niedziela, 27 lutego 2011
Weekend z kieszonką

Plan był taki:  w sobotę kominiarz (jak tylko zrobiło się naprawdę zimno, zapchał się komin i dogrzewanie domu kominkiem stało się niemożliwe, samym gazem staram się grzać "oszczędnie". Dopiero teraz, jak zrobiło się cieplej, kominiarz podjął się wdrapania na dach), rozebranie choinki i skończenie Idlełudzika. niedzielę  dwa filmy w kinie Alchemia: Milosz Forman: Co cię nie zabije... i Mine Vaganti. O miłości i makaronach.

Do późna w sobotnią noc robiłam kolejne wersje kieszonek, poszłam spać przekonana, że rano tylko je wszyje i będzie cacy. W południe zrozumiałam, że nie zdążę nawet na drugi film i z pasją oddałam się tworzeniu kolejnych wersji kieszonek. To co wyszło jest kompromisem, między tym co chciałam, a tym co wyszło -  dalej już nie miałam siły. W dodatku niebezpiecznie zaczęłam się zbliżać do momentu, gdy z powodu powyciąganych przy okazji kolejnych szyć oczek,  koniecznie byłoby nadprucie głównego korpusu i zrobienie tego kawałka jeszcze raz.


Skończony Idlełudzik wygląda tak. Wzór z Raverly, wełna to 40 dkg Cascade 220 kupione w Zagrodzie  Myszopticy.


Chyba jest trochę za obcisły - cała nadzieja w blokowaniu.

Teraz będę robiła z tego:


Ma być z tego kardigan. Skrzyżowanie Blackberry Cabled Cardigan

z Eala Bhan. Na zdjęciu poniżej wygląda on tak sobie, ale jest to jego zdjęcie profilowe, więc bez pytania kopiuję, urok tego swetra widać np. tu.


Będę robiła według własnego wzoru, bo w "sieciowych" nie ma takich rękawów - gdyby nie Dziunia, nawet nie wiedziałabym o istnieniu takiego sposobu. Na razie, czekając na Szarotki, gdzie mam nadzieję że spotkam Dziunię i z nią o tych rękawach pogadam,  myślę nad korpusem.


Byłam na szkoleniu. Omówiono na nim wiele ficzerów i sposobów ich autentykacji. Co o tyle istotne, że dotyczyło to sensytywnych danych, w ich natywnym środowisku (niestety notatki zaczęłam robić dopiero w ostatniej godzinie szkolenia).

Na szkoleniu, nie tylko ubogaciłam swój język, ale - dzięki możliwości obcowaniu ze Sztuką - również i duszę.


Dzieło to stworzyła artystka plastyk


Nie wiem tylko dlaczego Pan Gugiel, zna tylko to jedno jej dzieło ...

W ramach Poniedziałków w Lunie, obejrzałam film, na który nie poszłam gdy był jego czas i  - co też nie tak bardzo mnie zdziwiło - było odruchem właściwym.


Klasyczny melodramat. Młoda kobieta, matka dwójki dzieci, nie potrafi pogodzić się z tym, że została porzucona. Jej teść zabiera ją do domku w górach, gdzie opowiada jej o miłości swojego życia. Kochał szalenie, ale jednak nie zdecydował się porzucić rodziny. Mało odkrywcze. O tym, że są sytuacje, z których nie ma dobrego wyjścia.


Jak kupowałam bilet na Kolejny rok, dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie mogę wybrać gdzie chcę siedzieć, bo został już tylko jeden bilet - pod ścianą w pierwszym rzędzie. Gdy odeszłam od kasy, zobaczyłam synka idącego na ten sam film. Przez chwilę miałam nadzieję, że się zamienimy biletami. Ale on kupił przedostatni - też w pierwszym rzędzie, tyle że z drugiej strony.

Sam film opowiada o szczęśliwym małżeństwie 60-latków, które żyje sobie w małym domku w Londynie, dzieląc czas między dająca i satysfakcję pracę i działkę, którą lubią uprawiać. Wokół ich ciepłego, z dobrymi kolacjami, domu,  jak satelity krąży kilka samotnych, nieszczęśliwych znajomych. Taka ballada o tym jak minął rok. Miło się ogląda, a może bardziej podgląda ich zwykłe życie.


piątek, 25 lutego 2011
Przeczytane

Philip Roth - Zuckerman wyzwolony

Zuckerman wyzwolony to książka Philipa Roth’a, którą spokojnie można dać do ręki dziecku – żadnych obscenicznych scen czy wulgaryzmów.

W sprawny, jak to u niego sposób, P. Roth opowiada historię Natana Zuckermana, trzydziestokilkuletniego mieszkańca Nowego Jorku, który w trochę dla siebie niespodziewany sposób, stał się autorem rozchwytywanych bestsellerów.

Chociaż nie za bardzo ma na to ochotę, nagły awans finansowy wywraca dotychczasowe życie do góry nogami. Nie wszystkie zmiany mu się podobają, chciałby z pieniędzmi Olimpu, dalej żyć dotychczasowym życiem. Tymczasem wymianie podlegają jego relacje z ludźmi, rozpadają się dotychczasowe związki, pojawiają nieznane wcześniej zagrożenia (nieistotne na ile prawdziwe, a na ile wydumane). W dodatku, bohater jego książek nie jest sympatycznym mężczyzną i niezależnie od tego czy N. Zuckermanowi się to podoba, czy nie, zaczyna być z nim utożsamiany

Miła szybka w czytaniu książeczka, bo na czytelnicze szczęście nie sprowadza się jedynie do ilustracji przysłowia „pieniądze szczęścia nie dają”… Tyle, że przelatuje bez żadnego osadu, czy refleksji.


Kolejną książkę, Kair historia jednej kamienicy, czytałam jak by to był kolejny film Alejandro Iñárritu.

Jej tytuł dokładnie oddaje jej treść. A w tej kamienicy mieszka pełny przekrój mieszkańców współczesnego Kairu.

Na reprezentacyjnych dolnych kondygnacjach - bogaci. Starzejący się, uzależniony od seksu, rzewnie wspominający pachnący europejską nutką ancient régine. Też nie najmłodszy bogaty przedsiębiorca Hadżi, któremu na stare lata zamarzyła się młoda żona i kariera polityczna. Jest i gej - Hatim, redaktor naczelny popularnej gazety.

Na wyższych piętrach i w blaszanych przybudówkach na dachu, mieszkają ubodzy. Wśród nich młody chłopak, Taha, inteligentny i wykształcony, który gdy z powodu złego pochodzenia nie dostaje się do wojska, przyłącza się do radykalnych islamistów. Busejna, która pracując w sklepie dostaje pieniądze nie tyle za swoją prace ile za to, że daje się obłapiać swoim pracodawcom.

I całe jeszcze mnóstwo innych postaci. Wszyscy starają się jakoś przeżyć i nikomu nie przychodzi to łatwo. Nawet tym bogatym.

Świetnie napisane i tak samo przetłumaczone. Trudno się oderwać od snujących się, wzajemnie przeplatających jak w filmach wspomnianego już Iñárritu, historii.

W dodatku, co też nie bez znaczenia, książka bardzo na czasie.

Polecam.

Czekając na barbarzyńców, to druga po Hańbie książka J. Coetzee'go jaką przeczytałam i podobała mi się ona dużo bardziej niż pierwsza.

Przyjemna w czytaniu to ta książka nie jest - momentami nastrój przypominał mi posępność Drogi McCarthy'ego. Ale o ile zdarzało mi się już podejrzewać u siebie wyczerpanie się zdolności do odbioru literatury pięknej, to ta książka przywróciła mi nadzieję, że jeszcze nie wszystko umarło i że dobra powieść potrafi mnie jeszcze "szarpnąć".  I to jest właśnie taka bardzo dobra powieść.

Akcja toczy się w granicznym mieście Imperium, poza czasem, w scenerii epoki przedindustrialnej. Trochę przypomina to dziki zachód - konie, fort itp.

Za miastem rozpościera się ziemia niczyja, która odgradza Imperium od ziem kontrolowanych przez barbarzyńców. Spokój jego mieszkańców zakłóca przybycie oddziału wojska, które zamierza wyruszyć na wyprawę przeciwko barbarzyńcom. Bohaterem jest starzejący się sędzia, sybaryta, który widząc to co się dzieje, stara się w tym wszystkim  zachować przyzwoicie, a nie jest to czas który nagradza ludzi, okazujących empatię, nawet gdy nie posuwają się do bohaterstwa.

O władzy, rządzących tym światem mechanizmach, o tym co potrafią ludzie ludziom. Obraz przejmujący i niestety chyba bardzo prawdziwy.


niedziela, 20 lutego 2011
PKO BP, czyli kolejna bandycka firma

Wysłałam do nich taki mail:

Gratuluję pomysłu na dodatkowy zysk !!!
Linia 801 302 302
Odbiera miła pani konsultant (albo pan) sama nic nie może pomóc, tylko musi przełączyć do serwisu telefonicznego.
W serwisie nikogo nie ma, ale zanim  zniecierpliwiony klient odłoży słuchawkę minie trochę czasu. Zadzwoniłam jeszcze raz powtarzając ten sam bezsensowny rytuał. Tyle, że tym razem zapytałam czy naliczana jest opłata za każdą minutę połączenia. Bingo!
ps. to moja mama emerytka jest klientką PKO BP. Ja z tego banku uciekłam w pierwszych miesiącach transformacji. Bazują Państwo na emerytach, bo tylko oni, nawet tak obsługiwani, pozostaną Państwa klientami.

Odpowiedzieli już następnego dnia:

Szanowna Pani,
W odpowiedzi na Pani e-mail uprzejmie wyjaśniamy, że niedogodności związane z oczekiwaniem na połączenie z konsultantem wynikają ze zwiększonej ilości osób dzwoniących do telefonicznego centrum obsługi Klienta. Cały czas dokładamy wszelkich starań, aby obsługa Klienta pozostawała na najwyższym poziomie i pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą na uniknięcie takich sytuacji w przyszłości.
Serdecznie przepraszamy za niedogodności związane z przedmiotową sytuacją.
W przypadku jakichkolwiek dodatkowych pytań lub wątpliwości prosimy o ponowny kontakt.

Książka z której kopiują te maile ma chyba tytuł: Uniwersalny kod pisania listów do klientów.

W Londynie nie miałam za dużo czasu na myślenie o prezentach, wpadłam do Primarku i kupiłam na wyprzedaży kilka par czerwonych majtek. Jak tylko je zobaczyłam, od razu pomyślałam, że przydadzą się ciotkom, które pełnią tzw.  "stanowiska" i czasami potrzebują ochrony przed złymi, atakującymi ich na różnych decyzyjnych spotkaniach, siłami.


Dopiero po przyjeździe uświadomiłam sobie, że czerwone czarodziejskie majty przydałyby się  nam wszystkim. A na hymn Klubu czerwonych majtadasów nadaje się piosenka Bayer Full - po chińsku nie śpiewają o majteczkach w kropeczki, tylko o czerwonych majteczkach. Poprzedni rok gdy przygotowywali wyprawę na Chiny był Rokiem Tygrysa, a wtedy Chinki noszą na szczęście czerwone majtki (po chińsku w tym klipie śpiewają tylko refren).

Byłam w tym tygodniu na bardzo przegadanym filmie.


O relacji samotnej matki ze zbuntowanym, 16-letnim synem. Dla osób, które mają za sobą takie doświadczenia obowiązkowy, dla innych niekoniecznie. Ja z zaciekawieniem oglądałam szamoczącą się na ekranie matkę. Synek irytował, jedyne co miał duże to ego (nawet to że jest homoseksualistą przyjął jako rzecz oczywistą, nie budząca żadnej refleksji).


Drugi film wcale nie był przegadany, choć był to tylko zapis prowadzonych przez Finów rozmów w saunie.


Para do życia to para dokument. Finowie w tym filmie, gdy tylko mają wolną chwilę, natychmiast udają się do łaźni, gdzie myją nie tylko ciało, ale i duszę. Każda ze scenek jest krótka, nie zdąży znudzić. Jedne rozmowy są mniej, inne bardziej ciekawe, jak to w tego typu filmach. Mnie ten film nie znudził. Ale też i nie zachwycił.

Dałam się też wyprowadzić do teatru.

Nie było łatwo wysiedzieć te ponad 3,5 godziny - gdyby spektakl trwał dwie godziny, pewnie byłby dużo bardziej znośny.

 Wybór tekstów, wierszy, listów i fragmentów pamiętników o Wielkiej Emigracji. Sceny zbiorowe, w których trudno zrozumieć co w nich szemrzą młodzi, pozbawieni dykcji aktorzy, można co najwyżej poobserwować jak miotają się o scenie. Kilka przyjemnych w oglądaniu scen, czy monologów,  w których grają starsi  aktorzy (Celińska, Budzisz-Krzyżanowska, Trela). Jak dla mnie za dużo literatury, za mało teatru.

Po drugie nie lubię udowadniania mi, że jestem głupia. A na tym przedstawieniu łatwo się tak poczuć.  Tam gdzie nie zna się wcześniej cytowanego tekstu, biografii danej postaci, czy kontekstu historycznego, trudno połapać się o co chodzi. Pod koniec przedstawienia Mariusz Benoit miał swoje aktorskie 5 minut - fragmenty wielkiej inscenizację. Słuchając tego tekstu, zastanawiałam się, czy pachnie czymś poza naftaliną. I czy ma w sobie jeszcze tę rzekomą moc, którą kiedyś usiłowali z niej wykrzesać poloniści. Ja w każdym razie tam nic nie słyszę.

ps. miałam w tym tygodniu rozebrać choinkę, ale zniechęcił mnie niespodziewany atak zimy.  Z tym że i tak chyba nie zdążę założyć Iglełudzika tej zimy. Chciałam się nim pochwalić na marcowych Szarotkach, ale idzie mi on jak po grudzie.



środa, 16 lutego 2011
Wróciłam

Może dlatego, że nie był to mój ostatni w tym roku lot do Londynu, samo się tak zrobiło, że przestałam się aż tak bardzo bać latania - przynajmniej na tej trasie.

Nie obyło się bez przygód.

Lecąc w tamtą stronę, pomogłam nieść bagaż podręczny, dwie ciężkie torby, dziewczynie z dwójką malutkich dzieci (nie była przygotowana na to, że na Luton nie ma już darmowych wózków na bagaż). Doniosłam jej bagaż do drzwi odgraniczających strefę bagażową od korytarza prowadzącego do hali przylotów, co - ku mojemu zaskoczeniu - zaliczyli mi jako przekroczenie tych drzwi i nie mogłam już wrócić po swój bagaż. W rezultacie, czekając na przyniesienie bagażu,  spędziłam na lotnisku nadprogramową godzinę.

Z kolei w drodze powrotnej nie wzięłam pod uwagę tego, że metro może mieć kilkunastominutową przerwę, a kierowca autobusu na lotnisko będzie przedzierał się przez korki - autobus podjechał na lotnisko równo 40 minut przed odlotem i jak wbiegałam na salę odprawy bagażowej, pani już odchodziła od pulpitu.

Tym razem nie miałam czasu na zwiedzanie - poszłam tylko do National Gallery zobaczyć moje ulubione i na polecony przez synka targ ze zdrową żywnością, koło London Brigde. Widziałam ciekawe odmiany trufli, egzotyczne ryby, ale na tym nabiale to ja bym daleko nie pojechała .... Ubożuchno.

Przeszłam też przez Oxford Street i po raz pierwszy dotarłam do londyńskich pasmanterii.

Pasmanteria w Liberty rzeczywiście imponującą, ale akurat stoisko z wełnami nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia - równo ułożone wełny Rowana. I tyle tego. Korzystając z okazji przyjrzałam się z bliska Rowan felted tweed - fajowska. Za to taśm, tasiemek, tasiemeczek, czy wzorów do haftowania takie mnóstwo, że osoba tym zainteresowana może mieć spory problem z wyborem.

Większy wybór jest na stoisku z wełnami w Johnie Lewisie - obok Rowana, również i Debbie Bliss, Noro, Gedifra.

Z tym, że też bez przesady. W sklepach internetowych jest dużo większy wybór. Pooglądałam sobie za to z bliska Noro. Ładna. Ale tych ochów i achów na jej temat nie rozumiem. Aż tak bardzo, na tle innych się nie wyróżnia.  

Weszłam też do kilku księgarni gdzie pooglądałam książki o drutach. Było ich tam zatrzęsienie i  może dlatego nie umiałam wybrać tej jednej jedynej, wartej kupienia. Drogie. W tych z wzorami, najwyżej dwa wzory naprawdę fajne, reszta robi za tło. Podręczniki też jakoś nie budziły mojego zaufania. Dłużej zastanawiałam się tylko nad tą książką:


Technika "Brioche" wygląda na żmudną, ale efekt potrafi być niesamowity. Ale dobrze że nie kupiłam, w Internecie jest dużo tańsza. 

Z frontu klęsk.

Kolejny raz sprułam Iglełudzika. Za pierwszym razem zrobiłam karczek ściśle według wzoru. Wyszło strasznie. Pomysł by najpierw dodawać w każdym rzędzie, potem w co którymś, a na koniec wyrabiać  do pożądanej długości  bez dodawania, zaowocował jakimś koszmarkiem.  Za drugim razem zrobiłam też według tej zasady, ale trochę "rozwodniłam" kontrasty - wyszło też beznadziejnie. Teraz dodaję równomiernie na całej długości, co trzeci rząd  i wygląda najlepiej.

Co wcale nie oznacza, że jestem zadowolona. Jest to ostatni mój sweter dżersejem z jednokolorowej wełny. Takie rzeczy lepiej wychodzą na maszynie

niedziela, 13 lutego 2011
Zaraz wracam

niedziela, 06 lutego 2011
Na początek trochę konsumeckiej żółci

W tym tygodniu zderzyłam się z kolejną bandycką firmą - UPC. Może i starają się o klientów, ale o nowych, Wdowa (w tym przypadku maja mama), która chce przepisać umowę na siebie, do takich nie należy. W dodatku, podobnie jak inni, system obsługi konsumenta w dużym stopniu mają oparty o Internet i telefon komórkowy. Zrobiony w balona stary człowiek w zasadzie jest pozbawiony możliwości złożenia skutecznej reklamacji - jedynym działającym kanałem jest Internet, dodzwonienie się do właściwego działu obsługi klienta graniczy z cudem. Jeżeli ktoś nie  ma komórki i nie korzysta z Internetu, to albo ktoś robi to za niego, albo tonie w odmętach wykluczonych.

Ciekawe jaki sprzęt wykluczy moje pokolenie. Jednego mogę być pewna - już gdzieś pracują nad jego prototypem

Synek ma fazę pieczonego drobiu. Po londyńskim indyku, tym razem na rodzinny obiad upiekł kurczaka i podał bardzo dobrą zupę pomidorową typu przecierak: pomidory, dużo jabłek i mleko kokosowe. Polecam.

Do zszycia kurczaka została użyta granatowa włóczka Camilla - mam całe pudełko nici, ale nie wiem, która z nich jest bawełniana  - z włóczkami prościej, na banderoli mają napisane 100% cotton.

Rodzinna sobota była możliwa, bo udało się udrożnić rurę. Dokonał tego poznany dzięki sąsiadce nowy pan hydraulik. Jest niesamowity - urzekł mnie tym, że nie chciał kopać, przerabiać czyli robić wszystkiego od nowa.  Sam z siebie powiedział, że nie ma to najmniejszego sensu, skoro nie będzie to mogło być wykorzystane do zaplanowanego na 2012 rok wpięcia się w  miejską kanalizację. Z góry założył że rurę da się przepchać - to, że się zapchała nie tłumaczył źle wykonaną redukcją (tzn. wpięciem WC do rury od zlewu) i przyjął, że skoro w ścianie była rura od WC, to ktoś to zrobił i nie ma powodu podejrzewać, że zrobił to źle. 

Z marszu trafiłam w tym tygodniu po wielu latach do Teatru Wielkiego - część widzów  nadal traktuje wyjście do opery "po staremu" i celebrując wieczór byli odświętnie ubrani,  inni  (tak jak ja,) przyszli do teatru,  tak jak stali, po całym dniu pracy (ale tylko ja, nie mając co robić na przerwach robiłam na drutach).


A sama opera. Cóż - nie jest to mój ulubiony gatunek. Przepięknie śpiewał chór. Już bez takiego zachwytu, ale z przyjemnością słuchałam męskich arii. Natomiast kobiety to dramat. Zwłaszcza przy jednej ucho mi się zwijało w trąbkę i kuląc się w sobie myślałam, po co się drze, skoro tak pięknie grają? Ale może się nie znam, bo na koniec dostała duże brawa.

Umieszczone na afiszu zdanie: "najlepsza brytyjska komedia roku" budziło nadzieję, że będzie to film, na którym będzie się można miło pośmiać (czyli nie z tego że ktoś rzucił tortem, czy ubrany we frak wdepnął w błoto. Tymczasem Tamara i mężczyźni to nie żadna komedia, tylko film obyczajowy i to średniej klasy. 


Tytułowa Tamara wieki temu wyjechała z rodzinnej wsi. Zapamiętano ją jako mało atrakcyjną dziewczynę z dużym garbatym nosem. Teraz wraca w rodzinne strony jako piękna kobieta (zoperowała sobie nos) i kontynuuje  miłosne podboje. A kto będzie tym "na zawsze" jest jasne już po pięciu minutach. Trochę śmiesznych, miłych w oglądaniu scenek z życia angielskiej prowincji. I to wszystko.

Z kolei norweski Pewien dżentelmen to Ulrik, który właśnie wyszedł z więzienia po odsiedzeniu 12 lat za zabójstwo.

Opowieść o człowieku, który nie ma własnego zdania, nie artykułuje własnych potrzeb, tylko biernie przyjmuje to, co inni mu zaproponują. Gangster (zabójstwo, za które poszedł do więzienia to nie jedyne przestęstwo, które popełnił), męcząco  grzeczny, pozbawiony ikry i umiejętności mówienia "nie". Film ratuje charakterystyczny dla skandynawskich filmów, trochę makabryczny humor. Ale daleko mu do tych najlepszych. Dodatkowo zmęczyło mnie oglądanie brzydoty -  Norwegia w tym filmie jest wyjatkowo paskudna i to zarówno sam kraj jak i jej mieszkańcy.

Duńska Rodzina to obyczajowy snuj. Grają tylko w jednym kinie - Wiśle i w niedzielny wieczór byłam sama jedna w kinie, moim zdaniem ten film nie zasługuje aż na taką wzgardę.

Ditte, ma dwadzieścia kilka lat, prowadzi galerię i właśnie zaproponowali jej świetną pracę w Nowym Jorku. Tyle, że nie dałoby się jej pogodzić z byciem matką (Ditte jest w siódmym tygodniu ciąży). Z kolei ojciec Ditte jest właścicielem piekarni i w obliczu śmierci (a właśnie dowiedział sie, że w jego przypadku medycyna jest bezradna), chiałby by założoną przez jego pradziadka piekarnia przejęła Ditte.

Niestety, chociaż wszystko dzieje się w ramach jednej rodziny,  nie jest to dobrze posklejane w jedną całość. Ale za to świetnie zagrane, z bardzo prawdziwie pokazanym hosopicjum domowym. I z tych dwóch powodów z przyjemnością obejrzałam.

Następny tydzień zapowiada się bogato, więc pewnie znowu nie znajdę czasu na rozebranie choinki - stoi bez wody i dopiero teraz zaczyna się powoli sypać.


A tu nie trzeba pytać świstaka o zdanie. I bez niego czuć już wiosnę.

piątek, 04 lutego 2011
Nocna praca Jáchym Topol

Nocne lektury

Jedno postanowienie noworoczne pękło - w tym roku miałam nie tracić czasu na kiepskie książki. A tu  taka wtopa. W każdym razie jest to moja druga (po Siostrze) i ostatnia książka Jáchyma Topola.

O tego typu książkach mówię "za dużo słów".  W dodatku w tej książce nie tylko za dużo jest słów, ale za dużo  wszystkiego. Przede wszystkim bohaterów - plączą się w kolejnych opowieściach i anegdotach mając trudne do zapamiętania imiona, więc nawet gdy po jakimś czasie powracają, są trudni do zidentyfikowania. Samych wzajemnie przeplatających się wątków też za dużo.

Czechosłowacja, lato 1968 roku. Dwóch braci, mieszkańców Pragi, zostaje wysłanych do rodziny na wieś. Ich ojciec jest wynalazcą. Jest na ubeckiej liście poszukiwanych i po wysłaniu synów ojciec znika. Od tego momentu chłopcy muszą sobie radzić sami. Wiejskie życie i  wstrząsające tą społecznością konflikty. Mroczne, nie widoczne z zewnątrz tajemnice. Gry i zabawy, niejednokrotnie okrutne,  dojrzewających dzieciaków. I docierający, nawet na tą zapadłą prowincję, niepokój związany z interwencją wojsk Układu Warszawskiego.

Problem w tym, że jest to napisane bez uroku i polotu i przeczytanie tej ksiązki - przynajmniej mnie - przyszło z dużym trudem.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli