sobota, 27 stycznia 2007

Miało być o tym jak uczę się odnosić sukcesy

W tym tygodniu miało być optymistycznie. Podobno, by mieć sukces, najpierw trzeba wiedzieć czego się chce - precyzyjnie zdefiniowałam więc co jeszcze chcę w tym miesiącu osiągnąć - nauczyć się plastra miodu:


Historia tej mojej fascynacji jest długa - od prawie 30 lat co jakiś czas przemyka mi przez głowę myśl, że fajnie byłoby mieć coś, zrobione tym ściegiem. Tym razem wymyśliłam cardigan, zrobiony z owczej wełny, pojedynczą nitką, na drutach 3,5 (byłaby to robota nudna i żmudna, i brałabym się za nią tylko wtedy, gdy brakowałoby mi - tak teraz - pomysłu na następne robótki).

Zrobiłam tabelaryczne zestawienie dwóch opisów tego ściegu*):


*) powtarza się rzędy 2-5

Zaniosłam Gośce do witrażowni:


i jeszcze tego samego dnia wieczorem odebrałam od niej sms, że wszystko polega na prawidłowo zrobionym narzucie (na pierwszym zdjęciu jest pokazany pierwszy rząd tego ściegu). Gośka doszła do tego narzucając nie z rozmachem (jak przy ażurach), tylko kładąc nitkę na przekładanym bez przerabiania oczku.

Wg niej przepis, którego podstawą jest parzysta liczba oczek jest czytelniejszy. To wykonana przez nią próbka:


W przyszłą środę, wybieram się do witrażowni i mam zamiar wreszcie nauczyć się tego cholernego ściegu (jak już wszystko zrozumiem, spróbuję zamieścić czytelny opis na moim drugim blogu).

Nie zmienia to faktu, że zaklinanie rzeczywistości - przynajmniej na razie - nie działa i dalej depczę w rytmie: co się polepszy, to się popieprzy.

Spadł śnieg i chciałam uaktualnić zdjęcie na stronie głównej. Przez zaspy przedzierać się trudno, więc postanowiłam zrobić zdjęcie przy okazji wyjścia na sobotnie zakupy. Zawód reportera nie należy najbezpieczniejszych - nie dość że klapłam tak, że boli mnie stłuczona kość ogonowa, to mój aparat przekrzywił swój nos i przestał ze mną gadać (zdjęcie Kaliningradu w zimowej szacie zrobiłam komórką). Nawet ja wiem, że wymiana obiektywu kosztowałaby więcej niż ten aparat jest wart. Kupiłam go dwa lata temu na gwiazdkę:


i wcale nie miałam zamiaru go zmieniać. Może był trochę za ciężki i nie mieścił się w kieszeni, ale lubiłam jego obrotową klapkę. O jego możliwościach technicznych nie wiem zbyt dużo, bo nie korzystałam z większości funkcji (nie przeczytałam nawet do końca instrukcji obsługi).

Reszta po staremu.

W poniedziałek rano kupiłam bilet na popołudniowy seans do Luny na Zakochany Paryż. Wg mojej komórki film miał się rozpocząć za dwie minuty, ale jak weszłam na pełną salę, było już ciemno. Nie chciałam się przeciskać i usiadłam na jednym z nienumerowanych foteli pod ścianą. To był błąd - przez następne 10 minut przed moim nosem ciągnęła się kolejka spóźnialskich, którzy nie mając pomysłu na to gdzie usiąść, zanim zrozumieli że została im tylko podłoga, stali zasłaniając mi ekran. Sam film bardzo fajny - nie wszystkie z 18 krótkich nowelek są ciekawe, ale warto go obejrzeć dla kilku z nich.

Po trzecim filmie S. Coppoli jestem już pewna, że nie należę do wielbicielek jej talentu. Jej Maria Antonina opowiada językiem współczesnej kolorowej prasy kobiecej o życiu ówczesnego jetset. Dla takich jak ja, wychowanych na Baszkiewiczu i Sprawie Dantona Wajdy, lekki zgrzyt. Z tym, że nie najgorzej zagrane, ładne kostiumy - da się obejrzeć.

Całkowitą porażką okazało się za to Pachnidło. Wiedziałam, że nie jest to żadne arcydzieło, ale zwiastun obiecywał piękne malarskie zdjęcia, a Staśka miała do wykorzystania darmowe bilety. I tak razem z Lucy, wylądowałyśmy w Multipleksie. Sfilmowana w Madeinusie brzydota świata nie tylko nie mi przeszkadzała, ale i uprawdopodabniała opowiedzianą w tym filmie historię - w Pachnidle, po 10 minutach, już tylko mnie drażniła.


Z pierwszym podmuchem zimy Iza, choć nie skończyła tego co miała do zrobienia, przeniosła się do domu pracy twórczej w Gumisiowym tropiku - brakuje tam tylko palm, a koty co i rusz chodzą na mróz zaczerpnąć świeżego powietrza, bo w przeciwieństwie do psa nie są gładkowłose i mają trochę futra na grzbiecie. U mnie z kolei Grenlandia - w nieszczelnym domu ciepło tak szybko do gwiazd ucieka, że grzać mocno szkoda. I bez tego - mimo że czujniki temperatury ustawiłam na poziomie na którym ja potrafię funkcjonować, a wiem że dla innych byłoby to raczej trudne - piec się co chwilę się włącza i dogrzewa. Pamiętając o tym, że ciepło ucieka przez stopy i głowę, kupiłam ciepłe butki:


i zastanawiam się nad zrobieniem szlafmycy.

W styczniu z trudem udało mi się zmieścić w określonej przeze mnie na ten rok dolnej granicy normy, czyli jednej książce na tydzień. Nie wiem dlaczego kiedyś czytałam jedną książkę za drugą i miałam czas na wszystko, teraz z trudem czytam jedną (i to niezbyt grubą) książkę tygodniowo i na nic nie mam czasu. Może to starość? Może dawniej miałam dużo wolnego czasu, bo nie było komputerów, a telewizora unikałam od zawsze?

Sama z siebie, sięgam głównie po sprawdzone pozycje. Ale były święta i prezenty. Gdyby nie syn, nie przeczytałabym napisanej przez Węgra z Transylwanii, magicznie klimatycznego Okręgu Sinistra (nie wiem dlaczego, ale nastrój tej książki - choć nie ma w niej nic infantylnego - kojarzył mi się z dobranocką o Rumcajsie). Z kolei dzięki Leonowi, mimo niedawnej porażki z Krajewskim, wzięłam do ręki coś ze współczesnej literatury polskiej - przez duże "L" to nie było, ale dobrze się czytało.


niedziela, 21 stycznia 2007

Anabiotyczne pogo unplugged

Od świąt poruszam się krokiem pogo. By miało to wdzięk i sens, staram się by pląs był coraz mniej symbiotyczny, a coraz więcej ... i tu zabrakło mi antonimu (te lingwistyczne rozdrapy to wina Leona, który cały czas wytyka mi rusycyzmy, m.in. podwójne zaprzeczenia, więc tym razem chciałam inaczej a nie tak prostacko: symbiotyczny - nie symbiotyczny). Na koniec zdecydowałam się na termin: "anabioza" (wg. słownika PWN - przejściowy stan maksymalnego ograniczenia funkcji życiowych organizmu w okresie niekorzystnych warunków), z tym że po wykreśleniu słów: "przejściowy" i "maksymalny" oraz stosownym przedefiniowaniu: "ograniczenia funkcji życiowych". Czyli w żadnym wypadku nie jest to to, o co mi na początku chodziło, ale - przynajmniej według mnie - ładnie brzmi.

W dodatku w ten weekend karnawału, moje anabiotyczne pogo wzbogaciłam o nowy krok - unplugged. Tym razem wichura zerwała drzwiczki od skrzynki na liczniki (nie wiem jak je wstawić, bo urwanych zawiasów do plastiku przylutować się nie da). A jak przestało wiać, to i tak żyć dalej było trudno, bo poza tym czego mi na co dzień w życiu brak, dodatkowo zabrakło mi jeszcze fazy i nie miałam ani wody, ani ogrzewania:


W tej sytuacji siebie - i to co miałam w zamrażalniku - zaniosłam do Staśki (czyli Anki zza torów). Korzystając z okazji zrobiłam u niej zdjęcie, zrobionego przeze mnie dwa lata temu, szalika w zieloną kratkę:


Nie mam pomysłu na następną robotę - boję się zacząć coś do czego nie mam serca i co skazane jest na sprucie. Z braku dobrych pomysłów chciałam nauczyć się "plastra miodu" - pół niedzieli zmarnowałam gapiąc się na zmianę na wpis Splocika ze stycznia 2006 r. (podstawą jest parzysta liczba oczek) i na Druty i Oczka Burdy (tu podstawą jest nieparzysta liczba oczek), ale cudu nie było - nadzieja w spotkaniu z Gośką w środę, w witrażowni.

Ponadto w tym tygodniu:

Po raz pierwszy od wielu wielu lat, nie dostałam się do kina, bo 10 minut przed seansem nie było już biletów. Wprawdzie był to w poniedziałek, kino Luna, czyli wtedy gdy bilety są za 5 złotych, ale zawsze (w dodatku nie było nie tylko na Zakochany Paryż, ale i na rozpoczynający się godzinę później Babel).

Bez problemu kupiłam za to bilety na Prestiż:


i po raz pierwszy zawiodłam się na recenzjach zamieszczanych na forum gazety Kino - recenzje (film oceniło 14 osób i miał 5 gwiazdek). Nie wiem za co te gwiazdki, bo film więcej niż przeciętny, z miałką fabułą, tyle że dobrze zagrany (i tak umawiane od miesięcy pójście z Olką do kina, zakończyło się filmową porażką).

Odwiedziłam Kubusia i zrobiłam zdjęcie jego dużego psa:


Po powrocie do domu wysłałam mu adresy kilku ciekawych blogów: 1. o Warszawie; 2. z ciekawymi znajdkami; 3. o reklamie; 4. o książkach. (innym też polecam).

Michał odebrał z drukarni mój blog - niestety przygotowując do druku przeoczyłam mnóstwo błędów (czyli kolejny raz przekonałam się, że nie umiem poprawiać na monitorze).


Przy okazji połechtał trochę moją próżność - jego zdaniem jak się to czyta w formie książkowej widać, że mam tzw. lekkie pióro i mogłabym pomyśleć o pisaniu - np. opowiadań (miłe, zwłaszcza że komplementy od kiedyś-tam-męża ważą podwójnie).

W weekend, zgodnie z przyjętym planem, razem ze Staśką "bywałyśmy" w okolicy na zorganizowanych spotkaniach kulturalnych. W sobotę poszłyśmy na wernisaż i było bardzo tak sobie. W niedzielę, nie zważając na zacinający deszcz, poszłyśmy do Stawiska na koncert. Po koncercie była całkiem interesująca prelekcja na temat Rafała Malczewskiego.


i tak już w pierwszym tygodniu programu aktywnej integracji zapisałyśmy się do Stowarzyszenia Ogrodu Nauk i Sztuk.

Na koniec, zamiast choinki Gośki, której zdjęcia w tym roku zabrakło (bo go Miłosz zapomniał zrobić), zdjęcie jej papugi na szyi autora tego zapomnienia:

niedziela, 14 stycznia 2007

Neurotyczne hodowanie króliczków

Już zapomniałam co chciałam znaleźć pod choinką, a czego pod nią nie znalazłam, ale jak zobaczyłam uciekającego Mikołaja, to zrobiło mi się smutno:


W tym roku nie będzie też zdjęcia Gośki choinki - opadła zanim Miłosz zrobił jej zdjęcie, więc w zastępstwie coś innego w rozmiarze 4xB:


Z kolei moje ciotki zajęły się neurotyczną hodowlą neurotycznych króliczków. Dwie z nich z tego powodu nie dotarły nawet na moje urodziny: Lucy, która jak jest w Warszawie, pracuje po 16 godzin dziennie i w ten sposób ma następne pół miesiąca wolne, które spędza w Bieszczadach oraz Beata, która po podjęciu nowej pracy, w której szybko okazało się, że trzeba pracować tyle samo co w poprzedniej korporacji, zapisała się na kilka zajęć popołudniowych i mając w planach na najbliższe miesiące tylko urządzanie od podstaw kolejnego mieszkania, postanowiła trochę czasu poświęcić na jeszcze jedno swoje hobby i na wiosnę zdać egzamin lekarski na drugi stopień specjalizacji.

Miałam nadzieję, że im przejdzie, ale ponieważ gra się coraz bardziej rozkręcała, nie miałam wyjścia i też przystąpiłam do licytacji.

Na początek wytyczyłam nowe kierunki starych świrów. Dzierganie dla siebie swetrów w rozmiarze "L" miało w sobie rys masochistyczny i dlatego, do czasu opanowania sytuacji na zimowym froncie rozmiarowym, postanowiłam przerzucić się na wełnianą galanterię, która przynajmniej w trakcie roboty z takiej "akurat", nie robi się nagle "za ciasna", a po zrobieniu nie jest oceniana pod kątem tego czy "pogrubia".

W ten nowy nurt wpasowała się moja pierwsza tegoroczna robótka - do kupionego ostatnio czarnego płaszcza Hobbita, zrobiłam czarne rękawiczki:


Teraz przymierzam się do wzorzystych rękawiczek, które znalazły dziewczyny z forum robótki na drutach:


Spodobały mi się też dwa szaliki z albumu kobiety, która podobno pierwszy raz wzięła druty do ręki w sierpniu 2005 roku - ażurowy:


i w kolorowy przeplot (na razie nie wiem w jaki sposób zapobiec "wychodzeniu" w nim nitek):


Chociaż w tym roku nie planuję żadnych nowych prac remontowo-budowalnych, lista tego "co trzeba dokończyć", jest wystarczająco długa by mieć się czym straszyć. Ponieważ dalej wzdrygam się na sam dźwięk słowa remont, póki mi to nie przejdzie, postanowiłam trochę więcej niż zwykle powychodzić z domu. Dzięki temu w tym tygodniu byłam na trzech dobrych filmach (niestety pomysł by w Lunie wyświetlać stare filmy chyba nie chwycił - na Zwiąż mnie Almodovara z 1990 roku razem ze mną było tylko 5 osób):


Jedno z noworocznych króliczych postanowień to heroiczna decyzja o remoncie szczęki górnej i dolnej (z tym że cotygodniowe wizyty u dentysty mają w sobie i przyjemny element - po wizycie dochodzę do siebie w znajdującej się nieopodal witrażowni).

Następny króliczek to udział w budowie społeczeństwa obywatelskiego, czyli przekładając na nasze włączyłam się w prace kolejnego stowarzyszenia. Jak zwykle występuje tam jako "dziwadło" (tzn. humanistka, która lubi matematykę) i w tej roli, jako członek zarządu, będę tam miała sporo do roboty.

Z kolei już w najbliższym tygodniu, w ramach umowy ze Staśką o aktywnym włączeniu się w życie społeczności lokalnej, czekają nas pierwsze imprezy kulturalne - zaczynamy wysoko bo od recitalu skrzypcowego połączonego z prelekcją na tematy ze skrzypcami nie związane. Poszukiwania rozrywki mniej wyszukanej na razie spełzły na niczym - dowiedziałam się wprawdzie, że w naszej okolicy bardzo prężnie działa kobiecy chór, ale nawet gdybym się odważyła i wydała z siebie trel jakowyś, to chwilę później zostałabym sama na wieki i moim jedynym towarzystwem byłyby od tej chwili ino sroki, których pogłowie, dzięki temu, że moje koty i Killer pozwalają im jeść ze swoich misek, zwiększa się z tygodnia na tydzień. A tak, jak nie śpiewam, to w nagrodę czasami mnie ktoś nawiedzi - od dzisiaj na przykład ma u mnie pomieszkać przez chwilę Izunia.

A mieszkam w miejscu bardzo urokliwym. Wprawdzie moja córka dalej dziwi się dlaczego nie chcę sprzedać domu i wrócić do Warszawy, ale jak dalej będzie rozwijać się w tym swoim japiszonowatym kierunku szybko zrozumie, jak przyjemnie jest, po pięciu dniach pracy w ogromnym gmachu w samym centrum koszmarnego miasta, pójść w sobotnie przedpołudnie na zakupy na taki, klimatycznie małomiasteczkowy, ryneczek:



I chociaż w tym roku minie 10 lat jak tu mieszkam (ciotunie, na początku maja kolejna impreza!) to nadal niewiele wiem na temat tego miejsca - nigdy nie wpadłabym na to, że tu gdzie nie ma żadnych rzek, rzeczek ani strumyczków, kiedyś w głęboko wyżłobionym kanionie płynęła rzeka:


 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli