niedziela, 25 lutego 2007

Kolejny popis moich możliwości technicznych

W tym tygodniu dałam (po „naprawie” kuchenki mikrofalowej), kolejny popis moich zdolności technicznych – tym razem kupując zgodnie z instrukcją synka, wagę z wyświetlaczem.


W instrukcji nic nie było napisane jak się taką wagę włącza, więc uznałam że jest to tak banalne, że nawet nie trzeba o tym pisać. Po rozpakowaniu przez dłuższą chwilę naciskałam gdzie się da, ale ponieważ waga nie dawała żadnego odzewu, spakowałam i następnego dnia zawiozłam do pracy (w popołudniowych planach miałam zamiar oddać ją z powrotem). W pracy opowiedziałam o mojej krzywdzie Dance i okazało się, że nic się nie naciska, tylko się po prostu na niej staje.

Całe szczęście, ze Tepsa zapomniała o tym, że 15 lutego miała mi odłączyć Internet, bo Netia się nie odzywa. Jak tylko ustabilizuje się mój związek z Internetem czeka mnie kolejne techniczne wyzwanie – nauczenie się robienia takich prezentacji zdjęć jak na blogu brwinoff we wpisie z 18 lutego (trzeba najechać na zdjęcie i kliknąć myszą). Chcę też zrobić zwijane Archiwum (to ja wywołałam ten temat na forum o blogach).

Dłubię sweterek, ale mam z nim mały problem - dopiero po zrobieniu przodu z tyłem zajrzałam do czasopisma Bobas, by zobaczyć jakie są rozmiary dziecięcych swetrów. Zapomniałam, że małe dzieci wcale nie są takie małe. Mam nadzieję, że nie będzie źle, bo Kalinka po Mońku ma coś z patyczaka:


W tle kwiaty które miesiąc temu otrzymałam od Anki. Nie wiem dlaczego, ale tej zimy nie przeżyło kilka doniczkowych kwiatów. W pierwszej chwili myślałam że to wina niskich temperatur, ale w zeszłym roku było jeszcze zimniej i takich strat nie miałam - w każdym razie ciętym kwiatom taka temperatura służy.

Obejrzałam trzy filmy.


Macuca - bardzo fajny film o dojrzewaniu dzieciaków w cieniu toczącej się historii (Chile 1973).

Małe Dzieci - rewelacyjny film, który w nieprawdopodobnie sugestywny sposób przedstawia emocjonalną niedojrzałość dorosłych ludzi. I tak jak lubię – bez żadnych kropek nad „i”.

Córka Botanika – film z półki “total-gniot”. Bardzo niskich lotów romansidło, tyle że homo, a nie hetero. W tle podkład muzyczny jak na podniosłych akademiach sprzed lat. Jedyny plus to zdjęcia przyrody (z tym, że na National Geograpfic są ciekawsze komentarze).

Zima na dworze, w ogrodzie nie ma jeszcze nic do roboty. Dalej więc czytam. Mam za sobą ucztę duchową, czyli kolejną książkę Pielewina, może nie tak dobrą jak Mały palec Buddy, ale zdecydowanie lepszą niż Genaration „P” i Życie owadów.

Teraz czytam uroczo gawędziarską Lalę.


Na koniec cytat z Lali:

- Babcia była zdrowa i wysportowana. Do dziewięćdziesiątki potrafiła się przeżegnać nogą. Poza tym jej życie upływało w spokoju.

niedziela, 18 lutego 2007

Karnawałowe tupu - tup

Jeszcze tydzień temu nic nie wskazywało na to, że w tym karnawale pójdę na jakiś bal - ale w tym zaplanowanym życiu zdarzają się:

- niezaplanowane pogrzeby,

- na nich spotkania po latach,

- które potrafią mieć ciąg dalszy ...

Pomijając to, że jesteśmy kilkanaście lat starsi.

Bal nie był na Boni, tylko w Wawrze.

Harley'e stoją w garażach, a nie w gomułkowskich kuchniach.


Nie odśpiewaliśmy dawnego repertuaru, bo gitary akustyczne zostały w kącie, a elektryczna to jednak nie to:



Chyba wszyscy mieli świadomość, niepowtarzalności tego wydarzenia - zamiast tworzyć chwile, uzbrojeni w aparaty cyfrowe cały czas usiłowaliśmy je uwieczniać, a ubrany na czarno (ale nie w tużurek) pan-poeta, pisał wiersz.



Tu nawet Liryki Lozańskie nie pomogą.

Słowem niespodziewanie miłe zakończenie zimy.

A czekając na wiosnę - z tym, że o
głosiłam, że to nie jest ta wiosna, bo tamta to już była - w najbliższych dniach kupuję nową wagę (synek, który po tym jak schudł 25 kg robi za autorytet twierdzi, że taka ze strzałką się nie nadaje i musi być dokładna, z wyświetlaczem) i kontynuując ubiegłoroczną tradycję, w środę rozpoczynam post.

A g
dy tak jak w każdą sobotę szłam na targ, z przyjemnością uwieczniłam (komórką) brak kaczek, których tak dużo było tu na przełomie roku:


Skoro i tak nie zostałam championem w konkurencji: "najdłużej stojąca choinka", oddałam moje pełne jeszcze igieł drzewko kotom:


Czasu mam mało, bo budowanie społeczeństwa obywatelskiego jest bardzo czasochłonne (w dodatku połączone z wieczorną konsumpcją, przekłada się na body-w poprzek-building) i na razie tylko dumam. A jest nad czym, bo w katalogach Phildara jest sporo ładnych rzeczy. Dziecięcych też:


Na razie zatrzymałam się na narysowaniu schematu miśków:


Prawdopodobnie mam już za sobą największą tegoroczną porażkę filmową. W Rysiu Krystyna Janda gra w epizodzie pracującą na poczcie sprzątaczkę, która ma na nazwisko "Wiadro". Nie może się z nią dogadać jeden ważny pan (też pracuje na tej poczcie), bo jak usiłuje jej wytłumaczyć, że przeszkadza mu wiadro z wodą, K. Janda myśli, że on mówiąc: "Wiadro", nie mówi o kuble z wodą, tylko się do niej zwraca po nazwisku. Jest to jeden z bardziej subtelnych, aluzyjnych i wyrafinowanych dialogów w tym filmie, ale ponieważ adresowany jest nie tylko wykształciuchów, zdecydowana większość pozostałych dialogów i scenek, jest na dużo niższym poziomie (dla osób obdarzonych wyobraźnią - w innym epizodzie występuje sprzątaczka o nazwisku "Pupa").

Podreptania na Konklawe nie żałuję. Film wybitny nie jest - bo nawet jeżeli to konklawe było takie nudne, to ponieważ działo się to 600 lat temu, nikt nie pamięta jak to było i moim zdaniem można było bardziej pokonfabulować, nawet kosztem prawdy historycznej. Za to zdjęcia przecudnej urody i uczta dla oka wielka (co przy niskobudżetowych filmach rzadko się zdarza).


niedziela, 11 lutego 2007

15 lutego nastąpi koniec świata

Przynajmniej mojego świata - w tym dniu odłączą mi neostradę, a nowy dostawca (Netia) ma na ponowne podłączenie aż 21 dni. Pretensje mogę mieć tylko do siebie - przez starczą głupotę i niechęć do zmian, nie zgłosiłam się do Netii, gdy był na to odpowiedni czas (uwierzyłam pracownikowi Błękitnej Linii, że po wykorzystaniu przysługującego mi prawa do zrezygnowania z umowy lojalnościowej, bez problemu będę mogła skorzystać z kolejnej promocji). Tymczasem okazało się, że z promocji w tepsie mogłabym skorzystać dopiero w czerwcu, a do tego czasu musiałabym płacić na dotychczasowych zasadach. Chyba najbardziej zirytowało mnie to, że tepsa potraktowała mnie jak idiotkę, gotową przez kilka miesięcy płacić za bezlimitowy internet o szybkości 640 kbit/s 190 złotych miesięcznie, gdy prawie 2 x szybsze łącze jest dostępne za 1/3 tej ceny.

Będzie jeszcze fajniej, gdy na koniec okaże się, że sygnał Netii odmówi współpracy z moim routerem - nie mogłam o to spytać syna, bo jeszcze przez kilka dni jest daleko stąd, na Atlantyku:


Może się tak też zdarzyć, że nie będzie żadnego sygnału - jak opowiedziałam Joannie o mojej przygodzie z tepsą, dowiedziałam się że w ostatnim numerze Polityki był artykuł o tym jak to Netia ledwo, ledwo przędzie. I teraz nie wiem, czy to jest prawda, czy to był "artykuł sponsorowany"?

A poza tym to się plecie. Nie poszłam z Mońkiem na Małą Miss i zamiast w kinie, spędziłam popołudnie u niej w domu:


W roli małej miss wystąpiła Kalinka - teraz to już nawet pieluchy robią takie, żeby dziecko w nich zgrabnie wyglądało.


Kolejne popołudnie spędziłam na ładowaniu akumulatorów w witrażowni. Witraż rośnie bardzo powoli:


Przy okazji opanowałam wreszcie ten cholerny plaster miodu (na zdjęciu chwalę się też nowym zakupem - cudownym przyrządem do nawlekania nitek - kupioną w sklepie wszystko za 1 zł lupą):


Ścieg jest bardzo prosty - ale na razie nie mam pomysłu w jaki sposób "wytłumaczyć" go na sąsiednim blogu (cała trudność tego ściegu polega na robieniu oczek raz od "zawietrznej", raz od "nawietrznej" strony, oraz na przekładaniu w odpowiedni sposób nie przerabianych oczek). Z tym, że jak się pomylę, nie umiem zacząć od tego miejsca, w którym coś poplątałam i aby zacząć, muszę spruć wszystko co dotąd zrobiłam. Z próbką tak się da, ale perspektywa prucia całego tyłu swetra, bo "coś tam mi nie wyszło przy dekolcie", skutecznie zraża mnie do tego, by zacząć tym ściegiem coś większego.

Przez moment miałam nadzieję, że już nie będzie zimy i gdy zaświeciło słońce, pokrzątałam się po "obejściu" i pozbierałam połamane przez wiatr gałęzie:


Ale zaraz znów przyszła zima zła i od razu wszystkiego mi się odechciało. Przełożyłam kolejny termin i umówiłam się z synem Lucy na dokończenie remontu na koniec lutego i do kompletu - do moich zimowych ciapci - dokupiłam termofor. Na ten ostatni pomysł wpadłam, gdy gadając z Gośką przez telefon zorientowałam się, że w tzw. międzyczasie na prośbę córki, nalewa do czegoś gorącą wodę. W pierwszej chwili nie przyszło mi do głowy, że pokolenie naszych dzieci używa czegoś, co jak byłam przekonana, dawno już odeszło w niebyt. Jeszcze bardziej zdziwiłam się następnego dnia, gdy w pracy okazało się, że młodzi - a nie tylko córka Gośki - nadal korzystają z takich starodawnych wynalazków. Jeszcze tego samego dnia podreptałam do apteki, gdzie rozczuliło mnie to, że termofor XXI wieku wygląda dokładnie tak samo, jak termofor który miała moja babcia. Dzięki temu za 8 złotych: na dworze zimno, w domu też raczej zimno, a tu gdzie śpię - ciepło.

W sobotę byłam na spotkaniu robótkowym, jakie od czasu do czasu organizowane są w ramach forum robótki na drutach. Obok dziergających, były też stworzenia niedziergające: lubiący mandarynki pies ze skazą białkową i dużo szczurów:


Jak wyszłam ze spotkania był siarczysty mróz i to on odjął mi rozum - zamiast 30 km na pd-zachód, pojechałam 30 km na pd-wschód. Przez chwilę groziło mi zamarznięcie w otwockim lesie: jak już tuż przed północą, z duszą na ramieniu, przeszłam przez wymarłe osiedla i doszłam na skraj lasu, na drodze do domu Kaśki zobaczyłam bezdomne psy, które - jak tylko mnie zobaczyły - zamiast uciec, zaczęły szczekać. Uratował mnie telefon komórkowy i Konrad, który po mnie wyszedł.

Wracając w niedzielę rano do domu, zrobiłam zimowe zdjęcie mojej ulicy. Jest to najdroższe zdjęcie w moim życiu - dwa tygodnie temu upadłam (i przy okazji zniszczyłam aparat) gdy chciałam zrobić takie zdjęcie.


Wracając do punktu wyjścia. Nie wiem co się ze mną stanie jak odłączą mnie od Internetu. Na pewno z jeszcze większą przyjemnością będę chodzić do pracy, by tam - od razu po przyjściu - podłączać się do życiodajnej kroplówki.

Może zintensyfikuje chodzenie do kina? Cały czas jest w czym wybierać, w tym tygodniu byłam na:


Już nawet Rumunii robią lepsze filmy od nas. W Życiu na podsłuchu nie przekonała mnie bajka o nawróconym ubeku i zamiast oburzać się na straszne metody Stasi, widziałam tylko obrzydliwość wszystkich policji politycznych świata. A w Królowej zamiast dramatu władzy zobaczyłam tylko (albo aż?) popis gry aktorskiej. Zdziwię się, jeżeli nie dostanie Oscara.

A może będę więcej czytać ? Na razie nie przekraczam przyjętego na 2007 rok planu minimum - czyli w kolejne dwa tygodnie, przeczytałam kolejne dwie książki:


Podobno dopiero gdy przeczyta się nie tylko Psi żywot P. Mayle'a, ale i Rok w Prowansji, Jeszcze raz Prowansja i Na zawsze Prowansja tego autora, ma się pełny (tzn. widziany zarówno z psiej jak i z ludzkiej z perpektywy) obraz opisywanych wydarzeń. Miło się czyta, ale książka przede wszystkim dla co poniektórych moich koleżanek, które żałują że ich pies nie mówi, bo bardzo chciałyby móc z nim podyskutować o najnowszej książce Marii Janion.

Dom Augusty ma w sobie nastrój z Volvera. Teraz szukam Kwietniowej Czarownicy tej autorki (sprawdziłam: w mojej bibliotece jej nie ma, a podobno jest jeszcze lepsza). Przejrzałam też na stronie wydawnictwa W.A.B co wyszło w serii z miotłą i już wiem, że to co zaoszczędzę na neostradzie, wydam w Merlinie.

niedziela, 04 lutego 2007

E tam,

Kupowanie aparatu wcale nie jest takie proste. Płacząc po moim Canonie poszłam do sklepu obejrzeć jego następców (tzn. A520 i wyżej), ale żaden nie przypadł mi do gustu - mimo stosunkowo dużych rozmiarów, nowe Canony ważyły tyle co piórko, były jakieś takie nie dorobione i wykonane z plastiku grubości pergaminu. A jak jeszcze dowiedziałam się, że nic nie oszczędzę kupując znowu Canona, bo karta pamięci ze starego aparatu nie będzie pasować do nowego, porozglądałam się na boki.

Początkowo myślałam o zakupie Nikona S3 (lub jego kolejnych mutacji). Nie kupiłam przede wszystkim dlatego, że w sklepie drogo, a na Allegro sprzedawcy Nikonów dają tylko własną gwarancję (przekładając na moje: ponieważ w okolicach Warszawy nikt nimi nie handluje, w razie czego wysyłałabym zepsuty aparat do serwisu np. do Kuźni Raciborskiej).



W tej sytuacji zdecydowałam się na prosty, podobno bardzo kobiecy i moim zdaniem ładny aparat, który mam nadzieję parę lat mi posłuży (Olympusy na Allegro sprzedają z gwarancją producenta):



Aparat w obsłudze (ale i w możliwościach) jest banalny - w sam raz dla mnie, osoby, która jak się okazało, nie umie obsługiwać kuchenki mikrofalowej. Kuchenka jako "nie do końca sprawna" pojechała - co dodatkowo wymagało zaangażowania w to przedsięwzięcie zmotoryzowanego Michała - na dalekie betonowe osiedle, a tam okazało się, że wszystko działa, tylko naciska się nie tam gdzie jest napisane, tylko obok.

Nie opanowałam do końca plastra miodu (wychodząc w środę z witrażowni byłam przekonana, że mam go w małym palcu, ale gdy następnego dnia usiłowałam powtórzyć mój sukces, okazało się, że mam go w małym palcu, ale od nogi). Kolejne "podejście" już we wtorek, bo wtedy wybieram się znów do witrażowni "ładować akumulatory". Niezależnie od tego, zaczynam mieć wątpliwości, czy to dobry pomysł - duży, rozpinany sweter, zrobiony z pojedynczej nitki owczej wełny. Plaster miodu wygląda efektownie (a więc tak jak na to zasługuje), gdy jest robiony z niezbyt cienkiej, w miarę okrągło-przędzionej włóczki. Z pojedynczej nitki owczej wełny, która nie dość że jest cienka, to w dodatku nierówna, ścieg wychodzi jakoś kostropato.

Synek, który nie złapał jet-stopu na lotnisku w Berlinie i szuka szczęścia w Kolonii, przesłał mi mms-em zdjęcie czapki - butelki Kleina:


.

Spędziłam trochę czasu w Muzeum Rzeczy Nieistniejących, wiem już co to jest butelka Kleina ("Butelka powstająca przez sklejenie brzegu koła z brzegiem wstęgi Moebiusa. Ponieważ i jedno, i drugie ma tylko jeden brzeg, wnętrze butelki znajduje się na zewnątrz. Niestety, żeby tego dokonać należy operować w 4 wymiarach, co pozostaje na razie w sferze marzeń. Rzecz jak najbardziej nieistniejąca") - więcej na ten temat w Wikipedii).
Łatwiej zrozumieć o co chodzi patrząc na to zdjęcie:




I chociaż to co mi przysłał synek tylko w małym stopniu przypomina butelkę Kleina, gonienie abstrakcji nie ma sensu, bo tak jak wszystkie inne czapki, pewnie i ta nie byłaby twarzowa.

Szukając natchnienia, na jednym z blogów zobaczyłam takie rękawiczki:


Przeprosiłam się w weekend na dwa filmy z telewizorem i do kapuścianej czapki dorobiłam coś takiego:


W domu zimno, w kinie cieplej. W tym tygodniu byłam na:


Z roku na rok jest coraz więcej filmów do oglądania. Staram się oglądać je na bieżąco, ale coraz więcej "przechodzi mi bokiem". Szkoda, bo tylko część z nich można potem obejrzeć na poniedziałkowych seansach w Lunie, nie wszystkie też - po jakimś czasie - są dostępne jako dodatki do gazet (z resztą na płycie to nie to samo). Wszystkiego za dużo, nie tylko aparatów, filmów też.

Na Grbavicy poszłam z Anką, która czekała na mnie w kinie z kwiatami, tak bez okazji (za oknem widać zimowy ogród Kaliningradu):



Po wyjściu z kina córka powiedziała, że od dłuższego czasu chodzę z nią na same smutne filmy z wojną w tle i wyraziła potrzebę pójścia na jakąś komedię. Ale na Małą Miss wybieram się z Mońkiem, bo moja córka jak zwykle nie ma czasu.

Wykorzystując wyniesioną z filmu Księga rekordów Szutki mądrość, postanowiłam zgodnie z panującymi w Szutce regułami ogłosić konkurs w takiej dziedzinie, w której miałabym bardzo duże szanse na wygranie. I tak w roku 2007 zostałam championem w konkursie na najdłużej stojącą w domu choinkę:




Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli