niedziela, 28 lutego 2010

Sandwich generation

Ostatnio dotarło do mnie, że zaliczam się do tzw. sandwich generation. Dzięki temu wiem, że o tym, że mam przechlapane nie decydują gwiazdy, ale mój pesel (mogłoby się to przynajmniej ładniej nazywać, ale na to też nie mam wpływu). Na razie moszczę się w nowej roli i nie umiem jeszcze powiedzieć, co jest trudniejsze emocjonalnie - życiowe falstarty dorosłych dzieci, czy odchodzenie rodziców. Pierwsze obserwacje są takie, że z dziećmi chciałoby się dużo więcej, tylko one nie chcą, z rodzicami dokładnie na odwrót.

A życie toczy się obok i nawet jak się jest świadomym, pełnouwikłanym SG, czuć zbliżającą się wiosnę.

Na razie z krainy ciotek powiało erupcją twórczej mocy.

Iwona chodzi na malarstwo i pochwaliła się już pierwszym obrazem.


 

Gumiś drutuje tak zawzięcie, że za chwilę mnie przegoni. Na razie wlazł tam, gdzie nigdy nie zaglądałam i przetrzepuje zasoby eBay-a. Może jeszcze zacznie blogować  i będziemy prowadzić blog, np. taki jak ten (mój ulubiony, dla niego zdradziłam Wendy).

Ja ograniczyłam się na razie do zmiany taktyki - postanowiłam przestać robić do "szuflady". Naszło mnie tak po zrobieniu tyłu  Thea Kim Hargreaves gdy odkryłam, że nawet jeżeli postaram się go starannie wykończyć i tak nie będę w nim chodzić - nie ta wełna. Aby to postanowienie na dłużej mi starczyło, zapisałam sobie dwie Maggie z Raverly - obie tak samo starannie zrobione, ale różnicę widać na pierwszy rzut oka.


Zarówno na Thea Kim Hargreaves jak i jej Maggie potrzeba tweedu. 50 gramowy motek Rowan Felted Tweed kosztuje 25 zł. Nieporównywalnie tańszy jest tweed Yarn-artu w e-dziewiarce, tyle, że ani ta jakość, ani te kolory. Na razie myślę.

Porzuciwszy sweter, zabrałam się za szale. Spróbowałam po "estońsku", wzór Sofia kiri z Hapsalu sall - boski!


Próbkę zrobiłam z Luny. Przez chwilę nawet się zastanawiałam czy kontynuować, ale po pierwsze: czarny szal koronkowy jakoś mnie tej wiosny nie pociąga, po drugie: robienie estońskich szali z Luny to czyste szaleństwo - w razie błędu, jak to spruć?

Inna sprawa, że wełny cały tapczan, a ja nie mam z czego robić .... Ze śliwkowej Himalya Kasmir miał powstać Stole O' The Wave Print , ale o ile w kolorze indygo nitka był ok, to w kolorze śliwki, nitka jest ciut za gruba jak na taką koronkę. Wybrałam na Raverly Percy - w necie też można znaleźć jego schemat. Czy  znowu nie zmienię zdania, jeszcze nie wiem.

Ale i tak z wiosenną tfurczością poraziło mnie to - natknęłam się na ten kocyk startując z blogu Bietas.

Na koniec o czytelniczej przekąsce (niewiele ponad 100 str) - Twarz muśnięta smutkiem - Gisele Prassinos.

Klimatem przypomina prozę Calvino. Taki surrealistyczny realizm magiczny.

Młodziutka Essentielle wychodzi za mąż za wybitnego uczonego. W przeszłości jej mąż był górnikiem, stał się wybitnym uczonym po tym, gdy ratując go po  wypadku  włożyli mu do głowy mechaniczny mózg. Uczony jest tak pochłoniety swoją pracą, że prawie nie zauważa Essentiele. Tak się to zaczyna. Potem już nie wiadomo co dzieje się naprawdę, a co w wyobrażni Essentiele. I jak to w takich opowieściach bywa, nie jest to zupełnie istotne. Sama przyjemność czytania.

piątek, 26 lutego 2010

Nagrody Literackie (2)

Tworząc listę „książek do przeczytania” postanowiłam jeszcze raz podejść do Jadąc do Babadag  Andrzeja Stasiuka.  Kiedyś już zaczęłam ją czytać, ale po kilkunastu stronach odłożyłam.


Restart nie wypadł wiele lepiej. Przerwałam po kilkudziesięciu.
Gawęda o podróży po środkowej Europie. Autor opisując swoją fascynację tym regionem, pisze, że interesuje go:

zanik, rozpad i wszystko, co nie jest takie, jakie być mogło albo być powinno. Wszystko, co zatrzymało się w pół kroku i nie ma siły, ochoty ani pomysłu, wszystko, co się zaniechało, spuściło z tonu i dało za wygraną, wszystko, co nie przetrwa, nie pozostawi po sobie śladów, wszystko, co się spełniło samo dla siebie i nie wzbudzi żadnego żalu, żałoby ani wspomnień. Czas teraźniejszy dokonany. Historie, które trwają tak długo, jak są opowiadane, i rzeczy, które istnieją tylko wtedy, gdy ktoś na nie patrzy. Tak, to mnie prześladuje, ta cała reszta, to istnienie, bez którego wszyscy mogą się obejść, ta zbędność, nadmiar, który nie jest bogactwem, to ukryte, którego nikt nie pragnie poznać, i tajemnice, które sczezną w zapomnieniu, i pamięć, która pożre siebie samą.

Może nie mam nastroju na tę książkę? Może za mało anegdoty? W każdym razie nie. A. Stasiuk napisał świetne Mury Hebronu. I z mojego punktu widzenia nic ponadto.

W tej sytuacji sięgnęłam po kolejną książkę nagrodzoną Nike – Pod mocnym aniołem Jerzego Pilcha.


Za co ta nagroda? Książka jest wprawdzie świetnie napisana, zasysa, ale J. Pilch ma świetne pióro i trudno by napisał to inaczej. Spowiedź alkoholika. O alkoholizmie, o przemyśle profesjonalnej pomocy, który na nim żeruje.  Złośliwie, ciętym językiem, trafnie. Jak zawsze w jego felietonach, tyle że tym razem nie o polskiej rzeczywistości, ale o własnym alkoholizmie. Z wielu zamieszczonych w tej książce odpowiedzi na postawione w tle pytanie "dlaczego piję?", chyba najbardziej podobała mi się ta: „Piję, bo jestem normalny i potrzebuje odrobiny szaleństwa”.  Ciekawe i "trochę" plotkarskie (prawdopodobnie dla wtajemniczonych z kluczem). Ale żeby od razu nagroda? Dziwne. 

Na koniec zaczęłam się zastanawiać nad nagrodą NIKE - do tej pory miałam same dobre doświadczenia (W. Myśliwski, J. Ronikier, W. Kuczok).

niedziela, 21 lutego 2010

Złote myśli

Jako nastolatka, miałam zeszyt, w którym zapisywałam  ulubione wiersze, złote myśli, itp. Niektóre do dziś pamiętam, np.: Cóż nas obchodzić winny nieszczęścia? Albo one miną, albo my miniemy. Na razie stan przejściowy, nic nie mija: ani nieszczęścia, ani ja.

A oprócz tego:

Jeszcze kilka dni temu, gdy otwierałam drzwi wejściowe, na dzień dobry musiałam pokonać taką zaspę:

Miałam nosa, że nie uwierzyłam prognozom i uwieczniłam to na zdjęciach - wiedziałam, że skoro poczułam wiosnę, znaczy idzie (teraz to świergoczą o tym i ptaki, ale kilka dni temu brzmiało to jak herezja).


W tym tygodniu wypadał kolejny weekend z Gumisiem.


Ostatnie dni zimowej laby, gdy drutkowanie przy kominku, nie odbywa się kosztem ogrodu.

Skończyłam chustę. Tak jak przewidywałam, nie starczyło na cała przewidzianą we wzorze bordiurę (na swoim blogu Kruliczyca wytknęła używanie językowego anglokoszmarku, czyli "borderu" i obiecałam sobie, że się poprawię), starczyło tylko na wersję mocno okrojoną. Kaśka skończyła kamizelkę  Tunic vest z zimowego Vogue Knitting - miała świetny pomysł by wykończyć ją plisą ze ściągacza, ale wykończenie woła o pomstę do nieba. 


Na krzesłach kupiona kiedyś na Śniadeckich gobelinowa wełna. Miał być z niej był  Maggie Kim Hargreaves, ale wykończenie dołu wymaga innej wełny, nie  takiej sztywno-żakietowej. Wybrałam więc jej inny jej sweter Thea (ten po prawej)


 

Wyliczenia we wzorze nie pasują i będę musiała wszystko przeliczać. Najgorzej może być z rękawami (są klasyczne, takie z główką). Robić będę tylko w domu, bo z takim kłębkiem nigdzie się nie ruszę.


Dwa miesiące przed terminem wygaśnięcia umowy przedłużyłam umowę na Neostradę - miałam już serdecznie dosyć ich namolnych akwizytorów. Teraz goni mnie Plus. A ja po raz pierwszy nie wiem co wybrać - żadna komórka mi się nie podoba. Gumiś zachwala Blackberry, ale Plus ma tylko w wersji full wypas, czyli cenowo trudnej do przełknięcia, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, któremu gubienie komórek nie obce.  Gdzie indziej są wprawdzie dostępne i tańsze wersje, ale o ile  nie przekonałam się do komórki w roli odtwarzacza mp3, to jako aparat czasami się przydaje.


 

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli