niedziela, 29 stycznia 2006


Zimno


Zima mnie nie rozpieszcza. Nie wymagam by w mieszkaniu było 20o, ale jak temperatura w Kaliningradzie spadła poniżej 8o stwierdziłam, że gorzej być nie może, wysypałam kotom pół torby Kitekata i wyniosłam się na trzy dni do Warszawy. Jak wróciłam okazało się, że zawsze może być gorzej. Sralucha - prawdopodobnie dlatego, że obżarła się suchą karmą na zapas - dostała rozstroju żołądka, co na dzień dobry wprawiło mnie w dobry humor (bo jak wiadomo kuwety to ona z założenia nie używa). Z kolei Heniutek przekonany o tym, że za drzwiami, których nie potrafi otworzyć, jest już upragniona wiosna a on - zamiast mizdrzyć się do wygrzewających się w słońcu młodych koteczek - musi siedzieć w strasznym smrodzie ze starą kocią babą, dokładnie spryskał wszystkie ściany. Wietrzenie domu nie wchodziło w grę, bo było w nim jeszcze zimniej niż przed wyjazdem (z powodu chwilowego spadku napięcia gazu wyłączył się piec i prawdopodobnie tylko godziny dzieliły mnie od katastrofy, czyli pęknięcia rury). Wiem - zwierzęta trzeba kochać i szanować - ale są chwile, gdy mam serdecznie dosyć tej całej poprawności politycznej i snuję bardziej hardcorowe fantazje, niż opatentowanie pampersów dla moich żabusiek:



Z tym, że wygląda na to, że dla moich kotów tyle mojego, co sobie ponarzekam i gdy im mówię, że zrobię z nimi to, co Chińczycy robią z psami uważają, że przesadzam, bo nie wymagają ode mnie bym im nakrywała do stołu, tak jak tym psom świętującym w chińskiej restauracji nowy rok księżycowy:



Obawiam się, że kwiaty to nie koty i mogą tej fali mrozów nie przeżyć. W tej sytuacji, prawdopodobnie będę musiała odtwarzać stan posiadania biorąc sadzonki od bardziej zimowo dogrzanych ciotek. Przydadzą się wtedy zdekupażowane osłonki na doniczki z Ikei:



O doniczce z prawej strony, którą zrobiłam we "wtorek decoupagu ubogaconego" już pisałam. Doniczka po prawej stronie to efekt moich prób z tzw. "decoupagem totalnym" (w tym ostatnim nurcie moich samotnych poszukiwań, zafascynowała mnie możliwość ominięcia - poprzez przyklejenie całej serwetki - żmudnego etapu wycinania).

W tym tygodniu na forum robótki na drutach Mjermak (czyli mieszkająca w Ameryce Gośka) zaproponowała, by z okazji zbliżającej się olimpiady zorganizować i u nas tzw. knit-alongs (polega to robienie tego samego sweterka w mniej więcej tym samym czasie, wspieranie się, rozwiązywanie problemów z wzorem itd.). Więcej na ten temat tej akcji ma stronie:

http://www.yarnharlot.ca/blog/olympics2006.html.
O tym, że Amerykanki mają hopla na punkcie robienia na drutach i pisania o tym blogów wie każdy, kto szukając stron o robótkach, trochę pobuszował w sieci - pierwszym blogiem, przy którym ja się zatrzymałam się na dłużej był blog Wendy http://wendyknits.net. Zawdzięczam jej poznanie wzorów Alice i Jade Starmore - prawie wszystkie można zobaczyć w galerii Wendy:

http://wendyknits.net/wendy/knitting.htm. Moim faworytem jest Henry VIII (w galerii Wendy jest jego znacznie lepsze zdjęcie)



Jeżeli chodzi o blog Wendy, to im dłużej go czytam, tym bardziej wydaje się mi nieprawdopodobne, by to wszystko robiła jedna osoba (która w dodatku chodzi do pracy, pisze bloga, ma kota i odwiedza koleżanki). Z kolei w przypadku większości innych blogów, nie rozumiem skąd u tych Amerykanek taki pęd do robienia skarpetek i to w takiej kosmicznej ilości.

Jak na razie zjawisko knitting-blogs się u nas nie przyjęło.
Może przełomem będzie
nasz (czyli forumowy) olimpijski blog http://turyn06robotki.blox.pl/html/1310721.html założony przez Mjermak? Na tym blogu zaproponowałam wersję mini (zielony wrapek) i maxi (sweter w kolorze fuksji) i czekając na to, że zgłosi się ktoś kto ma pomysł na maxi, zabrałam się za mini.

Ale mam też i poważniejsze zmartwienia:

Generator chomików na mojej ulubionej stronie http://www.chomiks.com będzie dopiero za miesiąc, a tu każda godzina przynosi następne, nadające się do natychmiastowego przetworzenia mądrości naszych złotoustych. A co będzie jak oni się do tego czasu wyprztykają i zamilkną?

Martwi mnie też przyszłość tak lubianego przeze mnie kina. Na portalu Gazety przeczytałam, że według wyników tak zwanego box office, w roku 2005 do kin w naszym kraju poszło o 10 milionów mniej naszych rodaków, niż w rok wcześniej, czyli w 2004. Polacy nie są wyjątkowi. Zjawisko zauważono także w innych krajach: W Stanach Zjednoczonych widzów było o 9 procent mniej, we Francji o 10 procent. Jednak najbardziej wymowne są dane właśnie z Polski: spadek frekwencji wyniósł aż 30 procent. Jedyna nadzieja, że to tylko 2005 rok był taki - w zeszłym roku po raz pierwszy w życiu zdarzyło się tak, że byłam jedyną osobą na widowni, a w tym tygodniu, jak poszłam na Hotel Ruanda, nawet biorąc pod uwagę to, że był to tzw. "poniedziałek w Lunie", czyli bilety po 5 złotych, minutę przed seansem wolne miejsca były tylko w pierwszych rzędach.


Popisałabym jeszcze bo mam o czym, ale co coś dopiszę, to wyskakuje komunikat o przekroczeniu limitu jednorazowego wpisu. Więc idę na obiad do Staśki (właśnie przeczytałam w komentarzach, że mnie zaprasza). A na zakończenie milczące przesłanie do Gośki - zdjęcie francuskich cioteczek ze strony http://patch77.free.fr.





niedziela, 22 stycznia 2006


Propozycja

Wszystko się może zdarzyć - również dostanie propozycji, o której nawet nie wiadomo, czy jest propozycją. W każdym razie, po raz pierwszy od 1,5 roku, delikatnie rozważam możliwość wyniesienia się z Kaliningradu.

Jak na razie, jedyny skutek to morze słów - był to główny temat omawiany na wtorkowym spotkaniu w witrażowni i dodzwonienie się do mnie po godzinie 20.00 (czyli w czasie darmowych weekendów i wieczorów) było w tym tygodniu jeszcze trudniejsze niż zwykle - ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, mądrzejsza od tego się nie stałam.

Bo reasumując:
rację ma Kaśka, gdy powołując się na przykład swoich rodziców, mówi że ta codzienna krzątanina wokół domu konserwuje. Ale rację ma też i Gośka, że jak się ma taki dom, to cały czas trzeba coś w nim robić, a tu robić nie ma komu. Ja raczej już silniejsza nie będę, a na dzieci nie ma co liczyć - poszły swoją drogą i nawet jak coś może i potrafią, to są na tyle sprytne że się do tego nigdy nie przyznają. Nie widzę też siebie za bardzo w roli mamy Kaśki (czyli słynnej Pani Basi). W tym roku nie wyczyściłam wszystkich rynien, bo z duszą na ramieniu potrafiłam się co najwyżej wdrapać na pierwszą część składanej drabiny. W tym czasie, trzydzieści lat starsza ode mnie Pani Basia, której ruchliwość jest dla mnie dowodem, że istnieje też i starcza odmiana ADHD, dziarsko łatała papą dach na dwupiętrowej kamienicy
.

Nie tylko dach jest dla mnie za wysoki. Może i marudzę, ale nie czuję się najlepiej z tym, że jak zawsze o tej porze roku, pierwsze noworoczno-urodzinowe postanowienia zdążyły już pójść na tzw. frytki. Najlepszym komentarzem do tej sytuacji są słowa kota Garfielda - nie pamiętam tego dokładnie, ale brzmiało to mniej więcej tak: jedyne co straciłem na tej diecie, to dwa tygodnie. I co z tego, że na blogu http://www.nienawidze-gotowac.blog.pl przeczytałam, że: "od ilości kilogramów, którą wskazuje wam waga, odejmijcie jedną dziesiątą. Ta jedna dziesiąta nie jest waszym ciałem. To mikroby, które zamieszkują na i w waszym ciele. Podobno gdyby nie one, raz dwa wyciągnęlibyśmy kopyta. Ale co je szkodzi odliczyć, no nie". Tak naprawdę to ja powinnam być autorką jednego z zamieszczonych pod tym wpisem komentarzy: a nie może być jedna piąta? Jedna dziesiąta mnie nie zbawi!

O tym "jak jest naprawdę" powinnam przynajmniej pamiętać przy robieniu swetrów. Cały czas jak z doskoku dłubałam sweter z owczej wełny czułam, że coś jest z nim nie tak. A co jest nie tak, odkryłam dopiero po zrobieniu tyłu, dwóch rękawów i 1/2 połówki przodu:



Ten sweter jest po prostu za wąski i jak się w nim dopnę-opnę, to do kompletu będzie mi brakować tylko garsonki z krempliny.

 

Dzięki temu, że ostatnio kupiłam wagę w kolorze fluorescencyjnej seledynowości (miała być ładniejsza - na pudełku była w kolorze dystyngowanej szarości):



- wiem, że wełny starczy i na sweter w rozmiarze XXL - tylko mi się chwilowo odechciało. Obok wagi widać umierającą difenbachię (pewnie to już jej ostatnie zdjęcie).

O mały włos, a z zimna umarłaby i Sralucha. Wszystko przez to, że chociaż przestałam już liczyć na to, że jeszcze kiedykolwiek skorzysta z kuwety, nie mam zamiaru zrezygnować z działań odwetowych i w ramach retorsji wywalam ją na dwór. Tym razem, ponieważ był spory mróz, na pozałatwianie swoich spraw dałam jej pięć minut. Potem do wieczora wychodziłam co pół godziny przed dom i ją wołałam - bez skutku, za to coraz bardziej nerwowo, bo w nocy zapowiadali spadek temperatury poniżej 20 stopni, a starszej pani (Srala ma ponad 10 lat) w taki mróz, to żadne futerko nie pomoże. Było już naprawdę późno, gdy Heniutek zaczął domagać się wypuszczenia na dwór. Ale im bardziej starałam się temu kretynowi wytłumaczyć, że jest za zimno na to, by wychodzić na spacer, tym bardziej się upierał. W końcu się poddałam i otworzyłam drzwi - okazało się, że Heniek nigdzie się nie wybierał, tylko za drzwiami siedziała zziębnięta Sralucha, która nawet nie miała siły miauczeć.
Teraz odsypia na parapecie śniąc o zielonej wiośnie:



Dostałam od Balbiny taki obrazek:



Fajnie byłoby w ten sposób zilustrować proces stawania się cioteczką. Nawet się za to zabrałam, ale taki dziwny czas, że za cokolwiek się nie zabiorę, to porażka - jak puściłam sobie kretyński film Wspaniali bracia Baker, śledząc ckliwą, miłosną historyjkę, nie umiałam sobie poradzić z przeszywającą całe moje ciało wielką tęsknotą, bo oni na tym filmie odpalali jednego papierosa za drugim ...
niedziela, 15 stycznia 2006

Coraz trudniej wymyślić coś nowego


Na moim ulubionym forum robótki na drutach dziewczyny zamieściły link do strony, gdzie są zdjęcia pięknych rzeczy

( http://www.onceuponanheirloom.com/bank/1Current/Wrapstyle/):




By łatwiej o tym dyskutować, widząc oczyma duszy siebie w czymś takim:



to "coś" nazwałam (od nazwy strony) pieszczotliwie - wrapka. Przez moment miałam na forum mały neologiczny sukces, ale chwilę potem okazało się, że nie wymyśliłam nowego słowa, bo w słowniku języka polskiego etola (wrapka) to "rodzaj szerokiego szala lub krótkiej pelerynki z futra o krótkim miękkim włosie, noszonej przez kobiety do sukni wizytowej lub wieczorowej".

W tej sytuacji za swój sukces mogę co najwyżej uznać zarażenie moim wrapkowym entuzjazmem:

  • Muńki, która kupiła już nawet druty i we wtorek mam jej pomóc zacząć wrapkowanie,
  • Izy, z tym że ona posługuje się babciną logiką i ponieważ bardzo spodobały jej się wrapki, postanowiła zrobić sweterek dla Gugusia,
  • a nawet Gośki.

Wrapka z pierwszego zdjęcia też jest urokliwa. Dawno nie robiłam żakardów i chodzi za mną coś, w czym wykorzystałabym norweskie wzory zamieszczone na stronie:

(http://www.jessica-tromp.nl/noorse_patronen_norwegian_knitting_patterns_fair_isle.htm).

Cały czas śledzę też wątki na temat swetra w kolorze fuksji (wzbudził zachwyt nie tylko na moim forum, dziewczyny na grupie robótki ręczne też o nim dyskutują). Niedługo wiosna, a wtedy biały sweter byłby jak znalazł. Anka zgubiła kolejną czapkę, marzną jej uszy i chce opaskę. Nie zapomniałam też o firance do łazienki.

Na innych frontach nie jest lepiej. Cały czas rośnie sterta filmów do obejrzenia:


Z kolei w wysokiej na 36 cm stercie książek do przeczytania, od początku roku ubyło tylko 2 cm, a już w tym tygodniu przyjdzie zamówienie z Merlina.

Słowem przydałby się Kiciuś (Kiciuś to był mój bardzo uczynny kolega z podstawówki, który - kiedy na dwa dni przed klasówką z rosyjskiego moja przyjaciółka złamała prawą rękę - za dwie tabliczki czekolady zrobił tak, że jeszcze tego samego dnia na pogotowiu też założono mi gips). Takie małe klap! (koniecznie w pracy, by było 100% zwolnienia) i na kilka tygodni, póki śnieg w ogrodzie, skręcona nóżka ...

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli