niedziela, 24 lutego 2013

W tym tygodniu zawiodły procedury, za szybko nacisnęłam klawisz i kupiłam nie ten bilet lotniczy co powinnam (coś mi zaślepiło rozumek). Próbowałam odkręcić, ale się poddałam. Raynair jest kolejną firmą, która powinno się zaskarżyć - oszukują i piszą na swoich stronach nieprawdę.

Coraz trudniej żyć za pan brat z osaczającą mnie technologią. Powoli tego nie ogarniam, nie mam na przykład czasu by pomyśleć jak skonfigurować smartfona. To, że jest to okno na moje konto na Facebooku  mi nie przeszkadza, ale że i do konta gmail tak. A nie umiem znaleźć miejsca, w którym czyści się pamięć podręczną z haseł. A tu już "zaatakował" kolejny serwis: Spotify

Nie udało mi się skończyć Rulonika. W dodatku mam wątpliwości co do rękawów, na koniec może się okazać, że są za wąskie.

A może jeszcze dodać trzeci rulonik?

Ale coraz bardziej mam ochotę na robienie na drutach bardziej zwariowanych rzeczy. W tym tygodniu kupiłam na wyprzedaży w VanGrafie za 130 zł tweedowy cardigan, 80% wełny. Taki płaszczyk robiłabym z 2 miesiące i tak porządnie bym nie wykończyła. A takiego swetra jak ten, z ostatniego Vogue nigdzie nie kupię:



Wszystkie obejrzane w tym tygodniu filmy, mają w sobie coś, co podobno zasługuje na Oskara.
Operacja Argo, Lincoln i Poradnik pozytywnego myślenia nawet w kategorii głównej, czyli najlepszy film. Jennifer Lawrence, Bradley Cooper (Poradnik pozytywnego myślenia), Daniel Day- Lewis (Lincoln)  i Joaquin Phoenix (Mistrz) w kategorii najlepszy pierwszoplanowy aktor/aktorka 
Dlaczego te filmy które widziałam, zostały wyróżnione nie wiem. Może te inne filmy których nie widziałam są lepsze, a tymi trzeba było tylko "zapchać dziurę"?
Bo nie ukrywam, cieniutko. Z tego wszystkiego jeszcze B. Cooper jako najlepszy pierwszoplanowy aktor może się jeszcze broni.
Bo sam film już niekoniecznie.

 

Głównego bohatera poznajemy, gdy po 8 miesiącach leczenia jego matka wypisuje go na własną odpowiedzialność ze szpitala psychiatrycznego, gdzie znalazł się gdy nieco „zbyt impulsywnie” potraktował kochanka swojej żony.
Ma bardzo poważne problemy z przystosowaniem się do społecznych ról, rozpoznanie też ma poważne – dwubiegunówkę. I to wszystko mija jak ręką odjął, gdy spotyka właściwą kobietę. My to widzimy w połowie filmu, on zauważa to dopiero pod koniec. Nawet Robert De Niro jest w tym filmie mało przekonywujący.
Ale przynajmniej główny bohater, chociaż nieźle zaburzony, budzi naszą sympatię.

W kolejnym filmie, który też opowiada o życiowym popaprańcu, już tak nie jest.

Nie tylko główny bohater nie budzi żadnych ciepłych uczuć, pozostali również. Oglądania filmu to nie ułatwia.
Zdemobilizowany po II wojnie światowej amerykański marynarz, nie potrafi sobie znaleźć miejsca w życiu. Pomocną dłoń podaje mu przywódca dziwacznej sekty (P. Hoffman, nominowany do Oskara w kategorii aktor drugoplanowy)  A jak jeszcze coś jest tak manierycznie i w przerysowany sposób zagrane …
I te dłużyzny …  chciałoby się wtedy zawołać do scenarzysty: bacikiem, bacikiem! Z kolei jak akcja przyspiesza, to w chaotyczny sposób, i brakuje wiedzy, na temat tego co zdarzyło się ‘pomiędzy”.

Ale nie ma tego złego ... po raz pierwszy byłam w kinie Antropos. Klimatyczne. I pod ścianą ma cudowne pluszowe kanapy. 



Z tego wszystkiego, Operacja Argo jest przewidywalna - wiadomo, że jest to kolejne zachłyśnięcie się jak sprawnym, sprawiedliwym i godnym podziwu państwem jest Ameryka.

Co oczywiście nie oznacza, że nie ma tam głupich ludzi, ale zazwyczaj mądrzejszym uda się zablokować realizację ich głupich pomysłów. A jak nie, to zawsze jeszcze można liczyć na szczęście. Tę patriotyczna papkę daje się oglądać, bo główny bohater (agent który z sukcesem wywozi z Iranu szóstkę amerykańskich dyplomatów) nie jest kolejnym, wściekle sprawnym mięśniakiem, tylko zdegustowanym, znużonym życiem frustratem.

 

Lincoln to monumentalny (2,5 godz) fresk historyczny.





Z tym, że nie jest to biografia Lincolna, tylko historia uchwalenia poprawki znoszącej niewolnictwo, czyli o gabinetowych rozgrywkach w myśl zasady "cel uświęca wszystko". Co do samego filmu: nie zauważyłam porywającej reżyserii, wspaniałego aktorstwa. Co najwyżej lekcja historii. I jak dla mnie, dość nudna i przeraźliwie przewidywalna.

czwartek, 14 lutego 2013

Korczak Próba Biografii - Joanna Olczak- Ronikier



Ogrody  pamięci tej autorki przepełniły mnie zachwytem po czubek głowy. Z kolejną jej książką już tak nie było. Mam nadzieję, że to nie dlatego, że jestem już tak zdemoralizowana Pudelkiem, że przeszkadza mi brak "pudelkowatości"?
O tym, że J. Korczak „wielkim był” wiadomo było od zawsze, mam nawet takie wrażenie, że dawniej „czczono” go bardziej niż obecnie. Dziś, mam wrażenie, że jest z nim jakiś kłopot i książka J. Olczak-Ronikier nic tu nie wyjaśnia. Przy czym nie chodzi o jego pedagogiczne wizje (usamodzielniał dzieci w wieku 14 lat, czyli w takim, w jakim dzisiaj jesteśmy co najwyżej skłonni przyznać im prawo do samodzielnego przechodzenia przez ulicę na pasach). Chodzi o samego Korczaka. Wprawdzie  jej Korczak nie jest ze spiżu, ma całe mnóstwo wad, część o sporym ładunku uciążliwości dla otoczenia, ale za dużo pytań w tej książce zostało pozostawionych bez odpowiedzi. I jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, im bardziej pewne zagadnienia są pomijane, tym bardziej rzucają  się w oczy. Przede wszystkim brakuje pogłębionej odpowiedzi na pytanie dlaczego wybrał samotne życie? Autorka chyba sama nie wierzy w swoje wyjaśnienie, że to lęku przed powtórzeniem losu ojca, który umarł na chorobę psychiczną (prawdopodobnie była to konsekwencja kiły), bo potem już tego nie ciągnie.
Najlepsze w tej książce jest odwoływanie się do źródeł i to zarówno ich wybór jak to, w jaki sposób zostały wykorzystane do ilustracji tekstu. Bardzo przybliżają postać Korczaka. Największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty pisanego przez niego w getcie pamiętnika, przybierającego niekiedy formę listu do potomnych. Autorka przytacza je jako motta kolejnych rozdziałów.

Dzień przed wywózką napisał:

Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem jak to się robi.

A notatki kończy taki zapis:

Podlewam kwiaty. Moja łysina w oknie — taki dobry cel?
Ma karabin. - Dlaczego stoi i patrzy spokojnie?
Nie ma rozkazu.
A może był za cywila nauczycielem na wsi, może rejentem, zamiataczem ulic w Lipsku, kelnerem w Kolonii?
Co by zrobił, gdybym mu kiwnął głową? - Przyjaźnie ręką pozdrowił?
Może on nie wie nawet, że jest tak, jak jest?
Mógł przyjechać wczoraj dopiero z daleka...

 

W cieniu pałacu zimowego - John Boyne

Po przeczytaniu W cieniu pałacu zimowego, skreśliłam z listy Chłopca w pasiastej pidżamie tego autora.
Miłe w czytaniu powieścidło, ale nie lubię tego sposobu beletryzacji historii. Lata 80-te dwudziestego wieku. Głównemu bohaterowi powoli umiera w szpitalu żona. Gdy wraca do pustego domu wspomina swoje życie: po rewolucji radzieckiej uciekli do Francji,  skąd jeszcze przed drugą wojną światową na stałe przenieśli się do Anglii.  Przesłodzony obraz rodziny carskiej, bardzo schematyczny obraz dwudziestowiecznej Europy i mroczna tajemnica, którą autor wyjawia na ostatnich stronach,  ale która dla czytelnika jest oczywista mniej więcej po przeczytaniu 1/3 książki.
Plusem jest bardzo nastrojowa narracja.
Ale to jednak trochę za mało.

piątek, 08 lutego 2013

Ostatni tacy przyjaciele Tomasz Lach 


O podbijaniu Hollywood przez Krzysztofa Komedę. Czyli: znacie to, to posłuchajcie, tym razem spisanej przez pasierba K. Komedy wersji naocznego świadka, Ewy Krzyżanowskiej. Przyjaciółka wdowy po K.Komedzie, po powrocie do Polski jak tylko się spotkały, to o tym gadały, a wtedy autor tej książki słuchał i notował.


Dobrzy:

Ewa Krzyżanowska - jeszcze jeden ciekawy polski życiorys, kanwa do dużo ciekawszej książki niż ta, o ostatniej przygodzie K. Komedy. Wyjechała z Polski po wojnie, wykorzystując (oczywiście za słoną opłatą) możliwości jakie dawała akcja łączenia rodzin.  W Hollywood utrzymywała się z organizowania wystawnych przyjęć, prowadziła dom F. Astaire, B. Streisand. Słowem dawała sobie świetnie radę. Pod koniec życia wróciła do Polski. Niestety, przeczuwając śmierć spaliła całe swoje archiwum i jest czego żałować: listów, zdjęć. Część z nich na pewno była bardzo cenna.


Marek Hłasko. Gdy toczy się akcja książki, poza tym, że pije tak jak to miał zawsze w zwyczaju, to dodatkowo zażywa prochy, które dewastują mu resztkę, pozostałej przy życiu psychiki. Ale w książce występuje jako właściciel ciepłej słowiańskiej duszy, więc nawet jak wali na odlew kobietę w twarz, to czyni tak, to bo „te misie tak mają” i trzeba to zrozumieć. 


Marek Niziński. Syn Ewy Krzyżanowskiej. Nieprzystosowany społecznie geniusz, w dużym stopniu żyjący na koszt swojej zaradnej matki. Fotograf. W tamtym czasie pełnił role sekretarza K. Komedy.


Źli:


Jerzy Abratowski. Zazdroszczący Komedzie sukcesu intrygant. Przez przypadek natrafiałam w sieci na ślad tych nieporozumień: być może korzenie tego sporu sięgają głębiej, niż jest to w tej książce przedstawione. W 1962 roku, a więc kilka lat przed opisywanymi w książce wydarzeniami, powstał musical Wygnanie z raju.  Na stronach o J. Abratowskim, jest napisane, że to on go skomponował, we współpracy z K. Komedą. Na stronach o K. Komedzie, jako autor jest wymieniony jedynie K. Komeda.


Wojciech Frykowski – uosobienie zła.


To o czym opowiada ta książka to gotowy scenariusz na bajecznie ciekawy, awanturniczy film. Z tym, że jest to subiektywna wersja opowiedziana przez osoby dla których tamte wydarzenia były momentem, w którym  rozegrało się całe ich życie - Ewa Krzyżanowska nigdy nie pogodziła się z samobójczą śmiercią swego syna (M. Niziński popełnił samobójstwo dwa lata po odejściu K. Komedy i M. Hłaski); żona Komedy przez następne kilkadziesiąt lat, była "wdową po Krzysztofie Komedzie”. Ten brak bezstronności przeszkadzał mi tylko wtedy, gdy autor ze zbyt wielkim pobłażaniem i rozczuleniem pisał o pijackich wybrykach i burdach urządzanych przez tych „dobrych”
Bo do samej książki mam jedno zastrzeżenie – według mnie autor nie mógł się zdecydować, czy rybka, czy akwarium i jak dla mnie, za dużo beletrystyki w tej biografii.
Czyta się, wciąga. A że ma coś z Pudelka? Często współczesne biografie tak mają. Nie można tego zarzucić kolejnej, przeczytanej przeze mnie biografii: Korczak Joanna Olczak -Ronikier. Ale o tej książce w następnym odcinku.


Grzechy templariuszy Jan Kochańczyk

Kupione z rozpędu, było w publio.pl za kilka złotych, więc grzech było nie kupić



 

Ciekawa, nie rozgadana gawęda. Historia wzlotu i upadku zakonu Templariuszy Z tym, że adresowana do mocno niewyrobionego historycznie czytelnika.
Zaimponował mi zorganizowana przez króla Filipa Pięknego, akcja aresztowania zakonników.
We wrześniu na tajnej naradzie opracowano instrukcję dla urzędników króla o aresztowaniu i przesłuchaniu templariuszy. Pismo należało otworzyć w ściśle określonym dniu. Wcześniej zarządcy króla dostali polecenie zebrania poufnych informacji na temat działalności templariuszy w ich regionie i wybrania zaufanych sędziów, zobowiązanych przysięgą do zachowania tajemnicy. 13 października, w tym samym czasie, w całej Francji aresztowano wszystkich zakonników. I po sprawie. Żadnych przecieków. A ludność uwierzyła w oskarżenia … bo były tak absurdalne i malownicze, że trudno było przypuszczać, że tak dziwaczne pomówienia są wyssane z palca.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli