niedziela, 29 stycznia 2012
Non omnis moriar

Krążą w sieci tysiące naszych zdjęć, tylko zazwyczaj o tym nic nie wiemy.

Córka Joanny,  przeglądając na Facebooku album zdjęć o Warszawie zobaczyła moje zdjęcie. Moim zdaniem nie jest to rok 1969 (tak głosi podpis), ale 2-3 lata później.  Ale na tym zdjęciu jestem ja. Jak ona mnie poznała - nie mam pojęcia.

Wysłałam do autora tych zdjęć taki list:

Cześć

Zupełnie przez przypadek ktoś powiedział, że jestem na twoich zdjęciach. Jestem. Chodzi o te z albumu "Warszawa" - Hippisi na Starym Mieście (1969). Rozczuliłam się, bo z tego okresu nie mam zdjęć. Masz ich więcej? Kalina

i czekam na odpowiedź.

Te zdjęcia to efekt niedzieli w Milanówku.

Zanim siadłam do stołu (a Joanna gotuje dobrze, tak dobrze, że znowu zjadłam dużo za dużo) poszłam z nią na spacer. Tuż przy stacji zbudowano blok mieszkalny. Fajny, bo inny.

Gdyby wszystkie bloki były takie ładne ...

Tuż obok wystawiono na sprzedaż odrestaurowany dom

Czeka na kupca już trzy lata. Nie dziwię się, ze nikt go nie chce kupić. 

Z Ficiakiemznowu tylko lekko "drgnęło". W tym tygodniu wykończyłam dół i myślę teraz o rękawach. Ale jedno zostało już przesądzone - podstawowym elementem dekoracyjnym będzie rulonik.

 

Coraz mniej mam serca do Ficiaka. Wełna Zitron Tweed też mnie nie zachwyca. Dojrzałam chyba do kolejnej chusty. Z kinem dalej nie daję sobie rady z nadmiarem. Kilka filmów "znikło", mam nadzieję że jeszcze wypłyną. Więcej niż dwa razy w tygodniu nie daję rady. I też nie jestem do końca przekonana, co do swoich wyborów.  

Musimy porozmawiać o Kevinie

Nie urzekł mnie ten film. Takie ni to, ni sio.  

Nie jest to dramat społeczny, bo opowiadana w tego typu filmach historia musi być prawdopodobna, a tu zadbano tylko o tzw. ogólny wydźwięk, o realia już nie. Chociażby to, że przez całe dzieciństwo Kevina, nie dająca sobie z nim rady matka, boryka się z tym sama, nie szuka pomocy terapeutów, lekarzy (wizyta u lekarza ogólnego, z uwagi na skalę problemów, to trochę mało). I tego typu zarzutów można pod adresem tego filmu sformułować wiele więcej, ale wówczas opowiedziałabym film.

Nie jest to też horror, chociaż momentami klimatem przypomina Rosemary baby.  

Zrobiło się o tym filmie głośno, z uwagi na temat. Tymczasem wcale nie uważam, że opowiada o matce, która nie potrafi pokochać swojego dziecka. To, że Kevin wyrósł na aspołecznego typa, ponieważ został odrzucony przez matkę jest tylko jedną z możliwych hipotez. Równie dobrze mógł urodzić się już z takim defektem i potem otoczenie mogło tylko bezradnie się przyglądać jak rośnie monstrum.  Która wersja była bliższa sercu reżysera nie wiadomo, bo chociaż film trwa dwie godziny, nie poznajemy bliżej żadnego z bohaterów tego dramatu. Snują się bezradnie po ekranie, czekając aż w końcu coś się stanie. To się staje. I film się kończy.

Amador

Lubię takie film, ale nikogo nie zachęcam. Bo jest dość specyficzny. Jeden wątek, w którym niewiele się dzieje. A w dodatku, to ci się dzieje jest więcej niż przewidywalne.

O emigrantach  z Ameryki Południowej w Hiszpanii. Młoda dziewczyna podejmuje się opieki nad śmiertelnie chorym, który chwilę potem umiera. By nie stracić pracy, zakrywa go prześcieradłem i o gra dalej swoją rolę.

Oczywiście można się czepiać, że smród rozkładającego się w 40-stopniowym upale ciała nie można neutralizować dezodorantem. Ale to nie o to w tym filmie chodzi. Jeszcze jedna opowieść o zagubionych. Ale bez moralizowania. Więc miło się ogląda. Choć gdyby nie było aż tak rozwlekle, byłoby milej.

Bilety już do raju kupione. Ale to jeszcze nie tak za chwilę. A ponieważ gdzieś przeczytałam i zapamiętałam, że gdy koncentrujemy się na czymś co ma się zdarzyć dopiero w przyszłości, czas niepotrzebnie przyspiesza i mamy go jeszcze mniej. Dlatego chwilowo odkładam myślenie o tym na półkę. Ale zapowiada się bajkowo.



 

czwartek, 26 stycznia 2012
Przeczytane (2)

Artur Domosławski Kapuściński non-fiction

(stosik)



I co co było tyle hałasu?

Dostałam tę książkę od synka pod choinkę rok temu, ale przez pamiętną, toczącą się wokół niej awanturę, podchodziłam do niej jak do jeża. Zupełnie niesłusznie. Solidnie, dobrze napisana biografia. A że nie hagiografia? Po przeczytaniu tej książki, straciłam sympatię do awanturującej się w sądzie wdowy  - kolejna zapomniana żona, której po śmierci męża nie wystarczył spadek, ale chciała też wreszcie zaistnieć w publicznej przestrzeni (za życia nawet jego bliscy znajomi nie wiedzieli o jej istnieniu). Słowem nie wiem o co ta awantura, bo o  życiu osobistym Kapuścińskiego jest w tej książce bardzo niewiele, tyle tylko by zrozumieć kolejne etapy jego kariery. 

Bez emocji czytałam też rozważania o tym, ile fikcji jest w jego dokumentach. W czasach Photoshopa, gdy nawet zdjęcia nie są prawdziwe, można go co najwyżej uznać za prekursora.

O tym co tak rozpalało pióra, współpracy z wywiadem, też jest w tej książce niewiele. Najwięcej o nim, jako autorze reportaży. Gdzie jeździł, o czym pisał, w jakich warunkach.

Bez szaleństw. Ale jak ktoś lubi jego reportaże,  warto przeczytać.

Dwa smaczki, mało wprawdzie zwiazane z Kapuścińskim, ale to własnie one "wpadły mi w oko": 

str. 113: „Uczestniczyłem w naradzie zetempowskiej, na której przewodniczący powiedział: Towarzysze, jest propozycja, żeby otworzyć okno. Niech towarzysze się wypowie­dzą ...".

 

str. 174: Rakowski: - Gomułka zbeształ  mnie za jakiś reportaż Kapuściń­skiego. Chodziło o dialog dwóch pań, w którym jedna radzi drugiej jak dawać chłopu. Było - że „na stojąco". - W partyjnym organie, na pierwszej stronie piszecie o tym, jak chłop obraca babę! - wrzeszczał Gomułka. A po chwili zapytał refleksyjnie: - Na stojąco? A czy to jest w ogóle możliwe? (Chodzi o reportaż Spokojna głowa gapy z 1959 roku i fragment: „Przypadkowo podsłuchuje rozmowę swoich uczennic: "Ty głupia, rób to na stojąco. Nie zajdziesz").



 

Jean- Marie Le Clézio Afrykanin

(z biblioteki)

Śliczne i nostalgiczne

Ojciec Jean-Marie Clézio był lekarzem, który tuż po skończeniu studiów wyjechał do Afryki i potem - z wyjątkiem dwóch krótkich urlopów (ślub, narodziny dziecka), nie odwiedzał starego kontynentu, wrócił dopiero jako emeryt. Po jednym z takich urlopów, latem 1939 roku wrócił do Afryki zostawiając we Francji żonę z kilkuletnim dzieckiem i świeżo urodzonym niemowlakiem. Wybuch wojny spowodował, że ich rozłąka z ojcem trwała bardzo długo – zobaczyli się dopiero po ośmiu latach. No i jak się łatwo można domyśleć, kontaktu ze sobą już nie złapali.

Po latach J. Clézio stara się zrozumieć ojca i łączące ich relacje. Spokorniały z wiekiem, już nie tak skory do łatwych, biało-czarnych sądów, zaczyna rozumieć nie tylko siebie, ale i ojca. W tle dzika Afryka I połowy XX-wieku. Przepiękne opisy – Afryka jest tu krainą z baśni. Przywołanie kadrów z dowolnego filmu, którego akcja dzieje się we współczesnej Afryce, pokazuje ile od tego czasu zostało bezpowrotnie zniszczone. Przy czym, ani na chwilę nie ociera się w tym wszystkim o kicz. 


niedziela, 22 stycznia 2012
Dzień Babci

Czasami, gdy po okresach życiowych flaut, następują takie spiętrzenia wydarzeń i sploty okoliczności,  że nawet w kinie by nikt w to nie uwierzył, żałuję, że nikt nie dokumentuje życia moich ciotek. Z tego co się teraz wydarzyło  morał taki, że w życiu jak w księgowości, to co w papierach winno odpowiadać rzeczywistości. Zbyt często zakładamy, że jeszcze się "zdąży". A tymczasem wypadki chodzą po ludziach.  Rozwody, rozdzielności majątkowe, notariusze - warto z tego korzystać, póki jest czas. Jednego tylko nie rozumiem, dlaczego tak często wypadki, które burzą wszystko, zdarzają się "za pięć dwunasta"?

Z tym, że z tym dokumentowaniem życia też nie jest łatwo. A przynajmniej ja mam teraz kłopot. Moja mama całe życie pisała pamiętniki i dopiero niedawno zaczęła je prowadzić w komputerze. Przy okazji przepisała do niego poprzednie lata swojego życia (myślę, że przy okazji nieźle je "skracając"). Niestety opanowała tylko edytor pod DOS-em. Teraz moim zadaniem jest wyeksportowanie tego do Windowsów (tata przed śmiercią zdążył to zrobić tylko do końca lat 70-tych). Znalazłam program który eksportuje pliki ChiWritera do Windowsów, ale przy takim eksporcie znikają wszystkie znaki diakrytyczne i "poprawianie" takiego tekstu jest czymś niewyobrażalnie czasochłonnym. Myślę dalej. Przepisanie pozostałych 30-lat do Worda zabrałoby wieki. Musi być na to jakiś myk.

Z kolei ja jako babcia, w dniu swojego święta zaprotestowałam - planowana na Wielkanoc wizyta wnuka ma trwać tylko tydzień i biorąc pod uwagę ilość "chętnych", czułabym jeden wielki niedosyt.  Mój protest został uwzględniony i  Anka zaproponowała w marcu wspólny wypad na Teneryfę.

Nie poszłam na Musimy porozmawiać o KevinieW ciemnościach, bo w weekend miał przyjechać Moniek i po obejrzeniu tego co grają w teatrach, chcialam coś dobrego "zostawić" na weekend. Moniek w końcu nie przyjechał, więc obejrzałam do końca Downton Abbey. Drugi sezon już nie jest tak dobry jak pierwszy, ale nie znam fajniejszego sposobu na weekend zimą, niż przy kominku, pod kołdrą, z herbatą na stoliczku. Ojej, jak ja lubię nic nie robić!   

Ficiak po wypraniu niestety nie rozciągnął się tak, jakbym chciała (jest za to ok. 20 cm za długi). Muszę zmienić koncepcję. Ponieważ jednak zrobiła się z niego trochę "szmateczka", postawiłam na wykończenia. Na razie zrobiłam ruloniki pod szyją. 




Code Blue

Tematem i klimatem trochę przypomina Pianistkę, tyle że Code Blue dzieje się w Skandynawii, więc to jak przeraźliwie boli oglądanie samotności głównej bohaterki jest nie do opisania.

Trzydziestokilkuletnia Marian pracuje jako pielęgniarka na oddziale dla terminalnie chorych. Uśmiechnie się, pogłaszcze, da zastrzyk by chory szybciej "przestał cierpieć", ale wszystko to odbywa się w ciszy, skupieniu i sterylnej czystości nowoczesnego szpitala.  Po pracy wraca do pustego, równie sterylnego jak jej miejsce pracy mieszkania, które zaludnia wytworami swojej wyobraźni. Śni i o pięknej romantycznej miłości. Dopóki śni jest tylko żałosna. Niestety idzie krok dalej i usiłuje swoje marzenia przeżyć na jawie. 

Chore skandynawskie psycho-macho.  Przejmujące sceny, niektóre pamiętam do dziś. Z tym, że ani na chwilę film mnie nie "porwał,  cały czas miałam świadomość, że jestem w kinie. A takie miałam oczekiwania gdy zobaczyłam w Gazecie 6 gwiazdek!

Oslo 31 sierpnia

Trzydziestokilkuletni Andreas ostatni rok spędził w ośrodku dla narkomanów. Zanim tam wylądował, latami trwonił swój kapitał społeczny, a miał go sporo: dobra praca, zamożna rodzina, powodzenie u kobiet. Gdy wytrzeźwiał, nie poradził sobie ze świadomością co zrobił ze swoim życiem, już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że nie czuje sie na siłach by zacząć wszystko od nowa.

Film opowiada o tym co robi na swojej pierwszej przepustce, towarzyszymy mu gdy odwiedza swoich przyjaciół, rodzinny dom, znajome kąty. powoli zaczynamy go troszeczkę  rozumieć - miał od czego uciekać.

Na tyle co na ten temat wiem, a trochę wiem, film jest bardzo prawdziwy. Ale chociaż  nie można się do niczego przyczepić: świetna gra, dialogi prawdziwe, to czegoś mu brak. Zbyt przypomina dokument? Mam alergię na Piotrusiów Panów? W każdym razie nie ma dla mnie w tym filmie tego "cuś".

Mój synek tym razem w Madrycie. Zamieścił na fejsie takie zdjęcie,  daje do myślenia.



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli