niedziela, 29 stycznia 2012
Non omnis moriar

Krążą w sieci tysiące naszych zdjęć, tylko zazwyczaj o tym nic nie wiemy.

Córka Joanny,  przeglądając na Facebooku album zdjęć o Warszawie zobaczyła moje zdjęcie. Moim zdaniem nie jest to rok 1969 (tak głosi podpis), ale 2-3 lata później.  Ale na tym zdjęciu jestem ja. Jak ona mnie poznała - nie mam pojęcia.

Wysłałam do autora tych zdjęć taki list:

Cześć

Zupełnie przez przypadek ktoś powiedział, że jestem na twoich zdjęciach. Jestem. Chodzi o te z albumu "Warszawa" - Hippisi na Starym Mieście (1969). Rozczuliłam się, bo z tego okresu nie mam zdjęć. Masz ich więcej? Kalina

i czekam na odpowiedź.

Te zdjęcia to efekt niedzieli w Milanówku.

Zanim siadłam do stołu (a Joanna gotuje dobrze, tak dobrze, że znowu zjadłam dużo za dużo) poszłam z nią na spacer. Tuż przy stacji zbudowano blok mieszkalny. Fajny, bo inny.

Gdyby wszystkie bloki były takie ładne ...

Tuż obok wystawiono na sprzedaż odrestaurowany dom

Czeka na kupca już trzy lata. Nie dziwię się, ze nikt go nie chce kupić. 

Z Ficiakiemznowu tylko lekko "drgnęło". W tym tygodniu wykończyłam dół i myślę teraz o rękawach. Ale jedno zostało już przesądzone - podstawowym elementem dekoracyjnym będzie rulonik.

 

Coraz mniej mam serca do Ficiaka. Wełna Zitron Tweed też mnie nie zachwyca. Dojrzałam chyba do kolejnej chusty. Z kinem dalej nie daję sobie rady z nadmiarem. Kilka filmów "znikło", mam nadzieję że jeszcze wypłyną. Więcej niż dwa razy w tygodniu nie daję rady. I też nie jestem do końca przekonana, co do swoich wyborów.  

Musimy porozmawiać o Kevinie

Nie urzekł mnie ten film. Takie ni to, ni sio.  

Nie jest to dramat społeczny, bo opowiadana w tego typu filmach historia musi być prawdopodobna, a tu zadbano tylko o tzw. ogólny wydźwięk, o realia już nie. Chociażby to, że przez całe dzieciństwo Kevina, nie dająca sobie z nim rady matka, boryka się z tym sama, nie szuka pomocy terapeutów, lekarzy (wizyta u lekarza ogólnego, z uwagi na skalę problemów, to trochę mało). I tego typu zarzutów można pod adresem tego filmu sformułować wiele więcej, ale wówczas opowiedziałabym film.

Nie jest to też horror, chociaż momentami klimatem przypomina Rosemary baby.  

Zrobiło się o tym filmie głośno, z uwagi na temat. Tymczasem wcale nie uważam, że opowiada o matce, która nie potrafi pokochać swojego dziecka. To, że Kevin wyrósł na aspołecznego typa, ponieważ został odrzucony przez matkę jest tylko jedną z możliwych hipotez. Równie dobrze mógł urodzić się już z takim defektem i potem otoczenie mogło tylko bezradnie się przyglądać jak rośnie monstrum.  Która wersja była bliższa sercu reżysera nie wiadomo, bo chociaż film trwa dwie godziny, nie poznajemy bliżej żadnego z bohaterów tego dramatu. Snują się bezradnie po ekranie, czekając aż w końcu coś się stanie. To się staje. I film się kończy.

Amador

Lubię takie film, ale nikogo nie zachęcam. Bo jest dość specyficzny. Jeden wątek, w którym niewiele się dzieje. A w dodatku, to ci się dzieje jest więcej niż przewidywalne.

O emigrantach  z Ameryki Południowej w Hiszpanii. Młoda dziewczyna podejmuje się opieki nad śmiertelnie chorym, który chwilę potem umiera. By nie stracić pracy, zakrywa go prześcieradłem i o gra dalej swoją rolę.

Oczywiście można się czepiać, że smród rozkładającego się w 40-stopniowym upale ciała nie można neutralizować dezodorantem. Ale to nie o to w tym filmie chodzi. Jeszcze jedna opowieść o zagubionych. Ale bez moralizowania. Więc miło się ogląda. Choć gdyby nie było aż tak rozwlekle, byłoby milej.

Bilety już do raju kupione. Ale to jeszcze nie tak za chwilę. A ponieważ gdzieś przeczytałam i zapamiętałam, że gdy koncentrujemy się na czymś co ma się zdarzyć dopiero w przyszłości, czas niepotrzebnie przyspiesza i mamy go jeszcze mniej. Dlatego chwilowo odkładam myślenie o tym na półkę. Ale zapowiada się bajkowo.



 

czwartek, 26 stycznia 2012
Przeczytane (2)

Artur Domosławski Kapuściński non-fiction

(stosik)



I co co było tyle hałasu?

Dostałam tę książkę od synka pod choinkę rok temu, ale przez pamiętną, toczącą się wokół niej awanturę, podchodziłam do niej jak do jeża. Zupełnie niesłusznie. Solidnie, dobrze napisana biografia. A że nie hagiografia? Po przeczytaniu tej książki, straciłam sympatię do awanturującej się w sądzie wdowy  - kolejna zapomniana żona, której po śmierci męża nie wystarczył spadek, ale chciała też wreszcie zaistnieć w publicznej przestrzeni (za życia nawet jego bliscy znajomi nie wiedzieli o jej istnieniu). Słowem nie wiem o co ta awantura, bo o  życiu osobistym Kapuścińskiego jest w tej książce bardzo niewiele, tyle tylko by zrozumieć kolejne etapy jego kariery. 

Bez emocji czytałam też rozważania o tym, ile fikcji jest w jego dokumentach. W czasach Photoshopa, gdy nawet zdjęcia nie są prawdziwe, można go co najwyżej uznać za prekursora.

O tym co tak rozpalało pióra, współpracy z wywiadem, też jest w tej książce niewiele. Najwięcej o nim, jako autorze reportaży. Gdzie jeździł, o czym pisał, w jakich warunkach.

Bez szaleństw. Ale jak ktoś lubi jego reportaże,  warto przeczytać.

Dwa smaczki, mało wprawdzie zwiazane z Kapuścińskim, ale to własnie one "wpadły mi w oko": 

str. 113: „Uczestniczyłem w naradzie zetempowskiej, na której przewodniczący powiedział: Towarzysze, jest propozycja, żeby otworzyć okno. Niech towarzysze się wypowie­dzą ...".

 

str. 174: Rakowski: - Gomułka zbeształ  mnie za jakiś reportaż Kapuściń­skiego. Chodziło o dialog dwóch pań, w którym jedna radzi drugiej jak dawać chłopu. Było - że „na stojąco". - W partyjnym organie, na pierwszej stronie piszecie o tym, jak chłop obraca babę! - wrzeszczał Gomułka. A po chwili zapytał refleksyjnie: - Na stojąco? A czy to jest w ogóle możliwe? (Chodzi o reportaż Spokojna głowa gapy z 1959 roku i fragment: „Przypadkowo podsłuchuje rozmowę swoich uczennic: "Ty głupia, rób to na stojąco. Nie zajdziesz").



 

Jean- Marie Le Clézio Afrykanin

(z biblioteki)

Śliczne i nostalgiczne

Ojciec Jean-Marie Clézio był lekarzem, który tuż po skończeniu studiów wyjechał do Afryki i potem - z wyjątkiem dwóch krótkich urlopów (ślub, narodziny dziecka), nie odwiedzał starego kontynentu, wrócił dopiero jako emeryt. Po jednym z takich urlopów, latem 1939 roku wrócił do Afryki zostawiając we Francji żonę z kilkuletnim dzieckiem i świeżo urodzonym niemowlakiem. Wybuch wojny spowodował, że ich rozłąka z ojcem trwała bardzo długo – zobaczyli się dopiero po ośmiu latach. No i jak się łatwo można domyśleć, kontaktu ze sobą już nie złapali.

Po latach J. Clézio stara się zrozumieć ojca i łączące ich relacje. Spokorniały z wiekiem, już nie tak skory do łatwych, biało-czarnych sądów, zaczyna rozumieć nie tylko siebie, ale i ojca. W tle dzika Afryka I połowy XX-wieku. Przepiękne opisy – Afryka jest tu krainą z baśni. Przywołanie kadrów z dowolnego filmu, którego akcja dzieje się we współczesnej Afryce, pokazuje ile od tego czasu zostało bezpowrotnie zniszczone. Przy czym, ani na chwilę nie ociera się w tym wszystkim o kicz. 


niedziela, 22 stycznia 2012
Dzień Babci

Czasami, gdy po okresach życiowych flaut, następują takie spiętrzenia wydarzeń i sploty okoliczności,  że nawet w kinie by nikt w to nie uwierzył, żałuję, że nikt nie dokumentuje życia moich ciotek. Z tego co się teraz wydarzyło  morał taki, że w życiu jak w księgowości, to co w papierach winno odpowiadać rzeczywistości. Zbyt często zakładamy, że jeszcze się "zdąży". A tymczasem wypadki chodzą po ludziach.  Rozwody, rozdzielności majątkowe, notariusze - warto z tego korzystać, póki jest czas. Jednego tylko nie rozumiem, dlaczego tak często wypadki, które burzą wszystko, zdarzają się "za pięć dwunasta"?

Z tym, że z tym dokumentowaniem życia też nie jest łatwo. A przynajmniej ja mam teraz kłopot. Moja mama całe życie pisała pamiętniki i dopiero niedawno zaczęła je prowadzić w komputerze. Przy okazji przepisała do niego poprzednie lata swojego życia (myślę, że przy okazji nieźle je "skracając"). Niestety opanowała tylko edytor pod DOS-em. Teraz moim zadaniem jest wyeksportowanie tego do Windowsów (tata przed śmiercią zdążył to zrobić tylko do końca lat 70-tych). Znalazłam program który eksportuje pliki ChiWritera do Windowsów, ale przy takim eksporcie znikają wszystkie znaki diakrytyczne i "poprawianie" takiego tekstu jest czymś niewyobrażalnie czasochłonnym. Myślę dalej. Przepisanie pozostałych 30-lat do Worda zabrałoby wieki. Musi być na to jakiś myk.

Z kolei ja jako babcia, w dniu swojego święta zaprotestowałam - planowana na Wielkanoc wizyta wnuka ma trwać tylko tydzień i biorąc pod uwagę ilość "chętnych", czułabym jeden wielki niedosyt.  Mój protest został uwzględniony i  Anka zaproponowała w marcu wspólny wypad na Teneryfę.

Nie poszłam na Musimy porozmawiać o KevinieW ciemnościach, bo w weekend miał przyjechać Moniek i po obejrzeniu tego co grają w teatrach, chcialam coś dobrego "zostawić" na weekend. Moniek w końcu nie przyjechał, więc obejrzałam do końca Downton Abbey. Drugi sezon już nie jest tak dobry jak pierwszy, ale nie znam fajniejszego sposobu na weekend zimą, niż przy kominku, pod kołdrą, z herbatą na stoliczku. Ojej, jak ja lubię nic nie robić!   

Ficiak po wypraniu niestety nie rozciągnął się tak, jakbym chciała (jest za to ok. 20 cm za długi). Muszę zmienić koncepcję. Ponieważ jednak zrobiła się z niego trochę "szmateczka", postawiłam na wykończenia. Na razie zrobiłam ruloniki pod szyją. 




Code Blue

Tematem i klimatem trochę przypomina Pianistkę, tyle że Code Blue dzieje się w Skandynawii, więc to jak przeraźliwie boli oglądanie samotności głównej bohaterki jest nie do opisania.

Trzydziestokilkuletnia Marian pracuje jako pielęgniarka na oddziale dla terminalnie chorych. Uśmiechnie się, pogłaszcze, da zastrzyk by chory szybciej "przestał cierpieć", ale wszystko to odbywa się w ciszy, skupieniu i sterylnej czystości nowoczesnego szpitala.  Po pracy wraca do pustego, równie sterylnego jak jej miejsce pracy mieszkania, które zaludnia wytworami swojej wyobraźni. Śni i o pięknej romantycznej miłości. Dopóki śni jest tylko żałosna. Niestety idzie krok dalej i usiłuje swoje marzenia przeżyć na jawie. 

Chore skandynawskie psycho-macho.  Przejmujące sceny, niektóre pamiętam do dziś. Z tym, że ani na chwilę film mnie nie "porwał,  cały czas miałam świadomość, że jestem w kinie. A takie miałam oczekiwania gdy zobaczyłam w Gazecie 6 gwiazdek!

Oslo 31 sierpnia

Trzydziestokilkuletni Andreas ostatni rok spędził w ośrodku dla narkomanów. Zanim tam wylądował, latami trwonił swój kapitał społeczny, a miał go sporo: dobra praca, zamożna rodzina, powodzenie u kobiet. Gdy wytrzeźwiał, nie poradził sobie ze świadomością co zrobił ze swoim życiem, już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że nie czuje sie na siłach by zacząć wszystko od nowa.

Film opowiada o tym co robi na swojej pierwszej przepustce, towarzyszymy mu gdy odwiedza swoich przyjaciół, rodzinny dom, znajome kąty. powoli zaczynamy go troszeczkę  rozumieć - miał od czego uciekać.

Na tyle co na ten temat wiem, a trochę wiem, film jest bardzo prawdziwy. Ale chociaż  nie można się do niczego przyczepić: świetna gra, dialogi prawdziwe, to czegoś mu brak. Zbyt przypomina dokument? Mam alergię na Piotrusiów Panów? W każdym razie nie ma dla mnie w tym filmie tego "cuś".

Mój synek tym razem w Madrycie. Zamieścił na fejsie takie zdjęcie,  daje do myślenia.



niedziela, 15 stycznia 2012
Zima

Przyszła zima. Przez brudną, niemytą od lata szybę wygląda tak:

Wyjaśniło się jedno - urodziny, które miałam tydzień temu były jeszcze jesienią. Teraz, jak już wreszcie ta zima przyszła, to albo będzie jej więcej, albo nici z obiecanego przez Ańćkę kuligu.

W sobotniej gazecie jest ostatni wywiad z Hanną Świdą - Ziębą, między innymi o tym obrastaniu w niepotrzebne rzeczy. Jeszcze przed przeczytaniem tego wywiadu, doszłam do wniosku że za dużo mnie "oblepia" - tyle że nie rzeczy, bo z tym sobie dobrze radzę, ale różnych umów. Impulsem do tych rozważań był list z Cyfry+, zawiadamiający o podwyżce abonamentu, która akurat u mnie zbiegła się dodatkowo z końcem promocji. Zamiast 34 złotych, mam teraz płacić 52 zł/miesięcznie. Tymczasem, każda złotówka wydana na Cyfrę, która jest na  mojej czarnej liście bandyckich firm, boli (wpisałam ją na tę listę, gdy okazało się, że to że gdy na dworze pada deszcz lub wieje zanika sygnał to "nie jest ich problem"). Jak rozwiązać ten problem nikt nie wie, wzywani z ogłoszenia magicy mieli tylko jeden pomysł: wymianę konwertera i nic nie zmieniało. A że podpisana umowa rzecz święta, to czy jest sygnał czy nie, płacić muszę (do wyboru jest jeszcze Polsat, ale tylko Cyfra+ ma Ale kino). Teraz, z uwagi na zmianę wysokości abonamentu, mogę przed czasem zrezygnować z umowy. Mam do środy czas na decyzję, ale powoli coraz bardziej skłaniam się do całkowitego zrezygnowania z telewizji cyfrowej. Już od dawno nie włączam TVN24, a jak będę chciała, to oglądanie Downton Abbey mogę dokończyć w necie. 

W necie szaleństwo konkursów na "Blog roku". Nie startuję, bo nie lubię zawodów, w których z góry wiem, że przegram. Z tego samego powodu  nie "odebrałam" wygranego iPada:

Z tym, ze zawsze jak rezygnuję z tego typu zawodów, przypominam sobie, że mama Beaty wysłała tylko dwa sms-y i wygrała BMW. 

Kapa powoli idzie do przodu (zrobiłam dwa kolejne kwadraciki - obecny stan w kwadratach to 26/45. Za to duży skok nastąpił w tym tygodniu na odcinku Ficiaka.


Zadowolona jestem z pomysłu zrobienia swetra z wełny superwash (Zitron Tweed) - póki co nic się nie mechaci. Tyle, że po zmoczeniu robota "urosła"  mniej więcej o 1/3 - w tym konkretnym przypadku bardzo mi to było na rękę, ale jednak to wyjątkowa sytuacja. Nabrałam też szydełkiem "źle" zrobione oczko i mimo wyprania, został bardzo widoczny ślad. I teraz jestem zła, że nie sprułam, gdy była to tylko kwestia kilkunastu rzędów.

Filmów do obejrzenia zatrzęsienie, a tymczasem w tym tygodniu było mi wyjątkowo nie po drodze do kina. Zobaczyłam jedynie Powrót do domu.

Dla koneserów. Opowieść o trzech siostrach, które po śmierci opiekującej się nimi babci,  zostają same w rodzinnym domu  (ich rodzice zginęli wiele lat wcześniej). Jest leniwe ciepło lato i taki jest i ten film. Całe mnóstwo w nim dłużyzn, są one przemyślane i dodają uroku, ale nie każdy to lubi. Mnie ten film o wyfruwaniu z rodzinnego gniazda się podobał.


piątek, 13 stycznia 2012
Przeczytane (1)

Elllis Amburn  Perła. Obsesje i namiętności Janis Joplin

(pożyczona od Marka, w rewanżu za danie mu w prezencie biografii K. Richardsa))



Przeczytałam bardzo kiepską biografię Janis Joplin. Chociaż z drugiej strony  już sam tytuł zapowiadał, że nie będzie to książka o Janis Joplin, tylko o jej obsesjach i namiętnościach. A że kręciły ją używki i seks, to i o tym jest ta książka: gdzie, ile czego zażyła i z kim poszła do łóżka. W dodatku jest to napisane bardzo chaotycznie, na każdym kroku czytelnik bombardowany jest kolejną listą nazwisk  - zatrzymywałam się gdy udało mi się wyłowić z takiej listy kogoś znanego (np. Hendrix, Morrisom, Clapton). Z uwagi na charakter "pasji i namiętności” J. Joplin zasadne jest też pytanie, na ile w tego typu książkach można przekraczać barierę intymności.

Autor tej książki miał trochę pod górkę: w latach 90-tych, gdy pisał tę książkę rodzina J. Joplin odmawiała współpracy z obcymi, chcąc sama zagospodarować pamięć po Zmarłej, a ci do których dotarł, często niewiele pamiętali z lat, gdy byli na ciągłym „haju”. Ale mam wrażenie, że autor mógł się bardziej „postarać” - ciągle jeszcze żyje sporo opisywanych w tej książce osób, 20 lat temu było ich jeszcze więcej i w książce nie ma śladu, wyjaśnienia dlaczego autor skontaktował się tylko z niektórymi z jej znajomych.  

Ciekawy jest  w tej książce opis tworzącego się  ”przemysłu muzyki młodzieżowej”.  A sama J. Joplin?  Mimo upływu lat jej śpiew dalej do mnie przemawia. Ale nie była ciekawą osobą, delikatnie rzecz ujmując miała „monstrualnie rozdęte ego”.

Urzekło mnie w tej książce zdanie, którym podobno zaczyna się biografia Billy Holiday:

„ Mama i tata byli po prostu parą dzieciaków, którzy się pobrali. On miał osiemnaście lat, a ona szesnaście, no a ja miałam wtedy 3 latka.”



Ewa Winnicka Londyńczycy

(stosik)



 

Zbiór reportaży o powojennej angielskiej emigracji – po drugiej wojnie światowej w Anglii zostało prawie 200 tys. Polaków.

Nie wszystkie z tych reportaży są na tym samym poziomie – jeden z najlepszych, o mężczyźnie który zamienił życie swojej nowej, powojennej rodzinie w piekło i do dziś jego córka nie wie, czy zawsze takim by, czy stał się takim pod wpływem wojennych przeżyć, o których nigdy nie mówił, a o których dowiedziała się usiłując zrozumieć kim był jej ojciec, był  kilka miesięcy wydrukowany w Dużym Formacie.  Świetnie jest też przedstawiona historia dwóch żon generała Andersa.

Książka w sumie bardzo smutna – poza pierwszą chwilą zauroczenia, Anglicy nie traktowali polskiej emigracji zbyt życzliwie. Ale też i jasno z tej ksiązki widać, ze jeżeli chodzi o poziom klasy politycznej, kiedyś nie było lepiej, było tak samo. Misja posła Artura Górskiego, wpisuje się w ten ciąg:

Po jednym ze spotkań do sekretarza podszedł przewod­niczący John Forman i poprosił, by sekretarz sprawdził, kim są Polacy piszący do Ligi Monarchistycznej w Londynie listy, w których domagają się króla w Polsce.

-     Dostałem adres i telefon. Tak poznałem Artura Górskiego, który był wówczas ambitnym studentem. 

Międzynarodowa Liga Monarchistyczna zaprosiła Górskie­go do Londynu, by przybliżył swoją wizję monarchii w Polsce.

-     Wystraszyliśmy się wtedy trochę jego poglądów, które odczytaliśmy jako mocno narodowe.

Rozczarowanie było tym większe, gdy Artur Górski został już znanym posłem dużej polskiej partii Prawo i Sprawiedli­wość. Wtedy na posiedzeniu Sejmu zgłosił wniosek introni­zacji króla w Polsce. Jednak zamiast księcia Edwarda diuka Kentu zaproponował, by królem Polski został Jezus Chrystus z Nazaretu.\

Całkowitą klapa był dla mnie tylko jeden reportaż, o Polskim Skarbie Narodowym. Całe mnóstwo faktów, zdarzeń i nazwisk – odniosłam wrażenie, że tego co się wokół tego skarbu starczyłoby na kilkanaście filmów sensacyjno-przygodowych. Tyle, że skoro jest to historia na kilkaset stron, to próba zamknięcia ich w kilkunastu jest z góry skazana na niepowodzenie.



Erica Fischer Droga do Nieba

(stosik)



Podtytuł tej książki brzmi: Historie rodzinne. Z zamieszczonego na okładce biogramu autorki wynika, że Erica Fisher opowiada w niej historię swojej rodziny. Ale czyta się tę książkę jak powieść, nie jak wspomnienia. 

Dziadkowie Eriki Fischer, polscy Żydzi zginęli w Treblince. Matka przeżyła Zagładę, bo wyszła za Austriaka, z którym w 1939 roku wyjechała do Anglii. W 1948 roku jej rodzice wrócili do Wiednia, ale wojna raz na zawsze oduczyła ich bycia szczęśliwymi. E. Fisher opowiada historię swojej rodziny w chwili, gdy po śmierci matki, znika bez śladu jej brat (od początku zdaje sobie sprawę, że prawie na pewno popełnił samobójstwo) i jedzie do Wiednia zlikwidować rodzinne  mieszkanie.

Świetna książka,  nie tylko o życiu po Zagładzie, ale o życiu po katastrofie. A raczej o niemożności życia po przeżytej katastrofie. I o przekazywaniu tego genu następnym pokoleniom. 

niedziela, 08 stycznia 2012
Urodziny

Z okazji moich urodzin, przytaczam cudowną przypowieść, którą  przeczytałam w książeczce A. Hanuszkiewicza Zbyt duża różnica płci. 

W biednej wsi ormiańskiej uciekł chłopu w step ogier, jedyny żywiciel rodziny.

-  Jakiś ty biedny, jak nam cię żal - płakali nad nim jesz­cze biedniejsi sąsiedzi.

-  A skąd wiadomo, że jak ogier ucieka w step, to jest źle ? - zapytał, patrząc w niebo, chłop.

Sąsiedzi speszeni wrócili do domów. Na drugi dzień ogier przyprowadził ze stepu pięć ogierów.

-  Jakiś ty mądry, człowieku, a my tacy głupi, że ciebie ża­łowaliśmy. Masz teraz tak dobrze.

-  A skąd wiadomo, że sześć ogierów to jest dobrze? -znów patrząc w niebo odparł chłop.

Sąsiedzi już trochę rozeźleni opuścili jego chałupę. Na­stępnego dnia jedyny syn chłopa dosiadł największego ogiera, a ten zrzucił go z taką siłą, że chłopak złamał nogę i odwieziono go do szpitala. Sąsiedzi znów przybiegli...

-  Jakiś ty mądry, jaki mądry, wszyscyśmy się cieszyli jak jacy głupi, a ty...

-  A skąd wiadomo, że jak syn łamie nogę, to jest źle? -patrząc dalej w niebo powiedział sceptycznie chłop.

Sąsiedzi wrócili do swoich domów wściekli, klnąc głu­piego wieśniaka.

Na drugi dzień wybuchła wojna. Wszystkich młodych mężczyzn ze wsi wzięto do wojska, a syna chłopa relego­wano, bo miał złamaną nogę.

Słowem:  A skąd wiadomo, że bycie o rok starszą jest czymś złym?

 

Trzydniowy weekend spędziłam z ciotkami na wsi. Przyzwyczaiłam się, że moje urodziny zawsze miałam zimą, a w tym roku nie wiem, czy miałam je jeszcze jesienią, czy już wiosną. Zabrakło kilku dni śniegu, które mogłabym potraktować jako linię demarkacyjną.

Jak poszłyśmy na spacer, to wierzba była jesiennie łysa:


Ale trawa zielona:

Było całe mnóstwo pysznego żarcia i bardzo dużo brydża. W rolę tortu wcielił się tzw. śmietanowiec - czyli spód z biszkoptów + ubita śmietana 18% (z domieszka żelatyny) + mrożone wiśnie + galaretka wiśniowa na wierzch, żeby było ładniej.  


Przez te trzy dni był czas by obgadać wszystko nie raz, ale wiele razy i teraz wiem już wszystko co mam robić. Mieszkanie w takiej babskiej komunie mogłoby być bardzo fajne. Nie tylko dlatego, że łatwo by było o czwórkę do brydża.  Tyle, że ja ze swoim łakomstwem, bardzo szybko przestałabym się mieścić w drzwiach.

Naładowana pozytywną energią, mam ochotę na zmiany. Gorzej może być z realizacją, gdy napotkam na tzw. trudności obiektywne. Tak jak na przykład z bieganiem - chciałam pójść na swój pierwszy w życiu biegowy trening, ale od razu przycięto mi skrzydła, mówiąc, że do tego trzeba mieć specjalne buty. 

Prezenty to przede wszystkim książki:

Wszyscy się zachwycają opowiadaniami Alice Munro, będę miała okazję przekonać się, czy nie są przereklamowane, bo od razu dostałam trzy tomy.


Przez ten wyjazd nie byłam na Szarotkach. Ale trochę podgoniłam mojego Ficiaka i już widzę, że mógłby być obszerniejszy. 


 

Wychodzi z tego taka trochę "szmateczka". Pruć nie będę, ale już tak bardzo mi się ten pomysł nie podoba. 

Poczytałam blogowe podsumowania, wiele osób pisało, że w minionym roku cieszyli się urodzajem dobrych filmów. Może za bardzo kręcę nosem?  W każdym razie miesiąc przerwy to za dużo (ostatni raz byłam w kinie pod koniec listopada). W tym tygodniu weszły na ekrany trzy dobre filmy (W ciemności, Człowiek z Hawu, Powrót do domu), plakaty na mieście zapowiadają Porozmawiajmy o Kevinie. 

Nie wiem jak nadrobię zaległości. Zaczęłam od Dziennika zakrapianego rumem


Nostalgicznie przedstawione wczesne lata 60-te. Do Portoryko przyjeżdża z Nowego Jorku dziennikarz, zatrudnia się miejscowej gazecie i początkowo wszystko wskazuje na to, że szybko zapije się na śmierć. Ale chociaż prawie cały czas ma zmienioną świadomość, błyskawicznie orientuje się, że już za chwilę Karaiby stracą swoją dziewiczość i pochłonie je przemysł turystyczny - na wyspach są już ludzie którzy zwietrzyli świetny interes i nie mają żadnych skrupułów, by dopiąć swego budując betonowy hotelowy raj.

Słowem jeszcze jedna opowieść o kimś, kto występuje przeciwko złu otaczającego go świata. Na szczęście, pojedynek pijanego dziennikarza ze złymi kapitalistami przeplatany jest całym mnóstwem urokliwych scenek, często bardzo śmiesznych. Oglądanie filmu dodatkowo umila świetnie napisana lista dialogowa i dobre aktorstwo. A że z góry wiadomo jakie będzie zakończenie? Taki jest urok schematów amerykańskich filmów społecznych. 

 

Zanim obejrzę W ciemnościach, wybrałam się na Wymyk

Myślę że po Liście Schindlera i Pianiście Agnieszka Holland ma małe szanse na zdobycie Oskara. Ale jeżeli Robert Więckiewicz gra w jej najnowszym filmie tak dobrze, jak w Wymyku, to nie wierzę by jakiś aktor, bardziej od niego zasługiwał na Oskara. Trudno być od niego lepszym. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. 

Dosyć ciekawy obraz polskiej prowincji. Dwaj  bracia, prowadzą rodzinną firmę. Gdy jeden z braci zostanie napadnięty, drugi nie stanie w jego obronie. I jak to w tego typu filmach bywa, to zdarzenie uruchamia lawinę rodzinnej destrukcji.  

Film daje się oglądać - co w przypadku polskich filmów nie zdarza się często. Z tym, że w bardzo dużym stopniu jest to zasługa R. Więckiewicza, który swoją grą skutecznie  "przykrywa" niekonsekwencje scenariusza i liczne dłużyzny.  

niedziela, 01 stycznia 2012
Starym krokiem z nowym rokiem

Starym krokiem z nowym rokiem - za dużo Sylwestrów mam już za sobą, by sobie wmawiać życiowe zmiany.

Zerknęłam na zeszłoroczne postanowienia:

1. Będę robić na drutach tylko to, w czym będę później chodzić

2. Nie będę traciła czasu na beznadziejne książki

3. Zamiast gadać o odchudzaniu, po prostu schudnę

Trzecie to totalna porażka. Może nie jako noworoczne postanowienie, ale nadal pozostaje jako "zadanie do zrealizowania". 

W Sylwester, dość nieoczekiwanie, przyszło do mnie kilka osób. Był też i jamnik, na sporych dawkach środków uspakajających, ale i tak od czasu do czasu przypominał sobie o tym, że mamy Sylwestra i przerażony odpalanymi petardami, szczekał. 

Tradycyjnie przeczytałam horoskop na Onecie.

Urodzeni w 2. dekanacie mogą w tym roku odetchnąć, gdyż pozbawieni jakichkolwiek wpływów planetarnych, tych dobrych i – co ważne – tych złych, mogą wykazać się swą operatywnością, zdolnościami, wytrwałością, przedsiębiorczością.

Czyli podobno ma być lepiej, bo jak przeczytałam w tym horoskopie, najgorzej zapowiada się bieżący rok urodzonym w 3. dekanacie znaku: o tym, co ich czeka, mogą opowiedzieć, ci co taki zły okres mają za sobą, tzn.  urodzeni w 2. dekanacie znaku w roku ubiegłym. Coś mogę na ten temat powiedzieć, gdybym wierzyła w horoskopy, to tym z 3. dekanatu już bym współczuła. Bo nie wszystko w tym roku było fajne.

Ale były też i rzeczy wspaniałe - czas szybko płynie, wnuk jest już na etapie odkrywania frajdy samodzielnego jedzenia.


Od tego, że jest to czas podsumowań, trudno uciec. Korzystając z zamieszczanych przeze mnie na Raverly zdjęć wykonanych robótek zrobiłam Kolaż 2011. Podobnie jak w poprzednich latach, za dużo tego nie ma.

Wielkich planów na ten rok też nie mam. Na pewno chcę w tym roku skończyć kapę (w ostatnich dniach starego roku trochę popchnęłam tę robótkę do przodu). Miała mieć pięć rzędów, ale po zrobieniu dwóch, doszłam do wniosku, że może być to za dużo.

 Ańćka podsunęła mi pomysł by rozbudować sekcję "obramowania". 

 

Nie wiem czy na wersję "dużo obramowania"  starczy mi wełny (jest jednobarwne, trzeba dużo granatowej). Ale zobaczyłam już światełko w tunelu i prawdopodobnie grudzień 2012 przywitam z nową kapą.

Ostatnie podsumowanie dotyczy filmów. Nie pamiętam tak złego roku. z prawie 60-ciu filmów na których byłam w kinie, jedyny naprawdę świetny film to Rozstanie. Wrażenie zrobiła na mnie jeszcze  Melancholia i Kieł. Warto jeszcze wymienić jeszcze Ajami, z tym że nie tyle jest to aż tak dobry film, ile dobrze nakręcona ciekawa historia. Bo Pina Wendersa, to jednak film poza kategorią. Niewiele, jak na cały rok.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli