niedziela, 27 stycznia 2008

Victoria Lace po raz pierwszy

Horoskop na ten rok zapowiadał, że: większość spraw będzie miała korzystny obrót. Większość, czyli nie wszystkie. Mafia (ta prawdziwa, mająca siedzibę w urzędzie skarbowym) zażądała ode mnie haraczu - podważyli wycenę domu z aktu notarialnego sprzed czterech lat. Wyszło im więcej bo policzyli i za strych, którego nie ma już od 7 lat. Usiłowałam protestować, ale usłyszałam że jeśli nie zgodzę z ich "propozycją", to urząd przyśle rzeczoznawców, którzy równie dobrze mogą policzyć jeszcze więcej, bo oszacują "potecjał" domu (czyli to, co przewidywał plan modernizacji). Wprawdzie opinię rzeczoznawców z urzędu, mogłabym próbować podważać powołując własnych, ale o ile urząd nie musi liczyć się z kosztami i może prowadzić ze mną wojnę do upadłego, mnie w tej sytuacji bardziej opłaca się zapłacić haracz i mieć ich z głowy. Moją wersję - czyli by nie liczyć za strych skoro go nie ma, urząd odrzucił - bo wg reprezentującej ten urząd, nawet jeżeli były jakieś zmiany, to w ich wyniku dom może mieć tylko większy metraż - mniejszego mieć nie może. Nigdy nie miałam złudzeń, że żyję w państwie prawa - ale podobnie jak w zeszłym roku, gdy przerabiałam "wymeldowywanie z urzędu", poraża bezsilność petenta w zderzeniu z urzędem.

Z sądem też. Los mi oszczędził sądowych batalii o alimenty. Ale jak w tym tygodniu usłyszałam o sędzinie, która zgodziła się z tatusiem, że on nie może płacić na dziecko więcej niż 300 zł, bo właśnie wynajął dla siebie i swojej konkubiny mieszkanie i będzie je urządzał, to nóż mi się w kieszeni otworzył. Nie mówiąc już o tym, że wcześniej ta sama sędzina nie zgodziła się, by pełnoletnie dziecko reprezentowała matka jako jego jako pełnomocnik, tylko "zaproponowała" wspólne uzgodnienie jakiegoś rozwiązania. Tym samym zmusiła pełnoletnie, ale jednak dziecko, to stanięcia na sali sądowej twarzą w twarz przeciwko ojcu. I jak to było do przewidzenia, dziecko nie udźwignęło tej roli i zgodziło się na wszystko, byle tylko zakończyć sprawę - co pozwoliło sędzinie szybko "odfajkować" kolejną sprawę.

Zaczynam rozumieć ministra R. Sikorskiego, który przy wjeździe na swoja posiadłość postawił tabliczkę strefa zdekomunizowana. Też mam na szczęście swój azyl, może nawet pomyślę o tabliczce? Na razie przypomniałam sobie o szalach z książki Victoria Lace. Tak jak planowałam, zaczęłam od najprostszego. Z opisu wynika, że obramowanie robi się wprawdzie osobno, ale się go nie doszywa, tylko w kolejnych rzędach "doczepia" do głównego korpusu, odpowiednio przy tym "wykręcając" na rogach. Jak to opanuję, mam już w planach następne szale - tym razem nie z półki easy, ale medium i nie w tak mdłych kolorach.

Torba na zdjęciu to prezent od Michaliny - dzięki niej, nosząc na ramieniu patchworkową torbę, nadążam za modą. Torba była nowa, ale już mi ją ochlapały zapłakane deszczem autobusy - minus w porównaniu z ukochanymi prze mnie skórzanymi konduktorkami. Z drugiej strony, wielkim plusem takich toreb jest to, że się je przez cały czas "czuje" - z torbami na długim pasku traci się w tłoku "kontakt".

W tym tygodniu w witrażowni Gumiś kręcił tyłkiem, tak by wszyscy zobaczyli upolowane przez niego w lumpexie spodnie - ponieważ wyjątkowo dobrze w nich wyglądał, myślałam że chwali się tym, że wbiła się w kupiony za 17 złotych, rozmiar 36. Dopiero po jej wyjściu dowiedziałam się, że chwali się, bo to Versace. Może jednak przeproszę się z lumpexami?

Kocham kino.

Zwłaszcza w takie dni, gdy zobaczę taki film, jak XXY. Kiedyś mój dyrektor Grześ powiedział, że mnie to podobają się takie filmy, w których nie wiadomo kto jest dobry, kto jest zły. I to jest dokładnie taki film. Klimatem przypomina I twoją matkę też (po powrocie do domu popsułam sobie humor odkryciem, że tego filmu też już nie mam, bo podobnie jak z innymi atrakcyjnymi tytułami, ktoś sobie go "pożyczył" - książki też potrafią mi w ten sposób ginąć).

Butelki zwrotne ma wszystko to co i inne czeskie filmy, więc miło się to ogląda. Ale ponieważ nie ma w nim żadnej "wartości dodanej", to pół godziny po wyjściu z kina niewiele pozostaje.

A Persopolis to South Parkiem nie jest. A szkoda.

Coś tam czytam.

Mąż i Żona, to już druga książka Zeruya Shalev - w zeszłym roku przeczytałam Życie Miłosne. Mąż i Żona jest dużo, dużo lepsza. Pisana z punktu widzenia kobiety, stanowi świetny zapis rozpadającego się małżeństwa i szamoczących się w tej plątaninie emocji, bohaterów dramatu.

Dziewczynka, która za bardzo lubiła zapałki, to tzw. proza bardziej ambitna, ale że książka cienka, to mimo ciężkiego języka, czyta się jednym tchem. Wszystko naraz - horror, groteska, ale i coś z magii.

W zeszłym tygodniu brałam udział w jakiś przesłuchaniach kandydatów - nie mając o co pytać, pytałam o książki. Usłyszałam pean na temat W. Tokariewej. Po polsku wyszła jej jedna książka - Miłość na całe zycie. Kupiłam, przeczytałam (zajęło mi to mniej więcej dwie godziny) - byłby to świetnie napisany reportaż, ale skoro to powieść, to dużo jej brakuje, by nazwać ją dobrą.

niedziela, 20 stycznia 2008

Dobrze to już było

Prysły zmysły i jak zawsze gdy nastrój ostro pikuje w dół, zawisłam na telefonie. Podczas jednej z takich telekonferencji otrzymałam sposób na zrezygnowanie bez poczucia winy z Qi Gong-u Ponieważ jest to świetny sposób na wymiksowanie się z różnych "pozytywnych" zobowiązań typu basen, gimnastyka, czy nauka języka, podaję know-how:

Gdyby chodziło ci o to by się gimnastykować, zrobiłabyś to bez wychodzenia z domu. Jeżeli poszłaś się gimnastykować poza domem, chodziło ci nie o gimnastykę, ale o kontekst społeczny. Skoro nie chce ci się już tam chodzić, to znaczy, że nie odpowiada ci kontekst społeczny tych zajęć, gimnastyka nie ma tu nic do rzeczy. I to, że przestaniesz tam chodzić wcale nie oznacza, że nie dbasz o zdrowie, bo nie ruszasz sie tyle, ile powinnaś.

Szukając jasnych stron życia, z przyjemnością odnotowałam, że wreszcie w kinach pojawiło się sporo dobrych filmów. W tym tygodniu obejrzałam trzy z nich.

Księżniczki okazały się mocno przereklamowane - miałki, mało wzrusza opowiedziana w nim historia. Zupełnie też nie rozumiem zachwytów nad tym, jak został zagrany - o ile jednym z atutów filmu 4 miesiące, 3 tygodnie 2 dni jest sposób zagrania głównej roli - nerwowy, wypełniający cały ekran, to w Księżniczkach irytuje - bo styl to za mało, gdy warsztatu brak. Reprise to dziwny film, przez pierwsze 15 minut byłam zła, ale potem mnie na tyle wciągnął, że przestałam się wiercić. Opowieść o grupie młodych chłopaków, którzy starają się zostać pisarzami taka sobie, ale narastanie choroby psychicznej u jednego z bohaterów pokazane dość ciekawie. Szkoda, że ten film nie wszedł na ekrany w grudniu, gdy nie było nic na co można by było się wybrać - wtedy, byłabym szczęśliwa, że coś takiego graja. Teraz ma za dużą konkurencję. Na przykład niesamowity Motyl i Skafander. Robi wrażenie sfilmowanie świata z perspektywy całkowicie sparaliżowanej osoby, w dodatku udało się opowiedzieć tę historię bez taniego sentymentalizmu. Z jednej strony szklanka jest w połowie pełna - z perspektywy tego filmu, wszystkie problemy wydają się błahe. Ale szklanka jest też do połowy pusta. Bo skoro każdemu, w każdej chwili, to tym ważniejsze by to co jest dziś, było takie jak się chce by było.

W tym roku muszę ograniczyć wydatki i poza doprowadzeniem wody miejskiej, nie przewiduję w domu żadnych większych prac. Pomyślałam, że fajnie byłoby znaleźć jakiś pomysł na bezinwestycyjne pokolorowanie rzeczywistości Po zeszłorocznym falstarcie, chwilowo mam dosyć angażowania się w organizacje pozarządowe. Skoro nie chce mi się chodzić na Qi Gong rzut beretem od domu, nawet nie próbuje sobie wmawiać, że inaczej byłoby np. z jogą. Tyle, ile robię łapkami też wystarczy.

Gośka szuka zainteresowanych nauką bycia jubilerem, dwie godziny raz w tygodniu (czwartek) za 320 zł/ miesięcznie.

(jak kogoś, kto czyta ten blog to interesuje - zajęcia mają się odbywać na Mokotowie - to niech da znać). Ale to nie dla mnie. Nie jestem manualna - lubię robić na drutach, ale rzadko kiedy podoba mi się to co mi wyjdzie. Do witrażowni też chodzę przede wszystkim ze względu na kontekt społeczny.

Fajnie byłoby znaleźć takie miejsce, gdzie można by było wejść i pograć w karty, czy jakieś inne gry. Niestety z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów, nawet jak próba zorganizowania czegoś takiego zostaje podjęta, pozostaje bez echa. Na sobotni brydż przychodzą w porywach cztery osoby - poza mną, sami emeryci, którzy i wcześniej się znali. Gramy w pustym domu kultury - jedynie zajęcia dla dzieci spotykają się z pewnym odzewem. Podobno, tak jest nie tylko w naszym domu kultury.

Zostaje wprawdzie kurnik.pl, ale jeszcze pamiętam o noworocznych postanowieniach - miałam się odkleić trochę od komputera, a nie jeszcze bardziej do niego przyspawać.

W tym odcinku nie ma zdjęć - zabrałam aparat do Zośki, gdzie uwieczniłam siłę mojego charakteru - stół zastawiony wszystkim tym co lubię najbardziej i ja przy tym stole, przez kilka godzin pijąca tylko herbatkę.  Ale jak to bywa, wychodząc zapomniałam o aparacie.

sobota, 19 stycznia 2008

Portrety kobiet (3)

Przedział dla pań


Jak na razie trzecia, wybrana z listy książka okazała się najlepsza. Sama historia jest dość banalna: 45-letnia kobieta odkrywa, że poświęcając się rodzeństwu żyła cudzym życiem, a chciałaby jeszcze pożyć swoim własnym. By zdobyć potrzebną do oderwania się od pasożytującej na niej rodziny siłę, wybiera się w podróż i w kolejowym przedziale dla pań wysłuchuje pięciu różnych historii. Urok tej książki bierze się stąd, że rzecz dzieje się w Indiach, snute w kolejowym przedziale historie są z jednej strony uniwersalne, ale tyle egzotyczne, że mimo że opowiadają bardzo zwykły los, nie nudzą.

Najmniej spodobało mi się zakończenie, w moim odczuciu infantylne na poziomie książeczek dla dzieci. Bardziej by mi pasowało gdyby książka nie miała ani dobrego, ani złego zakończenia, tylko takie byle jakie.


niedziela, 13 stycznia 2008

Bal pięćdziesięciolecia

Rozczulił mnie urodzinowy sms od Kąsólowej:

**** ... to nasz nowy numer domowy. Nie mam netu, nie mam radia, nie mam Kalina nawet 50 lat. Ty masz to wszystko i możesz być z siebie bardzo dumna.

Zgodnie z planem, jako rescue team mamy się do niej wybrać dopiero na wiosnę, ale jak tak dalej pójdzie, może będzie trzeba zmienić plany.

Dobrze że jestem strachliwa i bałam się skorzystać z rady Ańćki (włóż do komina szmatę nasączoną benzyną, albo pudełko starej pasty do butów i podpal, to się przetka), w najlepszym wypadku udało by mi się wywołać pożar, komina bym nie przetkała, bo był zatkany przy samym ujściu - oblepił się tzw. strażak (pewnie dlatego nie pomogła kupiona w markecie sproszkowana maseczka oczyszczająca). W każdym razie musiał przyjść pan kominiarz.


Ale generalnie, cały tydzień był podporządkowany przygotowaniom do wielkiego balu.

Główną dekoracją sali balowej miała być Brama dojrzałości. Jak łatwo można się domyśleć, powstała w witrażowni - Gośka wycięła ją ze styropianu kuchennym nożem i tak jak to zawsze z nią bywa, nie wiadomo jakim cudem, udało jej się to nieprawdopodobnie równo zrobić.


Po zrobieniu 50-tce odpowiednio błyszczącego (brokat + złoto) makijażu, zabrałyśmy się za wicie wianków - w zajęciach wzięła udział nowa ciotka.


Już jakiś czas temu zauważyłam dziwną, trudną do nazwania, więź emocjonalną łączącą mnie ze stawem w parku. I tak, gdy w wiosenne styczniowe przedpołudnie zobaczyłam chodzące po wodzie kaczki (na zdjeciu tego niestety nie widać, ale słońce grzało tak mocno, że skuta lodem tafla wody zupełnie nie pasowała do scenografii) - wiedziałam, że zdarzy się coś dziwnego.

No i coś na kształt cudu się zdarzyło. W zeszłym tygodniu dopisałam w naszej klasie, moją klasę z podstawówki. Dzień później zalogował się w tej klasie Bunio - szczenięca miłość, razem przebyty szlak tamtego pokolenia - Starówka, wagary w Kampinosie, wycieczka do Kazimierza Dolnego itp. Wymieniliśmy dwa krótkie maile, ale jak napisał, że dopiero w sobotę wraca z Hanoweru, nie liczyłam że przyjdzie. Zwłaszcza, że poza moim byłym mężem, nie znał nikogo z zaproszonych gości. Ale przyszedł!


Przygotowanie jedzenia wziął na siebie synek i w tej roli spisał się na medal. Był tylko jeden mały zgrzyt - piec odmówił współpracy i tarty trzeba było podgrzać w mikrofali - ale nikomu to nie przeszkadzało.


Bo bal był z tych, co to pamięta się latami. Po raz pierwszy urodzinową wiązankę ludową, zaśpiewano mi przy wręczaniu prezentów (i to takich, że hej). Kolejny raz, gdy w roli dostojnej jubilatki, usiadłam na tronie pod Bramą dojrzałości.


A potem był jeszcze tort ze świeczkami, kolejne życzenia, tańce


i setki zdjęć - również grupowych.

A teraz to chciałabym już w drugą stronę i za 10 lat urządzić 40-tkę.

wtorek, 08 stycznia 2008

Dzień, w którym skończyłam 50-lat

Dzień, w którym skończyłam 50-lat minął bardzo miło. Wprawdzie zaczął się lekkim zgrzytem, bo jak stanęłam na wadze, dalej było prawie 2 kilo wiecej niż bym chciała, ale potem już było ok.

W pracy spodziewałam się kwiatów, a dostałam fajne kolczyki.

Zamiast bomby kalorycznej, zaproponowałam wspólne wypicie yerba maty. Na zdjęciu obok tykwy, stoją kupione przez Beatę krople odchudzające. Kilka dni temu wszedł do naszego pokoju Grześ i gdy się nimi zainteresował, Beata, z charakterystyczną dla prawników logiką wypowiedzi, odpowiedziała: są beznadziejne, bo zupełnie się po nich nie chce jeść, a przecież jedzenie jest takie przyjemne.

Nie spodziewając niczego dobrego, weszłam do sklepu Ryłko i chwilę później wyszlam z czarnymi kozakami, na futrze, w których bez żadnego wsparcia ze strony rozszerzajacych się gum, bez problemu dopina się suwak.

Potem poszłam z Gumisiem i Jackiem do Kinoteki. Film bardzo taki sobie, porównywanie go do Hair jest mocnym nadużyciem, ale ponieważ ja z tych co Beatlesów, nie Stonesów i mam sentyment do tamtych lat, nie żałuję, że poszłam. Za to emocjonalny Gumiś popłakał się jak bóbr - nawet przez moment myślałam, że tak wzruszyły go moje urodziny, ale niestety tylko film.

Słuchając piosenek Beatlesów, pochłonęłam wetknięte mi przez Jacka duże opakowanie orzeszków solonych (1000-1500 kcal?), popiłam coca-colą, wiec może dobrze, że zazwyczaj sama chodzę do kina.

I jak na razie nie czuję żadnej różnicy pomiędzy byciem kobietą 49-letnią i 50-letnią.

niedziela, 06 stycznia 2008

Zmarznięta dusza

Sylwester 2006/2007 spędziłam przed komputerem i podobno (tak przynajmniej twierdzi Gumiś), gdy szłam spać oświadczyłam, że następny spędzę zupełnie inaczej. Jeżeli rzeczywiście tak było, to przynajmniej jedno noworoczne postanowienie udało mi się w ubiegłym roku zrealizować, bo ten przetańczyłam do białego rana. Po takim Sylwestrze, rok zapowiadał się ciekawie zwłaszcza, że jak skończyły się tańce, po raz pierwszy od ponad dwóch lat usiadłam za kierownicą. Ale niestety zrobiło się tak zimno, że po tym wyczynie siadłam na laurach i czekam na ocieplenie.

Tyle tylko, że pojawił się niepokój, jaki ten rok będzie. W 2007 roku w sumie było tak, jak zapowiadał mój ubiegłoroczny horoskop na onecie, który zaczynał się od takiego zdania:

Rok 2007 będzie dla Ciebie bardzo łaskawy. Już w pierwszych jego miesiącach możesz zrealizować większość swoich planów – będzie Ci sprzyjać i szczęście i ludzie.

Horoskop na ten rok, zaczyna się od takiego zdania:

Urodzonym pod znakiem Koziorożca rok 2008 przyniesie wiele życiowych zmian. Warto się do nich przygotować. Dzięki dobrym wpływom astralnym większość spraw będzie miała korzystny obrót. Niektóre wydarzenia na trwałe odmienią Wasze życie.

i wcale mnie nie cieszy. To, że broniąc się przed taka przyszłością, przypomniałam sobie, że nie wierzę w horoskopy i dalej tego nie czytałam, niewiele zmienia, bo to zdania zapadło mi w pamięć. I - co nie wykluczone - mogłam się tak zaprogramować.

Ponieważ tak zupełnie nic nie robić się nie da, skończyłam moją wersję Odessy, czyli Irkuck i nawet nie obcięłam nitek, bo idzie do sprucia.


Kolejny raz odrobiłam tę samą lekcję - tyle że tak jak zawsze, tak i teraz straciłam sporo czasu, zanim przyjęłam do wiadomości, że jak nie ma drutów pończoszniczych grubszych niż piątki, to paru rzeczy zrobić się nie da. Zrobiłam raz, ale z tym ściągaczem co we wzorze, wychodziła falbanka. Zrobiłam drugi raz, lekko przerabiając wzór, ściągacz już nie układał się jak falbanka, ale czapka dalej była grubości gobelinu. W dodatku, zamiast uważnie przypatrzyć się zdjęciu, robiłam wg. wzoru i tak zrozumiałam opis oczka ssk (zdjąć 2 oczka wbijając drut z prawej strony jedno po drugim na prawy drut i przerobić je razem na prawo), że nie wyszedł mi łańcuszek, a powinien.

W sobotę poszłam do Domu Kultury na brydża. Tak nas mało, że na razie starczyło na jeden stolik. Ale skoro "u sąsiadów" (Milanówku i w Podkowie Leśnej) kółka brydżowe działają bardzo prężnie, to może i u nas z czasem tak wyjdzie. W każdym razie bardzo mi na tym zależy - tym, że zajęcia Qi Gong-u powoli zamierają, bo przychodzi na nie coraz mniej ludzi, za bardzo się nie przejmuję i jak zaczną się wiosenne prace ogrodowe, prawdopodobnie zrezygnuję.

Oprócz tego, tak jak spora część stada, zapisałam się do naszej klasy. Wygląda na to, że emocjonalny lej, który powstał, gdy w historyczny niebyt odeszła wielopokoleniowa rodzina, zastąpi transgeneracyjne multi łącze.

Byłam też w kinie.

Dawno, dawno temu, chodziłam się na przede wszystkim na amerykańskie filmy. Potem coraz bardziej zaczęłam doceniać filmy zachodnioeuropejskie. Niedawno ze zdziwieniem odkryłam, że i w dawnych demoludach robią dobre filmy. A po obejrzeniu Karmelu, wiem, że i w Libanie. Tylko Polakom jakoś nie wychodzi.

Po raz pierwszy na blogu - zdjęcię choinki Gumisia, na któryms cos widać:

Choinka Gośki po tym, gdy jak zrobiła wielkie bum, potłukło się większość bombek, nie wygląda zbyt strojnie:

Ale i tak o niebo lepiej niż to, co postawiła u siebie jedna ciotka, która nie wiedziała że błądzi myśląc, że życiowe sztormy to wystarczające usprawiedliwienie udekorowania domu wyrobem choinkopodobnym.

Jak dla mnie winnerem została Joanna.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli