niedziela, 29 stycznia 2017

Przygotowania do Wietnamu idą pełną parą. Kilku rzeczy jeszcze nie mam, szukam i dlatego trafiłam do Fortu Wola. W pustej galerii działa jeszcze kilka sklepów, co jeszcze bardziej potęguje nastrój grozy. 


W kinach tyle do oglądania, że przed Wietnamem nie zdążę obejrzeć. Od tego tygodnia zaczynam oglądać wg, klucza: "po powrocie może już tego nie być na ekranach", ale w tym tygodniu jeszcze ten klucz nie obowiązywał.

Toni Erdmann

Nie wiem co budzi takie zachwyty. Jest wprawdzie sporo świetnych scen, ale jak dla mnie film jest za długi i zamiast rozbawiona, wyszłam z kina zmęczona. 

Tytułowy Toni Erdmann, niemiecki emeryt, ma córkę korpoludka, która utknęła na drabinie kariery w Bukareszcie i marzy o przeniesieniu do Singapuru. Gdy na kilka dni wpada do domu, ojciec zauważa jak jest znerwicowana i nieszczęśliwa. W tej sytuacji jedzie z niezapowiedzianą wizytą do Bukaresztu. Chce jej pokazać, że warto być wyluzowanym, a że terapia ma być szokowa, to i to co pokazuje, "robi wrażenie" .

Wyszłam z kina jeszcze bardziej przekonana o tym, że niemiecka komedia to jest oksymoron.  

Honorowy obywatel


Fajny, z tych dających do myślenia.

Bohater to laureat literackiej Nagrody Nobla. Argentyńczyk. Od wielu lat żyje w Europie, stara się pozostawać na boku, nie przyjmować zaproszeń. Pewnego dnia postanawia zrobić wyjątek i przyjmuje zaproszenie od burmistrza rodzinnego miasta. Argentyńska prowincja, 700 km od Buenos Aires.

Obie strony na starcie mają dobre chęci, ale sprostanie oczekiwaniom okaże się dla nich zbyt trudne. Z gatunku: śmiech przez łzy.  

 Powidoki

Ciekawe, czy gdyby Wajda żył przetoczyłaby się dyskusja o tym filmie. 

Byłam przekonana, że idę na kiepski film, zrobiony przez bardzo starego artystę, który ex cathedra w drętwy sposób wygłosi przesłanie do potomnych. A tymczasem film nie powala na kolana, ale i nie zniesmacza.

Zarzuty, że Wajda pominął to, jakim Strzemiński był człowiekiem, są moim zdaniem bez sensu. Film nie opowiada o jego związku z Kobro, tylko o tym jak jest niszczony jako artysta. A tak: na marginesie - niszczył go ówczesny minister kultury, Sokorski. Gdy wiele lat później w jakimś wywiadzie opowiadał, jak to starał mu się pomóc, córka Strzemińskiego chwyciła za pióro i postanowiła opowiedzieć o jak to było naprawdę. 

Poza kinem byłam na wykładzie Ewy Łętowskiej Wygaszanie prawa:


Tu można przeczytać o czym mówiła.

Wesołe to nie było, ale ciekawe i owszem. Tyle, ze chociaż coraz bardziej wnikliwy i  pogłębiony jest opis obecnie podejmowanych przez rządzących działań, to diagnoza dlaczego tak wyszło, dalej nie wychodzi poza utarte zdania-wytrychy.

Z getrami-sikoreczki łatwo nie jest. W tym tygodniu miałam skończyć, już byłam w ogródku i witałam się z gąską, ale na koniec jedną sprułam i muszę w tym tygodniu narzucić sobie niezłe tempo by skończyć.


A tu Gackowa na fejsie pochwaliła się, że robi coś takiego:

Nie wchodzę na dziwne strony, wystarczy że robi to mój synek. Znalazł w sieci, na stronie wydawnictwa Redblock, coś takiego  Może lepiej że młodzież nie czyta?


piątek, 27 stycznia 2017
Przeczytane 2017

dobra książka  

 Mam na imię Lucy Elisabeth Strout


Przeurocze powieścidło. Z tym „cuś” co sprawia że nie jest to jeszcze jedne kobiece czytadełko.

Tytułowa Lucy z powodu powikłań po wycięciu wyrostka robaczkowego leży tygodniami w nowojorskim szpitalu. Mąż jej nie odwiedza, bo zajmuje się dwójką małych dzieci. Z innymi pacjentami nie ma kontaktu, bo jest w izolatce. Nie wie też do końca co jej jest i czy z tego wyjdzie. 

Na pięć dni przyjeżdża do niej z głębi kraju, z ubogiej amerykańskiej prowincji, dawno nie widziana matka. Zawsze ich kontakty opierały się na przerywających milczenie półsłówkach i niedopowiedzeniach., teraz też daleko poza tę linię nie wychodzą.

Ta pełna milczenia, chwilami sztuczna i wymuszona rozmowa oraz kłębiące się w głowie Lucy przemyślenia, składają się na opowieść o dzieciństwie. Nawet nie tyle opowieść, ile jej szkic, bo wszystko zamyka się na niewielu ponad 200 stronach.

Ale jak ktoś lubi nie przegadane książki, takie bez nadmiaru słów, polecam.

Gdyby nie doroczne zestawienia wskazujące najlepsze książki wydane w mijającym roku, nie wiedziałabym ani o tej książce ani o Elisabeth Strout. Tymczasem  za powieść Olive Kitteridge dostała w 2009 roku Pulitzera. W Polsce wydano cztery jej książki. Jedną nawet tak dawno, że nie ma ebooka.

 

Król Szczepan Twardoch

 


W podsumowaniu 2016 roku Kinga Dunin napisała: Twardoch kolejny raz udaje, ze napisał arcydzieło. Coś w tym jest.

Tak jak kryminały Krajewskiego śmierdzą piwem i golonka, tak u Twardocha występują te same postacie pokręconych facetów, tańczących w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku pełen przemocy i seksu chocholi taniec „mocnych mężczyzn”. Przedwojenna Warszawa przypomina w tej książce Chicago lat dwudziestych, a tytułowy król rządzi jej żydowską dzielnicą niczym Al Capone.

Jest to dobrze napisane, ale już nie miało już dla mnie tej świeżości co Morfina. Nie dlatego że Król jest od tamtej książki gorszy, ale na tyle podobny, że tak tą golonką u Krajewskiego: to co za pierwszym razem jest do zniesienia, za drugim zaczyna przeszkadzać.

Słodka przynęta Ian McEwan


Powieść z życia agencji angielskiego wywiadu

Londyn, początek lat 70-tych. W agencji M5 rozpoczyna pracę młoda piękna dziewczyna. Jej zadaniem jest „opieka” nad początkującym pisarzem - ona ma udawać przed nim pracownika zachwyconej jego talentem fundacji, gotowej płacić mu za to by cały czas przeznaczył na pisanie książek. On ma w tych książkach wychwalać zachodni świat i krytykować, ten po drugiej stronie muru. Tyle, że ona się zakochuje i wszystko się komplikuje.

Nie jest to najlepsza książka Iana McEwana. Tak jak i inne, dobrze się ją czyta, ale w porównaniu z nimi, w tej z intrygą aż tak bardzo się nie wysilił. Chociaż, co trzeba mu przyznać, zakończenie zaskakuje.

Skandalu nie będzie Krzysztof Piesiewicz


Smuta książka – wywiad.

Dzieciństwo, młodość  w socjalizmie. Proces Popiełuszki. Przywrócenie praw Kuklińskiemu. Przyjaźń z Kieślowskim.

Potem kilka zdań o tej ostatniej sprawie, która zmiotła go ze sceny.

Kawał historii. Ale w świecie narzuconych przez tabloidy standardów, powiedział za mało by zaciekawić. 

 

 

 

 

niedziela, 22 stycznia 2017

Co można zrobić, gdy się ledwo człek wyrabia: zapomnieć o asertywności!

I tak gdy zadzwonił Łoś i powiedział, ze chciałby podarować getry w "słowika", oczami duszy zobaczyłam getry robionych na piątkach, powiedziałam "tak".

Posłałam mu znalezionego w necie słowika:

Następnie spokojnie łyknęłam opracowany na tej podstawie wzór:


i dopiero gdy przyszło do kupowania wełny okazało się, że aby sikorka nie zdominowała całych getrów, muszą być robione na dużo cieńszych drutach (sikorka też musi być mniejsza).

No i teraz robię, a raczej dłubię na dwójkach. Wełna tak jak to z Dropsem bywa: kolory wspaniałe, za to nitka do kitu

Tak więc zamiast dziergać pussy hat,

 

dziergam Słowicze getry. A czasu mam mało, muszę zdążyć przed wyjazdem do Wietnamu.

Zobaczyłam w necie zdjęcia zatoki Ha Long, nogami przebieram i gromadzę rzeczy na wyjazd:

 

Niewiele się udzielam.

W tym tygodniu dwa wieczory spędziłam w Hali na Koszykach. Jak na razie lemingi trzymają się mocno.

Zapytałam Kasię.eire (bo to z okazji jej przyjazdu te spotkania) co rzuca się jej w oczy, gdy po pięciu miesiącach znów odwiedza nasz kraj. Powiedziała, że nie tyle że się podzieliliśmy - to jest widoczne i oczywiste już od dłuższego czasu. Według niej zaczynamy się na odległość wyczuwać - dzięki temu, poznając się po zapachu, unikamy nawet przypadkowych kontaktów z "tamtą" stroną".   Trochę tak jak geje, uczymy się obsługiwać wewnętrzny, intuicyjny "radar".

W kinie byłam raz, w  ramach Kina według Marii Janion

Posłuchałam dyskusji,  w programie nazwano to "debatą" Kino i fantazmaty (Małgorzata Szpakowska, Roman Gutek, Zbigniew Majchrowski i Tadeusz Sobociński) oraz obejrzałam jeden ze wskazanych przez Marię Janion filmów: Miłość Adeli H

Film piękny. Trochę wprawdzie trąci już myszką, ale w taki sposób, że tylko dodaje mu to uroku. Isabelle Adjani jeszcze piękniejsza niż ten film.

Po przyjściu do domu, poczytałam o córce Wiktora Hugo, o której opowiada ten film  - wniosek z tego taki, że każde, nawet tak powierzchniowe otarcie się o Marię Janion, wzbogaca.

Bezpośrednia interakcja z suwerenem

Koleje mazowieckie. Skłębiony, zmarznięty tłum usiłuje na pani w kasie wymóc by zadzwoniła i dowiedziała się, kiedy coś w końcu przyjedzie. Stojący przy kasie suweren awanturuje się, bo chce natychmiast kupić bilet. Pytamy po co, skoro nic nie jeździ?. Odpowiada: poczekam. Usiłujemy go przekonać, że spóźniamy się do pracy i chcemy wiedzieć czy nie przejść do WKD. Na to on lekko zdenerwowany: Trzeba było godzinę wcześniej wyjść. Wtedy byście się nie spóźnili.

niedziela, 15 stycznia 2017

Jeszcze nie zgłębiłam jak ja to robię, że nie mam czasu. ale wygląda na to, że im bardziej nic nie robię,  tym bardziej mi go brak. Strach pomyśleć co to będzie na emeryturze?

Trochę ugrzęzłam w nieudanym projekcie - dziś dopiero doszłam do wniosku,że nie podejmę kolejnej próby zrobienia na okrągło całej  listwy (chciałam powtórzyć myk z Sunrise Circle Jacket, jednego z  moich pierwszych kupionych na Raverly wzorów):


Najpierw zrobiłam listwę z szarego rowan tweed - nie wyszło, bo jest za mało sztywny. Teraz, w ten weekend zrobiłam dwukolorowo - miał być czarny spód, szary wierzch. Ale na koniec (byłam tak pewna swoich wyliczeń, że w trakcie nie sprawdzałam) okazało się, że wyliczenia dla czarnej wełny były wprawdzie ok, ale przy szarej szlag je trafił i to co wyszło, wygląda paskudnie.

 

Ale nic to. W  przerwach podczytuję otrzymaną od córy książkę i już wiem, że druty to medytacja. Tym samym godziny poświęcone na robienie czegoś, co chwilę później się spruje, w żadnym wypadku nie można uznać za stracone. 

Przygotowania do wietnamskiej wycieczki weszły w nową fazę. Opracowałam plan podróży:

Mamy ubezpieczenie, promesę wizy, bilet lotniczy z Da Nang do Hanoi. W tym tygodniu zaczniemy kompletować rzeczy.

Zaliczyłam w tym roku już pierwszy pogrzeb - fajnie by było gdyby był i ostatni, ale o to z roku na rok coraz trudniej.


Pogrzeb został zrealizowany w wersji "najtańsze z oferowanych rozwiązań", urnę złożono do rodzinnego grobu, a jednak kosztował ponad 8 tysięcy - jestem ciekawa co robią ci, którzy nie mają 4,5 tysiąca złotych na to, by dopłacić do zasiłku pogrzebowego? Do tej pory mogli się przynajmniej zadłużyć w Providencie, teraz mają te firmy zlikwidować. 

Wygląda na to, ze opcja bez pogrzebu też nie jest żadnym rozwiązaniem. Zasiłek dostaje się po przedstawieniu zaświadczenia o pogrzebie. Więc pewnie jak się zapłaci za wszystko do momentu kremacji z własnej kieszeni, wyjdzie na to samo. Teraz rozumiem dlaczego przymyka się oczy na dzikie rozsypywanie prochów - system jest tak zbudowany, że wszyscy co mają dostać pieniądze, mają zagwarantowane, że na pewno je dostaną.

I jak to często z pogrzebami bywa, najprzyjemniejsze są stypy (Miełżyński na Burakowskiej jest czynny już od 9).

piątek, 13 stycznia 2017
Przeczytane 2017

Limes inferior  Janusz Zajdel



Skoro wrzucono "całą wstecz" pomyślałam, że warto sięgnąć do starych lektur. I miałam rację. Limes inferior to nie tyle science, ile social fiction. Idealny świat Argolandu. Świat w którym żyją podzieleni na klasy, bezwolni, karmieni ogłupiaczami obywatele oraz czerpiąca pełnymi garściami klasa władzy. Czyta się to bez tamtych wzruszeń, odniesienia do PRL-u dziś nie bawią, tylko przerażają tym, jak z dnia na dzień są coraz bardziej aktualne. 

Ginekolodzy Jürgen Thornwald



To nie jest najlepsza książka Jürgena Thornwalda. Zasadne jest też pytanie, na ile to jest jego książka, bo w tej postaci nigdy się nie ukazała (Autor nie zdążył jej skończyć). To co dzisiaj możemy wziąć do ręki, to ułożone w całość artykuły ze Sterna i Los Angeles Times. Ale zgodnie z tym co zamierzał; opowiada o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeżeli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

Gorzej, bo chociaż świat się zmienił, a medycyna razem z nim - pogarda dla kobiet dalej trzyma się mocno. Zwłaszcza wśród ginekologów. Dawniej z oddaniem pracowali by zasłużyć na przydomek "rzeźnicy kobiet" 


Doktor Le Dran, Francuz, wynalazł inną metodę: wykonywał niewielkie otwory w ścianie jamy brzusznej i rozcinał cystę, następnie wprowadzał do środka ołowianą rurkę i kładł pacjentkę na brzuchu na dwa miesiące. Miał nadzieję, że rurka wrośnie – co nigdy nie nastąpiło. Jeszcze bardziej barbarzyńska była procedura wymyślona w 1848 roku przez Anglika, doktora Edwarda Tilla. Tak długo wcierał żrące pasty w brzuch, aż przegryzły się przez skórę, tkankę i ściankę torbieli. Także on chciał w ten sposób stworzyć stały odpływ dla cyst.

Lubili się popisywać "świętością" - początek XX wieku, Jena, prof. Krönig:

Operował je w niedziele, przy rzekomo świątecznie czystym powietrzem… 

Byli przeciwni antykoncepcji: 

Nigdy nie słyszał o francuskim teologu o nazwisku Bouvier, który w 1842 roku (kiedy on, Mensinga, miał sześć lat) donosił Stolicy Apostolskiej, iż coraz więcej Francuzek wyznaje w konfesjonałach, że uprawia stosunki przerywane. Francuskie społeczeństwo ogarnęła fala sprzeciwu wobec boskiego „mnóżcie się”. Bouvier chciał się dowiedzieć od Watykanu, jak mają się zachowywać księża wobec zaistniałej sytuacji. Otrzymał radę, aby odczekać. Być może kobiety podejmowały swoje działania z naiwności. Zbyt natrętne wypytywanie mogłoby się przyczynić do rozprzestrzeniania się grzechu.

Mieli słuszne poglądy na wszystko:

Nawet jeśli dla kobiety każda kolejna ciąża wiąże się z dużym zagrożeniem, a mąż nie chce się zgodzić na wyżej wspomnianą czasową abstynencję, to kobiecie i tak nie wolno sięgać po złą metodę (pesarium) zapobiegania ciąży. Oczywiście w wysokim stopniu można jej współczuć, nie pozostaje jej jednak nic innego, jak mężnie stawić czoło smutnym następstwom przyjętych wraz z małżeństwem obowiązków.

Brzmi znajomo.

 

Żywopłot Dorit Rabinyan


Dziwna książka.Z jednej strony typowe romansidło. Nowy Jork, początek XXI wieku, 23-letnia stypendystka Fulbrighta z Izraela zakochuje się w Palestyńczyku, który przyjechał do NY i usiłuje zaistnieć jako malarz. Niby stary i ograny temat miłości bez przyszłości, ale podany w ciekawy i boleśnie prawdziwy sposób. Łączy ich miłość do bliskowschodniego słońca (w NY jest tego roku wyjątkowo sroga zima). Dzieli coś dużo realniejszego niż spór Capulettich i Montekich: prawdziwa nienawiść.

Z drugiej strony, to wszystko zdarzyło się naprawdę. Już w 2003 roku Dorit Rabinyan "rozliczyła się" z tej miłości, publikując w Guardianie pożegnanie Hassana Houraniego (w książce występuje jako Hilmi). Porównując ten artykuł z napisaną 10 lat później książką widać, jak mało w niej fikcji.   

4/5 tej książki opowiada o tym co przeżyli w NY i tę część czyta się świetnie. Ostatnia część książki opowiada o tym, co dzieje się po powrocie bohaterów do domu i według mnie nie ma już tego uroku, co część "nowojorska".

niedziela, 08 stycznia 2017
W tym tygodniu, wykorzystując to, że synek jeszcze był w Warszawie, zaprosiłyśmy go na spotkanie "grupy wietnamskiej". Po pomyślnym zaliczeniu pierwszego etapu (szczepienia) przyszedł czas na podjęcie decyzji: wiza czy promesa i wybór ubezpieczenia. Zaczęłyśmy też opracowywać plan podróży.

Synek wskazał nam miejsca, gdzie można wykupić tanie ubezpieczenia, ale okazało się że są tam propozycje tylko dla osób do 59 r. ż, dla osób w naszym wieku nie było żadnej. Coraz częściej spotykam się z komunikatem: po co ty tutaj, jesteś dla nas za stara!
Opowiadając po kolei co mamy zrobić po przylocie do Sajgonu, dowiedziałyśmy się, że mamy sobie kupić karty telefoniczne. Bez uzgodnienia, wszystkie chórkiem na raz  powiedziałyśmy, że kupimy jedną, bo po co nam trzy.
Tomek zignorował naszą odpowiedź i dalej ciągnął swoją opowieść. Gdy z tego co mówił wynikło że według jego założeń wszystkie mamy w telefonach lokalne karty, poprawiłyśmy go, że nie wszystkie, tylko jedna.
Kiedy kolejny raz się to powtórzyło, synek spojrzał na nas wielkimi oczami i zapytał, dlaczego przy tych wszystkich kosztach, które gotowe jesteśmy ponieść, uparłyśmy się by oszczędzić akurat na zakupie karty.
Nie przyszło mu do głowy, że żadnej z nas nie chodziło o te 40 zł, tylko o to że wiąże się to z koniecznością wymieniania karty.
Zanim pojadę do Wietnamu, urodzinowy weekend spędziłam na zaprzyjaźnionej mazowieckiej wsi.

Pierwszego dnia przyjechała Agnieszka i upiekła udziec barani. Najlepsze z tego było takie coś do mięsa z czerwonych mirabelek, które udawało sos żurawinowy, ale nim nie było, tylko miało taki kolor. Bo baranina jest jednak bardzo specyficzna.

Drugiego dnia zmienił się zestaw gości, też było dużo jedzenia, ale ponieważ z tego kompletu gości nie udało się wykroić czwórki do brydża, podjęto próbę znalezienia czegoś co można by obejrzeć w telewizji. Mimo dobrych chęci, naprawdę nic nie udało się znaleźć. Jeżeli to ludziom nie przeszkadza, to ja już nic nie rozumiem.
Po Wietnamie chyba przymierzę się do Netfix'a - obejrzałam jeden odcinek Królowej i nabrałam apetytu.
 dobry film  
Tymczasem zaczęłam nowy rok od dobrej włoskiej tragikomedii (sic!)

Siedmioro przyjaciół (klasa średnia, kilka lat po 30-tce) siada do kolacji. Po części z nudów, po części bo do tego miejsca doprowadziła ich rozmowa postanawiają położyć swoje komórki na stół i tego wieczoru odbierać je razem.
Świetne dialogi, fajne obserwacje.
Do paru rzeczy można się doczepić - jest kilka niepotrzebnych uderzeń w wysokie "c". ale generalnie warto zobaczyć.
Jest w tym filmie coś z klimatu starego Woody Allena.

Na następny film poszłam, bo dostałam, jako prenumerator Gazety, darmowy bilet.

Bohaterowie są młodzi, bogaci (występujący w tym filmie nauczyciele wygrywają kumulację i też stają się bogaci) i żyją w pięknych wnętrzach.
Ale okazuje się, że to nie oznacza, ze nie mają problemów.
Nawet niektórzy chorują!
I nie da się tego wyleczyć.
Ale jest przyjaźń ..
I ona pomaga.
Jedyne co warto odnotować, to że nie wszystkie dialogi były drętwe. 
niedziela, 01 stycznia 2017

Sylwestra spędziłam w miłym gronie, na miłych rozmowach.

Budzącej tyle emocji szopki nie oglądałam (żadnej innej rzeczy w telewizji też nie), poszłam więc spać w miłym nastroju. Ale zgadzam się z tymi, co uważają, że kolejne granice zostały przekroczone i nie tyle mi przeszkadza przedstawienie JK jako penisa AR, ile drwina z tuszy żony byłego prezydenta, zwłaszcza w świetle urody (i kształtów) stojących na pierwszej linii dziewic prawicy. Ale generalnie przekaz jest jasny, a taki ch....

Plan mam jeden - zająć się sobą, swoimi sprawami, swoimi drutami, swoimi książkami, swoim domem .... podobno nie można być większą egocentryczką ode mnie - w tym roku zamierzam udowodnić, że na tym polu nie powiedziałam ostatniego słowa. 

W zeszłym tygodniu nie napisałam, ze był w Zimowym Ogrodzie Filozoficznym - tym razem gościem Tomasza Stawiszyńskiego był historyk Arkadiusz Stempin, a mówił o tym jak w historii i polityce działa nieświadomość.

A po raz ostatni w kinie w 2016 roku byłam na najnowszym filmie Jima Jarmuscha, Patersonie.

170101011

Dla tych co lubią jego filmy (ja się do nich zaliczam). Mają niepowtarzalny klimat. Ale te wszystkie urokliwe scenki cieszą, gdy ktoś nie oczekuje od kina opowiedzenie zwartej historii, która na ekranie co chwilę ma nieoczekiwanie zakręcać i wgniatać w fotel. Bohater filmu to młody kierowca autobusu, który pisze wiersze. Jego żona jest przekonana o swojej artystycznej duszy. Bardzo się kochają. I są równie uroczy, jak nieżyciowi (to ostatnie dotyczy głownie jego żony, gra ja prześliczna aktorka, o oryginalnej wschodniej urodzie). 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli