niedziela, 30 stycznia 2011

Na odcinku zapchanej rury cisza. Powoli przyzwyczajam się, że nie mogę korzystać ze zlewu w kuchni, ani z drugiej łazienki. Wprawdzie są firmy które pod ciśnieniem przepchają każdą rurę (nawet taką w której zastygł beton), ale w tym przypadku prawdopodobnie skoczyłoby się to na rozsadzeniu tej rury. Z kolei z planów wynika (wskazuje to też położenie szamba), że rura prawdopodobnie idzie pod domem, czyli odkopanie i wymiana zapchanego odcinka, też nie za bardzo wchodzi w grę. Dopiero jak dostanę odpowiedź jak może być  poprowadzone podłączenie do miejskiej kanalizacji będę dalej myśleć - z tym, że i tak taka możliwość będzie najwcześniej w 2012 roku.

W tym tygodniu odbyło się spotkanie, inicjujące starania by Janeczka została patronem szkoły. Na początku zabrał głos jej mąż - słuchając tej opowieści smutno robiło się na duszy, że tego typu rody odchodzą do historii. W dodatku zawsze było w tych ludziach tak dużo służby, a tak mało autoreklamy, że w przestrzeni publicznej można bezkarnie, samozwańczo mówić o sobie "żoliborska inteligencja". Efekt taki, że dziś ten termin brzmi pejoratywnie. Potem  gdy zabrali głos inni mówcy, miałam możliwość obserwowania jak powstaje fikcja historyczna. Słuchając ich wystąpień przecierałam uszy ze zdumienia. W jednym się z nimi zgadzałam - ci którzy ją znali, wygrali los na loterii. Ale Janka była urocza we wszystkim - nie tylko w zaletach, również w swoich wadach i słabostkach. Nie rozumiem dlaczego mówiąc o zmarłych  od razu uderza się w patos, buduje spiżowy pomnik.   

Rozpracowuję moją "Myajkę". Tak będzie szedł jej korpus:

Kołnierz robiony na okrągło, rzędy skrócone, zawracanie w punkcie "A".

Myślałam o nowocześnie zrobionych rękawach - jak to się robi jest opisane tu i tu. Ale okazuje się, że już wymyślono coś nowego. Dziunia wynalazła to. A "to" się robi od dołu, a potem przyłącza do reszty skróconymi rzędami - czyli zero problemów z "pasowaniem" główki.

Potrzeba ok 1000 metrów włóczki. Noro skarpetkowe jest za cienkie, nieskarpetkowe drogie, po drugie kupowane na ebayu może po drodze "zaginąć" (doświadczył tego ostatnio Gumiś),  Magic się mechaci.

Myśląc o mojej Myajce, męczę sie z Iglełudzikiem. Tym razem nie umiem pokonać łączenia wełen - w wywijanym golfie z gładkiej wełny złączenie nitek powinno być niewidoczne. Obejrzałam na Youtubie kilka instruktażowych filmików - w praktyce żaden sposób nie wypalił.

Widziałam dwa świetne filmy. I tylko po to by je zobaczyć, zostałam na kawałek weekendu w Wwie, czego bardzo nie lubię. A wszystko przez to, że w tym tygodniu poza jednym dniem kiedy byłam umówiona na dokończenie podłóg, każdego dnia po pracy miałam jeszcze jakieś spotkanie, czy coś do załatwienia. I ani razu nie udało mi się tego zgrać z jakimś filmem. Dlatego gdy w piątek wyszłam od fryzjera, poczułam taki głód kina, że zrezygnowałam z jechania do domu. Zanim w sobotę rano wsiadłam w pociąg, też zhaczyłam o kino. I tak mam zaległości, w dodatku "uciekł"  mi film Szukając Eryka.

Nie wyobrażam sobie innego werdyktu jury niż Oscar dla Colin Firth. Nie lubię go, ale muszę uczciwie przyznać, że jego rola w Jak zostać królem to aktorska perełka.


Lata trzydzieste XX wieku. Rozwój techniki sprawił, że król musi nie tylko ładnie wyglądać na koniu, ale również wygłaszać transmitowane przez radio przemówienia. Tymczasem syn starego króla się jąka. Leczenia podejmuje się ekscentryczny, samozwańczy logopeda - przeuroczy luzak. Jego pacjent to skrępowany etykietą, zakompleksiony sztywniak.  Film o tym, jak tych dwóch tak bardzo różnych ludzi się zaprzyjaźnia.

Chociaż jest to film historyczny, nie ma inscenizacyjnego zadęcia - siermiężność przedwojennego Londynu pokazana jest bez żadnego makijażu. nawet dwór królewski przaśny i pachnie stęchlizną. Czuć wprawdzie w tym filmie dotyk Hollywoodu i cechujący tego typu produkcje dydaktyzm, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Film jest tak dobrze zagrany i ma tak rewelacyjnie napisaną listę dialogową, że na takie drobiazgi nie zwraca się zupełnie uwagi.


Nominację do Oscara ma również drugi obejrzany przeze mnie w tym tygodniu film Pogorzelisko.

Też dobry film, ale ...

Historia zaczyna się 35 lat temu, w południowym Libanie, gdy na oczach Nawad bracia zabijają jej ukochanego, palestyńskiego uchodźcę (rodzina jest wprawdzie katolicka, ale "honor" rodziny jest w tamtych stronach rozumiany tak samo jak u muzułmanów). Zaraz po tej scenie, przenosimy się na koniec tej opowieści, do Kanady. Po śmierci Nawad osierocone przez nią bliźniaki dowiadują się, że zgodnie z jej ostatnią wolą, zanim wyryją jej imię na nagrobku, muszą wcześniej odnaleźć swojego brata (o którego istnieniu nie wiedzieli) i odszukać ojca (do tego momentu, byli przekonani, ze dawno nie żyje). Śledząc ich poszukiwania poznajemy okrutną historię tamtego konfliktu. Film kończy się w momencie gdy wyjaśnione są wszystkie wątki.

Zgodnie z przesłaniem filmu, bohaterom tej opowieści prawda przyniosła wyzwolenie. Jak dla mnie w tym miejscu film skręca w dydaktycznie ckliwy i nieprawdziwy kierunek. Dzieciom Nawad i innym bohaterom tej opowieści, będzie trudno żyć z prawdą którą odkryli. I dalszy ciąg, tym razem ich losów, będzie wprawdzie nie tak okrutny, ale równie przejmujący. Ale te wątpliwości dotyczą tylko zakończenia, czyli kilku ostatnich minut tego filmu. W niczym nie zmienia to faktu, że film jest niesamowity.  

 

niedziela, 23 stycznia 2011
Klątwa ducha remontu

Mam spory problem.

W dodatku nie mogę skorzystać z podsuwanego przez naszą klasę polityczną uniwersalnego sposobu radzenia sobie w tego typu sytuacjach, czyli poszukaniem kogoś na kogo można zwalić winę, tylko muszę go rozwiązać.

Okazało się, że to nie było zapchane szambo, tylko rura kanalizacyjna. Co gorsza hydraulikom nie udało się jej odetkać. Tak, że póki co mogę korzystać tylko z jednej łazienki - kuchnię i drugą łazienkę (tą nową i śliczną), mam nieczynną. Według pan hydraulika jedynym wyjściem jest przerobienie kanalizacji. Ale ponieważ podobno już za dwa lata ma być na mojej ulicy kanalizacja miejska, zanim coś postanowię, muszę ustalić w jaki sposób będę mogła się do niej w przyszłości podłączyć.

Najprościej byłoby gdyby rura ściekową "wychodziła"  z działki pomiędzy tymi dwoma licznikami gazowymi. Z tym, że wtedy,  cokolwiek teraz nie zrobię, nie będzie mogło być w przyszłości wykorzystane (szambo jest dokładnie z drugiej strony domu).


Może się jednak okazać, że z powodu tego gazu, kanalizacja będzie musiała okrążyć cały dom i iść po  przeciwległym boku działki  (przy czym jest to na tyle długi odcinek, że aby zachować wymagany spadek, konieczne byłoby zrobienie "przepompowni"). Gdyby podłączenie do miejskiej kanalizacji musiało być wykonane w ten sposób, nie warto byłoby  robić teraz prowizorek, tylko od razu zrobić porządnie, poczynając od wymaganych dzisiaj przy "wyjściu" z domu studzienek retencyjnych.  

Myślałam, że na chwilę odpocznę od remontu. Ale wszystko wskazuje na to, że ciąży nade mną jakaś klątwa.

Z przyjemniejszych rzeczy - wreszcie skończyłam Sumka. Zaczęłam w listopadzie. Wczoraj zblokowałam.


I jest!


Włóczka to kupione u Myszopticy urugwajskie merino (10 dkg).

Teraz się rozdwajam. W domu podłubię Iglełudzika, a do torby wezmę  czerwony szal z kauni lace.


A na najbliższych Szarotkach odbieram od Myszopticy kolejną włóczkę, tym razem Cascade heather na cardigan.

Z myślą o wiośnie zakochałam się w Mya. W oryginale jest zrobiona z Noro w wersji na swetry. Kosztowałoby to majątek. Ale Gackowa zrobiła sweter z Noro w wersji skarpetkowej i wyszło świetnie. Jest też i problem z wzorem. Zamieszczony jest w książce która kosztuje 17$ (+przesyłka) - nie znalazłam żadnego pojedynczego wzoru podobnego swetra. Ale sweter jest tak cudny, że będę dalej szukać. Albo pokombinuję, bo muszę go mieć!



W tym tygodniu mam za sobą ciekawą obserwację uczestniczącą. Musiałam z mamą obejść kilka banków - wszystkie obok siebie, w jednym pasażu niedawno zbudowanych bloków. Pierwszy bank BPH. Coś co można było załatwić wg mnie w 10 minut, zajęło panu który nas obsługiwał pół godziny,  mają chyba wolny system i może dlatego szybciej się nie dało. Drugi to Bank Śląski. Też nikogo w nim nie było. Obsłużono nas bardzo szybko, wyszłyśmy po 5 minutach. Trzeci bank to PKO BP. Tłok, kolejka. Spędziłyśmy tu prawie godzinę. Nie rozumiem dlaczego przynajmniej część z ich klientów, nie skorzysta z oferty sąsiednich banków ( tym pasażu, było jeszcze kilka innych).

Na koniec o  kinie.

Soul kitchen ma dobrą opinię, nie wiem dlaczego. Film tylko potwierdza, że coś takiego jak "niemiecka komedia" nie istnieje.


W adaptowanym dawnej hali fabrycznej, młody Grek prowadzi wyszynk (z uwagi na menu: frytki, hamburgery i piwo, trudno to nazwać knajpą). I biedak nie wie co ma zrobić  czy jechać w ślad za swoją dziewczyną do Szaghaju, czy bronić knajpy, którą z uwagi na atrakcyjny teren chce przejąć krwiożerczy kapitalista. Postacie jak z komiksu. Dialogi też. Słowem bawarski wdzięk. A podobno jest to komedia.


Film Ajmami był w zeszłym roku nominowany do Oscara w kategorii film nieanglojęzyczny, trudno zrozumieć dlaczego przegrał z Sekretem jej oczu.


Jeszcze jeden film, w którym równolegle opowiedzianych jest kilka przeplatających się wzajemnie wątków. Tytułowa Ajami to dzielnica Jafy. Opowieść snuje się  wokół losu dwóch młodych Arabów, którzy być może rozwiązali by swoje problemy - jeden z nich został wyznaczony przez sąsiedni klan jako ofiara w toczonej wojnie klanowej i jedynym sposobem by to odkręcić, jest zapłacenie "odstępnego", drugi chciałby sfinansować matce przeszczep szpiku  - gdyby zdobyli astronomiczną sumę pieniędzy. Jedyną szansą jest pójście na skróty, co wiąże się to z dużym ryzykiem, tyle że w Jafie samo życie obarczone dużym ryzykiem.  I dotyczy to wszystkich mieszkańców, zarówno Żydów, Arabów jak i katolików. Nie ma też żadnej strategii, która gwarantowała by w miarę bezpieczne przeżycie. I o tym jest ten bardzo smutny, ale i bardzo dobry film. 

 

piątek, 21 stycznia 2011
Niemcy na peryferiach Europy Karl-Markus Gauß

Kolejna przeczytana przeze mnie książka Karla-Markusa Gauß'a

Tak jak w tytule - o mniejszości niemieckiej, a raczej o tym co z niej zostało, na Litwie, Słowacji i Krymie. I tak jak zawsze u Gauß'a - ciekawie. Chociaż tym razem, ponieważ temat mnie za bardzo nie pociągał, wzięłam do ręki tę książkę tylko z uwagi na autora.

 

Najbardziej wciągnęła mnie opowieść o Litwie. Po to by wytłumaczyć sytuację żyjącej tam mniejszości niemieckiej (składającej się z czterech grup, o bardzo różnym rodowodzie), autor przywołuje historie Litwinów, Żydów, a o Polakach cisza. Dziwnie się to czyta – nawet nie wiedziałam, że tak jestem przywiązana do "polskości" Litwy. Nie miałam też pojęcia, że historia Litwy w XX wieku jest aż do tego stopnia poplątana.

Niesamowita jest historia Wolfskinder – bezdomnych dzieci błąkających się po Litwie pod koniec II wojny (ojcowie zamordowani, lub wywiezieni, matki często umierały z wycieńczenia, oddając dzieciom ostatni  kęs). Przygarniali je chłopi, widząc w nich niewolniczą siłę roboczą, następnie za przyzwoleniem radzieckich władz "zacierali" ich metryki, tak że Wolfskinder tracili szanse na odnalezienie przez krewnych z Niemiec. Ci co byli wówczas na tyle duzi, że mieli świadomość swojego pochodzenia, z nostalgią wspominają jedyne czasy gdy byli szczęśliwi – czyli III Rzeszę. I tak po ludzku trudno im się dziwić.

A tak na marginesie przewalającej się przez Polskę dyskusji o kolejnej książce T. Grossa, ciekawi mnie jak sobie na Litwie radzą z tym, że nigdzie indziej w Europie wymordowanie Żydów nie przebiegało w tak szybkim tempie. Ta intensywność wynikła z tego, że Niemcy mieli na to mało czasu, Litwa co i rusz przechodziła z rak do rąk, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie to, że "działali" wespół zespół z miejscową ludnością.

Z kolei opowiadając o mniejszości niemieckiej na Krymie, Gauß beznamiętnie pokazuje repatriacyjną kwadraturę koła. Niemcy którym udało się wyjechać, nie umieli się odnaleźć w swojej ojczyźnie i czytając o świecie z którego wyjechali,  trudno się temu dziwić - byli skazani na porażkę. Ale to samo można powiedzieć o bardzo kosztownych programach niemieckiego rządu, których ambitnym celem było zatrzymanie tych co nie wyjechali. Ciekawe. Zwłaszcza, że w Polsce też co jakiś czas powraca pomysł repatriacji.

Bohaterami opowieści dziejącej się w Spiszu są tak naprawdę słowaccy Cyganie. Niemców spotkał tam niewielu i chociaż to z nimi Gauß rozmawiał, opisując to co widzi, co i rusz porusza problem Romów.  Bo jak to powiedział jeden z rozmówców

Hitler, ten ludobójca, wymordował Żydów, którzy zbudowali tutaj najpiękniejsze fabryki, ale idiota, zapomniał o Romach, którzy to wszystko niszczą.  

niedziela, 16 stycznia 2011
Z okazji rozpoczęcia nowego roku

Nowy rok zaczynam zawsze dopiero po swoich urodzinach. A ponieważ w tym roku roku urodziny zrobiłam  tydzień po terminie, stąd ten poślizg.

W urodziny siadłyśmy przy stole (przydało się, że jest rozkładany, bo trochę się tych ciotek zleciało), na którym synek postawił przygotowany przez siebie egzotyczny poczęstunek. Było miło. W roli niezaplanowanej atrakcji wieczoru  wystąpił niepodziewany atak alergii pokarmowej  u jednej z ciotek (natychmiast uformował się rescue team: m.in. jedna wyguglowała, że może to nawet grozić śmiercią, a  następnego dnia okazało się, że dowodziła ta, która wypiła najwięcej wina). Spuentowało to wszystko szambo, które się zapchało - takie uroki prowincji.

Jak to przy stole, jednym z tematów rozmowy była dieta. Najbardziej spektakularny sukces odniosła ciotka, która połączyła budwigowy olej z dietą bezglutenową. Ona już mogłaby jechać na wakacje.


Dostałam też na ten temat książkę:

Do książki dołaczona jest płyta z pozytywnym oprogramowaniem umysłu. Przeczytałam że po przejściu tego kursu będę jadła co chcę i chudła. Czyż to nie piękne? 

Całość przekazu podważa jedynie to, że autor ma to samo do powiedzenia na każdy temat. A jak mówi znana reklama: "jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego".


Zastanawiam się nad wgraniem do swojej głowy oprogramowania Paula McKenna jeszcze z jednego powodu - autor ostrzega, by nie robić tego w przypadku depresji klinicznej. Wprawdzie wymienia ją jednym tchem z prowadzeniem samochodu i obsługą ciężkich maszyn, więc nie wiadomo o co mu z tą "depresją kliniczną" chodzi, ale nie zmienia to faktu, że jakąś deprechę mam.

W taką pogodę głęboko zapada zdanie wypowiedziane przy urodzinowym stole "już nie mamy się do czego spieszyć". A świat widziany z tej perspektywy, jest jeszcze brzydszy niż na tym zdjęciu.


 

Będę musiała zmienić moje czytelnicze zwyczaje - nie czytam dwóch książek na raz, a sytuacja mnie do tego zmusza. Dostałam ostatnio kilka ksiażek - cegieł, noszenie ich przy sobie jest wprawdzie - zważywszy na rozmiar moich torebek - możliwe, ale nie budzi to mojego entuzjazmu. Na zdjęciu stoją nieprzeczytane książki z ubiegłorocznego stosiku, "leżą" ostatnie nabytki, na zdjęciu brakuje jeszcze biografii Kaliny Jędrusik (też cegła).


Z czytelnictwem jest źle, ale chyba nie tragicznie. Jakiś czas temu na targu w Brwi pojawił się pan z kilkoma kartonami używanych książek. Obserwuje jak powoli rozkręca się jego biznes, ma juz stałych odbioców, realizuje zamówienia. W zasadzie nigdy nie stoi sam. Powoli ze swoimi rozmowami o książkach wrasta w brwinowski targ.

piątek, 14 stycznia 2011
Zrób sobie raj

Zrób sobie raj Mariusza Szczygła

Największym moim zastrzeżeniem do najnowszej książki M. Szczygła jest to, że - cytując mego synka - to nie ta sama liga co Gottland. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron miałam ochotę odłożyć książkę przecierając ze zdumienia oczy, że M. Szczygieł popełnił coś tak niemrawego. Potem się to trochę rozkręca, ale jest to raczej książka pełna ciekawych detali, niż wartka opowieść - ta się niestety rwie.

Rzecz o współczesnych Czechach, w których autor jest zakochany, ale z którymi  - gdy pisze o ich prześmiewczej, z naszego punktu bluźnierczej postawie wobec Boga i religii - ma problem. Chwilami czułam, że gdy opowiada do czego nasi południowi sąsiedzi są na tym polu  zdolni, to sam się kryguje, przeprasza w ich imieniu, tłumaczy, tak by polski czytelnik za bardzo się na nich nie oburzał i nie wzdrygał. Jak by sam nie wierzył w to, że można żyć bez Boga, czy tęsknoty za Bogiem.

Ale jak wcześniej pisałam, książka naszpikowana jest bajecznie ciekawymi anegdotami, pełno w niej ciekawych faktów, postaci. Google pozwoliło mi jeszcze ubogacić to moje czytanie, np.   po przeczytaniu reportażu o Janie Saudku, obejrzałam jego zdjęcia, sprawdziłam jak wygląda najzabawniejsza kobieta w Czechach - Halina Pawlowska czy popatrzyłam na instalacje Dawida Cernego (wojskowe oczy z trudem znosiły widok tego różowego czołgu i gdy zdarzyła się ku temu okazja,  wojsko schowało go do muzeum i przemalowało z powrotem na zielono. Myślało że ma problem z głowy - ale szykując sie do wizyty generałów z Nato musiało znów przemalować, bo ich goście chcieli sfotografować się ze słynnym różowym czołgiem).

Dlatego to nie tak, że nie warto przeczytać tej książki. Tyle, że nie jest drugi Gottland, tylko jego namiastka.

Chociaż książka koncentruje się na współczesności, jest i trochę historii. Czułam niedosyt czytając o naszym dumnym wkroczeniu z bratnią pomocą w 1968 roku. Podobała mi się też opowieść z czasów, gdy na mapie była jeszcze Czechosłowacja. W tamtych czasach, obok poważnej  Karty 77, było też Stowarzyszenie O Weselszą Przyszłość .

Zaczęli od "Biegu aleją Więźniów Politycznych o wypuszczenie więźniów politycznych". Mieli slogan: "Dziś biegniemy za was, jutro my za nas!".

Bardzo przypadła mi to gustu taka akcja tego Stowarzyszenia:

Ponieważ między różnymi grupami antykomunistów istniały napięcia i rywalizacja, zaprosili liderów poszcze­gólnych ruchów do piaskownicy. Wszyscy - pod hasłem „Każdy na swoim piasku" - dostali łopatki, wiaderka i musieli ulepić swoje babki. Kiedy babki były gotowe, znienacka przyjechał wóz z piachem, który im je zasypał razem z całą piaskownicą, co miało uświadomić, jak ich spory są miałkie.- Pamiętam - mówi Barbora Stepanova - gdy po­szliśmy do Vaclava Havla, miał w domu jakichś zagra­nicznych gości, a my spytaliśmy jego żonę: „Pani Olgo, może Vaclav iść z nami do piaskownicy?". Olga z surową miną spojrzała na zegarek i powiedziała: „Dobrze, ale za godzinę ma być w domu".


Przeczytałam też uroczą, cieniutką książeczkę Angus od snów. Wydana przez Znak w serii Mity, w której  miały być drukowane ksiązki współczesnych autorów do których się w ramach międzynarodowego projektu zwrócono się z prośbą o reinterpretację wybranych przez siebie mitów. Sprawdziłam w Biblionetce, że Znak wydał w tej serii:

Anna In w grobowcach świata Olga Tokarczuk
Brzemię: Mit o Heraklesie i Atlasie Jeanette
Winterson
Hełm grozy WiktorPielewin
Krótka historia mitu Karen Armstrong
Penelopiada Margaret Atwood

i zrezygnował. Może nie najlepiej się to sprzedawało?

Angus to w celtycki bóg miłości, dawca snów, uosobienie młodości. Syn boga Dagdy, który podstępnie zapłodnił podstępnie Boanne, rzucajac zaklęcie na czas ciąży i połogu na jej męża Elkmara. Elkmar obudził się dopiero wówczas, gdy Dagda porwał Angusa i oddał go na wychowanie swojemu drugiemu synowi. Angus długo nie wiedział kto jest jego ojcem.  Sprawiedliwość na koniec zwycięża, Angus odbiera ojcu władzę (też podstępem). Czyli jest w tym micie wszystko co trzeba.

W książce, opowieść o mitycznym Angusie przeplata się ze współczesnymi historiami, w których pojawiają się motywy zaczerpnięte z mitu o Angusie (np. młodszy brat dowiaduje się, ze jego ukochany starszy brat rusza w daleki świat, dziecko odkrywa że ktoś inny jest jego ojcem).

Wszystko to miło i lekko napisane, tyle, że tak jakoś za łatwo spływa jak po kaczce.

poniedziałek, 10 stycznia 2011
Cytat roku

To niesprawiedliwe by już 4 stycznia padł cytat roku (poznałam go dzięki Staśce, która umieściła go na Fejsie). Pani z PKP w TVP1:

Apelowaliśmy do pasażerów, żeby przełożyli sylwestrowe wyjazdy i powroty na inny termin. Bezskutecznie.

Przeglądając blogowe podsumowania minionego roku filmowego, uświadomiłam sobie, że kilka filmów "przeszło mi bokiem". Pognałam więc do kina.

Nie wybierałam się na Wyjście przez sklep z pamiątkami, bo w recenzjach przeczytałam że nie dość że o graficiarzu, to jeszcze paradokument, czego w kinie nie lubię. A tymczasem to naprawdę świetny film.

Tak do końca nie wiadomo gdzie w tym filmie przebiega granica między fikcją a dokumentem, na ile Banksy identyfikuje się z bohaterem tego filmu, Mr Brainwashe'em. Jest on kompulsywnym operatorem kamery video, który pewnego dnia, przez przypadek  zderza się ze street art'em (jeden z jego krewnych uprawia ten gatunek sztuki) i  zaczyna go dokumentować. A gdy jego twórcy wchodzą na salony najlepszych domów aukcyjnych, sam również postanawia zostać artystą.

Sekret jej oczu to nastrojowy kryminał

Bardzo miły film - tyle, że z gatunku tych "do kotleta". Ale ponieważ oglądałam go w kinie, a nie w telewizji i drutów w ręku nie miałam, to czasu trochę może i szkoda. Emerytowany śledczy powraca do popełnionej 25 lat temu zbrodni, by wyjasnić to, co przez te lata nie dawało mu spokoju. Banalne, tyle że miło się w tym filmie do siebie uśmiechają.

Z tegorocznych premier zobaczyłam Hadewijch. Wygląda na to (filmowe zwiastuny), że Romana Gutka  zafascynowało kino metafizyczne. Może nastepne filmy będą lepsze?

 

Współczesna Francja. Dziewczyna z bogatej, arystokratycznej, lodowatej emocjonalnie rodziny,  wierzy trochę zbyt żarliwie - nie potrafiąć poradzić sobie ze swoją seksualnością, popada w mistycyzm (a raczej wydaje jej się, że idzie w tym kierunku). Ze swoją histeryczno - neurotyczną wiarą nie znajduje miejsca w katolickim klasztorze i zaprzyjaźnia się z islamskimi fundamentalistami. Temat na film bajecznie ciekawy. Tyle, że dobry film to coś więcej niż sam temat. A z tą całą resztą gorzej.

 

Kończąc noworoczne podsumowania, małpujac inne robótkowe blogi, tez zrobiłam kolaż swoich prac z 2010. Patrząc na to zdjęcie, przestałam się dziwić, dlaczego marzną mi uszki i paluszki.

Sumek troszeczkę przybrał - jest już go 17/22, czyli zobaczyłam światło w tunelu. Na Szarotkach doenergetyzowałam się drutowo i planów mam znów, że ho ho.

Nie tylko Sumek zauważalnie przybrał, ja również. W urodziny pojechałam do Olki grać w Scrabbla, nie widziała mnie od kilku miesięcy i w gdy zobaczyła mnie wtaczającą się przez drzwi, zapytała czy  czasem nie przeszkadza mi moja nadwaga.

Następnego dnia w Wysokich obcasach przeczytałam o cudownej diecie - 5 słoiczków dziecięcego żarcia dziennie. W myślach przeszłam już od poniedziałku na tę dietę i w weekendowy popas na wsi u Ańćki nie odmawiałam sobie niczego. Na Szarotkach dowiedziałam się o tym ile taki maly słoiczek kosztuje (taniej wychodzi obżeranie się ostrygami) i  wróciłam do punktu wyjścia. Tyle że z przywiezionym ze wsi zdjęciem choinki Ańćki.

 

Jeszcze tylko w tym tygodniu urodzinowy babski sabacik i zaczynam realizację noworocznych postanowień.

piątek, 07 stycznia 2011
Trzy biografie

Pierwsza to zupełna pomyłka.

Pomysł na wydaną przez PIW książkę o Zbyszku Cybulskim był taki, by zwrócić się do kilkudziesięciu osób które go znały, o napisanie o nim krótkiego wspomnienia. Nadesłane teksty zostały potem chronologicznie ułożone, tak że książka rozpoczyna się od wspomnień tych, którzy poznali go w dzieciństwie. Tyle, że pomysłodawcy książki błędnie założyli, że znajomość ze Z. Cybulskim automatycznie uskrzydla literacko.

Trochę anegdot, jak w każdej tego typu książce, da się wyłuskać. Ale nie dlatego przeczytałam ją do końca. Bawiło mnie coś innego. Z. Cybulski oprócz tego, że był aktorem kilku świetnych ról filmowych, był alkoholikiem, złym mężem, żadnym ojcem (co nie przeszkadzało mu, być osobą głęboko wierzącą). No i  ponieważ o zmarłych trzeba pisać dobrze, urocze jest, jak eufemistycznie, z jaką galanterią poprawności politycznej, ci którzy znali go w dorosłym życiu,  o "tym" piszą.   

Druga biografia bardzo ciekawa, z tym że chociaż czyta się z zainteresowaniem, to jednak bez przyjemności.

Jeżeli ktoś uważa, że o zmarłych nie można pisać źle, nie powinien zabierać się za pisanie  o nich książek - Olga Havlova była człowiekiem, nie aniołem. W dodatku, autor czasami gubi się też w szczegółach, czasami z biografii robi się kronika i im bliżej naszych czasów, tym ogólniej i nudniej - o ile do 1989 roku czasami aż się dłuży, to czas po 1989 pełen jest ogólników, półsłówek  i niedomówień (tu przeszkadzała mi moja śladowa wiedza o Czechach).

Tak jak w tytule - opowieść o niezwykłym życiu ciekawej kobiety, która ciekawie żyła w ciekawych czasach. Książka jest o niej, historia jest tu tylko tłem, tak samo z reszto jak i jej mąż.  Pochodzili z bardzo różnych środowisk. Ona z  praskiej biedoty, nawet nie skorzystała z trampoliny, jaką dla ludzi z jej środowiska  było skończenie studiów, miała tylko maturę. On popełnił mezalians, był wówczas zakochany, jego matka nie, co Olga boleśnie odczuła.  Oboje związali się z teatrem, on jako dramatopisarz, ona by być blisko niego, zatrudniła się jako bileterka. Po podpisaniu Karty 77 przeszli na zawodowe dysydenctwo. I wprawdzie to jej mąż zrobił karierę, ale też nie jest tak, że była tylko "dodatkiem" do niego.

Z ciekawostek. Czeska bezpieka miała specyficzne "poczucie humoru"  Np. w czasie nieobecności Karela Bartoszka, sygnatariusza Karty 77, za namową bezpieki, przedsiębiorstwo pogrzebowe dostarczyło do mieszkania trumnę z jego nazwiskiem. Zobaczyły ją jego dzieci, gdy wróciły ze szkoły. Motyw z trumną, czy zakładem pogrzebowym był używany nie raz. W ten sposób "zachęcali" ludzi do emigracji, skutecznie - ludzie wyjeżdżali.


Trzecia to perełka. Ale też i bardzo specyficzna.


Cudowny zbiór anegdot, dowcipnych komentarzy. O muzyce, muzykach, autorze i zgrzebnej rzeczywistości. Wojciech Mann ma nie tylko cudowny głos, pióro ma tak samo świetne. M.in. dowiedziałam się, o co chodzi w piosence Moon river z tym "my huckleberry friend" - wyjaśnienie jest banalne: autor odwołał się do wspomnienia z dzieciństwa, gdy z przyjacielem chodził zbierać borówki amerykańskie (czyli: huckleberries).


 

środa, 05 stycznia 2011
Książkowo

W Blogosferze czas podsumowań.  W poprzednim odcinku zamieściłam moje filmowe resumé. W tym o książkach. Patrząc na listę przeczytanych książek, jak na dłoni widać, że czytam co mi wpadnie w rękę, a że nie czytam za dużo, to dobrych książek nie ma na tej liście zbyt wiele.

Zrobiłam listę książek, które według mnie warto przeczytać (pięć pierwszych miejsc nie przypadkowych, reszta "jak leci").

Oto Pavel Śmierć pięknych saren

Wanda Konarzewska Inna wśród innych

Jozef Škvorecký Batalion czołgów

Ian McEvan Na plaży Chesil

Sylwia Chutnik Dzidzia

Wasilij Aksimow Moskwa Kwa-Kwa

Ian McEvan Betonowy Ogród

Philip Marsden Dom na Kresach

Jonh Irwing Ostatnia noc w Twisted River

Arudhati Roy Bóg małych rzeczy

Marek Edelman I była miłość w Getcie

Gisele Parssinos Twarz muśnięta smutkiem

Carl-Henning Wijkmark Nadchodzi noc

Karl-Markus Gauß Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie

Chimamanda Ngozi Adichie Fioletowy hibiskus

Elina Hirvonen Przypomnij sobie

Jhumpa Lahiri Imiennik

Janusz Głowacki Good night Dżerzi

Na liście jest 18 książek. Nie jest tak, że przeczytanie pozostałych 59 uważam za stratę czasu. Ale w niektórych wypadkach, sama się sobie dziwię, że cierpliwie dobrnęłam do końca.

Zrobiłam też trochę statystyki:

- z tych 77 książek 40 to kupione w 2010 roku, 12 pożyczone z biblioteki, 10 pożyczone od innych, reszta to domowe zapasy.

- najwięcej  przeczytałam polskiej literatury (25 książek), drugie miejsce ex aequo zajęły Czechy i USA (9).

Czuję się jak weteran ogłaszanych przez Padmę wyzwań literackich - brałam udział we wszystkich. I chociaż tylko raz nie udało mi się zrealizować planu, nauczona doświadczeniem, nie robię już "sztywnych" list, bo nie zawsze udało mi się dotrzeć do książek, które myślałam, że mam na wyciągnięcie ręki.

I tak.

Mam w domowy stosiku, to przeczytam:

Jáchym Topol Nocna praca

Jest pod bokiem, w bibliotece, więc pewnie przeczytam:

Klaus Hermann Noc zapada nad Babilonem

Jose Donoso Plugawy Ptak nocy

Mark Haddon Dziwny przypadek psa jeżdżącego koleją

Elie Wiesel Noc

Z  listy chciałabym jeszcze przeczytać:

Italo Calvino Jeśli zimową nocą podróżny

Pascal Mercier Nocny pociąg do Lizbony

Amos Oz Nie mów noc

Virginia Woolf Noc i dzień

Dzięki tym wyzwaniom dowiedziałam sie o istnieniu kilku fajnych książek. Po przeczytaniu recenzji Montgomerry już sobie wynotowałam:

Dag Solstad Noc profesora Andersena

I dlatego z przyjemnościa zaczynam.

niedziela, 02 stycznia 2011
Z nowym krokiem

Tak jak co roku, w Nowy Rok tradycyjnie wybrałam motto - pierwsze zdanie mojego horoskopu. Tym razem najbardziej  spodobało mi się pierwsze zdanie horoskopu z Wirtualnej Polski:

Miłe Koziorożce ten nowy 2011 rok zapowiada się bardzo optymistycznie. Dotyczy to sfery spraw zawodowych oraz uczuciowych.

Musiałam szukać, bo pierwsze zdanie z horoskopu na Onecie mnie lekko zmroziło:

Szykuje się ciekawy rok dla Koziorożców ...

A ja -  jeżeli mogę wybierać - wolę mniej ciekawy, a bardziej stabilny. Czego sobie życzę. O "ciekawość" wolę się sama zatroszczyć i nie zdawać się w tym na los.

W Sylwestra grałam w brydża. Miałam na sobie ogrodniczki, bo można w nich bezkarnie jeśc i nic nie "pije". Jedynie Nefas się odstroił.


Jak nie grałam w karty, to robiłam na drutach. Co i rusz, jak tylko wejdę na jakiś zaprzyjaźniony blog przemyka mi przez głowę myśl - też to chcę mieć. Ostatnio zachwycił mnie cynamonowy sweterek Rene, Do tego wełna Noro - po tym jak wzięłam ją u Gumisia do ręki, zrozumiałam dlaczego tak zachwyca. Ale w ramach pracy nad sobą postanowiłam skończyć to co zaczęłam.  Na razie mam na drutach Sumka. Ciężko. Na dzień dzisiejszy mam zrobione 14/24 (a jak by starczyło włóczki to warto by robić dalej, wtedy 14/26).

W tym tempie (a były Święta, więc miałam trochę czasu) to może zdążę na styczniowe Szarotki  (są 16 stycznia).

Zaliczyłam kolejną filmową wtopę.

Pseudointelektualne science fiction. Niewyobrażalny gniot. Tytułowy Nemo budzi się w 2092 roku, ludzie są wówczas nieśmiertelni (z tym, że nie Nemo). Wybudzony ze śpiączki analizuje swoje życie i odkrywa, że są takie momenty gdy przypadek decyduje o tym, co wybieramy, gdybyśmy wybrali coś drugiego, zdarzyłoby coś innego. Prawda jakie odkrywcze?  Jedyne co wyróżnia ten film i co sprawia, że tak szybko go nie zapomnę, to soczewki kontaktowe jakie noszą wszyscy aktorzy - mają przeraźliwie wyłupiasto  błękitne oczy. Ilustracją zdehumanizowania świata przyszłości jest pytanie audiotele, czy Nemo ma mieć możliwość przedłużenia życia, czy nie przeszkadzać mu w umieraniu - kochany reżyserze przyjedź do nas, gdzie głosuje się, czy kogoś ekshumować czy nie ...

W ostatni dzień roku jadąc na Sylwestra zahaczyłam jeszcze o kino, by podelektować oko.


 

O romansie Chanel i Strawińskiego. Ona piękna i pięknie ubrana - stylistka w tym filmie była dużo lepsza niż w Coco, dzięki czemu łatwo zrozumieć fenomen Chanel. Muzyka Strawińskiego jako tło też ładnie podana. Sam film bardzo wolny, akcji mało, dialogów też nie za wiele. Z gatunku dla "koneserów". Do pooglądania. Ale wycisza  i uspakaja. Ja odpoczęłam.

Przy okazji moje małe filmowe podsumowanie.  Tak źle to jeszcze nie było. W tym roku, był w kinie tylko 45 razy, w dodatku często wychodziłam zniesmaczona. Chyba nie tylko ja narzekam. Na Filmwebie  pierwsze miejsce zajął film The Social Network. Nie jest to zły film. Ale bez przesady.  W moim prywatnym rankingu pierwsze miejsce zajął  irański film Co wiesz o Elly. Z naszego "kurnika" niezły był jeszcze Lourdes, Czeski błąd, z zastrzeżeniem, że nie poszłam na kilka podobno świetnych, ale dla mnie zbyt mocnych filmów, takich jak Prorok, Głód czy Liban. I to by było na tyle (ciekawy i poruszający był  jeszcze Kabulu Kid, tyle że to stary film, a część jego uroku to ta jego "afgańskość").

Do kolekcji tegorocznych choinek, dodaję zdjęcie choinki Mońka:

i drapaka Gumisia (w komórce mam jeszcze mms z choinką Ańćki, ale kabel od komórki gdzieś wcięło).

 

I dwóch noworocznych postanowień, które kopiuję z poprzednich wpisów:

1. Będę robić na drutach tylko to, w czym będę później chodzić

2. Nie będę traciła czasu na beznadziejne książki

Dopisuję jeszcze tylko jedno, ale najtrudniejsze do realizacji:

3. Zamiast gadać o odchudzaniu, po prostu schudnę

I z nowym rokiem zaczynam nowym krokiem.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli