niedziela, 27 stycznia 2013
Zamarzłam

Coś nie tak.

Mało czytam. Rzadko chodzę do kina. Od miesiąca nie gram w brydża. Nie pamiętam takiej karnawałowej smuty. Patrząc z boku, to wygląda to tak, jakbym zamarzła w środku.

Ale mimo tego zamarznięcia, uśmiechnęłam się do pomysłu Tfu-tfu nazwania lodówki Frodo.  Nie będę też jej już wypominać, że jej odstające uszy burzą moje poczucie estetyki, bo mi się to od piątkowej debaty w sejmie, źle kojarzy.   

Świat śniegiem zasypany jest ładniejszy, bo czystszy. Zimą ładnie wyglądają nawet połamane szczeble ławki:



Moja stołówka dla ptaków dalej mi się nie podoba. Powieszona na drzewie słonina bez skóry szybko spadała. Wsadziłam ją więc do plastikowych siatek, ale ptaki dziobiąc słoninę, rozrywają przy okazji i siatkę, tak że też spada, tyle że po dłuższej chwili. Wyjściem byłoby powieszenie słoniny ze skórą, ale nie mogę takiej dostać - w sobotę nawet obeszłam wszystkie jatki na targu. Z kolei ziarno w plastikowych butelkach jest trudne do wydziobania. Czyli dalej szukam pomysłu.



Już jakiś, czas temu przeczytałam kolejne wspomnienie z warszawskiego getta (+ o tym, jak udało się przeżyć na aryjskiej stronie).  



I chociaż temat ponury, to książkę czyta się  świetnie. Przypomniała mi się bardzo podobna książka, na ten sam temat, pisana z tej samej perspektywy, czyli kilkunastoletniej, wchodzącej w życie dziewczyny - Non omnis morir Ireny Birnbaun. W obu przypadkach, autorki przeżyły w getcie pierwszą miłość i kontakt z chłopakiem urwał się w czasie wielkiej wywózki. Irena Birnbaun została ze zdjęciem i  pytaniem czy dobrze zrobiła broniąc zasad, z żalem że gdy raz była skłonna "ulec", nie wykorzystali okazji, bo niespodziewanie jej ojciec wcześniej wrócił do domu. Ukochany Janiny Bauman przeżył wojnę, ale gdy spotkała go tuż po jej zakończeniu, spotkanie przebiegło nie tak jak sobie to wymarzyła: nie rzucili się sobie w ramiona, tylko pożegnali się po wymianie kilku zdawkowych zdań. Wytłamaczyła to tym, że on, ze swoim aryjskim wyglądem, odciął się od swojej przeszłości i nie chciał utrzymywać kontaktów z osobami z "tamtego" świata. Zaczął się utożsamiać z Polakami, a ci bardzo często tych co przeżyli Zagładę, traktowali jak trędowatych. I  nie chodziło tu antysemityzm, ale o ucieczkę od nieszczęścia, które było trudne do udźwignięcia.  

 

W kinie byłam raz, ale za to trzy godziny.



Pięknie sfilmowany film o niczym. I zapewniałby pełny relaks, gdyby nie padające od czasu do czasu pseudofilozoficze "prawdy" o życiu, na poziomie żenua.

Za to z drutami porażka:

Cholera - takiego suspensu po  Rowan felted tweed się nie spodziewałam. Ten pasek jest dyskwalifikujący. Nie wiem co zrobić.

A miało być w tym roku bez porażek ...

Osładzam sobie wspomnieniem mojego szarego płaszczyka, Piure Kaszmir Ballantyne.

 

Dawno czegoś tak starannie nie wykończyłam

A Ela w komentarzach ma rację: jak ktoś chce szyć patchworki, to kurs ich szycia jest jak najbardziej potrzebny. Szycie na maszynie to nie wszystko. Warto jeszcze znać różne myki.



niedziela, 20 stycznia 2013

 Lodówka kupiona. Bo tania, bo Elektolux, bo A++.  Jest mały zgrzyt – uchwyty, na zdjęciu nie wyglądały tak strasznie. W realu odstają jak uszy hobbita i są ohydne. Gdyby nie gwarancja, to bym je pomalowała. A tak to muszę się nauczyć nie zauważać ich „piękna”.

 

 

Teraz chcę systemowo rozwiązać karmienie ptaków – kupowane zestawy nie do końca się sprawdzają. Wygląda na to, że ptaki najbardziej lubią to, czego w takich zestawach jest najmniej. 


Dzięki Youtube, wiem jak to rozwiązać z użyciem butelki plastikowej butelki. Sprytne.

 

Zimno, więc szary sweter schnie już od kilku dni i do zdjęć się jeszcze nie nadaje Z tym, że po upraniu urósł tak bardzo, że nie wiem czy to jeszcze jest sweter, czy już płaszczyk.

 

Nie jestem też do końca przekonana, czy fajna będzie szara kamizelka, którą teraz mam "na drutach". Nie wiem czy nie jest trochę przekombinowana. A jeszcze to robienie bez szwów - tak bardzo mi się spodobało, że wszystko bym teraz tak robiła.  A w tym przypadku chyba zdecydowanie łatwiej byłoby robić to tradycyjnie - cały czas nie wiem, jak w tym systemie rozwiązać zapięcie z boku + obrobienie pachy.

 

Nie biegam w tym roku po wyprzedażach – nie podoba mi się mój rozmiar w lustrze przymierzalni. Trochę przez przypadek stałam się właścicielką czego bardzo fajnego. Proste i świetnie się układa. Ale tego bez szwów zrobić się chyba nie da.

 

No a że życie to sekwencja nieustających rezygnacji, tak jak zawsze, tak i w tym tygodniu z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Przeczytałam w  necie, że już myślą nad tym, by tak chemicznie nas przeprogramować, bysmy spali tylko 3 godziny na dobę. Ale póki co śpię 8 godzin na dobę i nie potrafię być w dwóch miejscach na raz. Dlatego nie zgłosiłam sie na kurs szycia patchworków.  Za dwa tygodnie odbędzie sie tam gdzie nasze Szarotki i głównym trzonem grupy mają być "szarotkarki" (nie wiem jak to lepiej odmienić). Kurs ma mieć formę comiesięcznych spotkań, ale nie wiem czy opuszczając pierwsze zajęcia, uda mi się potem „nadgonić” materiał.  

   

niedziela, 13 stycznia 2013

Nie rozumiem dlaczego nikt nie pisze ciekawej inicjatywie Marszałka A. Struzika, który odpowiedział na alarmistyczne doniesienia demografów: podlegające mu Mazowieckie Przewozy Regionalne zlikwidowały wieczorne pociągi, ostatni pociąg z Wwy odjeżdża o 22.20. Ludzie mają siedzieć w domu i dzieci robić, a nie chodzić do teatru, czy opery.

Wykluczani są nie tylko obywatele nie posiadający samochodów. Coraz częściej, nie można skorzystać z jakiejś usługi (np. z karnetu sportowego),  jeżeli się nie ma komórki.  

Ja, dzięki temu, że mam karnet sportowy, odkryłam w Brwi cudowna jogę. Teraz jeszcze tylko muszę tam systematycznie tam chodzić.    

Tymczasem w domu ostatecznie odmówiła pracy moja 6-letnia lodówka Candy. Podobno teraz tego typu sprzęty są obliczone na 5-lat, więc nawet nie mogę mieć do niej o to pretensji. Nigdy tej lodówki nie lubiłam, może dlatego na koniec postanowiła mi dokopać. Umierała po cichu, na przemian mrożąc i rozmrażając, gdy to odkryłam, z bólem serca wywaliłam do kosza całe mnóstwo dobra, jakie chomikowałam w zamrażalniku.

Postawiona pod ścianą, musiałam  rozpocząć poszukiwanie lodówki: małej, nie za szerokiej (do 58 cm), non-frost, z trochę większym, niż zazwyczaj w mniejszych lodówkach, zamrażalnikiem u dołu.  Wszystkie moje warunki spełniła tylko jedna: naszpikowany elektroniką, Liebherr. Stanowczo za droga, jak na to że po 5-latach tak samo jak inne może przestać działać.  Osiołkuję teraz pomiędzy lodówką Sharpa, które ma dwie wady: górny zamrażalnik  i brzydki odcień szarości lakieru i  Elektroluxem, który jest ładny, ale ma mały zamrażalnik i nie jest non-frost. 

Szary sweter poszedł do prania, a ja już wiem co zrobię z szarego Rowan Felted Tweed - skrzyżowanie Cowl Shell i Eria Vest.



Odpowiadając na pytanie dotyczące Szarotek: nie wiem dlaczego to wyszło. I też nie wiem czy "wyszło". Wwa to duże miasto, a nas wcale nie jest tak dużo. Sporo, w porównaniu do pierwotnego składu, się wykruszyło. Mimo wielu zgłoszeń na forum, rzadko tez ktoś nowy do nas dołącza. Mam wrażenie, że te comiesięczne spotkania sprawiają nam spora frajdę.  I chociaz jesteśmy różne, to się lubimy. Ot i cała filozofia.

Byłam na Hobbicie.

Plusy tego filmu to fajne, zwielokrotnione dzięki technice 3D, efekty specjalne oraz zapierające dech,  piękno przyrody Nowej Zelandii.

I na tym bym skończyła.

 

W ramach prezentu urodzinowego, synek wyprowadził mnie do Teatru Studio na Wichrowe wzgórza.



Mam mieszane uczucia, z tym że nie mam wrażenia totalnie marnowanego czasu, a często się tak czuję wychodząc z teatru.

Przede wszystkim doceniłam adaptację tekstu: jakimś cudem udało się przerobić XIX- wieczne ramotę na dający się przełknąć tekst. To wrażenie popsuła trochę ambicja reżysera, by nadać temu jeszcze filozoficzny rys: każda z postaci dramatu przynajmniej raz staje w rogu sceny i przed mikrofonem wyje/melodeklamuje/recytuje (najczęściej to pierwsze) tekst o „życiu”. Nie wiem czy widz ma się wzruszyć, czy zmądrzeć, mnie to irytowało. Podobnie jak przekraczanie bariery mojej emocjonalności i włażenie z butami na mój teren: nie lubię gdy aktor „atakuje” mnie ze sceny, tak że kulę się na widowni z zażenowania.

Aktorsko spektakl nie porywa, ale też nie woła o pomstę do nieba. Tzn. biegają po scenie, ale tylko trochę, bo też i grają. Choć niektórzy trochę zbyt manierycznie, np. grający Heathcliff’a chyba trochę za bardzo zapatrzył się na Jima Morrisona.

Ale też nie marudzę. Dla młodych. O miłości. I chyba się im podoba, skoro widownia pełna.



To nie koniec moich teatralnych doświadczeń:

Zbrodnię i karę można przeczytać w oryginale, odsłuchać audiobooka, czy sięgnąć do streszczenia. To wszystko zajmuje czas i dlatego reżyser postanowił wyjść na przeciw rynkowym oczekiwaniom i ugnieść z tego dwugodzinną pigułkę. Brakowało mi tylko promptera, na którym wyświetlane były by np. dodatkowe wskazówki dla uczniowskiej gawiedzi np. opisując tę scenę zajrzyjcie jeszcze na str. ... w bryku wydanym przez ...

Nawet nie można mieć pretensji do snujących się po scenie aktorów, bo to reżyser nie miał żadnego ciekawego pomysłu. Gdyby przynajmniej dał im jakieś pole do popisu, to przynajmniej można by było polecić tą sztukę tym, którzy nie lubią współczesnej teatralnej maniery - nie ma mikrofonów, głośnej muzyki, nikt nie zdejmuje majtek, .

No ale to jednak trochę mało. 

Przed spektaklem spotkałyśmy w teatrze Lucy i Gumiś jej obiecał, że ją odwiezie do Otwocka. Dlatego nie wyszłyśmy na przerwie i w  ten sposób straciłyśmy nie pół wieczoru, tylko cały.



 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli