niedziela, 22 lutego 2009

Koniec Karnawału

W tym roku nie wyprawiłam urodzin, nie doszedł do skutku bal przebierańców i karnawał minął bez ani jednego balu. Trochę żałuje, bo w tym tygodniu zamarzyło mi się przebranie za żabkę. Wszystko przez opowieść córy o wieczorze panieńskim, na który została zaproszona - przyszła pana młoda przebiera się za królownę, reszta za żabki. Fajne.

Moniek w komentarzach zapytał: co Ty za książki czytasz, masz za dużo czasu? Tym razem z tej "półki" przeczytałam  Słodkie życie Ewy Morelle, pierwszej żony W. Frykowskiego. Żeby już zupełnie się pogrążyć - całkiem mi się podobało. A że zbliża się środa popielcowa, mogę już dziś posypać głowę popiołem - regularnie zaglądam też na strony plotka/pudelka/pomponika. Co więcej - czasami niektóre tytuły mnie na tyle zaintrygują, że rozwijam zamieszczane tam newsy.

Słodkie życie to bardzo złośliwa, pełna pikantnych szczegółów opowieść o  środowisku polskich filmowców skupionych wokół łódzkiej szkoły. Książka może byłaby i  niestrawna gdyby autorka opisała tylko to, co wyrabiali inni (to samo co u Houellebecq'a, tyle że z życia wzięte). Ale ponieważ otwarcie opisuje również swoje ekscesy, ukryci pod łatwymi do odczytania pseudonimami uczestnicy opisywanych wydarzeń  nie za bardzo mają jak  protestować. Z tym że dużo ciekawsze byłyby nie takie luźne impresje, ale jej pamiętniki.

Wracając do tematu co czytam. Co popadnie. Moja mama uważa, że gdy już wiadomo, że wszystkich zgromadzonych na półce książek nie zdąży się  przeczytać, szkoda czasu na beletrystykę i warto czytać tylko literaturę faktu. Z kolei Leon wygłosił teorię, że na starość szkoda czasu na literaturę faktu -  po co zdobywać wiedzę z którą i tak się już nic nie zrobi? Cenniejsze są ulotne emocje, które daje dobra beletrystyka.

Grobowiec dla Borysa Dawidowicza to na pewno kawał dobrej beletrystyki i jak zobaczę jeszcze coś Danilo Kiš, chętnie przeczytam. Ta książka, to zgodnie z przytoczonym na okładce fragmentem recenzji Krzysztofa Vargi:   udający prozę dokumentalny zbiór opowiadań pokazuje, jak stalinizm niszczył własne psy gończe, jak kaci nagle stawali się ofiarami, jak łatwo było spaść z tronu do szamba. Każdy z zamieszczonych tu fikcyjnych życiorysów oddanych sprawie rewolucjonistów, którzy nagle zostają przez system, któremu wiernie służyli, oskarżeni, zniszczeni, upokorzeni i skazani na zapomnienie, jest najtrafniejszą definicją totalitaryzmu. Nic dodać, nic ująć.

Niedługo Wielki Post. Już któryś rok z rzędu  zamierzam pościć razem z Joanną. Na to konto w tym tygodniu "wrzuciłam na ruszt" tyle, że nie wiem czy starczy 40 dni postu, by to zrzucić. 

Już teraz rozpoczęłam wdrażanie innego projektu, ma mi pomóc zapanować nad moim życiem - wieczorem planuję na następny dzień  kilka rzeczy do zrobienia w wolnym czasie, zapisuję to w  kalendarzu, a potem się tego trzymam. Przy czym plan jest realny, a margines swobody spory - nie chodzi  mi o to, by nie marnować czasu, tylko o to, by marnować go mniej.

Kolejny projekt z cyklu one could be lost został zrealizowany tylko w 66%. Przerwałam,  bo zabrałam się za robienie czapki - porażki. Miał być kaszkiet, a to co rzuciłam w kąt bardziej przypominało worek na kartofle.



W tym tygodniu przekonałam się, że czasami lepiej wybierać się do teatru, niż się tam wybrać.

Podobno Bóg jest sztuką Woody Allena. W wersji granej w Teatrze Polonia, jedną z głównych postaci jest Miss Podlasia spod Białegostoku, która lata bez składu i ładu po scenie krzycząc, że chce przeżyć orgazm. Tego typu  "uaktualnień" reżyser (K. Janda) wprowadziła dużo więcej - nie ma wprawdzie Kaczyńskich, ale jest za to poseł Putra i jego wąsy.  Widownia jest zachwycona i może o to chodzi. Ta Miss Podlasia wypowiada nawet jeden z  bardziej znanych bon-motów Allena (Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość), ale to akurat publisi nie rozbawiło. Według mnie należało pójść na całość - zaprosić M. Dańća, wywalić z afisza Woody Allena i wszystko byłoby cacy. A tak to będę się teraz bała  pójść do Teatru Polonia bo myślałam, że jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzą.


Dziś w nocy rozdanie Oskarów. Frost Nixon też startuje. Film opowiada o tym jak  prowadzący talk show dziennikarz zrealizował swój pomysł przeprowadzenia wywiadu z odsuniętym od władzy Nixonem. Mimo, że cały film jest tylko tym  o jednym wywiadzie, trzyma w napięciu, nie ma w nim dłużyzn. Na pewno w dużym stopniu jest to zasługa świetnego aktorstwa. Ale jest też coś, co u nas byłoby niemożliwe  - zamiast wzmacniać przyznaną przez historię rację, film ją trochę rozmiękcza: dziennikarz chwilami jest nieznośnym bufonem, a Nixon ma ludzkie odruchy.   


czwartek, 19 lutego 2009

Historyczne czytanie (2/2 - kolejny wpis z XX wieku, czyli wieku w którym już byłam)

Judith Thurman - Karen Blixen

Biografia Karen Blixen czekała na półce prawie dwa lata. Na tej półce nadal stoi  kilka    innych, ciekawych książek - stoją tylko dlatego, że są grube i ciężkie. Nie lubię czytać kilku książek na raz, a  ponieważ czytam jadąc w pociągu do pracy, więc książki które nie nadają się do codziennych podróży muszą długo poczekać na sprzyjające okoliczności. Taką, jak na przykład wyjazd do Londynu.


Książka Judith Thurman, to solidna, dobrze napisana biografia. O Karen Blixen wiedziałam tyle co z jej sztandarowego Pożegnania z Afryką (oprócz tej książki czytałam tylko jej kilka opowiadań, z których zapamiętałam jedynie Ucztę Babette). Tymczasem ten najbardziej znany kawałek jej życia, czyli epizod afrykański to tylko fragment jej bardzo ciekawego życia, w którym - jak łatwo można się domyśleć - nie wszystko było takie, jak o tym pisała.

Mnie najbardziej zaciekawiło jej życie już po powrocie z Afryki – gdy mając 47 lat wróciła bez niczego, „tak jak stała” do Danii, która w 1931 roku tylko w niewielkim stopniu przypominała tą którą opuszczała w 1919 roku.

Dała radę. I to pomimo tego, że całe jej bardzo aktywne życie toczyło się w cieniu choroby - mąż zaraził ją syfilisem i chociaż zaryzykowała i poddała się leczeniu (w tamtych czasach często kończyło się ono śmiercią) choroba zaatakowała kręgosłup i już do końca cierpiała na koszmarne, wyłączające ją z życia na długie miesiące, bóle.

Czasami dawała sobie radę, uciekając się do niestandardowych metod. Tak na przykład poradziła sobie w Ameryce – całe życie się tam wybierała, i dotarła tam dopiero rok przed śmiercią, czyli w wieku 74 lat:

Isak Dinesen stała się najbardziej pożądanym gościem w Nowym Jorku i wiele znakomitych pań dbało o jej rozrywki. (...) była wystawiana na widok publiczny niczym drogocenny muzealny okaz, poddawana dokładnym oględzinom, znajdowała się w centrum uwagi i przechodziła z rąk do rąk, jak jakiś niezwykły eksponat, wyciągnięty z grobu i po raz pierwszy i ostatni wypożyczony Ameryce. (...) Rumaki czystej krwi - lubiła mówić Dinesen - biegną dopóki nie padną i „ona właśnie tak postępowała" (...) w Cosmopolitan Club (...)Baronowa zgodziła się opowiedzieć jedną ze swoich historii członkiniom klubu i zachęcona ich zachwytem zabrała się do następnej. Gdy spotkanie zostało zakończone z myślą o tym, by mogła nabrać sił, zdenerwowała się i trzeba było prędko organizować następne. Dzień zdawał się nie mieć końca; panie z drugiego spotkania już wyszły, a Dinesen dalej ciągnęła opowieść. „Nie chciała, żeby ta magia się skończyła, bała się nagle znaleźć sama, naładowana twórczą energią i siłą bez słuchaczy. Błagała mnie, żebym z nią została i zjadła obiad... odeszłam w końcu z uczuciem, że ją w jakiś sposób zawiodłam". Na drugi dzień po spotkaniu w Cosmopolitan Club Isak Dinesen została odwieziona do szpitala w stanie krytycznym. Badający ją lekarze zorientowali się, że aby wyrównać straty energii, którą trwoniła, zażywała amfetaminę. Jej stan poważnie się pogorszył na skutek anoreksji i doktorzy przestrzegali ją, że jeśli chce pozostać przy życiu, musi zacząć przyzwoicie się odżywiać i pozostać przez jakiś czas bez ruchu. Zastosowała się do tych zaleceń, potulnie wyrażając zgodę na transfuzję krwi i wstrzyknięcie glukozy do żył. Ale gdy tylko parę tygodni później opuściła szpital, podjęła na nowo morderczy styl życia. (...) Siedemnastego kwietnia, w dniu swoich siedemdziesiątych czwartych urodzin, Karen Blixen - bojowy koń „Khamar" - została niemal siłą zaciągnięta z powrotem do Danii.

niedziela, 15 lutego 2009

Podpatrzone u ciotek

Chodząc z wizytami, zostałam poczęstowana przepyszną herbatą. Do tej pory jedynym uznawanym przeze mnie dodatkiem do czarnej herbaty  był kardamon, teraz do tej listy dodałam imbir. Joanna robi to tak: zalewa kawałek korzenia imbiru zimną wodą i gotuje. Potem taką imbirową wodę wykorzystuje do zaparzania herbaty. Pyszne.

Z kolei jak byłam u Staśki podpatrzyłam rewelacyjny pomysł na karmnik, który nie ma szans na przekształcenie się w kocią stołówkę. Na końcu sznurka mocuje się hak i za którym rzutem zaczepia się sznur na sąsiednim drzewie. Następnie na tym sznurku  zawiesza się ptasie żarcie, które odsuwa się od okna na bezpieczną odległość.


A potem ma się za oknem telewizor.


Czasami jest nawet program z dzięciołem.


Skończyłam pierwszy projekt z cyklu: one could be lost. Założenie jest takie, że jak są trzy takie same rękawiczki, to się tak nie gubią, jak wtedy gdy są tylko dwie. Na razie się sprawdza - jedna przez moment zdążyła już być  "lost", ale następnego dnia idąc do pracy znalazłam ją na drodze. Wcześniej (tzn. gdy miałam standardowy zestaw  dwóch rękawiczek) takie przygody mi się nie zdarzały.


Pomysł mi się tak spodobał, że idąc za ciosem zaczęłam następny komplet:


Od dłuższego czasu wybieramy się, niczym sójki za morze, z Ańćką do teatru.  Niby na brak chęci nie narzekamy, ale jak na razie starcza ich nam tylko na comiesięczne spotkanie w Gazeta Café. Tym razem byłyśmy na spotkaniu z Mariuszem Trelińskim. Ciekawy człowiek, ciekawie mówił na ciekawym spotkaniu. O operze wiem mało - nawet nie umiałabym wymienić tych 50-ciu, które zdaniem M. Trelińskiego grają na okrągło ma wszystkich scenach świata. Tymczasem bohater spotkania mówił do zdecydowanie bardziej "wyrobionego" odbiorcy,  np. o planach sięgnięcia po repertuar spoza tego kanonu. A że człowiek uczy się aż do śmierci, teraz już wiem, że nie mówi się:  "Opera w Lyonie", ale "Dom operowy w Lyonie" .

Dawno nie miałam tak udanego tygodnia filmowego.

Droga do szczęścia to historia trzydziestolatków, którzy pamiętając jeszcze swoje marzenia postanawiają zmienić swoje obecne życie, by było tak, jak to kiedyś mieli w planach.  Gdy jednak przechodzą do szczegółów, okazuje się, że nie można już razem pójść każdą drogą. Bardzo smutne i bardzo prawdziwe studium związku. Nie przepadam za Leonardo DiCaprio, ale jest to kolejny film, który "pociągnął" swoją świetną grą -  Kate Winslet już aż tak dobra nie jest. Z tym że jest to film tej dwójki, inne postacie w tym filmie już nie są tak dobrze narysowane i jeżeli coś przeszkadza w tym filmie, to jakość tego tła.

Hanami - kwiat wiśni to też bardzo smutny film. Tym razem nie o tym jak razem przeżyć życie, gdy oczekuje się od drugiej strony (tak jak w Drodze do szczęścia) dla "dobra związku" rezygnacji z marzeń, tylko patrząc wstecz, widzi się co wynikło z takich wyborów.  Tyle, że po śmierci współmałżonka, nie ma nikogo z kim by można na ten temat porozmawiać. Przejmujący obraz samotności  starego człowieka. 

Bracia Karamazow - to Zelenka i ci sami aktorzy co zawsze, więc na początku trzeba się przestawić, że tym razem to nie czeska komedia, a Dostojewski. I to jak najbardziej serio. W scenerii nowohuckiej fabryki teatr z Pragi wystawia Braci Karamazow.  Widzami są  nieliczni,  pracujący tam jeszcze robotnicy. Aktorzy grają dramat Dostojewskiego. Gdy mają chwilę przerwy, przypominają sobie o swoich własnych problemach. Robotnik, który im się przygląda przeżywa swój życiowy dramat. Świetnie zaplecione. Rewelacyjnie zagrane.

W ramach Podróży w czasie przeczytałam kolejną biografię Karen Blixen, ale o tym  napiszę w osobnym wpisie.

Lubię A. Osiecką i poprzednie książki o jej kolorowym życiu czytałam z dużą przyjemnością. Galeria Potworów jest wymęczonym, beznadziejnym zlepkiem zdań. Kilka anegdot, ale utopionych w takim bełkocie, że nawet jak się na nie natyka, to przemijają bez echa. Ciekawe w tej książce są jedynie zdjęcia.


Przekartkowałam też Chcę być kochana tak jak chcę. Książka to zestaw grepsów-tekstów, które p. Katarzyna Miller powtarza w swoim gabinecie terapeutycznym. Średnio rozgarnięta pięćdziesięciolatka wie o wiele więcej. Tyle, że pacjentkami pani K. Miller są młodsze kobiety, więc się kręci.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli