sobota, 31 stycznia 2015
Podsumowanie stycznia

Przeczytałam książkę z analogowego stosiku (Kobiety dyktatorów) i parę reportaży z Antologii Szczygła (jestem teraz mniej więcej w 1/4 pierwszego tomu, w 1926 roku).  Ominęłam tylko jeden - Stefana Żeromskiego, mimo upływu lat, nadal jestem uczulona na bełkot jego napuszonej mowy. 

Reportaże są niesamowite. 

O emigrantach polskich w USA (1902 rok, Teodor Tomasz Jeż)

Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce, we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej – przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo „pranie”, bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie – niekiedy gorzkie – naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych. W ogóle w stanach, wchodzących do składu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, mężowie za przekroczenia tego rodzaju karani bywają grzywną i dłuższym lub krótszym więzieniem. Istnieje jednak stan jeden – Delaware czy Maryland – w którym kara cielesna nie została jeszcze zniesiona. Zamieszkały w stanie owym Polak pewien żonę swoją, nie z potrzeby, ale z przyzwyczajenia, bijał często. Znosiła to biedna kobieta, żaliła się przed kumoszkami, i te doradziły jej, ażeby na męża swego wzięła warrant, to jest ażeby na niego wniosła skargę, pociągającą areszt za sobą. Posłuchała rady tej. Mąż aresztowany – oddany został pod sąd i skazany na tyle a tyle miesięcy więzienia, przeplatanego w każdym tygodniu rózgami, wymierzanymi mu w ilości oznaczonej, i wystawianiem go raz na tydzień pod pręgierzem na środku miasta. Gdy się o wyroku takim dowiedziała, babę rozpacz ogarnęła. Chciała męża od kary wyprosić, gubernatorowi u nóg się włóczyła. Nie pomogły płacze, prośby. Mąż karę w całości odcierpiał. […]

Dowód na to, że na kolei bez zmian (1903 Wacław Sieroszewski o podróży koleją transsyberyjską) 

Po kilkunastu godzinach takiej pracy zaspy zostały przebite; odkopany pociąg pod ochroną wciąż poruszających się łopat, stał w głębokim przekopie jak w tunelu. Ale dwie lokomotywy jeszcze nie mogły go stamtąd wydobyć. Dopiero gdy przybył drugi ratunkowy pociąg, pociągnięto nas z jego pomocą na powrót na stację. Podróżni, pełni radości, rzucili się do bufetu po żywność, gdyż ta odrobina, jakiej dostarczały ratunkowe pociągi, nie mogła nas zadowolić i głód dawał się już we znaki (...) Herbatę i cukier sprzedawano za grubą gotówkę, choć, jak się okazało, według przepisów kolejowych każdy podróżny miał prawo w trzeciej klasie na rubla strawnego, w drugiej klasie na dwa, a w pierwszej na trzy ruble dziennie. Nikt z nas jednak o tym prawie nie wiedział i każdy płacił chętnie, byle coś dostać. Urzędnicy kolejowi uciekali od podróżnych jak od morowej zarazy i kryli się gdzieś po dziurach, że znaleźć ich było bardzo trudno. Nagabywani twierdzili, że to nie ich rzecz, że oni są „od ruchu”, wreszcie od kół, wagonów, biletów, i odsyłali głodnych do kogoś, kogo właśnie nie było.

O tym, że ostatnie namaszczenie bywało ważniejsze niż życie własnego dziecka (1910 Władysław Reymont, reportaż o ziemi chełmińskiej)

Dopraszam się tylko o księdza! Doktór nie pomoże! Co tam te doktory. Obejrzy, opuka, zapisze lekarstwo, pieniądze weźmie, a chorobę zostawi. Pan Jezus prędzej odmieni na lepsze. (...) – Ja zdrowa jestem, chwała Bogu! (...) . Ale tylko do mnie można wezwać księdza, bo tylko ja jedna z dwórek jestem prawna katoliczka. – A któż chory? – zaczynałem rozumieć ten podstęp. – Na wsi leży czworo prawie konających. Przecież nie mogą umrzeć bez świętej spowiedzi, a zapisane w prawosławne, to księdzu nie wolno do nich przyjechać! Mają te cztery niewinne dusze pozostać bez świętych sakramentów? Od tygodnia się męczą, od tygodnia skonać nie mogą, a tylko skamlą i skamlą o księdza! Aż strach patrzeć i słuchać. To umyśliłam sobie: udam chorą. Pan Jezus daruje mi to cygaństwo, ksiądz przyjedzie do mnie, a tamtych przyniesą na ten czas do izby i wyspowiadają się. Strażniki ani się domyślą. – Chcecie ospę przywlec do chałupy (...)  Ksiądz przygotował chorych na śmierć i odjechał. Wszyscy ci chorzy pomarli tej samej nocy. A w parę dni potem, umarło na ospę dwoje dzieci kowalowej.

I o  tym, że jak chcą się napić, to nawet wymieszanie alkoholu z g ... nie pomoże (1915 Maria Rodziewiczówna o wojnie spędzonej w majątku na wschodnich rubieżach )

Przy spirytusie była już wojskowa władza – tłum pomimo to rzucał się do rowu, kędy ciekł strumień ognisty. Pod groźbą kul chłeptał i czerpał. Zaczęto zarzucać gnojem i ludzkimi ekskrementami – bezskutecznie – jeszcze był pożądany i smaczny. Kto nie docisnął się, by pić, ten przesiąkłą płynem ziemię ssał i połykał.

Natomiast z wyzwaniem dziewiarskim kiepsko. Od biedy mogę skreślić szósty punkt - w dzierganym obecnie Swetrze Pani Ani wymyśliłam nowy sposób na boczną plisę. Chcę nauczyć się nauczyć w tym roku plastra miodu, ale w razie czego punkt szósty i bez nauczenia się tego ściegu będę miała "zaliczony".

Ten mój myk wygląda tak: z każdej strony na dodatkowy drut nabrałam kilkanaście oczek, tak jak się nabiera do dwustronnego dziergactwa. Potem przez moment robiłam tył poły na dodatkowych drutach, bardzo uważając by ściśle robić oczko na styku Po kilku rzędach wszystko już teraz robię na jednym drucie.



czwartek, 29 stycznia 2015
Przeczytane

dobra książka

Ryszard Horowitz Życie niebywałe. wspomnienia fotokompozytora

Dokładnie tak jak w tytule. Życie Ryszarda Horowitza to życie niebywałe. Pełne szczęśliwych splotów okoliczności (prawdopodobnie mniej szczęśliwych też, ale o tym w tej książce niewiele). Hymn szczęśliwego życia - o tym, że nie zaczęło się szczęśliwe (był najmłodszym więźniem Oświęcimia) zaczął myśleć dopiero jako człowiek już bardzo "dojrzały, temat wywołała Lista Schindlera Spielberga.

Książka pełna smaczków i anegdot (ten Wojtek, o którym poniżej to Wojciech Karolak):

Obaj z Wojtkiem przywiązywaliśmy wielką wagę do ubioru, a przy tym wzorowaliśmy się, jak już wspomniałem, na strojach fin de siecle'owych. Zdobycie odpowiednich akcesoriów nie było łatwe - nie pamiętam, abym kiedykolwiek kupił ubranie w zwykłym sklepie odzieżowym. (...) jazzmani amerykańscy z końca lat pięćdziesiątych wydawali nam się szalenie eleganccy. Wojtek do dziś wspomina, jak straszliwe przeżył rozczarowanie, kiedy muzycy koncertującego w Polsce we wczesnych latach sześćdziesiątych New York Jazz Quartet po nowe garnitury poszli do pedetu. W dodatku założyli je na występ i byli szczęśliwi, że ubrania się nie gniotą!

Trochę też zrozumiałam, o co chodziło z tą jego fotografią. Już przed Photoshopem, bez narzędzi, jakie wszystkim dał ten program do ręki, osiągał podobne efekty. Po przeczytaniu o  sesji z gołębiami, inaczej patrzy się na takie zdjęcie:


Sporo można się też dowiedzieć o kulisach sesji zdjęciowych.

Gdy oświetla się twarz, nie ma nic wspanialszego od skoncentrowanego światła z góry. Dzięki niemu oczy są zawsze żywe, a pod nosem, pod wargami i policzkami powstaje malutki cień. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę Marlena Dietrich, która miała swojego fachowca od światła i bez niego nie pokazywała się przed obiektywem aparatu czy kamery W zbliżeniach wiedział, jak ustawić światło, by optymalnie wydobyć piękno jej twarzy To ujęcie ma profesjonalny termin - beauty shot. W branży fotograficznej za fachowców mogą się uważać tylko ci, którzy naprawdę rozumieją różnicę między metodami oświetlenia twarzy pięknej kobiety, szlachetnego kamienia czy wody.

Bardzo fajna książka. Może czasem za dużo wyliczanki nazwisk, ale gdy opisuje się życie, w którym co chwila warte uwiecznienia spotkanie,  jest to chyba nieuniknione.

 

dobra książka

Mikołaj Grynberg Oskarżam Auschwitz


Kilkanaście wywiadów z drugim pokoleniem Holocaustu.

Wszystkie zamieszczone w tej książce wywiady to, jeżeli chodzi o sztukę konwersacji, perełki. Wywiadów było dużo więcej i na ile dokonany przez autora wybór był podyktowany tym, by pasowały pod z góry ustawioną tezę, trudno powiedzieć. W każdym razie wszystkie domy miały spore wspólnego (kult jedzenia, milczenie na temat wojennych przeżyć, wyrozumiałość dzieci, wobec różnych, często mocno odstających od średniej zachowań rodziców.

Tyle, że dla mnie jest to książka o wychowywaniu się z w rodzinie naznaczonej wojenną traumą. I jakkolwiek jest to w poprzek często przywoływanemu na kartach tej książki przekonaniu o wyjątkowości żydowskiego wojennego losu, trudno tą tezę obronić gdy mówi się o konkretnej rodzinie (ostatnio przeczytałam Szum Tulli, porusza ten sam problem, w opisywanej przez nią rodzinie bardzo podobnie to wygląda, a doświadczyli 'zwykłej" traumy wojennej, nie żydowskiej).

Co ważne, Grynberg tak to napisał, że chociaż temat smutny i poruszający, czytanie sprawia dużą przyjemność.

 

Diane Ducret Kobiety Dyktatorów

Przeczytałam w ramach tegorocznego wyzwania "miesięcznie przynajmniej jedna książka z analogowego stosiku".

Temat ciekawy, ale o książce tego powiedzieć nie można. Kiepsko napisana, bez pomysłu. Pierwsze rozdziały były  o Leninie, Stalinie, Mussolinim. Nie rzuciłam jej w kąt, bo następne rozdziały były o Salazarze, Mao i Bokassie. A o nich mało wiedziałam .  

niedziela, 25 stycznia 2015

Jak coś się nie układa, warto pamiętać o fraszce Sztaudyngera, że nawet jak się jest na dnie, zawsze znajdzie się ktoś kto zapuka od dołu. Narzekałam, chociaż na żadnym dnie nie byłam to i mam za swoje, to co się dzieje z frankiem, w świetle tego że parę lat temu wzięłam kredyt na mieszkanie nie cieszy.

Paradoksalnie, stało się to gdy zaczął mi się poprawiać humor. A wszystko zaczęło się od tego maila:

Z przyjemnością informuje, że zostali Państwo wybrani do udziału w projekcie Scope50. Po dokonaniu rejestracji, będą Państwo mogli zacząć niezwłocznie oglądać 10 filmy na przygotowanej przez nas platformie VOD. Umieściliśmy na niej także zwiastuny i opisy filmów, aby je Państwu przedstawić.  Filmy będą dostępne do 28 lutego 2015 roku (...).

 

Na początek wybrałam film, na który nigdy nie poszłabym do kina, bo pachniał horrorem. Zupełnie nie potrzebnie nastroszyłam się jak pies do jeża - zamiast horroru obejrzałam  thriller rodzinny.

 

Wakacje, ładna dacza na malowniczej austriackiej wsi. Plan jest taki, że bliźniaki (ok. 12 lat) zajmą się sobą, a ich matka dojdzie do siebie po przebytej operacji twarzy. Ale z zabandażowaną twarzą jest kimś obcym, a sposób w jaki usiłuje sobie wywalczyć upragniony spokój, tylko eskaluje napięcie pomiędzy nimi.

Bardzo mocną stroną tego filmu są przepiękne zdjęcia (niestety, na laptopie mogłam się tylko domyślać, jak fajnie byłoby to oglądać w kinie). Świetna jest też gra tych dzieciaków - w zasadzie prawie cały czas są na ekranie (czasami jest jeszcze matka, sceny z innymi osobami można policzyć na palach jednej ręki).

W zasadzie najsłabsza jest fabuła. Jak na film psychologiczny, za dużo niedomówień. W każdym razie przeszkadzało mi to, że od początku do końca wszystko obserwuje się od strony chłopców - dlaczego ta matka się tak zachowuje, do końca nie wiadomo, wypowiada jedno zdanie i też nie wiele ono tłumaczy. Z kolei nie jest to też horror - ani razu nie musiałam zamknąć oczu. Typowe dla tego typu filmów rozwiązania pojawiają się tylko w fantazjach (snach?) tych dzieciaków, ale jak to w snach, bez muzyki, nastroju grozy, nie budzą lęku.

 

Odbyły się moje zaległe urodziny - miały być wróżby, ale ciotki za szybko wyszły,  ... ostatnie tuż po 22.

Było dużo jedzenia:


Snucia anegdot:

Staśka przyszła z psem


A ja dostałam parę fajnych prezentów, w tym kolejny kapelutek:

 

Mam już kupioną w Zagrodzie Marty wełnę na Sweter Pani Ani.


Co mi wyjdzie zobaczę. Ale tym razem nie tylko zrobiłam próbkę, ale ją i wyprałam.

 

Ostatnie "wzmożenie" drutowe zaowocowało odsłuchaniem kolejnego audiobooka.


Dzienniki Mrożka, są o Mrożku i tylko o Mrożku. Strasznie marudzi, nie ma nawet przebłysku humoru z jego opowiadań czy dramatów. Audiobook zawiera tylko fragmenty jego dzienników, można założyć, że te ciekawsze. Gdyby nie czytał tego Gosztyła, to bym chyba nie dała rady.

A tymczasem skacząc po stronach natknęłam się na Garland Sweter (wolę w wersji poncza, niż w przeróbce na sweter). Opis jak to zrobić jest tutaj.

Cudo. Uwag, że jestem gruba i niska, więc to nie dla mnie, nie przyjmuję.

niedziela, 18 stycznia 2015

Ten weekend, dzięki temu że mam już nowy piec, spędziłam  w domu. 

W tym tygodniu urządzam zaległe urodziny. Takie poprawiny po wieczorze andrzejkowym, który był bardzo udany, ale gdzieś zadziała się kupiona wcześniej na ten wieczór książka wróżb. Mam zamiar wywróżyć sobie same miłe rzeczy, bo jak na razie falstart za falstartem. Co z tego, że chcę by to był dobry rok, kiedy nie widzę z jego strony dobrej woli

 

Odpuściłam sobie Sweter Pani Ani z Merino Exlusive Yarnart'u. Ta wełna na kardigan się nie nadaje. Szkoda mojego czasu.

 

 

A że  podpisałam w tym toku cyrograf - wyzwanie dziewiarskie, zanim wymyślę wełnę na ten sweter, wzięłam się za kolejny Kilimek. Tym razem bury: czerń - brąz -ecru. Do tego rękawiczki i punkt  8 i 11 dziewiarskiego cyrografu byłby odhaczony.  

Ale też nie wiem, czy nie rzucę tego w kąt, bo nie za bardzo mi się to co wychodzi z tego, podoba.

 

Poszłam na spotkanie z Andą Rottenberg - komentowała  wystawę zdjęć - ikon polskiej historii.


Na stronie Domu Spotkań z Historią o tej wystawie piszą tak:

Na wystawie prezentujemy zdjęcia zebrane przez kuratorkę wystawy, historyka sztuki Joannę Kinowską: „Zapytaliśmy kilkaset osób o to, które zdjęcie, jest najważniejsze dla polskiej historii. Odpowiedzi w wielu miejscach pokrywały się. Wybraliśmy najpopularniejsze i zebraliśmy na wystawie”.

Ciekawy temat do rozważań - co zostało wybrane, co samemu by się wybrało.


Wszystkie zdjęcia są tutaj. Można wziąć udział w ankiecie. Dzięki temu, ze byłam na wystawie, wiem że to zdjęcie z kampanii prezydenckiej Wałęsy, zostało zrobione przypadkiem (na spotkaniu był jego autor i opowiedział historię jego powstania).


Największym nieporozumieniem jest dla mnie to zdjęcie. Bo sierp? No i co z tego?

 


 

Na plakacie cytują ochy i achy znanych (i to nawet takich, co są znani, nie tylko z tego że są znani) 

 A ja ledwo wytrwałam do końca. Dawno nie widziałam tak rozmemłanej historii.

Rodzina włoskich rolników. Dawniej hippisi, dziś ekologiczni pszczelarze z dużą liczbą córek. Nie za bardzo przystają do rzeczywistości, ale też rzeczywistość nęci ich najstarszą córkę koszmarnym telewizyjnym teleturnieje. Więc żaden wybór.

Może można opowiedzieć o tym na ekranie w ciekawy sposób, film, ale w tym przypadku to się nie udało.

 

piątek, 16 stycznia 2015

Szum Magdalena Tulli

Powojenna Polska. Ci co przeżyli, pochowali swoje traumy przed światem i usiłując normalnie żyć pozakładali rodziny. Szum to zapis dzieciństwa dziewczynki wychowywanej w takiej "normalnej" i "porządnej" rodzinie: bez wsparcia emocjonalnego, z chłodną, wymagającą matką i zamkniętym w swoim pokoju ojcu. Dziewczynce nie pomaga też etykietka  "dziwaczki", która  komplikuje jej relacje z rodziną i rówieśnikami. 

Świetny obraz opresyjnej szkoły, wyżywającej się na takim dziecku:  

Nauczycielce też się na pewno zdarzały sytuacje, kiedy jej gniew był bezsilny. Mogła go tylko zamknąć w sobie i przechować, żeby przy pierwszej sposobności komuś oddać. Na przykład komuś takiemu jak ja. Prawo do wyrażania gniewu nie każdemu jest dane i nie w każdych okolicznościach. To specjalny przywilej, wspomagany siłą grawitacji. Gniew może kierować się tylko z góry na dół, nigdy na odwrót. Istniała reguła, która głosiła, że kto wyrzuca z siebie gniew w kierunku wykluczonym przez naturę, temu zostanie on wtłoczony z powrotem do gardła. – Mogłabyś przynajmniej się nie wypierać – mówiła nauczycielka za każdym razem, kiedy łapała mnie na nowym kłamstwie. Wstań, kiedy do ciebie mówię. Prawo do zadawania pytań jest jak prawo do noszenia broni, ono też nie każdemu przysługuje. W pytaniach słychać było czasem ton przemocy, którego nie da się pomylić z niczym innym. Wstałam i stałam.

Odcięcie się dorosłych od wojennych przeżyć, nie mówienie o nich przy dziecku, uniemożliwia mu zrozumienie zachowań najbliższych. Gdy po latach zacznie rozumieć, będzie już kimś innym. Pytanie czy wtedy, już jako ktoś inny, można przebaczyć krzywdy, jakich się doznało będąc dzieckiem.  

Dopóki książka opisuje oczami dziecka świat dorosłych jest ciekawie. Niestety pod koniec autorka sili się na moralitet. I nawet nie tyle chodzi mi o to jak się to kończy, ale jak jest napisane. Czar pryska

 

Balladyny i Romanse budziły swego czasu zachwyt moich ciotek, ale ja byłam wtedy po Ościach, więc postanowiłam sobie zrobić przerwę. 

Książka mnie zmęczyła.

Ignacy Karpowicz potrafi pisać, więc językowo jest to świetne, zabawa na całego: iskrzące dialogi, feeria porównań, skrótów myślowych. Słowem uczta. Książki Karpowicza powinny być lekturą obowiązkową dla osób piszących dialogi do polskich filmów - pokazują że można i po "naszemu".  

Ale w co za dużo to niezdrowo. I powoli coraz bardziej był to dla mnie postmodernistyczny bełkocik, taki popisik dla popisiku.

A może nie byłam teraz w nastroju na taką książkę? 

 

Mam za sobą drugi ( może ostatni?)  tom wywiadu Kazimiery Szczuki z Marią Janion. 

Mój problem z Marią Janion jest taki, że czuję się przy niej ze swoją głupotą bardzo niekomfortowo i jedyny sposób w jaki potrafię zredukować to napięcie, to odłożenie jej książki z powrotem na półkę.

No ale o ile na książki Janion jestem za głupia, to wywiad z nią przeczytałam z dużą przyjemnością.

I tylko żal, że słowo pisane nie ma już tej siły co dawniej. 

niedziela, 11 stycznia 2015
Falstart

Z założenia wszystkie wróżby, horoskopy traktuję z przymrużeniem oka, ale tzw. przeczucia już nie. A z tym ostatnio nie było najlepiej. I chociaż nie dzieją się -  pozostaje mieć nadzieję, że tak zostanie - żadne dramaty, rozsypał się worek niefajnych zdarzeń.

Nawet jeżeli uda mi się to posprzątać, to trochę czasu mi to zajmie. I to nie tylko dlatego, że trudno naładować akumulatory tym, co się dzieje za oknem. Tak na dzisiaj, żeby wszystko powróciło do normy muszę zrobić przegląd hodowlany, bo nie podoba mi się to jak się czuję, wydać jakiś majątek na dentystę oraz wymienić zepsuty piec,

Nawet pogoda jest przeciwko mnie i nie nastraja optymistycznie.


Mam nadzieję, że do przyszłego tygodnia ta lista nie powiększy się o kolejne pozycje ... 

1/24 roku za pasem, a niektóre postanowienia noworoczne podjęłam publicznie. 1 książka/tydzień to akurat w moim przypadku nie taki problem, czytam trochę więcej niż 52 rocznie, Ale z wyzwaniem dziewiarskim może być trudniej . 

Byłam na pierwszych w tym roku Szarotkach, pochwaliłam się kawałeczkiem SPA (niewiele zostało go po spruciu, a gdyby go zrobiła punkt 1 i 13 byłby odhaczony. 

Tradycyjnie zrobiłam na Szarotkach zdjęcie kolejnej wikliny Ewy i takiego drewnianego "cuś",  co służy jej to wyplatania krajek.


 

Pamiętałam w tym tygodniu i o kinie.

dobry film

Wprawdzie Pedro Almodovar jest tylko producentem Dzikich historii, ale czuć jego ducha. I to pomimo tego, że bohaterowie filmu, to ubrani w pastelowe kolory przedstawiciele klasy średniej, w dodatku  heterycy.

Kilka nie związanych ze sobą w żaden sposób historyjek. W każdej z nich w pewnej chwili coś wymyka się spod kontroli, nabiera tempa i chwilę później, biorący w niej udział tracą nad nią kontrolę i "wychodzą z siebie".

A widownia śmieje się i z nich i po części z siebie.

 

Drugi obejrzany w tym tygodniu film już tak dobry nie był.


Ameryka, przełom lat 50-tych i 60-tych. Wielkie oczy to oparta na faktach historia malarki, której obrazy mąż sprzedawał jako własne. 

Milusie kino familijne. Tyle, że jak się idzie na film Toma Burtona oczekuje się czegoś więcej.


Z pamiętnika wk ... konsumentki

Mam świadomość, że z Kolejami Mazowieckimi łączy mnie toksyczna więź. Zamierzam  wysłać do Gazet taki list i zakończyć moją kolejową epopeję. 

Zanim rozpocznie się przebudowa warszawskiego węzła kolejowego, radziłabym się przyjrzeć jak jest przeprowadzana i jakie spowodowała skutki, trwająca już od ośmiu lat modernizacja podwarszawskich torów.

Mieszkam w Brwinowie, miejscowości która została chyba najbardziej "zmodernizowana" - 14 grudnia ubiegłego roku, gdy ruszyło Pendolino, w zasadzie zlikwidowano możliwość dojeżdżania do pracy koleją.

Jeszcze nie tak dawno, w porannych godzinach szczytu jechało z Brwinowa w kierunku Warszawy 5-6 wypełnionych po brzegi pociągów na godzinę. Dziś pomiędzy szóstą a dziewiątą rano w kierunku Warszawy w rozkładzie jest tylko sześć pociągów, a i to raczej w teorii, bo zazwyczaj przynajmniej jeden "wypada" z rozkładu.

Większość mieszkańców przesiadła się do aut, część usiłuje się ratować WKD, tylko nieliczni, ci którzy nie muszą dojechać na konkretną godzinę, dalej starają się dojeżdżać koleją. Mało też kto wierzy w to, że po zakończeniu trwającej kilkanaście lat modernizacji uda się powrócić do sytuacji sprzed kilku lat - tego, by pociągi jechały z taką prędkością i częstotliwością jak w "zamierzchłych" czasach, nikt nie obiecuje, bo wiadomo, że jest to nierealne.

Przede wszystkim, nawet jak uda się w końcu zakończyć wymianę torów tylko niewielkim stopniu poprawi to ich tzw. przepustowość., a o budowie dodatkowej nitki torów na wjeździe do aglomeracji nikt nie pomyślał ... Tymczasem już bawiący się kolejką na dywanie przedszkolak wie, że po najnowocześniejszych torach, nie pojadą na raz dwa pociągi. A ci co uczyli się jeszcze w szkole matematyki (ciągle jeszcze tacy żyją w naszym kraju) wiedzą, że jeżeli po torach pomiędzy miejscowością A i B puści się szybkie pociągi, to nie ma miejsca na to, by puścić tymi samymi torami, inne, dużo wolniejsze pociągi.

Niezależnie od tego, prawdopodobnie już za chwilę się okaże, że tamto starsze było bardziej trwałe i niezawodne (nie przypominam sobie by dawniej, tak jak jest teraz co i rusz cała linia była paraliżowana z powodu „awarii urządzeń sterowniczych). Z drugiej strony, sposób "zarządzania" modernizacją jasno pokazuje, że Koleje Mazowieckie konsekwentnie realizują politykę ograniczania liczby osób zainteresowanych świadczonymi przez nich usługami. Pomijając perfekcyjnie realizowaną polityką dezinformacji, każdy ze zmienianych co kilka tygodni rozkładów jazdy już pierwszego dnia okazuje się luźną, niezobowiązującą i mało mająca wspólnego z rzeczywistością, propozycją. Dodatkowo, np. w przypadku Brwinowa po zlikwidowaniu większości pociągów, nie uwzględniono go w rozkładzie przyspieszonych pociągów ze Skierniewic, które ostatni raz przed Warszawą zatrzymują się w Grodzisku Mazowieckim. Mimo wstępnych obietnic, nie zapewniono też autobusowej komunikacji zastępczej z Pruszkowem, tak by można było dojechać do SKM. Uczucie gdy czekając na pociąg, który nie przyjechał obserwuje się przejeżdżające przez Brwinów pociągi Kolei Mazowieckich, bezcenne ...

Ostatnio Najwyższa Izba Kontroli właśnie ogłosiła raport o katastrofalnym zanieczyszczeniu polskich miast i w przypadku Warszawy "winę" za to ponosi ruch samochodowy - chociażby z tego powodu pomysł byśmy wszyscy przesiedli się do samochodów, nie jest chyba właściwym kierunkiem rozwoju aglomeracji warszawskiej?

Z drugiej strony, toksyczne związki są najsilniejsze. Więc może mi się nie uda z nimi zerwać.



niedziela, 04 stycznia 2015
Podsumowanie 2014

Bardzo byle jaki był ten rok.  

Oczywiście mam świadomość, że nie mogę narzekać, było w nim bardzo wiele fajnych momentów, obyło się bez dramatów i póki co żadna ponadstandardowa starcza przypadłość mnie nie dopadła.

Ale popsuto mi ten rok na wiosnę, gdy zdarzyło się coś, czego w ogóle nie brałam pod uwagę: niespodziewane trzęsienie w pracy i istotne, dość bolesne, pogorszenie warunków pracy.

Dobiło mnie ostateczne wycofanie się Kolei Mazowieckich z dowożenia ludzi do pracy na tzw. linii grodziskiej, długo miałam nadzieję, że jednak na to się nie odważą. Tymczasem nie tylko się odważyli, ale - co chyba najbardziej mnie wyprowadza z równowagi - przeszło się nad tym do porządku, jeszcze chwila i nikt nie będzie nawet pamiętał, że kiedyś było inaczej. Na forum mieszkańców Brwi nie było na ten temat nawet jednego postu - trudno mi w to uwierzyć, ale wygląda na to, że ci co mieliby siłę protestować, jakoś sobie poradzili. Pozostali dopasowali swój rytm do tych kilku pociągów, które zachowali i wierzą, że może jeszcze kiedyś pociągi pojadą szybciej niż 20 km/h. Natomiast w moim życiu spowodowało to taki chaos, nad którym nie potrafię zapanować - koszty mieszkania trochę w Brwi, trochę u mamy, to nie tylko takie, w sumie łatwe do przełknięcia sprawy, jak konieczność rezygnacji z chodzenia na fajną jogę. Z drugiej strony, patrząc z boku, sytuacja jest jak najbardziej do opanowania, tylko ja jakoś nie potrafię się na nic zdecydować i kręcę się jak mucha w smole.

Na innych polach, też tak sobie.

Zdecydowanie najgorzej z drutami, tu czuję potrzebę "przeorganizowania". Wychodzą mi fajne czapki i rękawiczki, ale zazwyczaj, zaraz po zrobieniu (bywało, że następnego dnia), gubię. Ostatnio zgubiłam zrobiony na prezent Zielony Kilimek.  Poradziłam sobie w ten sposób, że dałam Gumisiowi Granatowy, ale plan był taki że będziemy miały takie same czapki.

 

Kamizelki są podobno "babcine", chusty nudne w robieniu, a swetry mi nie wychodzą. Kolejna porażka to Sweter Pani Ani - znowu sprułam. A i tak już wiem, że robię tylko na wzór, bo podobno ta wełna (Yarnart Merino Exclusive) jako tako trzyma fason tylko do pierwszego prania.

Zrobiłam remanent i aby dalej nie smędzić, jako podsumowanie, fajny obrazek, zamieszczony na fejsie przez Ankę

 

Czuje jeszcze tylko potrzebę, wyliczenia moich kolejnych babcino-trendsetterskich odkryć (w 2013 roku za takie, warte zareklamowania odkrycia, uznałam zaprzestanie farbowania włosów i wsadzenie na nos dwuogniskowych okularów). Natomiast w 2014 roku przekonałam się do:

  • prenumerowania e-gazet,
  • robienia notatek w "chmurze" - tu pomogło mi przesiadka na Nokię Lumię i Windowsy. Moim zdaniem Onenote jest zdecydowanie bardziej przyjazny, niż to co w tym segmencie oferuje Android (IOS już dawno skreśliłam za ITunes).  

Prawdopodobnie za kolejne takie odkrycie, uznam dekoder z nagrywarką. Ale jeszcze za wcześnie by wpisać to na listę - jak to działa Jack pokazał mi ledwie dwa dni temu. Poza grzebaniem w moim sprzęcie, graliśmy w Scrabble.


A ja odkryłam bardzo fajną stronę.

Tegoroczne Święta "zamknęłam" ostatnia częścią Hobbita

Nie spodziewałam się, że ostatnia część będzie aż tak słaba. Kiepsko prowadzone wątki, żenujące dialogi i przytłaczająca to wszystko komputerowa animacja. Wiadomo, że dobro zwyciężyło, ale do końca nie wiadomo jakim cudem. 

Bardzo kiepski film. Tyle, ze wiedziałam o tym idąc na niego: widziałam pięć części i nie wyobrażałam sobie, że nie zobaczę ostatniej. 

czwartek, 01 stycznia 2015
Podsumowanie

Ostatnia książka przeczytana w 2014 roku to wywiad z Andą Rottenberg Już trudno.

 

Tym razem o sztuce współczesnej, dzieje  jej życia, poczynając od lat 60-tych, stanowią tylko tło tej opowieści. Nie rozumiem sztuki współczesnej, ale w rozlicznych potyczkach Andy Rottenberg ze światem, jestem po jej stronie. Mogę się z nią nie zgadzać, ale cieszy że jeszcze w przestrzeni publicznej trochę osób, których format wyrasta poza poziom Pudelka.

Ale tej siły rażenia, co jej poprzednia książka Proszę bardzo ta nie ma, stanowi co najwyżej jej uzupełnienie.

 

W tym roku kontynuowałam czytanie książek autorów „odkrytych" w 2013 roku, czyli Ignacego Karpowicza, Remigiusza Grzeli i Mariusza Urbanka ( żadna książka czwartego ubiegłorocznego "odkrycia"  - Huberta Klimko-Dobrzańskiego nie wpadła mi w ręce).  

Tylko w jednym przypadku lekko się rozczarowałam - Tuwim Mariusza Urbanka miał za wiele przemilczeń. Wszystkie pozostałe książki tych autorów było bardzo ciekawe. A Wybór Ireny i Sońka bezkonkurencyjne. 

 

Z pozostałych, przeczytanych w 2014 roku polecam:

Sama zauważyłam - że jedyne warte polecenia powieści jakie przeczytałam w 2014 roku to książki Karpowicza i Grzeli.  Amerykanaa Adieche, Intryga małżeńska czy Przekleństwa niewinności Eugenidesa były  dobre, ale nie aż tak by koniecznie polecać.

 No chyba, że doliczyć audiobooki Mantel:


A może ja wyrastam z powieści - odłożyłam na bok Durella, wystarczy że jestem bombardowana przy każdej okazji ochami i achami Gumisia. Może w tym roku uda mi się przeczytać jakąś fajną powieść (może dorosnę do Durella?).

Z czytelniczych postanowień na 2015 rok:

  • przeczytać trochę książek z domowego stosiku (min. jedną miesięcznie). Ten tradycyjny stosik przyrasta, w przeciwieństwie do e-stosiku  w dużo wolniejszym tempie - w tym ostatnim już jakiś czas temu  liczba książek do przeczytania przekroczyła 300;

  • sukcesywnie czytać reportaże ze zbioru Szczygła, jestem prawie na samym początku, a mam już na Kundlu kolejną tego typu, czyli do czytania po kawałku książkę, Zdarzyło się Włodzimierza Kalickiego;
  • nie zrażać się dotychczasowymi doświadczeniami i być otwartą na spotkanie z dobrą powieścią (cokolwiek to znaczy).
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli