niedziela, 26 lutego 2012
Albo rybki, albo akwarium

Za dużo możliwości

I jeszcze ci zakichani eksperci udawadniający na każdym kroku, że im dłużej człowiek pracuje, tym jest szczęśliwszy. Skoro nie ma pieniędzy na wypłacanie emerytur, to przynajmniej niech po 60-tce pracuje się krócej (z dwojga złego wolę 60% pensji za trzy dni pracy, niż 15% za bycie na emeryturze). Z każdym rokiem, przy tej samej rutynie dnia, wszystko zajmuje więcej czasu, tak że w subiektywnym odczuciu, tego czasu ma się coraz mniej. Gdy w wieku 67-lat będzie się pracować na pełny etat, można nie móc już znaleźć czasu na przeczytanie artykułu, a co dopiero książki. Czy na wzięcie do ręki drutów. 

Na coś tak czasochłonnego jak Funchal moboius to już teraz jestem za stara, ale zanim sobie to uświadomiłam, miałam już to na drutach. Nie do końca też wiem, z czym ja to będę nosić?

Robię z kupionej u Marty Scrumptious 4-ply. Wełna cudna.

. 

Zaczęłam na drutach 2.5 -  zrobiłam 5 cm i sprułam bo wychodził sztywny dywanik.

Wzięłam 3.5, wychodziło ślicznie, ale nie wiem jakim cudem dopiero po 15 cm zauważyłam, że źle zaczęłam i powstawała mobiousowo skręcona wstążeczka.

Do trzech razy sztuka:



Całość ma mieć 392 rzędy. Oczami wyobrażni nie umiem zobaczyć końca tej dłubaniny.

A życie i bez tego chłoszcze. Miałam w tym tygodniu nurzać się w krakowskiej kulturze wysokiej, ale w ostatniej chwili, gdy byłam już na dworcu, zadzwonił Moniek z hiobową wieścią o anginie ropnej Kalinki. I tak zamiast do Krakowa, pojechałam do Otwocka.

A tam oprócz brydża, inwazja myszy.

Podobno ten dziwny pies, to nie efekt  zaćpanej fantazji współczesnych psich demiurgów i już w średniowieczu był hodowany jako łapacz myszy.

 Kolejny oskarowy faworyt "zaliczony".

I kolejne phi. Bajeczka o przystojnym bogatym tatusiu, który nagle zostaje wyrwany ze słodkiej roli nieobecnego w domu pracoholika: żona ulega wypadkowi i musi się zająć dwoma nastoletnimi córkami. Wszystko zgodnie ze schematem: na początku nie daje sobie z niczym rady, w końcowej scenie cała trójka tworzy zgodną rodzinę.

W tle Hawaje - zdegustował mnie ten turystyczny betonowy przeludniony turystyczny "raj". Piękne to Hawaje były. Dziś można to powiedzieć jedynie o prywatnych terenach, enklawach na które i tak nie można wchodzić.

To samo i o filmie. Jeżeli nawet można mówić o urodzie G. Clooney'a, to też w czasie przeszłym. 

Róża

 

1945 rok na Mazurach. Jest jeszcze trochę rdzennych mieszkańców, ale powoli już napływają przesiedleńcy ze Wschodu. Dla tytułowej Róży, wdowy, której mąż walczył po niemieckiej stronie, wojna i jej okrucieństwa zaczęły się dopiero wraz z nadejściem Armii Czerwonej. I tak jak dla innych Mazurów, nie skończyły się z końcem walk.

Trochę zbyt łopatologicznie. 1945 rok: Niemcy to budzące wspólczucie ofiary, Rosjanie to zwycięzka dzicz. Chociaż i tak trzeba docenić, że jak na polski film historyczny, nie wszystko jest biało-czarno, a tylko prawie wszystko.

Ale pomijajac tę historyczną otoczkę, dobry film o losie cywilów, zwłaszcza kobiet w czasie wojny.  

Z frontu konsumenckiej porażki

2:0 dla Mediamarketu,  mają moje pieniądze i monitor. Próbując zdobyć kontaktową bramkę zwróciłam się o pomoc do Powiatowego rzecznika konsumentów.  Odpowiedział już następnego dnia;

... żeby więc przygotować sprawę do sądu należy listem poleconym do sprzedawcy wysłać odstąpienie od umowy: w związku z nienaprawieniem lub wymianą wadliwego monitora zakupionego dnia .... odstępuję od umowy i żądam zwrotu ceny monitotra w kwocie ......... do dnia ............. przekazem na adres .............. lub przelewem na konto................................................ Po dacie wskazanej w piśmie proszę o kontakt, przygotuję Pani pozew (jeśli sklep nie odda pieniędzy).

Krzyknęłam Do boju  i poszłam na pocztę,

Ceneo.pl też jest niezłe. Napisałam do nich taki mail:

Jakiś czas temu kupiłam kiepskie żelazko. Napisałam o nim kilka gorzkich słów. Nie pasowały do zachwytów - mój komentarz nigdy się nie ukazał.
Teraz chciałam uprzedzić o złych doświadczeniach z jednym ze sklepów. Ale ponieważ sklep ma być "OK", negatywny komentarz na jego temat się nie pokazał.
Gratuluję pomysłu na wiarygodność portalu!

 Nie muszę chyba mówić, że mój mail pozostał bez odpowiedzi.

piątek, 24 lutego 2012
Przeczytane (6)

Edward Carrey Dom z obserwatorium

Na okładce przeczytałam, że Brytyjczycy ogłosili Dom z obserwatorium najlepszą książka roku 2000 r. W jaki sposób się tak wypowiedzieli nie udało mi się ustalić, bo w Wikipedii o żadnej nagrodzie dla tej debiutanckiej książki E. Carey’a nie wspomina.

Co nie znaczy, że mu się nie należało. Bo książka świetna.



„Observatory Mansions” to stary, wielki. popadajacy w ruinę dom, który lata świetności ma już dawno za sobą. Kiedyś mieszkała w nim tylko jedna rodzina, która potem podzieliła dom na apartamenty i żyła z ich wynajmowania. Gdy rozpoczyna się ta opowieść w domu mieszka już tylko kilka osób. Jedna dziwniejsza od drugiej. Dziwne, że  niektórzy mieszkańcy chodzą jeszcze do pracy i utrzymują kontakt ze światem zewnętrznym.

Ten świat pajęczyn, odrapanych poręczy, strzępiących się tapet, rozwalających się mebli i nieczynnych urządzeń, poznajemy oczami Francisa – kustosza osobliwego muzeum. Tylko on wie o jego istnieniu. Gdy tylko spostrzeże, że jakiś przedmiot jest dla kogoś ważny,  kradnie go – to jak będzie się czuł jego dotychczasowy właściciel jest mu obojętne, obowiązuje bowiem zasada:

Wymaga się, żeby od teraz wszystkie eksponaty były dodawane do kolekcji tylko i wyłącznie dlatego, że są obiektami miłości; dlatego, że poprzedni właściciele cenili je nadewszystko; dlatego, że są niepowtarzalne i niezastąpione.

Pewnego dnia niespodziewanie w domu pojawia się nowa mieszkanka Anna Tap. Wprowadzi szereg zmian w życiu lokatorów. Ale tak jak i pozostali mieszkańcy tego domu, jest równie osobliwa, jak eksponaty w muzeum Francisa.

Więc nie jest to żaden Harlequin, tylko ciekawa, klimatyczna książka i zarówno mroczna historia wybranych eksponatów z kolekcji Francisa, jak i mieszkańców Observatory Mansions naprawdę warta jest poznania. Z tym, że bez przesady, podmuch wielkiej literatury to nie jest



poniedziałek, 20 lutego 2012
Kliencie, unikaj Mediamarketu

Dałam się nabić w butelkę. Już nawet nie chodzi o 500 zł, chociaż, "na ulicy nie leżało", ale o całą tzw. otoczkę. Sklep zakończył reklamację tak, że aż mnie zatrzęsło:

W załączonym zdjęciu widać, że monitor ewidentnie został uszkodzony podczas otwierania. Wskazuje na to rozcięta w tym miejscu folia ochronna. Po zamknięciu opakowania miejsce rozcięcia pokrywa się z miejscem rysy na monitorze. Dodatkowo dla niepoznania monitor został włożony do opakowania odwrotnie niż jest fabrycznie. Reasumując jest to uszkodzenie mechaniczne nie podlegające gwarancji.

 Odpowiedziałam im tak:

W związku z otrzymanym w dniu mailem, informuję, że nie zgadzam się zarówno z tym że odmówiono mi uznania reklamacji jak i z trybem w zostało to załatwione.

Niezależnie od tego, że teza, iż 30-letni informatyk nie potrafi rozpakować monitora tak by go nie uszkodzić, jest dość karkołomna, to oczekuję - skoro złożyłam oficjalną reklamację – udokumentowania przeprowadzonego, w związku z moją reklamacją  postępowania.

Przede wszystkim jeżeli pierwsze zdanie maila zawiadamiającego o zakończeniu reklamacji, zaczyna się od zdania „W załączonym zdjęciu widać, że monitor ewidentnie został uszkodzony podczas otwierania", poproszę o przedstawienie tego zdjęcia. W załączeniu „zrzut z ekranu”,  potwierdzający, że w do ww. maila nie był załączone żadne zdjęcie.

Oczekuję również, że w dalszej korespondencji pracownicy firmy powstrzymają się od insynuacji i obrażania klientów – zarzut że monitor został celowo zapakowany tak, by zatuszować to, że został uszkodzony, dużo mówi, ale o osobie która go sformułowała. Ani przez chwilę nie ukrywałam, ze monitor został wyjęty z opakowania i nie było niczyją ambicją odtworzenie fabrycznego sposobu zapakowania.

Zwram sie również o to, by w dokumentacji przeprowadzonego w związku z moją reklamacją postępowania, uwzględniony został fakt, że w sporządzonym w moim domu przez kuriera UPS protokole zaznaczono, że  opakowanie nie ma widocznych uszkodzeń.

Teraz czekam na odpowiedź. Na za wiele nie liczę. Dziś wiem jakie popełniłam błędy, tyle że kosztowało mnie to 500 zł. Przede wszystkim konieczne jest bardzo dokładne sprawdzenie towaru przy kurierze. Wprawdzie kurierzy zazwyczaj nie chcą czekać, ale trzeba to na nich wymuszać.  Z kolei zwracając towar warto założyć, że sklep będzie chciał nam udowodnić, że to my uszkodziliśmy towar i bardzo dokładne opisać nie tylko samo uszkodzenie, ale i stan opakowania.  A najprościej to chyba nie kupować przez Internet. Ja w każdym razie rezygnuję - kurierzy rozwożą towar pomiędzy 9 a 17, więc na dzień dobry jestem na straconej pozycji. Z tego co wiem, to tylko w EuroAgd można umówić się na wieczór.

 

Rulonik już po blokowaniu:



Chwalę się, bo coraz bardziej zwracam uwagę na wykończenia:



Kolejne wełny u Myszopticy kupione, wzór na Raverly kupiony i teraz ruszam z Funchal Mobious.  Czekając na wełny od Marty, podgoniłam trochę z kapą:

 

Gumiś znów nas wyprowadził do teatru. Tym razem uznała, że trzeba koniecznie zobaczyć Opowieści Afrykańskie Warlikowskiego.



Uff.

Początek spektaklu 17.00

Koniec 22.45

Czyli prawie 6 godzin. Poprzednie spektakle K. Warlikowskiego na których byłam (Apolonia, czy Anioły w Ameryce) trwały niewiele ponad 4 godziny.

Razem podane wątki z Otella, Kupca Weneckiego i Króla Leara z małym dodatkiem współczesnych tekstów. Wszystko to bardzo dobrze splecione przez K. Warlikowskiego (przy pomocy Piotra Gruszczyńskiego) w jedną całość. No i rewelacyjnie zagrane.

Wielka hala zaadaptowana na potrzeby studia telewizyjnego. Ale dobrze nagłośniona, mimo że aktorzy mieli przyklejone mikrofony, głos brzmiał naturalnie, bez mechanicznego pogłosu. A że to Warlikowski, to wyraźnie mówili swoje kwestie. Nie cierpieli też na sceniczne ADHD. Sam miód.

Tylko szkoda, że nie mogę polecić tego mojej mamie. Za dużo nagości. I to nie takiej ładnej, ale zwykłej naszej codziennej Nawet 60-letnia Dałkowska lata nago po scenie.



Zobaczyłam dwa, podobno oskarowe pewniaki. I phi.

Artysta

Miły filmik. Rzeczywiście trochę inny. Prawie w nim nie gadają.  Kończy się kariera amanta kina niemego,  zaczyna amantki kina mówionego. Ale że wschodząca gwiazda, kocha i to bardzo, gwiazdę od której odwrócila się publicznośc, wszystko - co było łatwe do przewidzenia - dobrze się koczy.

Naprawdę dobrze zagrane. Ale żeby aż tak piać z zachwytu i robić z tego aż takie aj waj?

Żelazna Dama

Słabiutki ten film. Obserwujemy jak chora na zaburzenia pamięci Margaret Thacher (jak na Alzheimera, na którego w rzeczywistości naprawdę cierpi M. Thacher, grająca ją w filmie Maryl Streep zachowuje się wyjątkowo przytomnie i przewidywalnie)  żyje przeszłością, nie odstępuje jej na krok jej dawno zmarły maż ... Ale poszczególne wspomnienia z jej życia, nie kleją się w jedną całośc. Po obejrzeniu tego filmu dalej nie wiem, dlaczego M. Thacher zaszła tak daleko. Nie była jedyną ambitną i wyszczekaną absolwentką Oxfordu.

Maryl Streep ma taki warsztat, że nawet kiepski film staje się znośny. Ale też bez przesady, widziałam jej większe kreacje.

sobota, 18 lutego 2012
Przeczytane (5)

Widok z Castle Rock Alice Munro

(stosik)

Na urodziny dostałam trzy tomy opowiadań Alice Munro. Zaczęłam od Widoku z Castle Rock - dwunastu opowiadań, w których A. Muro odwołuje się do historii swojej rodziny, przy czym z góry zastrzega, że stanowiła ona jedynie kanwę, którą mocno ubarwiła swoją fantazją.

Rzecz o imigrantach. Opowieść zaczyna się w XVIII wieku w górzystej Szkocji, skąd przodkowie autorki wyemigrowali do Kanady, kończy na latach współczesnych. Ale nie jest to żadna saga rodzinna i nie o każdym pokoleniu dowiadujemy się w zbliżonej dawce. Tak, że momentami czułam niedosyt, gdy autorka "nie rozwijała" historii,  tylko szybko "przechodziła" dalej.   

Styl snucia tych opowieści, rytm nostalgicznej ballady, wciąga i zauracza. Z tym, że chwilę po odłożeniu książki  nastrój pryska, podejrzewam, że już po kilku tygodniach niewiele będę z niej pamiętać. Ale chociażby dla opowiadania, w którym towarzyszymy pionierom w ich drodze przez Atlantyk, warto. 

Może ja tak marudzę, bo powoli starczo wyrastam z powieści?  

Zamknięte drzwi - Magda Szabo

(z biblioteki, bo http://lekturki.com/2010/09/zamkniete-drzwi-magda-szabo/ )

Nawet jeżeli z coraz większa przyjemnością czytam tzw. literaturę faktu, ciągle jeszcze potrafię się zauroczyć dobrą fikcją. Taką jak Zamknięte drzwi Magdy Szabo.

Narratorką jest węgierska pisarka, Marta, która mieszka razem z mężem w  Budapeszcie (są bezdzietnym małżeństwem). W domu pomaga jej dozorczyni z pobliskiego domu, starsza kobieta, Emerenc. Obie kobiety bardzo się do siebie przywiązują, książka opowiada historię ich przyjaźni. Emerenc to bajecznie ciekawa postać. Ma coś z dobrej wróżki - każdemu niesie pomoc, kochają ją zwierzęta, zna się na wszystkim co z życia, nie z książek, wzięte. Ale też i coś z wieźmy - jest uparta, zawzięta, pamiętliwa. Z biegiem lat, coraz bardziej to nie Marta, a Emerenc potrzebuje pomocy. Tyle, że jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, ta zawsze pomagająca innym kobieta, nie potrafi jej przyjąć.

O starości. Magicznie napisane, poprzetykane ciekawymi gawędami. Swoisty hołd dla "mądrości ziemi", głoszonej przez starą kobietę.  Koniec niestety przewidywalny. Ale też trudno byłoby wymyślić inne zakończenie.



niedziela, 12 lutego 2012
Biorą z mojej półki

Dalej biorą z mojej półki ... jak się ta cholerna wyliczanka nie skończy, to za moment nas nie będzie. Wygląda na to, że los zapomniał o danej nam przez statystykę obietnicy, że ma się to stać dopiero za dwa momenty. 

W dalekiej Kalifornii zmarł ktoś, kogo przez wiele lat uważałam za brata. Kilka lat mieszkałam z nim drzwi w drzwi: codzienne biesiady, wino, gitara i śpiew. Dziś współczuję naszym ówczesnym sąsiadom, wtedy świetnie się bawiłam i o nich nie myślałam. Pamiętam jak wyjeżdżał w 1988 roku, zniesmaczony ówczesnym marazmem i brakiem perspektyw. Gdy przyjechał 20 lat później (pisałam już wtedy bloga i tu odnotowałam tamto spotkanie) zobaczył, że żyjąc równoległym życiem, doszliśmy w podobne miejsca. Nie oczekiwał, że przyjeżdżając będzie dolarowym królem życia, jak to było w minionej epoce, ale też chyba nie zdawał sobie sprawy z ogromu zmian, jakie zaszły pod jego nieobecność.  

Niedawno zapowiedzieli zniesienie wiz do USA, pomyślałam, że warto tam wreszcie pojechać i m.in. go odwiedzić. Nie zdążyłam. "Zmarł po intensywnej walce z rakiem".

W sobotę było coś na kształt stypy. Miło było się spotkać, ale aby kolejne spotkanie nie było dopiero przy kolejnej tego typu "okazji", zaprosiłyśmy ich z Ańcką na nasz doroczny imieninowy spływ kajakowy (w tym roku chciałabym ubogacić imprezę i urządzić jeszcze leśne podchody).



Skończyłam Ficiaka, któremu ostatecznie zmieniłam ksywkę na Rulonik. Na zdjęciu przed praniem, czyli jeszcze przed nadaniem ostatecznego kształtu.

 

Fajnie wygląda, ale na długo nie starczy. Robiłam z Zitron Tweed, włóczka typu superwash, jeszcze nie zaczęłam nosić a już się szmaci. Dobrze wyglada, ale z pewnej odległości.

Zamarzyła mi się kolejna chusta, tym razem estońska i mniej pstrokata.  Myszoptica poleciła mi Lace Scrumptoius. W tym tygodniu Gumiś ma ją  odwiedzić i coś w jej Zagrodzie wybrać. 

Waham się pomiędzy Water:



Stale.



Ze wskazaniem na Water. Gumiś pojedzie, to wybierze.

 

Kupiłam nowy monitor. Jak opowiadałam co się stało ze starym dowiedziałam się, że nie jestem pierwszą, która w ten sposób "załatwiła" monitor: nie wolno pryskać bezpośrednio na ekran, trzeba na ściereczkę. Bezkarnie robiłam tak przez kilka lat, widocznie tym razem prysnęłam mocniej, pod jakiś innym kątem, po prostu miałam pecha. Nowy monitor był u mnie tylko przez chwilę. Kurier wszedł, zostawił paczkę i szybko wyszedł. Po rozpakowaniu okazało się, że jest porysowany ekran. Czekam na teraz na uznanie reklamacji, mają na to 14 dni. Nawet jak ją uznają bez dodatkowych pyskówek, będę miała problem z odbiorem. Wolałabym przy odbiorze sprawdzić, a kurierzy dalej konsekwentnie jeżdżą tylko w godzinach pracy.  A synka już w Brwi nie ma.



Idy Marcowe

Dobry polityczny film. Nic wprawdzie nowego nie wnosi, ale naprawdę miło się ogląda. Konwencja demokratów w Ohio. W zasadzie gra o wszystko, ten co wygra wystartuje w wyborach. Naprzeciwko siebie stają dwa sztaby wyborcze, w jednym z nich pracuje nasz bohater. Gdy zaczyna się film, robi to nie tylko dla pieniędzy i kariery, ale i z przekonania.  Gdy film się kończy, nasz bohater ma już za sobą smugę cienia, powiedzieć że nie jest juz idealistą to mało: na naszych oczach stał się pełnokrwistym cynikiem.  

Siłą tego filmu jest jego zwyczajność. Historia opowiedziana w tym filmie mogła się zdarzyć, nie ma w niej nic z  political fiction jak w Faktach i Aktach. Dobrze jest też pokazane, jak coraz bardzie w polityce obowiązuje konwencja Pudelka. Smutne. 

Mój tydzień z Marylin

Przesłodki snuj, podobno oparty na faktach. Ale spokojnie można sobie darować.

Marilyn Monroe przyjeżdża do Anglii by nakręcić film z Laurence Olliwierem. Historia  kręcenia tego filmu opowiedziana jest z perspektywy młodego chłopaka, asystenta reżysera, któremu udało się na moment (tytułowy tydzień) "zbliżyć" do Marilyn.

Obsada niesamowita. Ale nie podobała mi się grająca  Marilyn, Michelle Williams. Świetnie gra, dobrze naśladuje jej ruch,  jest perfekcyjnie umalowana, ale to trochę za mało - nie ma tego kociego "cuś".  Scarlett Johansson, za którą nie przepadam, byłaby według mnie o niebo lepsza.  M. Willimas ma w sobie coś z "dziewczyny z sąsiedztwa", a to nie ta półka, co Marilyn. 

Kolejny film o smudze cienia. Ładne. I nic poza tym.

Nagroda

Po raz pierwszy od dawna byłam sama w kinie. Małym, bo małym (Kino KC), ale puścili tylko dla mnie.

Piękny film, ale z gatunku:  "dla koneserów".

Argentyna. Lata 70-te, czas rządów junty. Do opuszczonego baraku na plaży wprowadza się kobieta z 7-letnią córką. Przyjechały z Buenos Aires, dlaczego nie wiadomo, w każdym razie matka boi się, że nawet tutaj nie dadzą jej spokoju. Mała dziewczynka lgnie do ludzi i wymusza zgodę na pójście do szkoły, gdzie z uwagi na swój "kapitał społeczny", z trudem przychodzi jej to, by nie rzucać się w oczy.

Opowiedziane jest to wszytko z pozycji dziecka, które wie że musi zachować dla siebie tajemnice dotyczące swojej rodziny i w wielu sytuacjach jest to dla niego bardzo trudne (film oparty jest na wspomnieniach reżyserki). Niewiele się w nim dzieje, nie za wiele mówi, prawie nic nie wyjaśnia. Są za to przepiękne zdjęcia, wciągający nastrój. No i  grająca główną rolę mała dziewczynka, a naprawdę wielka aktorka.

 

Obca



Kiepski ten film. Temat ciekawy, więc wysiedziałam do końca, ale nie polecam.

Młoda Turczynka żyje z rodziną męża, z dala od swojej (ta mieszka w Niemczech) i jest jej w tej rodzinie bardzo źle.   Pewnego dnia ma tego wszystkiego tak serdecznie dosyć, że bierze swojego kilkuletniego synka i ucieka do  Niemiec.

Ale tam nikt z jej przyjazdu się nie cieszy - rodzina z trudem skłonna jest zaakceptować jej odejście od męża, ale jeżeli w ogóle, to tylko pod warunkiem, że odda mu dziecko. I tak, zamiast oczekiwanego wsparcia, kobietę spotyka odtrącenie. 

Tyle, że zamierzoną przez reżysera zadumę nad  ciężką sytuacją kobiety w islamskiej rodzinie, mąci irytacja spowodowana egocentryzmem głównej bohaterki. Opowiedziana w tym filmie tragedia, to nie tyle efekt trudnych z naszego punktu widzenia zasad rządzących turecką rodziną, ile skutek zderzenia tych zasad, z próbą postawienia na swoim przez główną bohaterkę. Mógłby z tego wyjść ciekawy dramat racji, ale reżyser chyba nawet nie miał takiego pomysłu. 

A na dodatek sam film jest zrobiony mocno tak sobie. Chyba nie najlepiej z niemiecką kinematografią, skoro obsypali ten film tyloma nagrodami.  

sobota, 11 lutego 2012
Przeczytane (4)

Kobiety nazistów - Anna Maria Sigmund

(pożyczona, rekomendacja Natalii)

Ciekawie napisana historia dwóch żon H. Göringa, Magdy Goebbels, Leni Riefenstahl, Geli Raubal,  Ewy Braun, Henriette von Schirach i i kobiety o której nic wcześniej nie wiedziałam - Gertrude Scholtz - Klink,  przywódczyni Narodowosocjalistycznych Kobiet.

To co najbardziej mnie przeraża gdy czytam tego typu ksiązki, to to tak niewiele się zmieniło. Jak się z bliska przygląda się mężczyznom tych kobiet i widzi,  jakie miernoty mogą się dorwać się do ogromnej władzy. I może to jakieś skrzywienie, ale kobiety tych nazistów, wprawdzie nie budzą za grosz sympatii, ale są dużo ciekawsze od swoich zakompleksionych facetów.

Na okładce zdjęcie ze ślubu H. Göringa z drugą żoną Emmą. 

Jak zawsze w tego typu ksiażkach, sporo "smaczków". 

Tego o Beate Uhse, twórczyni pornograficznego imperium wysyłkowej sprzedaży artykułów erotycznych nie wiedziałam.

Przed wojną, jeszcze jako Beate Kostlin zajęła drugie miejsce w konkursie na "lot na niezawodność kobiet pilotów sportowych". Podczas drugiej wojny światowej początkowo była oblatywaczką w fabryce samolotów. W 1943 roku została, w stopniu kapitana Luftwaffe, przydzielona do pułku lotniczego i transportowała na front pierwsze odrzutowe myśliwce świata (Me 262). Wyszła za mąż za swego instruktora lotnictwa Hansa Uhse, który w 1944 roku zginął w akcji jako dowódca eskadry lotniczej. W końcu kwietnia 1945 roku wdowie udało się wraz z synem i niańką uciec pilotowanym przez siebie samolotem z okrążonego Berlina.

Moją mamę bardzo zdenerwował fragment o urodzonej rok przed wojną córce Hermana Göringa, Eddzie:

Fuhrer i kanclerz Rzeszy Adolf Hitler został ojcem chrzestnym, dzieląc ten zaszczyt z Luftwaffe, która in corpora pragnęła roztoczyć opiekę nad dzieckiem. Pod?czas wielkiej uroczystej ceremonii w Carinhall 4 listopada 1938 roku Edda - ku oburzeniu partyjnej góry - została ochrzczona.
Z okazji chrzcin do Carinhall przyjechały całe wagony prezentów (...) Magistrat Kolonii wręczył dziecku najkosztowniejszy podarunek: Madonnę z dzieciątkiem Lucasa Cranacha, słynny na świecie obraz ze skarbca kolońskiego.
W 1949 roku Emma Göring rozpoczęła zaciętą walkę o liczne cenne dobra. Wiele z nich określiła jako własność dziesięcioletniej wówczas córki Eddy (...) złożyła do protokołu następujące oświadczenie: "Przedmioty te zostały przez mego męża, rodziców chrzestnych i wujów podarowane (Eddzie), ale przy najlepszej woli nie pamiętam przez kogo"...
Do "przedmiotów" tych należał pochodzący z zasobów muzealnych obraz Cranacha Madonna z dzieciątkiem z roku 1518, który miasto Kolonia podarowało dziecku z okazji jego chrztu, podobnie jak światowej sławy dzieło Cranacha Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu, południowoniemieckie Madonny z XV wieku, złote sztućce, japońskie dywany i mnóstwo innych rzeczy (...)  Spór o prezenty urodzinowe Eddy ciągnął się dziesiątki lat.

Wygrała go Emma Göring.

 Życie po mężczyźnie Hanna Samson

 

(stosik)

 

Rozczarowanie. I to spore. Po przeczytaniu tej recenzji, zamówiłam w Merlinie i buu .... autor recenzji nie jest kobietą i to może tu tkwił błąd ?

Momentami bardzo zgrabnie napisane, zgodnie z zamierzeniem autorki książka to:

Pamiętnik z czasu znikania. Literatura postmenstruacyjna. Adresowana do kobiet  55+ (...)  Osoby poza targetem pism dla kobiet..

Brzmi ciekawie, szkoda, że nie wychodzi poza poetykę artykułu napisanego do pisma dla kobiet. (tyle, że nie Pani Domu, ale np. Zwierciadła). I to artykułu, nie opowiadania, bo wątki autobiograficzne są jednak zbyt dosłownie opowiedziane.

Najciekawszy fragment to, ten gdy H. Samson przestaje udawać że ta książką o kimś innym, a nie o niej samej i rozlicza się z tym co przeżyła jako była żona Andrzeja Samsona, gdy nagle okazało się, że bycie byłą nie zwalnia od ponoszenia odpowiedzialności (do utraty pracy włącznie). Oskarżenie mediów, ale i gawiedzi dla której organizuje się te spektakle i która wyje z zachwytu gdy dają kolejne odcinki.  

A może ja za dużo po tej książce oczekiwałam?

 

Kupiłam Kindle.



Mój Kundle Trzytacz ma fioletową okładkę (myślałam, ze będzie ciemniejsza) i w pierwszej chwili wydał mi się za mały - póki co przegrywa z książką, ale też nie zakładałam, że będzie inaczej. Kupienie e-czytnika to element wdrażanego obecnie przeze mnie programu: "mała torebka". Chcę nosić ze sobą tylko tyle rzeczy, by mieściły się w damskiej torebce, a nie jak teraz w małym plecaczku. I to popakowane  w  kosmetyczki, czy zapakowane w pokrowce, tak by szukanie czegokolwiek w torebce, nie wymagało wywalania wszystkiego na zewnątrz.  

Mam też ambitne plany, by czytać po angielsku. Co z tego wyjdzie nie wiem. Jack wgrał mi kilka angielskich książek, ale ja zaczęłam od kupienia w Virtualo Drwala M. Witkowskiego.

niedziela, 05 lutego 2012
Zium zium

Ja wiem, że w zimie jest zimno, ale ... 

Gumisiowi poległ samochód, kaloryfery nabrały powietrza i mimo spalania ogromnych ilości węgla nie udało jej się  przekroczyć w mieszkaniu magicznej granicy 14 stopni, 

Joannie padł piec gazowy,

a Staśce zamarzła woda w rurach.

I to wszystko zdarzyło się jednego dnia. 

W takiej sytuacji, nawet nie próbowałam się przebić ze swoją krzywdą: pociąg przyjechał z 40-minutowym opóźnieniem, czegoś takiego jak poczekalnia na stacji w Brwi nie ma, a tego ranka było solidnie zium-ziumowato.

Mróz to czas awarii. Mnie wysiadł monitor. Zawsze pryskałam na niego płynem do mycia szyb i przecierałam z kurzu szmatką. Tyle że tym razem, jak  "prysnęłam" to w lewym dolnym rogu zrobiła się czarna plama, która zamiast się zmniejszać, coraz bardziej się powiększa. Czyli muszę kupić nowy monitor. Bo chociaż komputery stacjonarne coraz bardziej wychodzą z mody, to nie potrafię sobie wyobrazić posiadania jedynie laptopa.

Złapałam się na tym, ze nie mam planu osobistej informatyzacji - za dużo tego wszystkiego. Mając tego pełną świadomość, kupiłam kolejną rzecz i w ramach prezentu urodzinowego, zamówiłam sobie czytnik. Trochę osiołkowałam: z reklamami, czy bez? Zwyciężyła moja organiczna niechęć do wszelkiego rodzaju reklam. Tyle, że taka wolność od reklam kosztuje. No i jak kupiłam, to mój synek powiedział, że kupiłam źle.  

W niedzielę byłam na Szarotkach. Jejku jejku jakie te spotkania są miłe! Szkoda tylko, że tym razem nie dotarły żadne wełny, a nie tylko ja tęsknie wyczekiwałam dostawy nowych włóczek (myślałam o kolejnej chuście, w domu mam wprawdzie kupiony na Abrazo jedwab, ale chwilowo nie mam w szafie niczego, do czego by ten szal pasował). Zawsze mogę robić kapę, plan jest taki by do końca roku ją skończyć.

W tym tygodniu mam zamiar trochę "nadgonić" kino - będę mieszkała u mamy, Brwi robi za dom wczasowy, w którym odpoczywa mój synek. Boję się W ciemności, ale po przeczytaniu recenzji chyba jeszcze bardziej boję się Róży.  W każdym razie w planie na ten tydzień tych filmów nie mam.  

Rzeź



Aż tak dobre, jak mówią, to moim zdaniem to nie jest. Rewelacyjnie zagrana ekranizacja teatralnej farsy, nic więcej. Tyle że z dobrze napisanymi dialogami.

Tak jak u Gogola - śmiejemy się z siebie. 

Ale jak ktoś zna kogoś, kto rozmawia przez komórkę, nie zważając na okoliczności, doprowadzając otoczenie do wściekłej irytacji,  to niech koniecznie go na ten film wyciągnie. Niech popatrzy na siebie - może po obejrzeniu tego filmu zmieni swoje zachowanie?

W ramach konsumpcji kultury wysokiej byłam w Teatrze Dramatycznym na W imię Jakuba S. Duet Moniki Strzepki i Pawła Demirskiego jest znany i sądząc po widowni, młodzieży się podoba. Sztuka prawdopodobnie jest dobra (punkt dla P. Demirskiego), ale ja jej nie przeczytałam, ale obejrzałam (minus dla M. Strzępki).

W swojej sztuce, P. Demirski przypomina, że 35 milionów Polaków, to w większości potomkowie chłopów, nie szlachty. Wyparcie się pochodzenia nie zmienia faktu, że tylko nieliczni wywodzą się z tradycji, do której prawie wszyscy się odwołują.  W tej quasi publicystycznej sztuce, sporo jest aluzji i odniesień do współczesności. Ale na szczęście dla sztuki bez konkretnych wydarzeń. Wprawdzie dla mnie symbolem przypisywania sobie nie swojej historii, było urządzenie ślubowania "kwiatu inteligencji polskiej", czyli agentów nowo powstałego wówczas CBA nocą, przy pochodniach, w Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale coś co zniósł dziedziniec Muzeum, deski teatru pewnie by nie udźwignęły. 

Niestety, samo przedstawienie gubi tekst - aktorzy bełkoczą, zrozumiale mówią słowa powszechnie uznane za obelżywe i niecenzuralne. Z pozostałym tekstem bywa bardzo różnie. Scenografia też taka sobie, tyle że współgra z nienachalną urodą aktorów. Którzy na dodatek,  jak chcą coś wyrazić to krzyczą i się wiją.

Słowem kolejna teatralna porażka. Za dwa tygodnie idę na Warlikowskiego. pewnie też łatwo nie będzie, ale u niego grają przynajmniej dobrzy aktorzy.

ps. wyjaśniła się sprawa zdjęć. Wysłałam je Buniowi (na zdjęciu widać tylko jego plecy). Pamiętał, że robił je nam W. Dederko i że był to rok 1973. Czyli zdjęcia w albumie na Facebooku są "pożyczone" (ach to nieszanowanie własności intelektualnej w necie!).    

czwartek, 02 lutego 2012
Przeczytane (3)

Moskwa Noir - zbiór współczesnych opowiadań rosyjskich

(stosik)


Wow. Rewelacyjna książka. 14 opowiadań, prawie wszystkie bardzo dobre, a kilka świetnych. 

Niewyobrażalnie ponury świat. Dostojewski przy tym to pikuś. Część opowiadań toczy się w środowisku Nowych Ruskich. Zapadła mi w pamięć historia gangstera, który po zabiciu swojego szefa musiał gdzieś przeczekać bardzo mroźną noc i ukrył się w autobusie dla bezdomnych, który jeździł po Moskwie i zabierał na nocną przejażdżkę tych najbardziej zmarzniętych. Ukryty w autobusie "nasz" bohater snuje tej nocy plany na przyszłość - dowiadując się dlaczego zabił swojego szefa, przy okazji poznajemy też i jego "świat". Z kolei opowiadania o tzw. zwykłych mieszkańcach Moskwy pokazują, że i bez tych pieniędzy i broni w kieszeni łatwo można sobie stworzyć piekło na ziemi, czy przez przypadek lub los, znaleźć się w sytuacji bez wyjścia. Ten nastrój wszechobecnej beznadziei, w której toną bohaterowie tych opowiadań, to że przyjmują ten swój los jako oczywistą oczywistość, to - co sugerują częste nawiązania do przeszłości -  po części wynik ciągle jeszcze żywej pamięci wojny i lat stalinowskich. 

Czyli depresyjne, przygnębiające i mroczne do bólu. W dodatku świadomość, że jest to fikcja literacka nie pomaga - czyta się jak reportaż. Ale za jak to jest napisane! Albo ja tak lubię rosyjską literaturę, że jestem trochę na wyrost bezkrytyczna, albo rzeczywiście oni piszą z tym niepowtarzalnym "cuś'. 

 

Szaleństwa Brooklynu - Paul Aster

(z biblioteki)

Czytadełko. I w przeciwieństwie do poprzedniej książki, pochwalny hymn na część życia. Emerytowany agent, po rozwodzie i zaleczeniu raka postanawia ostatnie lata życia spędzić na Brooklynie. Kupuje mieszkanie, zaprzyjaźnia się z paroma mieszkańcami tej dzielnicy, przez przypadek odnajduje siostrzeńca ... i tak powoli wszystko się układa, w łatwy do przewidzenia sposób, im bliżej końca tym szybciej zmierzając do happy-endu. Gotowy scenariusz na amerykański film społeczny z optymistycznym przesłaniem.

Ale książka miła w czytaniu i bardzo dobrze "nadająca" się do komunikacji miejskiej. 

 

No a na deser przypomniałam sobie reportaże Marcina Szczygła.

(stosik)

 

Przypomniałam sobie, bo wszystkie wcześniej czytałam w Gazecie Wyborczej. A jeżeli ktoś nie przeczytał ich w GW, to polecam. M. Szczygieł jest świetny. Kapryśnik to zbiór reportaży na temat współczesnych Polek. Jak to autor określa "kobiece historie". Dla mnie najbardziej niesamowity jest ten o Janinie Turek, kobiecie która przez kilkadziesiąt lat "księgowała" swoje życie, zapisywała co zjadła, co widziała, kogo spotkała itp. Zostało po niej ponad 700 zeszytów. Gołe fakty, liczby, zero emocji. Wszystko wskazuje na to, że rodzina nie zdawała sobie z tego sprawy (a nie była osobą samotną).


 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli