niedziela, 26 lutego 2006
Ostro pod górkę:

Właśnie uświadomiłam sobie, że juz za kilka dni minie 1/6 tego roku. To chyba najgorszy okres - jeszcze pamiętam noworoczne postanowienia a już wiem, że zostaną odłożone na półkę pobożnych życzeń.

Wrapek w olimpijski żakard nawet nie zmienił od zeszłego tygodnia pozycji i leży zwinięty na stoliku:



Wirowało za to gdzie indziej i wygląda na to, że wirować będzie dalej.
I im dłużej to trwa, tym bardziej odczuwam brak w swoim życiu kogoś, kto pełniłby w nim taką rolę, do jakiej w życiu tego Narodu aspiruje Minister Dorn. Kogoś, kto tak jak on wie czego inni nie wiedzą i np. potrafi zapewnić, że w Polsce ptasiej grypy nie będzie i już. Ja chcę dużo mniej - potrzebuję tylko by ktoś zapewnił mnie, że ta wojna nigdy nie wyjdzie poza pozycyjną pyskówkę.

Ale może to brak zgody na bezczynne czekanie na dalszy rozwój wypadków, może tylko efekt zbliżającej się wiosny, w każdym razie na furtce Kaliningradu znów jest skrzynka na listy:



W łazience, tam gdzie straszyły wystające ze ściany kable:



wiszą lampki (a jak starczy mi zapału, to niedługo zawiśnie też i lustro):



I choć nadal podstawowym oświetleniem górnym w Kaliningradzie są przyczepione do za długich, zwisających z sufitu kabli, żarówki (co najwyżej przykryte papierową kulą z Ikei):


to pojawił się pierwszy żyrandol:



Byłam przekonana, że po wyjeździe z Kaliningradu córki Sralci - Kurweczki, prowadzona w moim ogrodzie agencja towarzyska upadnie. Tymczasem Sralucha chyba nie pełniła w niej tylko roli burdel mamy, bo klientów nie ubyło. W tej sytuacji postanowiłam zrobić Sralci prezent i uwiecznić na zdjęciach jej amantów. Początkowo, jak tylko któryś zaczynał drzeć mordę, wylatywałam na dwór usiłując mu zrobić zdjęcie z bliska. Ale chociaż inni robią zdjęcia znacznie większym dzikusom - klienci Sralci na mój widok natychmiast uciekali (na policję obyczajową nie wyglądam, może chodzi o to, że traktują mnie jak teściową?). W każdym razie, po kolejnej porażce zmieniłam taktykę i będę robiła im zdjęcia przez szybę:


niedziela, 19 lutego 2006
Dlaczego

tak rzadko udaje się zrobić coś, co od razu jest ok i nie trzeba tego pruć?

Mnie w każdym razie, kolejny raz się nie udało. Tak bardzo chciałam skończyć wrapek w olimpijski żakard zanim skończy się olimpiada, że nawet zwalczyłam w sobie mój naturalny pęd do prucia wszystkiego co robię i pogodziłam się z tym, że wrapek jest za duży (a biorąc pod uwagę to, że jeszcze do końca nie straciłam nadziei, że będę jeszcze kiedyś szczupła, dużo za duży).
Ale zachować spokój, gdy w miarę jak przybywało roboty, coraz bardziej nie
pasował mi różo-beż (w motku ta włóczka robiła za łososiowy krem) mi się nie udało:



I wczesnym niedzielnym popołudniem wrapek w olimpijski żakard uległ znacznej minimalizacji (na podstawie zdjęcia Gośka zakwestionowała też, jako zbyt odcinające się, to co na zdjęciu jest czerwone, a w realu bordowe, więc sprułam do tego miejsca).

Z kolei radość z zielonego wrapka (pomijając głupie docinki w komentarzach), popsuła mi Joluśka. Wpadła do witrażowni i tym swoim sugestywnym głosem profesjonalnej terapeutki powiedziała: "Kalina, pogódź się z tym, że musisz - do czasu aż schudniesz - zapomnieć o kolorach. Tobie teraz pasuje tylko czerń, ciemny granat lub brąz. Nawet bordowy jest dla ciebie zbyt ekstrawagancki". W dodatku dowiedziałam się od niej ile waży (byłam przekonana, że przynajmniej jakieś 5 kg więcej) i to, że ważę tyle samo co ona (a jesteśmy tego samego wzrostu), bardzo mi się nie podoba.

Ale jak dalej wszyscy będą mi tak uświadamiać moje ograniczenia, to wezmę przykład z tej kobiety:


i wydziergam sobie bikini.
I to w dodatku w jaskrawe paseczki ...

Z innych spraw:

Nie wiem dlaczego o tym, z kim tak naprawdę byliśmy, dowiadujemy się dopiero gdy się z nim rozstaniemy. Propozycja, jaką otrzymał bohater tego rysunku jest przynajmniej kolorowa:




Znów na chwilę zamieszkał ktoś w motelu Kaliningrad. Poszła w ruch łopata do odgarniania śniegu, którą dostałam na urodziny od Staśki i już nikt nie będzie narzekał na to, że w
Kaliningradzie są straszne zaspy:



Na dachu zaczął topnieć śnieg i okazało się, że pod pewnymi względami było lepiej gdy nie było rynien i woda ściekała po całej powierzchni, a nie tylko w wyznaczonych punktach:



Prowizorycznie został wykopany stawik śniegowo-ściekowy, ale powinnam pomyśleć o opasce wokół domu:


A Moniek, który hoduje na zwolnieniu swój brzuch, najwyraźniej się nudzi, bo z dramatycznym tekstem: "Kalina - autentycznie umrę" przysłał mi taki link:
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=kl&dat=20060214&id=kl12.txt.
W zasadzie, każde zdanie w tej recenzji to perełka. Mnie najbardziej urzekło to: "
Wyraźnie należy podkreślić, że film jest głęboko niemoralny! Aż strach pomyśleć, jakie spustoszenie w umysłach ludzi czyni reklama telewizyjna, która od wielu dni zachęca do jego obejrzenia". Poprosiłam Mońka (skoro ma tyle czasu, że stać ją na czytanie wszystkiego jak leci, nawet takich witryn) by przypilnowała czy ukaże się też tam recenzja filmu Czas, który pozostał. Zaciekawiło mnie, czy ten pan jest w ogóle w stanie obejrzeć taki film, czy już na początku wyszedłby demonstracyjnie trzaskając krzesłem (na seansie na którym byłam, zrobiło tak kilka osób).

niedziela, 12 lutego 2006

Środek profilaktyki udrażniania

Zaproponowane przez Małgośkę z Ameryki (ksywa Mjermark) knit-alongs miało polegać na tym, że wybierzemy (my, czyli uczestniczki forum robótki na drutach) jeżeli nie jeden, to najwyżej kilka wzorów - i gdy w tle będą rozgrywane zawody olimpijskie - będziemy dzielnie dziergać, wymieniając się na blogu uwagami i doświadczeniami. Jeszcze przed rozpoczęciem olimpiady było jasne, że nie znalazły się nawet dwie osoby, które by zdecydowały się na równoległe robienie tej samej robótki. A na koniec, dokładnie w dniu kiedy miałam zacząć zgłoszony wcześniej zielony wrapek olimpijski, zdążyłam go skończyć:


Ale oprócz opisanych wyżej zachowań stanowiących dowód niskiego poziomu moich umiejętności współdziałania w grupie, nawet ja czasami staram się iść razem ze wszystkimi i np. po raz pierwszy od dość dawna, dzięki akcji olimpijskie robótkowanie, postanowiłam zasiąść przed telewizorem. Niestety dyscyplina obywatele globalnej wioski razem oglądają transmisję z otwarcia igrzysk olimpijskich mnie przerosła. Nie da się spokojnie wrapkować przy akompaniamencie takiej kakofonii sportowej (ale nie tylko, bo też i tzw. humanistyczno - podniosłej) nowostaromowy. Z kolei jak wyłączałam głos, to natychmiast zapominałam o olimpiadzie.
Za to urzekła mnie telewizyjna reklama "
środka profilaktyki udrażniania" (dla niezorientowanych tak teraz nazywa się dawny Kret).

Pewnie nie jedno jeszcze usłyszę, bo mimo olimpijskiego falstartu dziergam dalej - tym razem warpek żakardowy, rozpinany, z kołnierzykiem typu "bebe":


Czasami uda mi się przeczytać coś, od czego czuję że stałam się mądrzejsza. I tak po przeczytaniu wywiadu z prof. Peterem Kramerem Prozac niepotrzebny  wiem, że mam wszystkie niezbędne cechy, charakteryzujące człowieka szczęśliwego. Teraz muszę sobie jeszcze uświadomić bezmiar mego szczęścia i mam z grzywki.

Z kolei z zamieszczonej w Splocik-blogu tabeli wiem, że w ciągu godziny uprawiania dyscypliny robienie na drutach spalam 116 kalorii (co ja poradzę, że wolę to niż np. włażenie po schodach - 1100 kalorii). Ale gdybym robiąc na drutach, jednocześnie oglądała telewizję (25 kalorii), w pozycji leżącej (77 kalorii) i sobie przy tym pośpiewała (122 kalorie), to spalałabym 340 kalorii/godzinę. Dla porównania: uprawianie ćwiczeń fizycznych daje tylko 290 kalorii/godzinę

W tej sytuacji brakowało mi było tylko tickera i nie mogąc wybrać czegoś dla mnie odpowiedniego z tego co oferują na http://www.ticker-factory.com, stworzyłam ticker- mój size:


Bo niech sobie Zalewski i inni meteo-mędrcy mówią co chcą - ja wierzę Heniutkowi, a wg niego idzie wiosna. Determinacja by wreszcie przekazać swoje geny następnym pokoleniom jest u niego tak wielka, że przestał wracać na noc do domu - wpada do niego tylko po to by się najeść i przespać kilka godzin na kanapie. Życzę mu jak najlepiej, ale niezbyt wierzę w jego sukces - nigdy nie miał szans na to, by uwieść jakąś koteczkę swoim intelektem, ale przynajmniej jako tako wyglądał. Teraz w żadnym wypadku nie przypomina tamtego kociego dandysa - jest kłębkiem brudnego, zmierzwionego futra, spod którego wystają blizny po toczonych nocami walkach (na tym zdjęciu widać bliznę na łapie):



Nie tylko kotom odbija i logiki w tym brak. Heniutek jest tak bardzo zajęty myśleniem o tym, że musi spodobać się jakiejś koteczce, że nie ma zupełnie czasu na to, by zadbać o swój wygląd. Z kolei coraz bardziej zakochana Anka, na gościnnych występach w Londynie, poczuła taką wiosnę w duszy, że za wszystko co miała kupiła sobie na Oxford Street kobiecy płaszczyk wiosenny. I zadzwoniła do mnie, bo ma już nowy problem - do płaszcza brakuje jej torebki, pantofelków i całej reszty typowo kobiecej garderoby.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli