niedziela, 24 lutego 2008

Póki co, jeszcze nie o o ogrodzie

Skończyłam pierwszy szal (zdjęcie na moim drugim blogu). Wbrew temu co twierdzi w komentarzach Moniek, szal nie jest trumienny, tylko wielce szykowny - zwłaszcza, robiąc za ozdobę na moim czarnym płaszczu. Inna sprawa, że mechaci się okrutnie, co jak na każdej czarnej rzeczy, tak i na moim płaszczu, bardzo rzuca się w oczy.

Teraz zabrałam się (tak jak zapowiadałam), za bluzokokamizelkę w strukturalne wzory, z tym że będzie podobna do wzoru, ale nie taka sama. Na początek nie podoba mi się pomysł by robiąc w poprzek, zaczynać od ściągacza i na nim kończyć. Z mojego doświadczenia wynika, że jeden ściągacz nie będzie równy drugiemu i robota będzie się po obu stronach zupełnie inaczej marszczyć. Bezpieczniej chyba zrobić ściągacze osobno i potem doszyć.

Co będzie dalej z drutami nie wiem, bo każdą komórką ciała czuć zbliżającą się wiosnę - już w tym tygodniu miałam zabrać się za sprzątanie ogrodu i gdyby nie kilka niespodziewanych wizyt, pewnie tak by się stało.

Wprawdzie wielkich robót w tym roku (poza podłączeniem się do wodociągu) nie planuję, ale chyba się uzależniłam od ciągłego zmieniania dekoracji w moim najbliższym otoczeniu. W tym tygodniu przyjechał mój pierwszy mebel zrobiony na zamówienie - model powstał w wyniku skrzyżowania dwóch szafek, które kiedyś wpadły mi w oko na allegro.

Szafka jest po prostu śliczna:

Przy okazji Michał wyczyścił rynny

Wlazł też na dach i trochę przetkał koguta na kominie. Sama wpadłam na to, że jak się tak będzie chodzić po tym dachu do komina i z powrotem, to za chwilę ten gont szlag trafi. Sama też znalazłam rozwiązanie - zamówię zespawanie czegoś na kształ drabiny i położę po drugiej stronie dachu.

Poprosiłam tez Michała o powieszenie obrazków (przy okazji dowiedziałam się, że przy wieszaniu obrazków od Hrabiny tynk odpadł mi prawdopodobnie dlatego, że dziury w ścianie wierciłam wiertłami do metalu). Obrazki Hrabiny powiesiłam w nowym miejscu,

bo tam gdzie wcześniej wisiały, na gładkiej ścianie pojawił się deseń. W ten sposób, wczuwając się w znajdujące się na sąsiedniej ścianie artystyczne wizje artysty malarza, co to kiedyś dom mi malował, Łoś zamalował białe gipsowe łaty, którymi zalepiłam porobione wiertarką dziury.

Obrazek od Kąsólowej powiesiłam koło szafy. Jak byłam u Kaśki w mazowieckiej stolicy lumpeksów (czyli Otwocku), byłam bliska kupienia zasłon do tego pokoju. Wolałabym jednak najpierw zrobić parapet - straciłam już nadzieję, że dostanę blat w takim jak szukam kolorze (ma być nie tylko niebieski, ale jeszcze w bardzo konkretnym odcieniu) i pewnie będę musiała zrobić drewniany i potem pomalować, polakierować - czyli nie dość, że wydam na drewno sporo pieniędzy, to potem jeszcze włożę w to sporo pracy.

Na swoje 50-lecie dostałam obraz nie tylko od Kąsólowej, ale i od Tola, który tak jak przed wiekami, tak i teraz, robi różne dziwne rzeczy z zapałek, a jego "większe formy" to obrazy przedstawiające zrobione z zapałek rzeźby.

Już jakiś czas temu powiesiłam obraz, który dostałam 1,5 roku temu - ma nietypowy wymiar i musiałam przyciąć u szklarza antyramę. Ale dodaję do kolekcji obrazków, które u mnie wiszą na ścianie.

Poszłam z córką, która w międzyczasie wróciła ze stypendium, na Podróż czerwonego balonika. Cudowna ballada o niczym, takie podglądanie cudzego życia, które monotonnie toczy się dzień po dniu, bez żadnych burz. Ale jest w tym coś, co wciąga i mimo, że mniej więcej wiadomo jak będzie wyglądał kolejny dzień bohaterów, z przyjemnością się go ogląda.

niedziela, 17 lutego 2008

Sztuka wu-wei (niedziałania)

Kurczowo trzymając się tzw. literatury kobiecej, sięgnęłam po kolejne babskie wspomnienia.

Uważam, że też mam szczególną przewagę poznawczą, ale wpadłam w jeden duży kompleks, bo nie umiałabym tak o tym napisać:

Nieliniowość wewnętrznych przekształceń, płynność warunków brzegowych, niewiedza, do czego jestem zdolna, na dobre i na złe, wreszcie nagłe cięcia przebudowujące całą konstrukcję „ja" (i utrudniające zapamiętanie siebie wcześniejszej, bo tamto ,ja" zostaje wymazane) powodują, że mogę się zbliżyć do rozumienia siebie z pewnym tylko przybliżeniem. Tym bardziej że zdaję sobie sprawę ze znaczenia nierozpoznanych do końca efektów neuro-biologii i biochemii. Choćby ze szczególnego sposobu zapamiętywania towarzyszącego mojej, jak to nazywam, „autystycznej" budowie mózgu, z brakiem - lub uszkodzeniem - tzw. neuronów lustrzanych. A może jest to efekt ciężkiego urazu głowy, jaki przeszłam w młodości? Dość że przeważa u mnie pamięć uogólnień nad pamięcią szczegółów, bo w toku „spiralnego" procesu zapamiętywania danego wydarzenia zdolność do abstrakcji (czyli połączenia neuronowe na wyższych piętrach owej spirali) rekompensują słabość połączeń na poziomie „interface" z rzeczywistością. Towarzyszy temu, tak charakterystyczna dla osób autystycznych (i też związana z niedostatkiem neuronów lustrzanych) nieumiejętność zrozumienia sfery tzw. intersubiektywności wytwarzanej w kontaktach między ludźmi. Łączenie min z ich głębszym sensem, odcyfrowywanie oczekiwań i emocji, jakie budzimy, niewerbalna mowa ciała i - na „wyższych" piętrach - automatyczna, emocjonalna reakcja na produkowane w danej wspólnocie symbole i stereotypy - to wszystko od wczesnego dzieciństwa służy „uspołecznianiu". Dla osób, jak ja, autystycznych, z wadą neuronowego interface, jest to niedostępne i powoduje, że zawsze czują się „obok". Daje to jednak tym osobom także szczególną przewagę poznawczą. Nie są one bowiem więźniami stereotypów i łatwiej rozpoznają struktury (wyższy poziom spirali zapamiętywania) niż elementy (poziom wyjściowy, oparty na pracy neuronów lustrzanych). Analizując swój własny sposób problematyzowania świata, a nawet uprawianie socjologii, wyraźnie dostrzegam u siebie efekty tak rozumianego „autyzmu" poznawczego, związanego prawdopodobnie z inną fizycznością mózgu.

Ale żeby nie było, książka momentami jest bardzo ciekawa i gdyby nie była napisana takim językiem, byłoby tych momentów znacznie więcej.

Czasem zaś jechałam w innym kierunku, do Letniego Pałacu za miastem, zbudowanego przez ostatnią cesarzową Ci Xi. Pod koniec swego panowania zrozumiała, że każda stojąca przed nią alternatywa jest zła: reformy zniszczą Cesarstwo, a brak reform zniszczy Chiny. W tej sytuacji wyprowadziła się do Pałacu Letniego, odmawiając dalszego rządzenia. Przedtem jednak kazała utopić w kadzi w Zaklętym Mieście zawiniętą ciasno w dywan konkubinę syna, która namawiała go do reform, a także stworzyć na terenie parku otaczającego Pałac Letni swoje ulubione krajobrazy. W tym makietę miasteczka w południowych Chinach, z mostkami i kanałami, gdzie się wychowała. Resztę pieniędzy, które miała na armię, poświęciła na zbudowanie marmurowego statku naturalnej wielkości, gdzie piła herbatę, i oddała się sztuce wu-wei - niedziałania. Ta moja ulubiona cesarzowa (umarła w 1911 roku) trafnie rozpoznała pole dostępnych alternatyw i odmówiła gry pozorów: jej syn, ostatni cesarz, stał się marionetką w rękach Japończyków.

I tak oddając się sztuce niedziałania, popełniłam w witrażowni okolicznościowego Aniołka Walentego.

Przez ostatnie dwa tygodnie, rybka arabeska w wyniku mutacji stała się rybką akwariową. Mnie z kolei zmutował się pomysł na akwarium i teraz oczami wyobraźni widzę odpowiednio podświetloną ławicę takich rybek w moim salonie kiczu, czyli łazience.

Spędziłam dwa dni w Otwocku. Krzywda mi się tam nie działa, ale w tym roku coś mi ten Wielki Post nie wychodzi. Jak potem opowiadałam o tym, jednej z cudownie odnalezionych dzięki naszej klasie ciotek, przez telefon rozpoznała u mnie eating disorder. Zawsze to lepiej brzmi, niż: "władowałam w siebie dużą porcję tiramisu".

W przerwie między posiłkami zrobiłam zdjęcie Kefira (to ten po lewej stronie). Było już kiedyś na blogu jego zdjęcie - wtedy jeszcze nosił imię Kolifin. Podziwiam upór tego kota - może rzeczywiście nie trzeba wydawać majątku na operacje plastyczne, by zmienić swój wygląd, tylko trzeba być tak konsekwentnym jak on? W dzieciństwie miał uroczo białe futerko, ale nigdy się z tym dobrze nie czuł. Teraz, gdy nie myjąc się i tarzając w czym popadnie (nie tylko w błocie, ale i na przykład w popielniku) może i nie jest - tak jak pewnie marzył - czarny, ale przynajmniej szary, wygląda na szczęśliwego.

W kinie byłam w tym tygodniu tylko raz. Po raz pierwszy zawiodło mnie piątkowe planowanie z Co jest grane w ręku - tylko po to by obejrzeć Podróż z czerwonym balonikiem, dzielna Ańćka przyjechała do Kinoteki z temperaturą, a seansu nie było. Coraz częściej w Kinotece odbywają się imprezy i prawdopodobnie to nie był pierwszy raz, kiedy z tego powodu zmieniono wcześniej zaplanowany repertuar. Tyle, że ja przejechałam się na tym po raz pierwszy. Morał z tego taki, że trzeba sprawdzać program w dniu seansu. Moim zdaniem Telenowela w kinie jest tylko dla koneserów. Wprawdzie temat wykracza poza zwykłe opery mydlane (jeden z głównych bohaterów czeka na operację zmiany płci), ale film nic nie straci, gdy obejrzy się go w telewizji. Bo może i nie był kręcony z ręki, ale robi takie wrażenie.

A na portalu Gazety przeczytałam o chodzeniu do kina, że: statystyczny rodak nie idzie tam nawet raz w roku. Do kina trafia zaledwie 0,85 Polaka rocznie.

Szal czeka już tylko na zszycie. Następny szal będzie się składał z trzech modułów: węższego i bardziej ażurowego korpusu, otaczającej go obramówki i dopiero do tego doszytego wykończenia a'la koronka, dużo szerszego niż było w tym wzorze.

Obiecałam, że zrobię taki sweter jak na tym zdjęciu. Pytanie - skąd wytrzasnąć takie skrawki wełen?

piątek, 15 lutego 2008

Portret kobiet (4)

Rozdarty czarczaf - Carmen Bin Laden

Z okładki książki patrzy na nas nieruchoma (prawdopodobnie wypełniona botoksem), twarz Carmen Bin Laden. I tak jak nieprawdziwa jest ta twarz, tak samo nieprawdziwe, bo poddane „głębokiej korekcie”, są jej wspomnienia.

Wychowała się w Szwajcarii - ojczyźnie jej ojca (gdy miała 8 lat, ojciec porzucił jej matkę, Irankę). I jak to często bywa z ludźmi wychowanymi w dwóch, nie tylko różnych, ale i nastawionych do siebie konfrontacyjnie kulturach, zawsze miała problem „gdzie należy bardziej”. Po 11 września skończyło się to tym, że niezależnie od tego gdzie jest, jest obca, bo zawsze jest „tamtych”. Z tym że o tym ta książka jest tylko w niewielkim stopniu, bo przede wszystkim jest o nieudanym małżeństwie i rozczarowaniu jakie ze sobą przyniosło.

Carmen Bin Laden wyszła jednego za mąż z miłości, za Yeslama, jednego z 24 synów założyciela potężnego przedsiębiorstwa Bin-ladenów (oprócz tego miał on jeszcze 29 córek). Yeslam też ją bardzo kochał (jako dowód jego miłości przytacza to, że gdy rozwaliła o bramę jego nowe porsche, martwił się o nią, nie o auto). Potem, już jako narzeczeni wyjechali razem studiować do Stanów (ani słowa jak bliskie były wtedy ich relacje, gdy tak razem, bez ślubu, z dala od rodziny). Tam byli szczęśliwi, potem, gdy zamieszkali po ślubie w Arabii Saudyjskiej już coraz mniej, on coraz bardziej stawał się „Saudyjczykiem”, na koniec stali się dla siebie obcymi ludźmi.

Historia o tym, jak to wychowana w przepychu, wprawdzie restrykcyjnie i pod kloszem, bo przez muzułmańską matkę, ale jednak w zachodniej demokracji dziewczyna, niedługo po ślubie przenosi się do Arabii Saudyjskiej i po powrocie, zdaje relacje z tego, jak żyje się „w niedostępnych dla niewiernych pałacach” ma wszelkie zadatki na to by być ciekawa. I pewnie tak by było, gdyby zostało to opowiedziane szczerze. A tak nie jest. Przykład pierwszy z brzegu - niezależnie od tego, że były mąż sympatii nie budzi, to czy „Saudyjczyk” , który ma tylko dwie córki, przymusza żonę do usunięcia kolejnej ciąży tylko dlatego, że „ nie chce mieć więcej niż dwoje dzieci”?

W dodatku opowiedziane jest to w konwencji historyjek bulwarowej prasy kobiecej.

Słowem nie polecam.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli