ogrodu 
  • przeniesienie  parapetowej hodowli  roślin na uprawę hydroponiczną
  • wdrożenie elementów filozofii zero-waste z naciskiem na domowo-kuchenny kompostownik


Chyba zdecydowanie wolę podróże ... 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 340
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli