piątek, 30 stycznia 2009

Łyk kultury

Poszłam na film, co to miał być dobry (w GW napisano: pierwszorzędny film biograficzny), a dobry nie był. Mieszanina dydaktycznego smrodu z polityczną poprawnością. Zawsze w takich przypadkach przypomina mi się przeczytana gdzieś u Boy'a anegdota o malarzu J. Styce, który gdy malował Matkę Boską usłyszał: Jasiu, ty nie maluj na klęczkach, tylko maluj dobrze. A ten film jest na klęczkach - tym razem obiektem kultu jest ruch walczący o prawa dla homoseksualistów. Byłby zupełnie niestrawny gdyby nie gra  Sean Penna, to on, ze swoim z rzadka, ale jednak okazywanym dystansem do granej przez siebie postaci, sprawia że daje się wytrzymać ten mocno za długi film.  


Przeczytałam pierwszą z zadanych mi przez Mońka "lektur obowiązkowych" -  Głosy w ciemności J. Stryjkowskiego. Książka przepiękna - akcja powieści dzieje się na poczatku XX wieku, w jakimś małym miasteczku gdzieś na Kresach Wschodnich. Jest coś w tej książce z magii - magii jaka jest dla mnie w prozie B. Schulza czy G. Marqueza.

Można czytać jak powieść, można jak traktat filozoficzny. Na dłużej zadumałam się nad wątkiem, w którym występuje dobry (ale biedny)  reb Towje, którego zalewa go złość, bo  oskarżając złego Scharie'go przegrywa, mimo że ma rację. Przegrywa, nie tylko dlatego że część społeczności jest przekupiona przez Schariego (jest on nie tylko zły, ale i bogaty), ale m.in. i z tego powodu, że w tej sprawie rabin zachowuje się neutralnie. Postawę tego ostatniego tak tłumaczy jego córka:

- Jak długo są na świecie tacy ludzie jak Scharie, trzeba prowadzić wojnę, nie ze Schariem, ale ze sobą. To jest najgłębsza wiedza żydowska. Teraz pani powiem. Pani wie, że reb Tojwie widzi w pani królową świata: wiedzę? (...) I śmiać się chce, że reb Tojwie studiuje „Mojre Newichin", aby się upewnić w swojej wiedzy, która jest dla niego i wiarą, i sprawiedliwością. I płakać się chce, że reb Tojwie stoi na gruncie, który się pod nim prędzej czy później usunie. (...) U nas, Żydów, jest inny sens życia. Goj chce żyć bez ostatniego dnia. Żyd co noc oddaje przed snem Bogu duszę, która wraca doń co rano. (...)  Nikt tak nie rozumie, co to śmierć, jak my. Dlatego wszystko inne jest tak mało ważne. Dlatego nawet to, co złe, powinno żyć. Prosty lud mówi, że złego psa się nie bije, ale ustępuje mu się z drogi. Jeśli on jest już tak zły, że nie ma innej rady, to trzeba ustąpić. Ustąpić - to nasza wojna. Kiedy powiedziałam memu ojcu rabinowi o Schariem to, co powiedział mi swego czasu o nim reb Tojwie, mój ojciec rabin nie zapalił się gniewem, jak to robi pani ojciec, reb Tojwie, ale uśmiechnął się: Scharie to robaczywy owoc, powiedział, i z nim trzeba postępować ostrożnie. To może się nie podobać, ale to jest mądrość.

- To brak odwagi.

- To mądrość. Mądrość żydowska. 

niedziela, 25 stycznia 2009

Kameralny sabat cioteczek


Z okazji:
- moich urodzin, które były,
- zimy, która jest,
- wiosny, która będzie
i kaloryfera, który zaczął grzać, odbył się kameralny sabat cioteczek.

Ańćka cały czas usiłowała mnie zmusić, do zdjęcia mojej 50-tki, pamiątki po zeszłorocznym balu - jej zdaniem najwyższy czas, bym się pogodziła z tym, że taka młoda to ja już byłam.


Młodsze to chyba rzeczywiście nie jesteśmy - w każdym razie na pewno jesteśmy coraz mniej fotogeniczne. 


Ale się nie poddajemy. Dostałam Chitofit 700 Forte - teraz pewnie wystarczy tylko przestać żreć, zacząć się ruszać i już na pewno schudnę.


Nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo brakowało w domu stołu. Już drugi raz, po wejściu do domu, w drodze do kanapy, goście na chwilę usiedli przy stole i już tam zostali. (tym razem do świtu).  

W dzień poszłam do ogrodu, pachniało przedwiośniem i aż się nie chce wierzyć, że podobno zima ma jeszcze wrócić.


Po przeczytaniu Gulaszu z turula wiem o Węgrzech kilka zdań więcej niż to, gdzie leżą na mapie.


Zaciekawił mnie fragment o skomponowanej w 1933 roku przez Rezső Seressa, węgierskiego Żyda grającego na fortepianie w jednej z budapesztańskich knajp, piosence Gloomy Sunday. Nie wiedziałam, że samobójcy też mają swój hymn. Po tym jak ukazała się płyta z tą piosenką:

... samobójcy biorą się do roboty, skaczą do Dunaju, wieszają się, zabijają się nawet w taksówkach. Podobno naprawdę przypominało to epidemię. W listopadzie 1935 roku w europejskiej prasie ukazało się dwieście siedemdziesiąt artykułów opisujących fenomen "hymnu samobójców".

Odsłuchałam kilka wersji na Youtube i nie poczułam rzekomo tkwiącej w niej mocy. Ale z jakiegoś powodu w 1941 roku w BBC zakazano jej nadawania.

Minął już najbardziej depresyjny dzień roku, z realizacją noworocznych postanowień wyszło jak zawsze, z tym że tym razem nie tylko z powodu zaniechania. W ramach robienia czegoś dla domu (pkt 3), kupiłam noże. O ile tępymi nożami umiałam się posługiwać, do ostrych póki co, nie potrafię się przyzwyczaić. W rezultacie nie tylko nie mam rąk bez obdrapań, połamanych paznokci, ran i ranek (pkt. 2), ale i jestem wyłączona z robienia wielu innych rzeczy - np. teraz mam tak rozwalony palec wskazujący, że o drutach to mogę tylko pomarzyć.

Tak żeby nie zapomnieć jak wygląda kino, trochę na siłę, mimo nie najlepszych recenzji, poszłam na Młode wino. Film mniej niż średni. Banalna historia, tak sobie zagrana, momentami można dostrzec resztki charakterystycznego dla czeskich filmów wdzięku. I to by było na tyle.


niedziela, 18 stycznia 2009

Kaloryfer znów grzeje

Gdy powoli zaczynało do mnie dochodzić, że może trzeba będzie pruć ściany,  kaloryfer zaczął sam z siebie  grzać jak gdyby nigdy nic. Problem wprawdzie pozostał, możliwość wlania do instalacji glikolu wszystkiego nie rozwiązuje i przed następnym sezonem grzewczym, muszę poprawić izolację ścian. 

Ale minie trochę czasu zanim zacznę myśleć o następnej zimie.  Na razie wiem o niej tyle, że będę miała problem z lampkami choinkowymi -  po godzinie rozplątywania kabli udało mi się osiągnąć tyle, że były jeszcze bardziej splątane.


Cud z kaloryferem wyczerpał tygodniowy limit szczęśliwych wypadków - następnego dnia po tym jak sprezentowałam aspirującej do roli synowej Ańćki jedną ze zrobionych w zeszłym tygodniu par rękawiczek, w drodze do pracy druga para uległa zdekompletowaniu. Nie mogę dorobić, bo ani w pasmanterii, ani w necie już  tej wełny już nie znalazłam. Kupiłam podobną włóczkę, mam zamiar zrobić z niej trzy i zatytułować ten komplet one could be lost.  

Zrobiłam sobie też zieloną kapustę, ale jak na razie nie mogę się przyzwyczaić do kremowego dekielka, więc nie zszywam.


Zarówno czapka jak i rękawiczki miały pasować do kupionej  z myślą o wyjeździe ślicznej zielonej kurtki - kurtka czekała w pracy w dużej foliowej torbie na zaniesienie do skrócenia rękawów. Kilka razy wyjęłam z torby by się w niej pokazać. Naprawdę byłam zdziwiona, gdy wyjmując kurtkę z torby w punkcie krawieckich przeróbek odkryłam, że jest cała pochlapana herbatą - potem sobie przypomniałam, że tego dnia przewróciłam  na stole kubek z herbatą, ale nie skojarzyłam, że nie tylko wylała się na stole, ale też poleciała i wylądowała w torbie. Brr ...

Przez tą przygodę z kaloryferem, tylko chwilę byłam w tym tygodniu w witrażowni - tego dnia był mróz i oczyma wyobraźni widziałam jak moja rura zmów zamarza.  Zrobiłam zdjęcie zamówionego u Gośki wesołego psa - ma wisieć w lecznicy weterynaryjnej, która lada dzień zostanie otworzona.


Siedzenie w kinie i oglądanie losów tytułowej Księżnej to sama przyjemność - przypomina czytanie książki z ładnymi obrazkami. Trochę gorzej jak się o tym chwilę pomyśli. Przede wszystkim nie jest to, tak jak to obiecują w zapowiedziach, film o niezwykłej, bardzo wpływowej kobiecie (podobno tak zapisała się w historii), tylko opowieść o  bardzo nieszczęśliwej w małżeństwie kobiecie, która buntując się przeciwko narzuconej przez społeczeństwo roli, jednocześnie świetnie zdaje sobie sprawę, jak wąskie jest jej pole manewru. Jak dla mnie za dużo uproszczeń: poznajemy główną bohaterkę jako nastolatkę, żegnamy gdy jest kobietą po wielu przejściach i porodach, tymczasem mimo upływu tych lat, ona nie tylko tak samo wygląda,  lecz - co jeszcze mniej prawdopodobne - jest tak samo naiwna i bezbronna.

Miczenie Lorny, podobnie jak poprzedni film braci Dardenne Dziecko, mojego zachwytu nie wzbudził. Opowiada o żyjących w Belgii Albańczykach, wykorzystujących możliwość zalegalizowania pobytu za pomocą fikcyjnie zawieranych małżeństw. Pomijając to, że  jak się chwilę pomyśli, to kilka klocków w tej opowieści za bardzo do siebie nie pasuje, momentami drażnił mnie statyczny, skoncentrowany na szczegółach, sposób filmowania. Z tym, że nie żałuję, że poszłam - na bezrybiu i rak ryba (w kinach nie ma nic do oglądania).


Książkę Dlaczego czas płynie szybciej, gdy się starzejemy kupiłam na prezent pod choinkę. Ale zamiast poprosić w sklepie o zapakowanie, zaczęłam czytać, wygniotłam w torebce i teraz mogę mieć tylko nadzieję, że Gumiś ucieszy się z "lekko" zniszczonej książki, tak jak Kłapouchy z pękniętego balonika.



Na tytułowe pytanie nie znalazłam w książce odpowiedzi (wymyśliłam własną, ale Ańćka ją wyśmiała, więc muszę popracować nad  sposobem prezentacji, bo co do tego że generalnie mam rację, jestem przekonana). Żadnej nowej recepty jak "wydłużyć" czas też w tej książce nie ma. Zamiast tego autor zacytował banalną radę z kulką truizmu Jean-Marie Guyau, dziewiętnastowiecznego, intensywnie żyjącego gruźlika:
Pragnąc przedłużyć perspektywę czasu, wypełnij go, jeśli masz taką szansę, tysiącem nowych spraw. Wybierz się w podniecającą podróż, odmłódź się, tchnąwszy nowe życie w świat wokół siebie. Gdy spojrzysz do tyłu, zauważysz, że przeżyte po drodze przygody i pokonane w podróży odległości spiętrzyły się w twojej wyobraźni, wszystkie fragmenty tego widocznego świata ustawią się w długim szeregu, zapewniając ci, jak to się obrazowo określa, długie roz­ciągnięcie czasu.
Na mnie spore wrażenie zrobiła opowieść o małżeństwie Anny i Ryszarda Wagnerów. Pobrali się 1900 roku w Berlinie. Raz w roku, w Wigilię,  robili sobie zdjęcie: on, ona, choinka, a pod nią prezenty i to w podobnym ustawieniu. Ostatnie takie zdjęcie zostało zrobione w 1942 roku. Niesamowity zapis mijającego czasu - może to ta historia zainspirowała scenarzystę Dymu?

W przerwach czytałam Niewidzialne miasta I. Calvino - zbiór króciutkich opisów różnych miast, o których opowiada mongolskiemu władcy Marco Polo. Miło się czyta, takie ciasteczko do herbaty (przeczytanie każdego opisu zajmuje góra 5 minut).
  


Byłam w teatrze na strasznej sztuce - Klimakterium. Wiedziałam, że to będzie głupia komedia, ale Ańćka zapewniała, że będziemy miały okazję pośmiać się same z siebie. Tymczasem znów znów poczułam się jak Alien i  nie wiedziałam gdzie
się schować,  gdy aktorki odrywały się od gry i bawiły się w konferansjerkę w stylu gali piosenki biesiadnej. Na koniec zachwycona widownia wstała i śpiewała klaszcząc - a ja siedziałam zażenowana, zupełnie nie rozumiejąc z czego oni się śmieją i co im się tak podoba? Przy okazji podziwiałam akustykę Teatru Rampa - siedziałyśmy razem z Ańcką w sali na dole (krewni i znajomi Ańcki zajmowali cały rząd i jeszcze trochę) i niczym echo słychać było odgłosy sztuki granej w sali na pierwszym piętrze.
 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli