niedziela, 30 stycznia 2011

Na odcinku zapchanej rury cisza. Powoli przyzwyczajam się, że nie mogę korzystać ze zlewu w kuchni, ani z drugiej łazienki. Wprawdzie są firmy które pod ciśnieniem przepchają każdą rurę (nawet taką w której zastygł beton), ale w tym przypadku prawdopodobnie skoczyłoby się to na rozsadzeniu tej rury. Z kolei z planów wynika (wskazuje to też położenie szamba), że rura prawdopodobnie idzie pod domem, czyli odkopanie i wymiana zapchanego odcinka, też nie za bardzo wchodzi w grę. Dopiero jak dostanę odpowiedź jak może być  poprowadzone podłączenie do miejskiej kanalizacji będę dalej myśleć - z tym, że i tak taka możliwość będzie najwcześniej w 2012 roku.

W tym tygodniu odbyło się spotkanie, inicjujące starania by Janeczka została patronem szkoły. Na początku zabrał głos jej mąż - słuchając tej opowieści smutno robiło się na duszy, że tego typu rody odchodzą do historii. W dodatku zawsze było w tych ludziach tak dużo służby, a tak mało autoreklamy, że w przestrzeni publicznej można bezkarnie, samozwańczo mówić o sobie "żoliborska inteligencja". Efekt taki, że dziś ten termin brzmi pejoratywnie. Potem  gdy zabrali głos inni mówcy, miałam możliwość obserwowania jak powstaje fikcja historyczna. Słuchając ich wystąpień przecierałam uszy ze zdumienia. W jednym się z nimi zgadzałam - ci którzy ją znali, wygrali los na loterii. Ale Janka była urocza we wszystkim - nie tylko w zaletach, również w swoich wadach i słabostkach. Nie rozumiem dlaczego mówiąc o zmarłych  od razu uderza się w patos, buduje spiżowy pomnik.   

Rozpracowuję moją "Myajkę". Tak będzie szedł jej korpus:

Kołnierz robiony na okrągło, rzędy skrócone, zawracanie w punkcie "A".

Myślałam o nowocześnie zrobionych rękawach - jak to się robi jest opisane tu i tu. Ale okazuje się, że już wymyślono coś nowego. Dziunia wynalazła to. A "to" się robi od dołu, a potem przyłącza do reszty skróconymi rzędami - czyli zero problemów z "pasowaniem" główki.

Potrzeba ok 1000 metrów włóczki. Noro skarpetkowe jest za cienkie, nieskarpetkowe drogie, po drugie kupowane na ebayu może po drodze "zaginąć" (doświadczył tego ostatnio Gumiś),  Magic się mechaci.

Myśląc o mojej Myajce, męczę sie z Iglełudzikiem. Tym razem nie umiem pokonać łączenia wełen - w wywijanym golfie z gładkiej wełny złączenie nitek powinno być niewidoczne. Obejrzałam na Youtubie kilka instruktażowych filmików - w praktyce żaden sposób nie wypalił.

Widziałam dwa świetne filmy. I tylko po to by je zobaczyć, zostałam na kawałek weekendu w Wwie, czego bardzo nie lubię. A wszystko przez to, że w tym tygodniu poza jednym dniem kiedy byłam umówiona na dokończenie podłóg, każdego dnia po pracy miałam jeszcze jakieś spotkanie, czy coś do załatwienia. I ani razu nie udało mi się tego zgrać z jakimś filmem. Dlatego gdy w piątek wyszłam od fryzjera, poczułam taki głód kina, że zrezygnowałam z jechania do domu. Zanim w sobotę rano wsiadłam w pociąg, też zhaczyłam o kino. I tak mam zaległości, w dodatku "uciekł"  mi film Szukając Eryka.

Nie wyobrażam sobie innego werdyktu jury niż Oscar dla Colin Firth. Nie lubię go, ale muszę uczciwie przyznać, że jego rola w Jak zostać królem to aktorska perełka.


Lata trzydzieste XX wieku. Rozwój techniki sprawił, że król musi nie tylko ładnie wyglądać na koniu, ale również wygłaszać transmitowane przez radio przemówienia. Tymczasem syn starego króla się jąka. Leczenia podejmuje się ekscentryczny, samozwańczy logopeda - przeuroczy luzak. Jego pacjent to skrępowany etykietą, zakompleksiony sztywniak.  Film o tym, jak tych dwóch tak bardzo różnych ludzi się zaprzyjaźnia.

Chociaż jest to film historyczny, nie ma inscenizacyjnego zadęcia - siermiężność przedwojennego Londynu pokazana jest bez żadnego makijażu. nawet dwór królewski przaśny i pachnie stęchlizną. Czuć wprawdzie w tym filmie dotyk Hollywoodu i cechujący tego typu produkcje dydaktyzm, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Film jest tak dobrze zagrany i ma tak rewelacyjnie napisaną listę dialogową, że na takie drobiazgi nie zwraca się zupełnie uwagi.


Nominację do Oscara ma również drugi obejrzany przeze mnie w tym tygodniu film Pogorzelisko.

Też dobry film, ale ...

Historia zaczyna się 35 lat temu, w południowym Libanie, gdy na oczach Nawad bracia zabijają jej ukochanego, palestyńskiego uchodźcę (rodzina jest wprawdzie katolicka, ale "honor" rodziny jest w tamtych stronach rozumiany tak samo jak u muzułmanów). Zaraz po tej scenie, przenosimy się na koniec tej opowieści, do Kanady. Po śmierci Nawad osierocone przez nią bliźniaki dowiadują się, że zgodnie z jej ostatnią wolą, zanim wyryją jej imię na nagrobku, muszą wcześniej odnaleźć swojego brata (o którego istnieniu nie wiedzieli) i odszukać ojca (do tego momentu, byli przekonani, ze dawno nie żyje). Śledząc ich poszukiwania poznajemy okrutną historię tamtego konfliktu. Film kończy się w momencie gdy wyjaśnione są wszystkie wątki.

Zgodnie z przesłaniem filmu, bohaterom tej opowieści prawda przyniosła wyzwolenie. Jak dla mnie w tym miejscu film skręca w dydaktycznie ckliwy i nieprawdziwy kierunek. Dzieciom Nawad i innym bohaterom tej opowieści, będzie trudno żyć z prawdą którą odkryli. I dalszy ciąg, tym razem ich losów, będzie wprawdzie nie tak okrutny, ale równie przejmujący. Ale te wątpliwości dotyczą tylko zakończenia, czyli kilku ostatnich minut tego filmu. W niczym nie zmienia to faktu, że film jest niesamowity.  

 

niedziela, 23 stycznia 2011
Klątwa ducha remontu

Mam spory problem.

W dodatku nie mogę skorzystać z podsuwanego przez naszą klasę polityczną uniwersalnego sposobu radzenia sobie w tego typu sytuacjach, czyli poszukaniem kogoś na kogo można zwalić winę, tylko muszę go rozwiązać.

Okazało się, że to nie było zapchane szambo, tylko rura kanalizacyjna. Co gorsza hydraulikom nie udało się jej odetkać. Tak, że póki co mogę korzystać tylko z jednej łazienki - kuchnię i drugą łazienkę (tą nową i śliczną), mam nieczynną. Według pan hydraulika jedynym wyjściem jest przerobienie kanalizacji. Ale ponieważ podobno już za dwa lata ma być na mojej ulicy kanalizacja miejska, zanim coś postanowię, muszę ustalić w jaki sposób będę mogła się do niej w przyszłości podłączyć.

Najprościej byłoby gdyby rura ściekową "wychodziła"  z działki pomiędzy tymi dwoma licznikami gazowymi. Z tym, że wtedy,  cokolwiek teraz nie zrobię, nie będzie mogło być w przyszłości wykorzystane (szambo jest dokładnie z drugiej strony domu).


Może się jednak okazać, że z powodu tego gazu, kanalizacja będzie musiała okrążyć cały dom i iść po  przeciwległym boku działki  (przy czym jest to na tyle długi odcinek, że aby zachować wymagany spadek, konieczne byłoby zrobienie "przepompowni"). Gdyby podłączenie do miejskiej kanalizacji musiało być wykonane w ten sposób, nie warto byłoby  robić teraz prowizorek, tylko od razu zrobić porządnie, poczynając od wymaganych dzisiaj przy "wyjściu" z domu studzienek retencyjnych.  

Myślałam, że na chwilę odpocznę od remontu. Ale wszystko wskazuje na to, że ciąży nade mną jakaś klątwa.

Z przyjemniejszych rzeczy - wreszcie skończyłam Sumka. Zaczęłam w listopadzie. Wczoraj zblokowałam.


I jest!


Włóczka to kupione u Myszopticy urugwajskie merino (10 dkg).

Teraz się rozdwajam. W domu podłubię Iglełudzika, a do torby wezmę  czerwony szal z kauni lace.


A na najbliższych Szarotkach odbieram od Myszopticy kolejną włóczkę, tym razem Cascade heather na cardigan.

Z myślą o wiośnie zakochałam się w Mya. W oryginale jest zrobiona z Noro w wersji na swetry. Kosztowałoby to majątek. Ale Gackowa zrobiła sweter z Noro w wersji skarpetkowej i wyszło świetnie. Jest też i problem z wzorem. Zamieszczony jest w książce która kosztuje 17$ (+przesyłka) - nie znalazłam żadnego pojedynczego wzoru podobnego swetra. Ale sweter jest tak cudny, że będę dalej szukać. Albo pokombinuję, bo muszę go mieć!



W tym tygodniu mam za sobą ciekawą obserwację uczestniczącą. Musiałam z mamą obejść kilka banków - wszystkie obok siebie, w jednym pasażu niedawno zbudowanych bloków. Pierwszy bank BPH. Coś co można było załatwić wg mnie w 10 minut, zajęło panu który nas obsługiwał pół godziny,  mają chyba wolny system i może dlatego szybciej się nie dało. Drugi to Bank Śląski. Też nikogo w nim nie było. Obsłużono nas bardzo szybko, wyszłyśmy po 5 minutach. Trzeci bank to PKO BP. Tłok, kolejka. Spędziłyśmy tu prawie godzinę. Nie rozumiem dlaczego przynajmniej część z ich klientów, nie skorzysta z oferty sąsiednich banków ( tym pasażu, było jeszcze kilka innych).

Na koniec o  kinie.

Soul kitchen ma dobrą opinię, nie wiem dlaczego. Film tylko potwierdza, że coś takiego jak "niemiecka komedia" nie istnieje.


W adaptowanym dawnej hali fabrycznej, młody Grek prowadzi wyszynk (z uwagi na menu: frytki, hamburgery i piwo, trudno to nazwać knajpą). I biedak nie wie co ma zrobić  czy jechać w ślad za swoją dziewczyną do Szaghaju, czy bronić knajpy, którą z uwagi na atrakcyjny teren chce przejąć krwiożerczy kapitalista. Postacie jak z komiksu. Dialogi też. Słowem bawarski wdzięk. A podobno jest to komedia.


Film Ajmami był w zeszłym roku nominowany do Oscara w kategorii film nieanglojęzyczny, trudno zrozumieć dlaczego przegrał z Sekretem jej oczu.


Jeszcze jeden film, w którym równolegle opowiedzianych jest kilka przeplatających się wzajemnie wątków. Tytułowa Ajami to dzielnica Jafy. Opowieść snuje się  wokół losu dwóch młodych Arabów, którzy być może rozwiązali by swoje problemy - jeden z nich został wyznaczony przez sąsiedni klan jako ofiara w toczonej wojnie klanowej i jedynym sposobem by to odkręcić, jest zapłacenie "odstępnego", drugi chciałby sfinansować matce przeszczep szpiku  - gdyby zdobyli astronomiczną sumę pieniędzy. Jedyną szansą jest pójście na skróty, co wiąże się to z dużym ryzykiem, tyle że w Jafie samo życie obarczone dużym ryzykiem.  I dotyczy to wszystkich mieszkańców, zarówno Żydów, Arabów jak i katolików. Nie ma też żadnej strategii, która gwarantowała by w miarę bezpieczne przeżycie. I o tym jest ten bardzo smutny, ale i bardzo dobry film. 

 

piątek, 21 stycznia 2011
Niemcy na peryferiach Europy Karl-Markus Gauß

Kolejna przeczytana przeze mnie książka Karla-Markusa Gauß'a

Tak jak w tytule - o mniejszości niemieckiej, a raczej o tym co z niej zostało, na Litwie, Słowacji i Krymie. I tak jak zawsze u Gauß'a - ciekawie. Chociaż tym razem, ponieważ temat mnie za bardzo nie pociągał, wzięłam do ręki tę książkę tylko z uwagi na autora.

 

Najbardziej wciągnęła mnie opowieść o Litwie. Po to by wytłumaczyć sytuację żyjącej tam mniejszości niemieckiej (składającej się z czterech grup, o bardzo różnym rodowodzie), autor przywołuje historie Litwinów, Żydów, a o Polakach cisza. Dziwnie się to czyta – nawet nie wiedziałam, że tak jestem przywiązana do "polskości" Litwy. Nie miałam też pojęcia, że historia Litwy w XX wieku jest aż do tego stopnia poplątana.

Niesamowita jest historia Wolfskinder – bezdomnych dzieci błąkających się po Litwie pod koniec II wojny (ojcowie zamordowani, lub wywiezieni, matki często umierały z wycieńczenia, oddając dzieciom ostatni  kęs). Przygarniali je chłopi, widząc w nich niewolniczą siłę roboczą, następnie za przyzwoleniem radzieckich władz "zacierali" ich metryki, tak że Wolfskinder tracili szanse na odnalezienie przez krewnych z Niemiec. Ci co byli wówczas na tyle duzi, że mieli świadomość swojego pochodzenia, z nostalgią wspominają jedyne czasy gdy byli szczęśliwi – czyli III Rzeszę. I tak po ludzku trudno im się dziwić.

A tak na marginesie przewalającej się przez Polskę dyskusji o kolejnej książce T. Grossa, ciekawi mnie jak sobie na Litwie radzą z tym, że nigdzie indziej w Europie wymordowanie Żydów nie przebiegało w tak szybkim tempie. Ta intensywność wynikła z tego, że Niemcy mieli na to mało czasu, Litwa co i rusz przechodziła z rak do rąk, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie to, że "działali" wespół zespół z miejscową ludnością.

Z kolei opowiadając o mniejszości niemieckiej na Krymie, Gauß beznamiętnie pokazuje repatriacyjną kwadraturę koła. Niemcy którym udało się wyjechać, nie umieli się odnaleźć w swojej ojczyźnie i czytając o świecie z którego wyjechali,  trudno się temu dziwić - byli skazani na porażkę. Ale to samo można powiedzieć o bardzo kosztownych programach niemieckiego rządu, których ambitnym celem było zatrzymanie tych co nie wyjechali. Ciekawe. Zwłaszcza, że w Polsce też co jakiś czas powraca pomysł repatriacji.

Bohaterami opowieści dziejącej się w Spiszu są tak naprawdę słowaccy Cyganie. Niemców spotkał tam niewielu i chociaż to z nimi Gauß rozmawiał, opisując to co widzi, co i rusz porusza problem Romów.  Bo jak to powiedział jeden z rozmówców

Hitler, ten ludobójca, wymordował Żydów, którzy zbudowali tutaj najpiękniejsze fabryki, ale idiota, zapomniał o Romach, którzy to wszystko niszczą.  

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli