czwartek, 27 lutego 2014
Przeczytane

dobra książka



Pożyczyłam synkowi Kindla na wyjazd i to on odkrył na nim kupioną przeze mnie w zamierzchłych czasach pierwszych chwil z czytnikiem, książkę Pensjonat pamięci Tony Judta.

Perełka

 

Tony Judt, o którego istnieniu dowiedziałam się dopiero w tym tygodniu, był angielskim historykiem, absolwentem Cambridge, który drugą połowę życia spędził w USA. Wydał kilka ważnych książek, wykładał na wiodących uczelniach i wiódł życie typowego intelektualisty drugiej połowy XX wieku. 

W chwili gdy pisał tę książkę autor miał 60 lat, rozpoznane stwardnienie boczne rozsiane i pełną świadomość, że są to ostatnie miesiące jego życia, w których czeka go powolne wiotczenie mięśni i wyłączanie kolejnych funkcji życiowych.

W realu wyglądało to tak

Ale nie jest to kolejne heroiczne pożegnanie z życiem i zapis umierania, tylko pełne ciepła wspomnienia - eseje w których wraca do ważnych miejsc, wspomnień, jeszcze raz zabiera głos w ważnych dla niego sprawach. Z nostalgią opisuje odchodzący świat, z niepokojem opisuje obecną rzeczywistość. A przez to wszystko przebija zachwyt nad życiem i zadowolenie, że się go dobrze i ciekawie przeżyło. Jest w tej książce coś z klimatu filmu Inwazja barbarzyńców.

A  jak czytałam o tym jak rozwalono brytyjskie szkolnictwo, wyglądało mi to znajomo:

Brytyjski system oświaty jest od czterdziestu lat ofiarą serii katastrofalnych w skutkach „reform”, które w założeniu miały ograniczyć dziedziczenie przynależności do elity i zinstytucjonalizować „równość”. (…) Politycy, zamierzający zniszczyć szkoły państwowe dokonujące selekcji kandydatów, które mojemu pokoleniu zapewniły pierwszorzędną edukację na koszt społeczeństwa, narzucili państwowemu sektorowi oświaty system wymuszonej uniformizacji, równającej w dół. Skutek, który od początku dał się przewidzieć, był taki, że rozkwitły niedostępne dla ogółu szkoły prywatne (public schools). Zdesperowani rodzice płacą wysokie czesne, żeby wyrwać dzieci z dysfunkcjonalnych szkół państwowych. Presja wywierana na uniwersytety każe przyjmować na studia niedostatecznie przygotowanych absolwentów tych ostatnich, zaniżono więc odpowiednio kryteria przyjęcia. Każdy nowy rząd wprowadza reformy mające naprawić nieudane „inicjatywy” poprzedników. Dziś, kiedy rząd brytyjski zaleca, żeby pięćdziesiąt procent absolwentów szkół średnich podejmowało studia wyższe, przepaść między jakością wykształcenia uzyskiwanego przez mniejszość uczęszczającą do szkół prywatnych a poziomem całej reszty jest większa niż kiedykolwiek od lat czterdziestych. Absolwenci szkół prywatnych pod każdym względem spisują się lepiej niż ich rówieśnicy ze szkół państwowych – nikt nie chce tego niemiłego, zatajanego faktu otwarcie uznać (…) . To dziwne, że wyklina się szkoły prywatne za to, że tak świetnie radzą sobie na rynku, a za to samo z entuzjazmem nagradza się bankierów.

niedziela, 23 lutego 2014

Wiosna przyszła za wcześnie, nie jestem do niej przygotowana - umówiłam się z nią na koniec marca. Przez brudne szyby świeci słońce, kwiaty w doniczkach proszą o przesadzenie, a ja nie ma czasu przystanąć, bo latam na miotle.

Od poniedziałku zaczynam kolejną serię krioterapii, co oznacza że przez następne dwa tygodnie, mam dodatkowo dwie godziny w plecy. Wszyscy mówią, że taka komora to samo zdrowie. Nie mam zdania, równie dobrze ten dodatkowy zastrzyk energii, to może być efekt 40 minut gimnastyki, jaką po wyjściu z komory uprawiam. Ale podobno za każdym razem mam zauważalnie lepszą cerę. To też się liczy.

W planach miałam zamiar pochwalić się moją nową robótką - po wielu próbach i falstartach, wymyśliłam fajny dół w Pianinie. Niestety skończyło się tak jak zawsze:  nie zauważyłam w porę pomyłki przy podwójnym ściegu i jak zaczęłam pruć ... to muszę teraz zacząć od nowa.  Coś czuję, że będzie jak z Galjamo. A gdybym poczekała,  to dzięki Brahdelt i jej Elementary dowiedziałabym się, że na Raverly jest Lilalu, która ma sporo fajnych projektów i wyliczając metodą prób i błędów konstrukcję Galjamo, wyważałam otwarte drzwi. Pewnie tak samo jest z Pianinem. Kolejny raz się przekonałam, że nie umiem szukać na Raverly. Męczy mnie to przedzieranie się przez morze chłamu, którym jest zaśmiecone. Z ostatnich wizyt na Raverly: polecam obejrzenie prac kobiety o loginie: "Svetlana Gordon". Jak ktoś nie ma konta na Raverly, to w grafice Googla można obejrzeć jej wyroby po wpisaniu "Tashashu Gordon".

Czas spędzony na poszukiwaniu pomysłu na listwę dolną w Pianinie nie był czasem straconym dzięki audiobookom:


Dawno mnie coś tak nie wciągnęło. W komnatach Wolf Hall opowiada jak doszło do małżeństwa Henryka VIII z Anną Boleyn, Na szafocie o jego końcu. Czyli historia wszystkim dobrze znana, tym razem opowiedziana z perspektywy Cromwella. Ale jak opowiedziana! Dawno już tak nie miałam, że czekałam aż wreszcie będzie wieczór i będę mogła posłuchać kolejnego kawałka tej historii. Na trzeci tom Trylogii o Tomaszu Cromwellu  - The Mirror and the Light, trzeba poczekać: "Expected publication: 2015". Podobno pierwszy raz się tak zdarzyło, że przyznano nagrodę Bookera osobno za każdy tom. Ciekawy czy dostanie Bookera i za trzeci tom

dobry film

Obejrzany w tym tygodniu film nie oszukał, było w nim tak jak zapowiadał jego tytuł, dużo wielkiego piękna. 

Taki teledysk, tylko bez muzyki. Pięknie sfilmowany współczesny Rzym. Bohema dyskutująca wieczorem na tarasie luksusowego apartamentu, z którego widać ruiny Colosseum. Przyjęcia na których wypada bywać i prowadzić nie zobowiązujące small talki, wernisaże, piękne wnętrza wnętrza pięknych domów.

Poznajemy ten piękny świat towarzysząc bohaterowi filmu, 60-letniemu dziennikarzowi. Relaksująca ballada o przemijaniu.  Momentami film się trochę dłuży, ale dla jeżeli ktoś lubi klimatyczne snuje, gorąco polecam.  

piątek, 21 lutego 2014
Przeczytane

Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje


Ukraina oczami młodego chłopaka z Krakowa, który przemierza ją z plecakiem, czasami sam, czasami z innymi rówieśnikami z Polski. Alkohol, narkotyki, nurzanie się w szpetocie post-radzieckiego krajobrazu. życia. Bardzo gorzka książka nie tylko o tamtym kawałku świata, również o Polakach, którzy jeżdżą tam leczyć swoje sponiewierane na zachodzie Europy ego. Ale mamie tej książki nie polecę, za dużo pijackiej wulgarności. I też ta pijacka ballada pod koniec trochę już nuży.   

Ale warto. Ja na przykład zakochałam się we fragmencie, w którym konfrontuje współczesny Drohobycz z prozą Bruna Schulza. 

Sowieckie blokiszcza opanowały galicyjskie pagórki jak wojsko, które opanowuje strategiczne wzgórza. Szliśmy do centrum długą, nużącą drogą prowadzącą przez osiedle chruszczowych bloków. Pomiędzy blokami stała stara cerkiewka, ostatni ślad tego, co było tu wcześniej. Bloki stały nad nią jak dresiarze nad ofiarą, której chcą wpierdolić. Na ich balkonach składowano drewno na opał, a z okien sterczały kominy kóz. Forma tutaj naprawdę istniała wyłącznie jako zabytek.

Cała ta cywilizacyjna narzuta, którą przyniosło Drohobyczowi ostatnie kilkadziesiąt lat, to była taniość. Prowizorka. Postnomadyzm jakiś. Tak samo jak w Polsce, tylko bardziej. „Pseudoamerykanizm” – czytała (…) Sklepy cynamonowe – „zaszczepiony na starył, zmurszałył gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności”.

Ale tak naprawdę było o wiele gorzej, niż wyprorokował to Schulz. „Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń”. Rzecz była w tym, że nie trzeba było przyglądać się z bliska. Wszystko to, cały ten szwindel i tandetę, widać było już na pierwszy rzut oka. To nie było nawet udawane piękno, to było piękno czysto umowne. Sygnalizowane. Polegało na tym, że jeśli – na przykład – jakiś kupiec dzierżawiący sklepik w rynku postawił sobie przed tym sklepikiem starą doniczkę i w tę doniczkę naładował ziemi, i do tej ziemi powsadzał z dupy podobierane kwiatki, to nie było to oczywiście żadne, kurwa, piękno. Ale był to sygnał, że sklepikarz bardzo chciał, żebyśmy zrozumieli, że w tym miejscu chciał umieścić coś pięknego i że robił, co mógł. „Tak ciągnęły się, jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany, drogerie, zakłady fryzjerskie” – czytała (…) – „Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: KĄFISEHI, MANIKIH, KĄG OF ĄGLĄD”. Mój Boże, myślałem, zataczając się już z lekka.

Nasz upadek, myślałem, jest absolutny. Przecież to, czym on gardził, my teraz uważamy za szczyty sznytu i fasonu.

Inna sprawa, ze do Bri już przyszedł Mordor, tyle że otynkowany. Burmistrz pochwalił się na fejsie, ze obok jego siedziby powstanie takie szkaradzieństwo:

 


Chyba pora stąd uciekać.

 

Hanna Zborowska z Kobuszewskich Humor w genach

To co autorka uważa za humor, ja nazywam infantylizmem. I to w dość przeraźliwym wydaniu. Przebrnęłam tylko dlatego, że sam temat ciekawy - przedwojenna Warszawa, nie z perspektywy Ziemiańskiej i Nowego Światu, tylko przeciętnej urzędniczej rodziny.   

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli