niedziela, 31 stycznia 2010

Bardzo długi wpis o wszystkim

Niedawno zalała mnie lekka złość (pomieszana z zazdrością) gdy  przyjrzałam się bliżej sieci AA, temu jak sprawnie działa, jak jest atrakcyjna i dostosowana do potrzeb swoich klientów.  Teraz odkryłam kolejny system, który działa w tym kraju bez zarzutu - domową opiekę paliatywną. Dla całej reszty, bez takich ekstremalnych problemów, jedyną ofertą jest codzienna transmisja z sejmowych komisji śledczych.

Referendum w mojej gminie, tak jak się spodziewałam, nie wypaliło - ludzie nie poszli głosować. Dziwię się, bo powodów by się wściekać na "wadze" na pęczki. i chociaż w ten sposób można by im trochę przytrzeć nosa. Chociażby za dojazdy: 


PKP twierdzi, że to wszystko dlatego, że brakuje im taboru. Ale na to by jeździł specjalny pociąg, który jak rusza z Wwy zatrzymuje się dopiero na stacji za Grodziskiem Mazowieckim (mieszkają tam znajomi Władcy Mazowsza)  wagony są. I żeby to poważnie wyglądało, nie jedzie tylko jeden pusty wagon, ale pełny skład.

Byłam w tym tygodniu na spotkaniu, na którym m.in. składano relację z wizyt studyjnych w szkołach Walii i Finlandii. Zwrócono uwagę na umeblowanie klas. - młodsze dzieci siedzą tam przy dużych, złączonych stołach, a centralnym meblem w klasie nie jest tablica i biurko nauczyciela (tego ostatniego nie ma). Tym samym dzieci od początku uczą się pracować w grupie. A u nas ławka, ewentualnie pół ławki. Jasno ograniczone terytorium - ty, twój zeszyt, twoje zadanie i twoje oczy zwrócone na siedzącego na tronie nauczyciela. Może rzeczywiście jest to jedna przyczyn nieistnienia społeczeństwa obywatelskiego (tak sugerował prelegent).

Skończyłam szal dla Anki. Zużyłam jeden motek i ciut następnego (nie starczyło mi na kilka ostatnich rzędów) włóczki Himalaya Kasmir. Druty "4".

Brzeg zrobiłam za pomocą Elastic cast-off (nie wiem jak sobie moja babcia dawała radę bez Youtube.com).

Idąc za ciosem mam zamiar z tego napoczętego motka zrobić jeszcze jeden Heartland Lace Shawl, tyle że mniejszy (jeden motyw mniej) - powoli zaczyna mi przeszkadzać moje muzeum włóczek. Z jednego takiego muzealnego obiektu zrobiłam mały "itemik" - fioletową Quincy, pasująca do szala od Gumisia.

Porządnie zrobiona Quincy jest nawet całkiem twarzową czapką.  Cały myk polega na odpowiednim denku - ma nie ściągać czapki robiąc z niej szpiczaste "cuś", tylko nadawać jej  "toczkowaty" kształt.

Nikt mnie nie przekona, że koty są mądre. Mróz był taki, że wzięłam Sraluchę do domu. Nawet miałam w sobie zgodę, że jak jej się spodoba to tak zostanie.  Myślałam, że w końcu do niej doszło, że teraz to ja ustalam reguły gry i że w jej interesie jest się ze mną "dogadać". Dałam jej wybór: kupiłam małą kuwetę, kupiłam dużą kuwetę, kupiłam trociny, kupiłam żwirek.


 

Bez różnicy. Nie dała się przekonać. Za radą Joanny wpisałam w gugle "kot nie robi do kuwety". Niestety wersja "kot robi gdzie popadnie" nie występuje - kłóci się z kreowanym przez kociarzy wizerunkiem. W tej sytuacji, jak tylko mróz  trochę zelżał, wywaliłam ją z powrotem na dwór.

Dawno nie byłam na tak dobrym filmie. Co wiesz o Elly to rzadko spotykana w naszych kinach perełka.

Nie rozumiem, dlaczego ten film przechodzi tak bez echa. Współczesny Iran. Grupa przyjaciół jedzie na kilka dni nad morze. Jest wśród nich niedawno rozwiedziony Achmed i zabrana dla niego "do pary", tytułowa Elly. Jest wesoło,  beztrosko i tylko chusty na głowach kobiet mówią nam o tym, że to świat Islamu. Nagle wydarza się coś, co przewraca wszystko do góry nogami.  I wtedy okazuje się, że gdy dzieje się coś naprawdę, spod zachodniej powłoczki  natychmiast wyjmowane są klisze "tamtej", obcej nam kultury. Rewelacja!

Drugi film już był całkiem zwyczajny.


Podobał mi się ten film, ale przede wszystkim dlatego, że była to dla mnie  podróż sentymentalna. Opowieść o pierwszej miłości i o dojrzewaniu. W tle dyktująca warunki Historia lat 81-83,   z tym, że na co dzień niewiele ona ludzi obchodzi, co najwyżej wykorzystują ją do swoich małych  świństewek. I chyba to jest największą zaletą tego filmu - lata które zazwyczaj opowiadane są na patriotyczno - martyrologicznym zadęciu, opowiedziane są zwyczajnie, tak jak pamiętają ją świadkowie tamtych wydarzeń. W dodatku, co w polskich filmach rzadkie - nie wszystko jest dopowiedziane do końca, podsumowane wyjaśniająca rozmową, zakończoną dramatyczną kwestią. Ale czegoś brak - film nie porywa, ani nie urzeka. Niestety.

Przeczytałam dobrą książkę:



Książka to hymn autorki na cześć Nowego Jorku. 400 stron o miłości i zachwycie, uczuciach jakie każdego dnia, budzi to miasto w autorce, która świadomie wybrała je jako swoje miejsce na ziemi. .Napisane tak, że czyta się z zapartym tchem.

Zastanowiła mnie obserwacja tajemniczego C,:

I nagle C. - autor wielu znakomitych reporterskich zdjęć - powiedział: "Turyści mnie zasmucają: oni zawsze chcą fotografować tylko to, co widzieli na pocztówkach i w przewodnikach. Ja robię zdjęcie tylko wtedy, kiedy wiem, że patrzę na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem".

Całkiem długą chwilę posiedziałam w grafice gugli i pooglądałam fotografie Diane Arbus. Rzeczywiście robią wrażenie.

Na dwie koniec ciekawostki.

1. Dostałam w mailu taką mapkę. Poszukałam w necie źródła, znalazłam tu.

Inspiracją pewnie była ta mapka.

2. Jedną ciotkę, co właśnie po trzech latach wróciła do kraju, zbulwersowało takie niewinne ogłoszenie:

Posiadam do wynajęcia ładne, jasne mieszkanie 3-pokojowe, o powierzchni 68 m2 na os. Oświecenia, nowe budownictwo, łatwy i szybki dojazd do centrum, na m-cu szkoła, przedszkole, kościół ...

Nazwała to przegięciem pały. W odpowiedzi posłałam jej takie ogłoszenie :

28m, okna na centrum Piotrkowa, wykończone pod klucz, kafle i armatura z Pewexu, 6 szwedzkich wind, internat ( w pobliżu ). Sprzedam katolikowi.

 

 

środa, 27 stycznia 2010

Nagrody literackie (1)

Anne Michaels - Płomyki Pamięci

Co za gniot!

Z każdą przeczytaną kartka, rosło moje zdziwienie. Taki bełkot  i nagroda? I to nie jedna.  Z okładki dowiedziałam się, że Płomyki pamięci Anne Michaels:

"to jej pierwsza powieść, która stała się bestsellerem literatury kanadyjskiej ostatnich lat, otrzymując aż osiem nagród - m.in. Guardian Fiction Award, Orange Prize, Lannan Literary Award, Trillium Prize".

To już lepszy Coelho - głębia ta sama, a przynajmniej krótszy.

Bohaterem książki jest Jakob Beer. W czasie drugiej wojny swiatowej, wywiózł go  pod pazuchą grecki naukowiec, który zabezpieczał wykopaliska w Biskupinie (kilka dni wcześniej na oczach Jakoba zginęła jego żydowska rodzina - rodzice i siostra Bella). Dorastał na greckiej wyspie, potem razem ze swoim opiekunem zamieszkał w Kanadzie, założył jedną rodzine, potem drugą, ciągle nie mogąc zapomnieć o traumie dzieciństwa i o swojej ukochanej siostrze Belli.

Ta historia opowiedziana jest dziwnym językiem, pełnym barokowych przenośni, nie najwyższych lotów opisów przyrody i pseudofilozoficznych mądrości.

Dla zainteresowanych, próbka stylu. Otworzyłam książkę na "chybił trafił" i zeskanowałam pierwszy fragment jaki mi wpadł w oko. Cała książka jest napisana takim językiem!

Kocham synów Maurice'a i Ireny, tak jak kochałbym dzieci Belli, i często wzdycham do tego, by opowiedzieć im po raz któryś z rzędu o tamtych popołudniach w rzecznych przystaniach, o bladym jesiennym słońcu prześwietlają­cym przybrzeżne trzciny, o zielonych porostach na gła­zach w płytkich zakolach rzeki, o biblijnych miastach, któ­re budowałem z Monesem z błota i z patyków. Ścięty lo­dem brzeg, zielonkawe niebo, czarne ptaki, śnieg. Kiedy Yosha i Tbmas byli bardzo mali, kucałem przy nich i obej­mowałem kruche, kościste ramionka, myśląc, że to samo robił kiedyś mój ojciec.

niedziela, 24 stycznia 2010

Ostał mi się ino border

Ostał mi się ino border do zrobienia ...

Szal mi się coraz bardziej podoba. W tym roku przynajmniej na "odcinku robótek" nie ma falstartu (poprzednia robótka, baktusik-padiszaczek, też mi się podobała).

Zima taka, że sama z siebie wzięłam Sraluchę do domu. Początkowo darła mordę i bardzo chciała z powrotem  na dwór, ale po dwóch dniach uznała, ze może rzeczywiście nie kłamię i wiosna jeszcze nie przyszła. No i teraz przez przynajmniej dwa miesiące jestem uziemiona. Zwracam się do niej znów pełnym imieniem Sralucha (a nie zdrobniale Salcia), bo zdania na temat kocich toalet i miejsc wydzielonych nie zmieniła - dalej ich nie uznaje.

Kaczek z parku nikt do domu nie wziął. Wygląda na to, że jakoś dają sobie radę. W każdym razie dawały sobie w zeszłym tygodniu. W tym było tak zimno, że nawet na targ się nie wybrałam.


Stworzyłam już swoją listę wyzwaniu Amerykańskie Południe w literaturze. Lista jest krótka:

1. Valerie Martin - Własność

2. coś Caldwella, najchętniej: Sługa Boży

3. coś Faulknera

Nie jestem pewna Caldwella - może z niego zrezygnuję na rzecz innej książki, pod wpływem przeczytanych recenzji?

Na razie, w wyzwaniu Nagrody literackie,  dzięki  Miss Jacobs utwierdziłam się w przekonaniu,  że koniecznie chcę przeczytać Amsterdam I. McEvana. Od razu weszłam na Allegro i kupiłam. Fajnie mieć Internet.

W tym tygodniu okazało się,  że jedna z moich ciotek zapadła na fundamentalistyczny ateizm. Nawet jeżeli w pewnym stopniu jej fundamentalizm, jest odpowiedzią na jego fundamentalizm (tyle, że katolicki), zjawisko samo w sobie zrobiło na mnie wrażenie.

Nawet starałam się coś na ten temat przeczytać.


Ale książka mnie zawiodła i to srodze. Kiepska publicystyka. Nic nowego się z tej książki nie dowiedziałam, może kilka faktów, które i tak za chwilę wylecą mi z głowy. Miało być o fundamentalizmie, było o Islamie. O tym, że ten pierwszy jest be, a ten drugi cacy. Może i tak jest, ale to że ma się rację i jest się o tym przekonanym, to nie powód by tak nieciekawie o tym pisać.

Inna przeczytana książka (a raczej, z uwagi na objętość: książeczka), była na szczęście dużo ciekawsza.


Autor jest jednym z uratowanych przez Irenę Sendlerową dzieci. Z Polski wyrzucono go w 1968 roku. Z tym, że książka nie o tym, tylko o dzieciństwie spędzonym w powojennej Warszawie. I tak sobie myślę, jak się musiał czuć, gdy w 1979 roku wylądował na Okęciu jako obywatel zachodniego państwa, mając w ręku zaproszenie na kongres naukowy i po spędzeniu kilkunastu godzin na lotnisku, dowiedział się że do Polski nie zostanie wpuszczony. Kontakt z "ustrojem" utrzymywał dzięki stałym wyjazdom służbowym do ZSRR (jest kilka wspomnień i na ten temat). Ale tam nie mógł zjeść obiadu w barze mlecznym na Marszałkowskiej, na co miał w 1979 roku bardzo dużą ochotę. Na marginesie bar istnieje do dzisiaj i to w niezmienionej „szacie graficznej”.

niedziela, 17 stycznia 2010

Kiedy zimą jest zimno

Kiedy zimą jest naprawdę zimno, brakuje mi twarzowych czapek i nie przemakających butów. Dwa dni chodziłam po Wwie i szukałam śniegowców - prostych, w jednym, ciemnym kolorze, bez ozdób i nie błyszczących. W sklepach zamiast śniegowców, były tylko zdesperowane kobiety w przemoczonych skórzanych butach, które wzajemnie się informowały, gdzie nie warto iść, bo tam też nic nie ma. W końcu kupiłam na Allegro. Nie są brzydkie, ale mimo zaimpregnowania łapią wilgoć, czyli będą przemakać. Przy okazji dowiedziałam, że są już elektryczne wkładki do butów. Na Allegro sprzedają na baterie, które cały czas zasilają wkładkę, czyli "nosi" się je razem z wkładką. Od Iwony wiem, że w sklepach narciarskich są wkładki, które ładuje się w kontakcie i starcza to na 14 godzin (pewnie coś w tym stylu). Chyba zacznę o nich marzyć.

Jeżeli chodzi o druty, to jak tylko otrzymałam od dziecka taki mail:

Hej mama, jakbyś nie wiedziała co mi robić na drutach, to zawsze możesz mi zrobić takie chusty jak ta czerwona (np. w kolorze fioletowym lub niebieskim), takie do otulania się, pasujące do sukienek i bluzek. Ja tą czerwoną wykorzystuje codziennie w pracy, jest tu bardzo zimno, ale teraz brakuje mi takiej w domu.

Zwizualizowałam sobie to zziębnięte chuchro siedzące przed monitorem w korporacyjnym open space i zabrałam się do roboty. Wybrałam Hearland Lace Shawl. Zaczyna się go od szyi:

Beginning Border Tab Cast-on At center back neck, cast on 2 sts. Rows 1-6: knit. Row 7: k2; rotate rectangle to pick up and knit 1 st in eacti of 3 garter stitch ridges near edge of tab; then knit in each of 2 cast-on sts. (7 sts).

Przez moment zastanawiałam się, dlaczego zaczyna się w tak zawikłany sposób, ale jak wzięłam druty do ręki, okazało się to proste. Gorzej z wzorem. Wykres był dla mnie dziwnie mało czytelny i przerzuciłam się na tekst. Ale nawet jak udało mi się zrobić cały rząd bez błędu, to zaraz i tak go prułam, bo jak to z ażurami bywa, jak się zacznie pruć, to potem nie można skończyć. Wróciłam więc do mojej starej dobrej metody, czyli niezawodnego Excel'a


(gotowa jestem przesłać moje Excelowe wypociny, każdemu kto o to poprosi i ma tak jak ja). Z Excelem pod nosem już jakoś poszło:

Z tym że sam wzór nie jest zbyt przyjazny - podstawowy motyw szala to 40 rzędów, po zrobieniu 20, dalej co chwilę spoglądam na schemat.

Jeszcze nie ułożyłam swojej listy w Amerykańskim wyzwaniu, wiem, że przeczytam coś Faulknera (przynajmniej mam taki zamiar). Na razie, w ramach noworocznego postanowienia: "dużo czeskiego", przeczytałam Batalion czołgów.

Porównywanie tej książki do Przygód wojaka Szwejka jest mocną przesadą. Ale czyta się świetnie. Lata 50-te. Tak jak w tytule, opowieść o pancernej jednostce wojskowej - główni bohaterowie, to świeżo upieczeni absolwenci uczelni, odbywający obowiązkową 2,5 letnią służbę. Przypomniałam dawne czasy, gdy przez rok, w każdy czwartek przez sześć bitych godzin siedziałam na szkoleniu wojskowym pozostając w stałym kontakcie słuchowym z inteligencją wojskową (robienie na drutach, czy czytanie książek niewiele pomagało, a małych słuchawek wtedy jeszcze nie było). A potem sobie tak pomyślałam, że wystarczy posłuchać naszych polityków, to ta sama inteligencja. Tyle że bez munduru.

Na szczeblu lokalnym nie lepiej. W Brwi rządzi taka odmiana Pana Edka (na początku filmu bohaterem jest tata Pana Edka):

Było dzisiaj referendum w sprawie odwołania. Poszłam o godzinie 16. Przywitała mnie znudzona komisja. Pusty lokal. Na mojej stronie, byłam pierwszą osobą, która złożyła podpis. Czyli nawet na lokalnym szczeblu ludzie są zniechęceni.

Jak była ta awantura z Trójką, szukałam w necie skeczu, w którym P. Fronczewski z J. Pietrzakiem grają w szachy. Nigdzie nie znalazłam. W zastępstwie fragment z książki J.Škvoreckego też dobrze ilustrujący to co zdarzyło się w Trójce (i nie tylko).

Początkowo wpychał się Vavruszka, ale ponieważ od pierwszego listopada Hampejz ma odejść z posady, bo na jego miejsce przyjdzie Petrmichl z województwa, więc Vavruszka się wycofał i pójdzie na miejsce Vanczury do miasta, bo jego stamtąd wylali i posłali na oświatę do Michli. Ponieważ Hampejz miał problemy z brakującymi, francuskimi dziełami sztuki, więc musiał odejść, chociaż był w tej funkcji dopiero trzy miesiące, ale Peckę na pewno wyciągnie z bryndzy, bo opiekował się nim Vosahlo, którego jednak teraz zdjęli, więc Pecka ma kłopoty i chyba pójdzie na miejsce Czurzikovej, która się wdała w romans z Miliczem, o czym doniesiono ministrowi, którego córka jest żoną Milicza, ale Czurzikovą zajmie się Vavra, który chce się pozbyć Szvestkovej, bo ta się naraziła Kopeckiemu, ponieważ jako jedyna ujęła się za Muchą, którego Kopecky chciał wylać …

Przeczytałam też bardzo zabawną, króciutką książkę Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem.

Gdyby trwało jeszcze wyzwanie Literatura na peryferiach, zaznaczyłabym na mapie Haiti. Do przeczytania w jeden wieczór. Opowieść o dwóch Murzynach z Montrealu, bardzo źle znoszących tamtejszy upał. Żyją z zasiłku, słuchają jazzu, i filozofując pozują na intelektualistów. Wszystko to po to, by zrobić wrażenie na białych dziewczynach i szybko skonsumować ten sukces. Czyta się z zainteresowaniem, - iskrzy, dużo fajnych cytatów i odniesień. Tyle, że pod koniec książka staje się nudna - ile można czytać o ich "zainteresowaniach", nawet jeżeli jest to napisane błyskotliwy sposób.

środa, 13 stycznia 2010

Wyzwanie - Nagrody Literackie

Padma ogłosiła kolejne wyzwania. Chwała jej za to. Tym razem pomysł jest taki, by do końca czerwca przeczytać trzy, z nagrodzonych Bookerem, Nagrodą Nike, Goncourtów czy Orange Prize, książki. W drugiej połowie roku mają dojść kolejne nagrody.

Odsiałam to, czego nie wydano po polsku i fioletową czcionką zaznaczyłam sobie co już przeczytałam. Nie wyszło zbyt kolorowo.

Potem stworzyłam listę książek, które mam zamiar przeczytać w ramach wyzwania (zaznaczyłam to na zielono):

1. Płomyki Pamięci - Anna Michaels (znalazłam w bibliotece).

W bibliotece jest w niej jeszcze O pięknie – Zadie Smith, ale niedawno skończyłam jej Białe zęby i czuję, ze powinnam od niej „odpocząć” oraz Vernon DBC Pierre. Ta ostatnia książka z kolei jakoś do mnie nie przemówiła. Poszłam poszukać czegoś z „listy” do niedawno otworzonej na Chmielnej księgarni z tanią książką, ale był tam tylko Vernon. W tej sytuacji kupiłam 5 innych, tyle że pasujących do poprzednich wyzwań książek i listę skompletowałam inaczej.

Postanowiłam jeszcze raz podejść do:

2. Jadąc na Babadag Andrzeja Stasiuka Mam w domu na półce. Raz zaczęłam, ale bez bólu odłożyłam, bo coś ciekawszego wpadło mi w ręce.

I kupiłam na Allegro:

3. Property Valerie Martin Już dawno postanowiłam wrócić do czytania po angielsku. W dodatku, ta książka pokrywa się z wyzwaniem „amerykańskim”.

A na czerwono zaznaczyłam książki, które chciałabym w najbliższym czasie przeczytać. Póki co, nie ma na Allegro sprzedawcy, który by miał kilka książek „na raz”. Ale przez pół roku trwania tego wyzwania, z pewnością coś z tej listy wpadnie mi w ręce.

 

Booker

1971- W wolnym kraju V. S. Naipaul
1972- G. John Berger
1973- Oblężenie Krisznapuru J. G. Farrell
1974- Zachować swój świat Nadine Gordimer, Holiday Stanley Middleton
1977- Ci, co pozostali Paul Scott
1978- Morze, morze Iris Murdoch
1980- Rytuały morza William Golding
1981- Dzieci północy Salman Rushdie
1982- Lista Schindlera Thomas Keneally
1983- Życie i czasy Michaela K J. M. Coetzee
1984- Hotel du Lac Anita Brookner
1986- Stare diabły Kingsley Amis
1988- Oskar i Lucynda Peter Carey
1989- Okruchy dnia Kazuo Ishiguro
1990- Opętanie A. S. Byatt
1991- Droga bez dna Ben Okri
1992- Angielski pacjent Michael Ondaatje, Sacred Hunger Barry Unsworth
1996- Ostatnia kolejka Graham Swift
1997- Bóg rzeczy małych Arundhati Roy
1998 - Amsterdam Ian McEvans
1999- Hańba J. M. Coetzee
2000- Ślepy zabójca Margaret Atwood
2001- Prawdziwa historia Neda Kelly'ego Peter Carey
2002- Życie Pi Yann Martel
2003- Vernon: Powieść DBC Pierre
2004- Linia piękna Alan Hollinghurst
2005- Morze John Banville
2006- Brzemię rzeczy utraconych Kiran Desai
2007 - Tajemnica rodu Hegartych Anne Enright
2008 - Biały Tygrys Aravind Adiga

 

Nike

1997 - Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego
1998 - Piesek przydrożny Czesława Miłosza
1999 - Chirurgiczna precyzja Stanisława Barańczaka
2000 - Matka odchodzi Tadeusza Różewicza
2001 - Pod Mocnym Aniołem Jerzego Pilcha
2002 - W ogrodzie pamięci Joanny Olczak-Ronikier
2003 - Zachód słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza
2004 - Gnój Wojciecha Kuczoka
2005 - Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka
2006 - Paw królowej Doroty Masłowskiej
2007 - Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Mysliwskiego
2008 - Bieguni Olgi Tokarczuk
2009 - Piosenka o zależnościach i uzależnieniach Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego

 

Goncourt

1990 - Jean Rouaud, Pola chwały
1992 - Patrick Chamoiseau, Texaco
1993 - Amin Maalouf, Skała Taniosa
1994 - Didier Van Cauwelaert, Bilet w jedną stronę
1995 - Andre Mkine, Francuski testament
1997 - Patrick Rambaud, Bitwa
2002 - Pascal Quignard, Błędne cienie
2003 - Jacques-Pierre Amette, Kochanka Brechta
2004 - Laurent Gaudé, Słońce Scortów
2006 - Jonathan Littell, Łaskawe
2007 - Gilles Leroy, Alabama song
2008 - Atiq Rahimi, Kamień cierpliwości

 

Orange Prize

1997 - Anne Michaels - Płomyki pamięci
1998 - Carol Shields - Przyjęcie u Larry'ego
2000 - Linda Grant - Kiedy żyłam w nowych czasach
2003 - Valerie Martin - Własność
2004 - Andrea Levy - Wysepka
2005 - Lionel Shriver - Musimy porozmawiać o Kevinie
2006 - Zadie Smith - O pięknie
2007 - Chimamanda Ngozi Adichie - Połówka żółtego słońca
niedziela, 10 stycznia 2010

Strasznie długa żmija

Według Leca nawet najdłuższa żmija kiedyś mija. Ale on mówił o jednej. A tu, nie dość że źle się dzieje, to co i rusz coś się jeszcze dodatkowo "doczepia".

Na przykład znów nie działa kaloryfer w ostatnim pokoju. W  zeszłym roku podobno stało sie tak dlatego, że grzałam tylko kominkiem w dużym pokoju, w tym roku więc już uważałam. W dodatku nie zdążyłam się  wtedy tym za bardzo przejąć, bo zaraz potem była odwilż i szczęśliwie okazało się, że rura wytrzymała i nie pękła. Teraz zapowiadają jakieś nieprawdopodobne mrozy i nie wiem czy tym razem rura też to wytrzyma, bo już wiadomo, że przemarza w ścianie.  Wszystko wskazuje na to, że najlepiej byłoby odbić zewnętrzne deski, docieplić  i z powrotem  je przybić. Tyle, ze oznaczałoby to coś więcej niż nie pojechanie na wakacje - z debetowanie konta i poświecenie na to nagrody jubileuszowej też. 

Ponieważ nie jest to czas karnawału w moim życiu, nie urządziłabym imienin, gdyby nie Ańćka, która  zarezerwowała stolik w restauracji. Dobrze zrobiła - nie zdawałam sobie sprawy, jak dobrze robi wieczór  przy stole w gronie najbliższych przyjaciół. Gdy niczego "przed" nie trzeba  szykować, ani "po" sprzątać i można się skoncentrować tylko na wysysaniu energii.

Gumiś zrobił mi na urodziny szal z fioletowej Luny. Ładne i milusie, tyle że tak "mgiełkowate", że mam wrażenie, że wystarczy podmuch wiatru  i się zaciągnie. Na zdjęciu widać również otrzymany w prezencie od Joanny scrub, zdecydowanie najlepszy z tych jakie miałam. Do tej pory na pierwszej pozycji był Exfotonic L'Oreala, ale ten na zdjęciu to zupełnie inna liga. Niesamowity efekt. Ale i tak czekam na srcub, którym będzie można ścierać tkankę tłuszczową.  


Myślałam, że takie urodziny w knajpie to  wynik nadzwyczajnych okoliczności. Ale chyba nadciąga taka moda. W tym, tygodniu byłam zaproszona do dzieciolandu na urodziny całkiem już dorosłej osoby, więc chyba już nie tylko dzieciom będzie się organizowało imprezy w takich lokalach.  

W trybie pilnym, na kilkanaście godzin przyleciała Anka.  Zobaczyłam na zdjęciu, że kupiła sobie fioletowy płaszcz, więc zrobiłam jej do kompletu baktusik - padiszaczek. Noszę swój, trochę ta Himalaya Padisah obłazi, ale można wytrzymać.


Wszystko się zmienia, po raz pierwszy w życiu byłam w Teatrze Syrena - Ańćka zabrała nas na przedpremierowy spektakl Krystyny Tkacz,  która śpiewała piosenki piosenki Kurta Tucholsky’ego.


Jak dla mnie było to bardzo takie sobie. Wykonanie poprawne, nic więcej. Tekst też mnie nie porwał - co najwyżej od czasu do czasu wpadła mi w ucho jakaś pojedyncza fraza (K. Tucholsky był legendą weimarskiego kabaretu, o tym, że był ktoś taki dowiedziałam się dopiero  z programu). W zeszłym tygodniu obejrzałam w Ale Kino kolejny raz Kabaret. Ze zdziwieniem odkryłam, że ten film, mimo upływu lat,  zupełnie się nie zestarzał. I może to mój problem, że  porównałam Krystynę Tkacz z Lisą Minelli. A to dramatycznie inna liga. 

Po teatrze poszliśmy do przytulonej do Teatru Rozmaitości knajpy  Dyplomacja. Piątkowy wieczór, młodzi ludzie, głośna puszczana z płyt muzyka. W pewnej chwili uświadomiliśmy sobie, że cały czas grają kawałki tylko z karnawałów naszej młodości. Jak tak dalej pójdzie, to może przy tej samej muzyce będą bawiły się i moje wnuki?

A na zakończenie sezonu choinkowego, choinka Staśki, -  moim zdaniem najładniejsza (kiepskie zdjęcie, bo zrobione komórką przy okazji karmienia Irci).


Byłam na kolejnym Szarotkowie. Odzew na rzuconą przeze mnie na forum propozycję przyniesienia na robótkowe spotkanie różnistych czapek, tak by dać sobie sznse odkrycia czegoś twarzowego, był taki sobie. Liczyłam na więcej. Z tego co było, wybrałam dla siebie komin, który z jednego końcu miał 60 cm szerokości, na drugim 80 cm i był długi na 50 cm. Ze wszystkich "udostępnionych" kominów, był najbardziej "uniwersalny".

środa, 06 stycznia 2010

Nowa singielka E. Kay Trimberger.

W przeddzień kolejnych urodzin skończyłam Nową singielkę E. Kay Trimberger. Na co dzień unikam wszelkiego typu poradników, od wielu lat nie miałam w ręku tego typu książki, ale w tej zakochałam się od pierwszego wejrzenia, jeszcze w księgarni.


W połowie lat 90-tych E. Trimmberger przeprowadziła kilkadziesiąt wywiadów z samotnymi kobietami w różnym wieku. Po paru latach powtórzyła te wywiady, zbierając w ten sposób materiał do przemyśleń.

Nie trzeba czytać książek by się domyśleć, że  "na starcie" większość kobiet nie planuje bycia singielką.  Stąd też nie dziwi, że  w przeprowadzonych w latach 90-tych wywiadach prawie wszystkie planowały związek, młodsze mgliście, starsze (autorka przyjęła kryterium 35 lat) energicznie i konkretnie. Również kobiety które miały za sobą rozpad związku, myślały o jakieś rekonstrukcji. Po latach okazało się, że duża część z nich  nie zrealizowała tych planów. Ale nie tylko dlatego, że „nie wyszło” – niemała ich część z tych planów po prostu zrezygnowała. I to o nich przede wszystkim jest ta książka.

W bardzo mi bliski sposób, autorka rozprawia się z mitem „pokrewnej duszy”-  bez znalezienia której, można rzekomo co najwyżej osiągnąć sukces w pracy,  ale nie można być tak po prostu szczęśliwym. Łopatologicznie, na przykładach (ale też i dobrym piórem więc dobrze się czyta) autorka wykazuje, oczywistą oczywistość, że to czy ludzie są szczęśliwi, nie  zależy od tego czy są w związku czy nie. I że dziś, coraz więcej kobiet zamiast "gonić króliczka" i wybrać "najlepszą z dostępnych ofert", rezygnuje  z wejścia w "tradycyjny" związek, bo uważa, że tak będzie dla nich lepiej.  I że brak  "pokrewnej duszy" nie oznacza automatycznie bycia nieszczęśliwą. 

Na podstawie zgromadzonych materiałów, autorka doszła do wniosku, że gdy singielka:

- ma pracę, która pozwala się jej realizować,

- utrzymuje więź z następnym pokoleniem (niekoniecznie muszą być to własne dzieci, często są to dzieci rodzeństwa, lub nawet i niespokrewnione, zaprzyjaźnione itp.),

- ma własny dom (rzecz się dzieje w Ameryce, u nas pewnie wystarczy własny kąt),

- utrzymuje bliskie relacje z siecią przyjaciół i rozszerzoną rodziną,

- ma poczucie więzi ze wspólnotą,

- pogodziła się z własną seksualnością (w praktyce sprowadza się to do celibatu, lub seksu bez wchodzenia w trwałe związki),

to ma wszystkie warunki by czuć się szczęśliwą.

Autorka bardzo ciepło pisze o przyjaźni. Bardzo mi się spodobało takie zdanie: pewnego dnia może powiemy o kimś lekkim tonem „są tylko kochankami”, tak jak dziś mówimy o sobie i innych „jesteśmy tylko przyjaciółmi”.

Ale też, co ważne, książka nie jest pisana z pozycji szalonej feministki. Opisuje bliską mi rzeczywistość i w wielu kwestiach się z nią zgadzam.  Inna sprawa, ze jak się czyta o takie zdanie: Samodzielne decydowanie o sobie, będące warunkiem autonomii kobiet, dokonuje się w kontekście społecznym, nad którym my, kobiety, nie mamy pełnej kontroli, natomiast mężczyźni mają często większą władzę, to chociaż wiem, że nigdy nie jest tak, by nie można było ponarzekać, to żal ściska gdy  porównuje się obowiązujące przy adopcji, tamtejsze rozwiązania prawne, z tym co u nas. Z reszto nie tylko dotyczy to adopcji. 

niedziela, 03 stycznia 2010

Z nowym rokiem nowym krokiem

Horoskop na Onecie jest dla mnie bardziej łaskawy (do tej pory, to z pierwszych zdań tego horoskopu brałam motto na kolejny rok):

Dla Koziorożców rok 2010 będzie owocny. Już pierwsze miesiące zapowiadają się interesująco. Plany i posunięcia związane z pracą powinny się opłacić (...) Rozwój spraw uczuciowych i rodzinnych może iść opornie. (...) Ważne, by się nie poddawać, ale wciąż iść do przodu.

To ostatnie zdanie brzmi mądrością ze szkolnych pamiętników, ale niech będzie. Okazało się, ze Agnieszka jest też Koziorożec i po przeczytaniu na moim blogu horoskopu z Gazety, mocno zaprotestowała. W ciągu kilku minut wyguglałam jej horoskop, który obiecywał Koziorożcom, że 2010 rok będzie dla nich jednym wielkim pasmem szczęścia. Więc jak się chce to można - polecam ten sposób wszystkim niezadowolonym ze swoich horoskopów.

Rok 2009 nie był zły, ale już w trakcie uwierała stagnacja,  a co dopiero  z tej perspektywy: podróże  przewidywalne (2 x Londyn, Grodno), kina mniej, książek tyle samo. Na blogach "książkowych" obok podsumowania roku, wskazywane są najlepsze, przeczytane w ubiegłym roku książki (świetna rzecz, dzięki temu dopisałam do mojej listy "poszukuję" sporo książek). Ale sama niczego polecić nie mogę. Wspomnienia Andy Rottenberg, Proszę bardzo zrobiły na mnie wrażenie, bo znałam jej syna Mateusza. 39,5 Moniki Rakusy  jest typową literaturą kobiecą i to nie z najwyższej półki - spodobało mi się, bo autorka podobnie jak ja odbiera polską rzeczywistość. Bez "osobistych odniesień" wymienić mogę jedynie Kieszonkowy atlas kobiet Sylwii Chutnik (w styczniu wychodzi jej kolejna książka) i Białe na czarnym Rubena Galego. Spojrzałam też na Ravelry na skończone w tym roku projekty - mało tego: dwie chusty, dwa swetry, jedna bluzeczka i trochę "drobnicy".

Moje niezadowolenie podkręca Nowa singielka E. Kay Trimberg. Dawno nie czytałam książki, która by mnie tak zainspirowała. Nie przeczytałam wprawdzie niczego (jestem w połowie),  czego bym od dawna nie wiedziała, ale dzięki niej układam i w odpowiedni sposób nazywam sobie teraz różne sprawy.

Dla Nowej singielki porzuciłam rozpoczęty Batalionu czołgów Josefa Škvoreckego – zapowiada się świetnie. Nie mam teraz zbyt wielu powodów do śmiechu, a złapałam się na tym, że gdy czytałam ją w pociągu, parę razy głośno się zaśmiałam. Na półce czeka też na mnie książka M. Viewegha (poleciła mi go w komentarzach Fanaberia w Pradze).

Pierwszym filmem w 2010 roku było Gorzkie mleko.


Tak dobry jak Madeinusa (tej samej reżyserki) to ten film moim zdaniem nie jest. Może dlatego, że główna fabuła, nawet biorąc pod uwagę egzotykę, mało prawdopodobna. Nie przekonali mnie bohaterzy, którzy równolegle żyją w dwóch całkowicie odmiennych światach i tak samo dobrze czują się we współczesnych  dekoracjach, jak i w niewiele różniących się od tych, w jakich żyli ich indiańscy przodkowie. Matka głównej bohaterki, gdy była w ciąży została zgwałcona, gwałt był też traumą dla nienarodzonego dziecka, w każdym razie tak rodzina tłumaczy inność i lękliwość Fausty. Poznajemy ją gdy umiera jej matka i musi sobie zacząć dawać radę sama. Jest w tym filmie drugi plan, pokazujący życie w Peru. I to według mnie dla niego warto pójść na ten film (np. boski wątek firmy organizującej w indiańskich osiedlach wesela na każdą kieszeń).


Z cyklu znaszli ten kraj:

Szpital. W wieloosobowym pokoju właśnie umarł człowiek. Chwilę później do jednego z pacjentów dzwoni komórka, którą on odbiera. Spotyka się to z gwałtowną reakcją pacjentów - nieposzanowanie majestatu śmierci itp. Atakowany usiłuje się bronić, że majestat śmierci wymagałby raczej zgaszenia ryczącego non-stop telewizora. Działo się później wiele, ale wniosek jest jeden: telewizor jak krzyż, w szpitalu być musi. Na razie do żadnego szpitala się nie wybieram, ale zastanawiam się nad wojną prewencyjną. Nie każdy może sobie radzić w ten sposób, że wyłącza aparat słuchowy, a zmuszanie do oglądania telewizji uważam za pogwałcenie praw obywatelskich.

Dwie choinki więcej:

Białoruski drapak (ale dużo na nim czerwonych bombek, więc o wesołej  wymowie):


I Ańćki, w jej wiejskiej chacie, zdjęcie z komórki więc byle jakie:


A na koniec nie ukrywam, ze najładniejszą choinkę na blogu zobaczyłam  tu.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli