czwartek, 27 lutego 2014
Przeczytane

dobra książka



Pożyczyłam synkowi Kindla na wyjazd i to on odkrył na nim kupioną przeze mnie w zamierzchłych czasach pierwszych chwil z czytnikiem, książkę Pensjonat pamięci Tony Judta.

Perełka

 

Tony Judt, o którego istnieniu dowiedziałam się dopiero w tym tygodniu, był angielskim historykiem, absolwentem Cambridge, który drugą połowę życia spędził w USA. Wydał kilka ważnych książek, wykładał na wiodących uczelniach i wiódł życie typowego intelektualisty drugiej połowy XX wieku. 

W chwili gdy pisał tę książkę autor miał 60 lat, rozpoznane stwardnienie boczne rozsiane i pełną świadomość, że są to ostatnie miesiące jego życia, w których czeka go powolne wiotczenie mięśni i wyłączanie kolejnych funkcji życiowych.

W realu wyglądało to tak

Ale nie jest to kolejne heroiczne pożegnanie z życiem i zapis umierania, tylko pełne ciepła wspomnienia - eseje w których wraca do ważnych miejsc, wspomnień, jeszcze raz zabiera głos w ważnych dla niego sprawach. Z nostalgią opisuje odchodzący świat, z niepokojem opisuje obecną rzeczywistość. A przez to wszystko przebija zachwyt nad życiem i zadowolenie, że się go dobrze i ciekawie przeżyło. Jest w tej książce coś z klimatu filmu Inwazja barbarzyńców.

A  jak czytałam o tym jak rozwalono brytyjskie szkolnictwo, wyglądało mi to znajomo:

Brytyjski system oświaty jest od czterdziestu lat ofiarą serii katastrofalnych w skutkach „reform”, które w założeniu miały ograniczyć dziedziczenie przynależności do elity i zinstytucjonalizować „równość”. (…) Politycy, zamierzający zniszczyć szkoły państwowe dokonujące selekcji kandydatów, które mojemu pokoleniu zapewniły pierwszorzędną edukację na koszt społeczeństwa, narzucili państwowemu sektorowi oświaty system wymuszonej uniformizacji, równającej w dół. Skutek, który od początku dał się przewidzieć, był taki, że rozkwitły niedostępne dla ogółu szkoły prywatne (public schools). Zdesperowani rodzice płacą wysokie czesne, żeby wyrwać dzieci z dysfunkcjonalnych szkół państwowych. Presja wywierana na uniwersytety każe przyjmować na studia niedostatecznie przygotowanych absolwentów tych ostatnich, zaniżono więc odpowiednio kryteria przyjęcia. Każdy nowy rząd wprowadza reformy mające naprawić nieudane „inicjatywy” poprzedników. Dziś, kiedy rząd brytyjski zaleca, żeby pięćdziesiąt procent absolwentów szkół średnich podejmowało studia wyższe, przepaść między jakością wykształcenia uzyskiwanego przez mniejszość uczęszczającą do szkół prywatnych a poziomem całej reszty jest większa niż kiedykolwiek od lat czterdziestych. Absolwenci szkół prywatnych pod każdym względem spisują się lepiej niż ich rówieśnicy ze szkół państwowych – nikt nie chce tego niemiłego, zatajanego faktu otwarcie uznać (…) . To dziwne, że wyklina się szkoły prywatne za to, że tak świetnie radzą sobie na rynku, a za to samo z entuzjazmem nagradza się bankierów.

niedziela, 23 lutego 2014

Wiosna przyszła za wcześnie, nie jestem do niej przygotowana - umówiłam się z nią na koniec marca. Przez brudne szyby świeci słońce, kwiaty w doniczkach proszą o przesadzenie, a ja nie ma czasu przystanąć, bo latam na miotle.

Od poniedziałku zaczynam kolejną serię krioterapii, co oznacza że przez następne dwa tygodnie, mam dodatkowo dwie godziny w plecy. Wszyscy mówią, że taka komora to samo zdrowie. Nie mam zdania, równie dobrze ten dodatkowy zastrzyk energii, to może być efekt 40 minut gimnastyki, jaką po wyjściu z komory uprawiam. Ale podobno za każdym razem mam zauważalnie lepszą cerę. To też się liczy.

W planach miałam zamiar pochwalić się moją nową robótką - po wielu próbach i falstartach, wymyśliłam fajny dół w Pianinie. Niestety skończyło się tak jak zawsze:  nie zauważyłam w porę pomyłki przy podwójnym ściegu i jak zaczęłam pruć ... to muszę teraz zacząć od nowa.  Coś czuję, że będzie jak z Galjamo. A gdybym poczekała,  to dzięki Brahdelt i jej Elementary dowiedziałabym się, że na Raverly jest Lilalu, która ma sporo fajnych projektów i wyliczając metodą prób i błędów konstrukcję Galjamo, wyważałam otwarte drzwi. Pewnie tak samo jest z Pianinem. Kolejny raz się przekonałam, że nie umiem szukać na Raverly. Męczy mnie to przedzieranie się przez morze chłamu, którym jest zaśmiecone. Z ostatnich wizyt na Raverly: polecam obejrzenie prac kobiety o loginie: "Svetlana Gordon". Jak ktoś nie ma konta na Raverly, to w grafice Googla można obejrzeć jej wyroby po wpisaniu "Tashashu Gordon".

Czas spędzony na poszukiwaniu pomysłu na listwę dolną w Pianinie nie był czasem straconym dzięki audiobookom:


Dawno mnie coś tak nie wciągnęło. W komnatach Wolf Hall opowiada jak doszło do małżeństwa Henryka VIII z Anną Boleyn, Na szafocie o jego końcu. Czyli historia wszystkim dobrze znana, tym razem opowiedziana z perspektywy Cromwella. Ale jak opowiedziana! Dawno już tak nie miałam, że czekałam aż wreszcie będzie wieczór i będę mogła posłuchać kolejnego kawałka tej historii. Na trzeci tom Trylogii o Tomaszu Cromwellu  - The Mirror and the Light, trzeba poczekać: "Expected publication: 2015". Podobno pierwszy raz się tak zdarzyło, że przyznano nagrodę Bookera osobno za każdy tom. Ciekawy czy dostanie Bookera i za trzeci tom

dobry film

Obejrzany w tym tygodniu film nie oszukał, było w nim tak jak zapowiadał jego tytuł, dużo wielkiego piękna. 

Taki teledysk, tylko bez muzyki. Pięknie sfilmowany współczesny Rzym. Bohema dyskutująca wieczorem na tarasie luksusowego apartamentu, z którego widać ruiny Colosseum. Przyjęcia na których wypada bywać i prowadzić nie zobowiązujące small talki, wernisaże, piękne wnętrza wnętrza pięknych domów.

Poznajemy ten piękny świat towarzysząc bohaterowi filmu, 60-letniemu dziennikarzowi. Relaksująca ballada o przemijaniu.  Momentami film się trochę dłuży, ale dla jeżeli ktoś lubi klimatyczne snuje, gorąco polecam.  

piątek, 21 lutego 2014
Przeczytane

Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje


Ukraina oczami młodego chłopaka z Krakowa, który przemierza ją z plecakiem, czasami sam, czasami z innymi rówieśnikami z Polski. Alkohol, narkotyki, nurzanie się w szpetocie post-radzieckiego krajobrazu. życia. Bardzo gorzka książka nie tylko o tamtym kawałku świata, również o Polakach, którzy jeżdżą tam leczyć swoje sponiewierane na zachodzie Europy ego. Ale mamie tej książki nie polecę, za dużo pijackiej wulgarności. I też ta pijacka ballada pod koniec trochę już nuży.   

Ale warto. Ja na przykład zakochałam się we fragmencie, w którym konfrontuje współczesny Drohobycz z prozą Bruna Schulza. 

Sowieckie blokiszcza opanowały galicyjskie pagórki jak wojsko, które opanowuje strategiczne wzgórza. Szliśmy do centrum długą, nużącą drogą prowadzącą przez osiedle chruszczowych bloków. Pomiędzy blokami stała stara cerkiewka, ostatni ślad tego, co było tu wcześniej. Bloki stały nad nią jak dresiarze nad ofiarą, której chcą wpierdolić. Na ich balkonach składowano drewno na opał, a z okien sterczały kominy kóz. Forma tutaj naprawdę istniała wyłącznie jako zabytek.

Cała ta cywilizacyjna narzuta, którą przyniosło Drohobyczowi ostatnie kilkadziesiąt lat, to była taniość. Prowizorka. Postnomadyzm jakiś. Tak samo jak w Polsce, tylko bardziej. „Pseudoamerykanizm” – czytała (…) Sklepy cynamonowe – „zaszczepiony na starył, zmurszałył gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności”.

Ale tak naprawdę było o wiele gorzej, niż wyprorokował to Schulz. „Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń”. Rzecz była w tym, że nie trzeba było przyglądać się z bliska. Wszystko to, cały ten szwindel i tandetę, widać było już na pierwszy rzut oka. To nie było nawet udawane piękno, to było piękno czysto umowne. Sygnalizowane. Polegało na tym, że jeśli – na przykład – jakiś kupiec dzierżawiący sklepik w rynku postawił sobie przed tym sklepikiem starą doniczkę i w tę doniczkę naładował ziemi, i do tej ziemi powsadzał z dupy podobierane kwiatki, to nie było to oczywiście żadne, kurwa, piękno. Ale był to sygnał, że sklepikarz bardzo chciał, żebyśmy zrozumieli, że w tym miejscu chciał umieścić coś pięknego i że robił, co mógł. „Tak ciągnęły się, jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany, drogerie, zakłady fryzjerskie” – czytała (…) – „Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: KĄFISEHI, MANIKIH, KĄG OF ĄGLĄD”. Mój Boże, myślałem, zataczając się już z lekka.

Nasz upadek, myślałem, jest absolutny. Przecież to, czym on gardził, my teraz uważamy za szczyty sznytu i fasonu.

Inna sprawa, ze do Bri już przyszedł Mordor, tyle że otynkowany. Burmistrz pochwalił się na fejsie, ze obok jego siedziby powstanie takie szkaradzieństwo:

 


Chyba pora stąd uciekać.

 

Hanna Zborowska z Kobuszewskich Humor w genach

To co autorka uważa za humor, ja nazywam infantylizmem. I to w dość przeraźliwym wydaniu. Przebrnęłam tylko dlatego, że sam temat ciekawy - przedwojenna Warszawa, nie z perspektywy Ziemiańskiej i Nowego Światu, tylko przeciętnej urzędniczej rodziny.   

środa, 19 lutego 2014
Z pamiętnika wk ... konsumentki

Moje pismo do Kolei Mazowieckich

Na podstawie art. 2 ustawy o dostępie do informacji publicznej  z 6 września 2001 roku, zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, w jaki sposób – wysyłając list zwykłą pocztą – wiedzą Państwo czy i w jakim terminie odebrałam pismo. Że nie jest to błąd i że jest to zgodnie z obowiązująca w Kolejach Mazowieckich procedurą świadczy to, że w ślad za pismem wysłanym zwykłą pocztą, nie został wysłany list polecony. Przypominam, że od tej daty liczą Państwo termin do udzielenia odpowiedzi (w moim przypadku było to 7 dni), a brak udzielenia odpowiedzi skutkuje skierowaniem sprawy do sądu.

I do Zarządu Transportu Miejskiego:

Na podstawie art. 2 ustawy o dostępie do informacji publicznej  z 6 września 2001 roku, zwracam się z prośbą o podanie treści procedury obowiązującej pracowników Punktów Obsługi ZTM, zgodnie z którą nie mają oni prawa wydawania historii transakcji na Karcie Miejskiej na żądanie jej posiadacza.

W dniu 17 lutego br. w Punkcie Obsługi ZTM na stacji Metro Świętokrzyska (po odstaniu przeze mnie 40 minut w kolejce), odmówiono mi wydania wydruku historii transakcji na Karcie Miejskiej, ponieważ nie byłam w stanie okazać wystawionego mi przez Koleje Mazowieckie wezwania do zapłaty (w dniu 4 stycznia br. jadąc pociągiem podmiejskim nie miałam przy sobie ww. Karty). Pani w ww. Punkcie powołała się na obowiązującą ją procedurę 
i poinformowała mnie, że jeżeli wyrzuciłam ww. wezwanie, muszę napisać podanie, które zostanie rozpatrzone w ciągu 30 dni.

W dniu 19 lutego br. pani w Punkcie Obsługi Metro Centrum wydała mi ww. historię transakcji po okazaniu przeze mnie pisma z Kolei Mazowieckich, wzywającego mnie do okazania ww. dowodu. Jednocześnie potwierdziła, że zgodnie z obowiązującą procedurą, nie ma prawa wydawać historii transakcji na Karcie Miejskiej, bez okazania urzędowego pisma wzywającego do przedstawienia takiego dokumentu. Potwierdziła, że w przypadku braku takiego dokumentu, konieczne jest napisanie podania, które jest rozpatrywane w przeciągu 30 dni.

Ponieważ w dwóch różnych Punktach Obsługi ZTM ich pracownicy powołali się na obowiązująca procedurę, przytaczając jednakowo brzmiące zasady postępowania to, że taka instrukcja obowiązuje nie podlega dyskusji.

Ciekawa jestem, co odpowiedzą. Ponieważ zwróciłam się w trybie dostępu do informacji publicznej, mają na to 30 dni.

niedziela, 16 lutego 2014

Kontrola w Mazowieckich Przewozach Regionalnych jest chyba faktem. W sobotę jeździła po torach remontowa drezyna, kolorowa i śliczniusia, brakowało tylko baneru "kupione ze środków unijnych". Trudno uwierzyć, że oni w sobotę pracują, raczej jakaś pijarowska zagrywka, uwiarygadniająca trwający już tyle lat remont.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Gdy ze skrzynki wyjęłam pismo od Mazowieckich Kolei Regionalnych ucieszyłam się, że nareszcie mam na nich "haka":


Rozmarzyłam, że podam ich do sądu - wyznaczanie terminu w piśmie wysłanym zwykła pocztą uważam za skandal. Ale Iwona sprowadziła mnie na ziemię, mogę co najwyżej napisać do Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

W piątek wieczorem byłam w Starej Prochowni na wernisażu znajomej Aśki z jogi. To co mnie zaciekawiło, to goście - poza rodziną, tłumnie przyszli również sąsiedzi, mieszkańcy podwarszawskiego grajdołka. Mogłam tylko Aśce pozazdrościć takiego wrośnięcia w lokalną społeczność. A obrazy jak obrazy, znalazło się na nie sporo chętnych - gdy po godzinie wychodziłyśmy, mniej więcej połowa była już sprzedana. 


Wszyscy, którzy przyszli na ten wernisaż dostali prezent: zakładkę do książek. Fajny pomysł, z tych do naśladowania.


 

Odtworzyłam zgubioną czapkę. Nazwałam ją Smerfik i wprawdzie wiosną czapki są nie potrzebne, ale w Alpach (gdzie się w tym roku wybieram), będzie do brązowej kurtki jak znalazł. W planach są jeszcze rękawiczki do kompletu.  

Poprawiłam też Kilimka. Sprułam czubek, zrobiłam do końca żakard i po tej przeróbce czapka powinna się nazywać Babcia-pompon

To by było na tyle, jeżeli chodzi o druciane sukcesy.

Zmodyfikowałam poprzednie wyliczenia Pianina:

Ale nie wyszło. Robione podwójnym dżersejem przody i przekładanym ściągaczem tył nie zlały się w zgrabną całość, W dodatku z każdym centymetrem coraz bardziej drażniły mnie nierówno poprzekładane nitki z lewej strony.

Kolejny pomysł mam taki:


A tak się chciałam pochwalić ... Przy okazji, najlepszy sposób na początek podwójnego ściegu


O mały włos, a obejrzałabym w tym tygodniu Jacka Stronga. Grali w Grodzisku Mazowieckim. Byłyśmy z Gabrysią pół godziny przed seansem, ale nie było już biletów. Tego wieczoru Grodzisk zaszokował mnie jeszcze raz - niedaleko kina jest wypożyczalnia filmów video i Gabryśka nie jest jedyną osobą, która wypożycza w niej filmy! 

American Hustle

Po obejrzeniu tego filmu, wiem już że nie pójdę na:

- Wilka z Wall Street

- Zniewolonego

i na kilka innych, czekających w kolejce na wejście na ekrany, amerykańskich filmów.

American Hustle opowiada o drobnych oszustach, którzy zaszantażowani przez policję, ratują siebie wystawiając policji grube ryby. Miałka intryga zagrana stylem przerysowanej farsy. Jedyne co o tym filmie można dobrego powiedzieć to że ma kilka śmiesznych scenek. Tylko dzięki nim American Hustle nie zdetronizowało umieszczonego przeze mnie na pierwszym miejscu listy najgorszych filmów 2014 filmu  Ratując pana Banksa. Ale naprawdę trudno zrozumieć za co ten film dostał 10 nominacji do Oscara.

niedziela, 09 lutego 2014
Przebłysk wiosny

Poczułam wiosnę (na zdjęciu po prawej mój nowy sąsiad):

Z tym, że studzą zachwyt zimową wiosną zdjęcia, które mój synek umieszcza na fejsie:


W pierwszy słoneczny weekend, latałam na miotle, tyle że nie w swoim domu, a w Otwocku, u  Gumisia - Gumiś miał ładne nóżki, ale dał sobie pokroić i teraz będzie miał brzydkie, takie jak wszyscy. Z tym, że na razie ich nie pokazuje, nie dlatego, że mu głupio, że się dał oszpecić, ale dlatego, że z pokrojonym kolankiem nawet chodzić nie może. Z rozpędu zrobiłam rzecz, na którą podobno nikt się do tej pory nie odważył, wtargnęłam ze szmatą do królestwa Jacka i tam też posprzątałam. 


Jadąc w sobotę do Otwocka wpadłam na chwilę do Galerii Brwi, gdzie był (nie wiem z jakiej okazji) kiermasz rękodzieła. Między innymi były panie z pracowni ceramicznej. Wzięłam do nich telefon, bo mają świetne guziki, można się z nim umówić na konkretny kolor, czy wzór.  

Kontynuując zobaczyłam II część Nimfomanki

Udało się Trierowi zrobić film, w którym seks jest przedstawiony z detalami, a ostatnią rzeczą która można o nim powiedzieć, to to, że jest zmysłowy, czy podniecający. 

Opowieść o dalszych losach już dorosłej Joe. Łączenie nimfomanii z rolą matki, żony i etatowego pracownika jej nie wychodziło, zaczęła z powodzeniem robić w segmencie "odzyskiwania długów" ...  Z tym, że od pewnego momentu, zmierzająca do zaskakującego finału opowieść przyspiesza i im Joe jest starsza, tym mniej szczegółowa jest opowieść o jej życiu. 

Smutny film o tym jak ludzie są, a ci co nie są jak się starają. być nieszczęśliwi. I jak to u Triera, ten smutny wniosek wyciąga się z sekwencji scenek, z których część jest bardzo zabawna.  

 

Kolejny film to dowód, że niektóre historie są tak ciekawe, że nawet kiepski film ich nie stłamsi. 

edzi

Hannah Arendt jedzie jako korespondent New York Timesa na proces Eichmanna. Po powrocie pisze książkę, w której niektóre z zawartych w niej tez, wywołują skandal.

Słabością tego filmu jest to, że tym, którzy poznali Arendt dopiero na tym filmie, trudno będzie zrozumieć dlaczego, tak jak to głosi filmowy plakat, "jej umysł zmienił świat". Mam też wrażenie, że to co się działo, po opublikowaniu napisanej po procesie Eichmanna książki niekoniecznie było mega-filmowym materiałem, a nawet jeżeli to nie tak jak jest to przedstawione na tym filmie. Zdecydowanie bardziej "filmowy" był jej związek z Heideggerem. 

Ale chociażby po to by popatrzeć na świat, który przecież dopiero przed chwilą zniknął: świat siły drukowanego słowa, zażartych dyskusji, polemik, warto.


No i jedna totalna porażka. Mała szansa bym w tym roku zobaczyła jeszcze gorszy film.

Plejada dobrych aktorów, Tom Hanks gra Walta Disneya, który chce uzyskać prawa do sfilmowania Mary Poppins, a Emma Thompson, autorkę, która się temu opiera, bo nie chce stracić kontroli nad swoją bohaterką. 

Thompson, od czasu filmu Jak wam się podoba bardzo lubię,. Do książek o Marry Poppins mam duży sentyment. Słowem potencjał aby mi się podobało był. Ale tak dennego filmu o niczym dawno nie widziałam. 


Z pamiętnika wk ... konsumentki

Tablet mi wpadł w stupor i na nic nie reagował, wpadłam do mijanego po po drodze do pociągu serwisu, ale mi poradzili bym poszła do serwisu gwarancyjnego Samsunga.

To już była większa wyprawa, ale i tam dotarłam. I tu to ja wpadłam w stupor: poinformowano mnie, że ponieważ mam tylko paragon zakupu, przysługuje mi jedna naprawa gwarancyjna! Wyszłam ze salonu, by "obmyślić" taktykę", na początek sprawdziłam, że w regulaminie gwarancji Samsunga jest napisane, że podstawą do reklamacji jest czytelnie wypisana karta gwarancyjna plus dowód zakupu. Tyle, że nie miałam się okazji z nimi wejść w spór bo tablet zaczął działać. Tzn. jak padła mu bateria, to się zresetował i powstał z mar (wcześniej nie reagował nawet na reset, a wyjęcie baterii, tak jak to się robi w komórkach, w tablecie nie jest możliwe). 

piątek, 07 lutego 2014
Przeczytane

Wiktor Pielewin T

Pokochałam Pielewina za Mały palec Buddy, potem z zachwytem przeczytałam jeszcze Generation P i Życie owadów no i zaczął się zjazd. Po przeczytaniu Świętej Księga Wilkołaka i zbioru opowiadań Omon Ra i inne opowieści pomyślałam, że co za dużo to nie zdrowo, zwłaszcza jeżeli dotyczy to kokainy.

W T ugrzęzłam prawie 10 dni, nie wyłapałam większości aluzji czy polemik, bo prawie nic nie wiem o współczesnej Rosji i jedyne co mi pozostało to zachwycanie się, nad nieprawdopodobną, surrealistyczną, nie mająca granic fantazją Pielewina.

Tytułowy hrabia T wędruje do Pustelni Optyńskiej. Ale tak naprawdę to nie wiadomo czy to on wędruje, czy tylko ktoś pisze książkę o tym że on wędruje. Ale ten co pisze tę książkę, może jest jest autonomiczny w swoim działaniu, może działa na polecenie. Książka przypomina psychodeliczny teledysk., akcja jest nie jest znowu aż taka ważna, przeskakujemy z jednej przygody, do drugiej, czasami jest między nimi związek, czasami nie.  Chyba najwłaściwsze określenie to proza kokainowa.

Tak, żeby się zorientować o co mi chodzi:

Wariant dla konsoli wyjdzie w komplecie ze spe­cjalnie napisaną książką, coś w rodzaju kolekcjonerskiego "Warcrafta", jeżeli coś panu to mówi. Projekt nazywa się "Petersburg Dostojewskiego" albo "Okno na Europę", jeszcze ostatecznie nie zadecydowaliśmy. Moim zdaniem "Okno na Europę" jest gorsze. Wszyscy będą myśleć, że to o Ukrainie i awanturach z gazem. Ale ideologicznie projekt jest bardzo ważny, toteż pieniądze się znalazły mimo kryzysu. Na razie daje przemysł naftowy.

- A na czym polega ta ważność? - zapytał T., postanowiwszy się orientować według światełek nielicznych zrozumiałych słów i zwrotów.

-To coś w rodzaju naszej odpowiedzi Chamberlainowi. Amerykanie wypuścili grę dla iksboksa, pod nazwą Piotropawet. O tym, jak czterej amerykańscy marines - Murzyn, Żyd, Gruzin i Chińczyk - ratują świat przed dwugłowym rosyjskim imperatorem, synem huńskiej księżniczki Anastazji i Rasputi­na. I szykujemy kontruderzenie. Trudność jednak polega na tym, że nie wystarczy uderzyć, trzeba jeszcze, żeby Amerykańcy to kupili. Dlatego zrobimy dwie wersje - krajową i eksportową. Różnica będzie minimalna - po prostu przekierujemy wektor. W wersji krajowej wszelkie draństwo będzie się pchać z Europy do Petersburga Dostojewskiego, a w eksportowej - z Petersbur­ga Dostojewskiego do Europy.

- A dlaczego Petersburg Dostojewskiego? -zapytał T. - Czemu ciągle to Tołstoj, to Dostojewski?

- Jest pan zazdrosny? - uśmiechnął się Ariel. - Niepotrzeb­nie. Musi pan wiedzieć, że podstawą kulturowej technologii dwudziestego pierwszego wieku jest komercyjne wykorzystanie cudzych grobów. Trupoodwiert to u nas najbardziej szanowany gatunek, ponieważ jest bezpośrednią analogią wydobycia ropy naftowej. Dawniej sądzono, że tylko czekiści otrzymali spadek po dinozaurach, a potem ludzie kultury też znaleźli miejsce, gdzie można wwiercić rurę. I teraz wprzęgli wszystkich niebosz­czyków. Nawet zamordowany car orze jak pańska biała kobyła na wzgórzu. I lepiej się nie zastanawiać, na kogo. A czy Dosto­jewski gorszy? Zwłaszcza że taki z niego Dostojewski, jak z pana Tołstoj.

- Piękne dzięki - burknął T.

- Projekt jest komercyjny - ciągnął Ariel - toteż nasz Fiodor Michajłowicz nie będzie refleksyjnym marzycielem i cieniasem, ale bojownikiem. Taki ufny tytan, nordycki brodaty rębajło, w wolnych chwilach zaczytujący się Konfucjuszem...

- Ale dlaczego akurat Dostojewski? Czemu na przykład nie Turgieniew?

-Ależ się pan przyczepił. 

itp ...

I gdyby to było bardziej zwarte ...  A tak to naprawdę trudno się czyta. I z każdą jego książka mam coraz większe wątpliwości, czy warto, bo autor coraz bardziej odlatuje. Ale przebłyski geniuszu dalej w tym są.

niedziela, 02 lutego 2014

Styczeń 2014 z głowy. Niby to 1/12 roku, ale jest coś w tym co mówi Szczepan (wiejski sąsiad Ańćki), że jak ma się coś zrobić, to trzeba z tym zdążyć do nocy świętojańskiej, bo potem to już tylko Zaduszki, Boże Narodzenie i koniec roku.

Z drutami stoję w blokach startowych z czarnym swetrem o roboczej nazwie Pianino, dopinam już w głowie ostatnie rozwiązania konstrukcyjne. Nie wiem czy wyjdzie mi to, co zaplanowałam - pocieszam się tym, że start jest tak skomplikowany, że potem już będzie tylko łatwiej (drutujące z tego schematu powinny się zorientować w czym problem).  


Odtwarzam zgubioną czapeczkę, w tamtej denerwował  mnie wysoki ściągacz, w tej zrobiłam krótszy i już widzę, że tamto rozwiązanie było lepsze. To nie pierwszy raz, gdy te pierwsze, nie dopracowane rozwiązania, okazują się na koniec lepsze, niż te następne, w których wykonanie jest lepsze, ale z których duch po drodze uleciał. 

 

 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Podobno mają skontrolować Koleje Mazowieckie - nawet jeżeli, to zostaną uniewinnieni, winę zrzucą na kolegę zarządzającego torami i na tym się skończy, Bo tak jak i wielu innych sprawach, tu też chodzi tylko o to by gonić króliczka, a nie by go złapać.

W tym tygodniu dzwoniąc na informację kolejową (tego dnia powrót do domu zabrał mi 3 godziny 15 minut) usłyszałam, że: 

"pociągi jadą jeden za drugim, i dlatego dopiero jak pojadą te przed Panią, Pani pociąg pojedzie",

"dyżurny ruchu powiedział, że gdyby miał się zajmować opóźnieniami, to by mu czasu na pracę nie starczyło".

Te 20 postulatów to była ściema, wystarczył jeden: zlikwidowanie samochodów służbowych (przy równoczesnym odcięciu możliwości "przerzucenia" się na samoloty"). Ale kto był wtedy taki przewidujący?  

Z pamiętnika uśmiechniętej konsumentki

Gdyby mi ktoś kilkanaście lat temu powiedział, że na starość polubię Tepsę ... W sobotę późno wieczorem zgłosiłam, że przestał mi działać telefon i net. Następnego dnia już o 11 był w moim domu monter, wymienił popsute gniazdko, telefon zadzwonił, ale router za nic nie chciał się odezwać. Co było robić, poszłam do pobliskiej galerii handlowej, kupiłam nowy router i przy pomocy pani na Infolinii go skonfigurowałam. Łatwo nie było, bo dopiero po godzinie doszłyśmy do wniosku, że skoro wszystko jest dobrze ustawione, a netu nie ma, to może przyczyną jest to, że system nie rozpoznaje nowego hasła (zostało zmienione, bo poprzednie było zapisane w kilku wersjach i nie pamiętałam, która jest właściwa). Pani jeszcze raz zmieniła hasło i znów mam net.


Stację parową oddałam do serwisu Philipsa, gdzie można mi było wmówić wszystko. Tymczasem po kilku dniach zadzwoniono, że żelazko jest do odebrania, była to wina sznura i sami się śmieli z tego, że doszli do tego dopiero po wyeliminowaniu wszystkich innych możliwych usterek.  

Jestem z tych, co nie panują nad rzeczami: gubię, zostawiam, odkładam w dziwne miejsca. Potem większość z nich się odnajduje. Tak mam, i jeżeli ktoś się tym przejmuje, to moje otoczenie, nie ja. Pilnuję tylko kilku rzeczy i dopóki przestrzegam wymyślonych dla nich „procedur” jest ok. I tak torebka musi mieć zewnętrzną kieszeń, w której trzymam bilety miesięczne. Tyle, że jak zaczęłam do tej kieszeni wkładać też i komórkę, było tylko kwestią czasu kiedy je zgubię. Kartę miejską można bez problemu odtworzyć, gorzej z biletem na pociąg. Ale ponieważ pisałam ostatnio reklamację, mam jego skan, więc może i z tym biletem coś by się udało zadziałać. Zaczęłam od Karty Miejskiej, pojechałam na stację Metro Centrum, w pierwszym punkcie była spora kolejka (tak na pół godziny stania), w drugim oddalonym od pierwszego o 50 metrów, nie było nikogo. Pani wklepała moje dane do systemu i z uśmiechem poinformowała, że moje bilety czekają na mnie na sąsiedniej stacji metra. Przyjemna strona życia na informatycznej smyczy.

W przypadku tego filmu, nie pozostaje nic innego niż spuścić zasłonę milczenia.

 

Nawalanka, goni nawalankę. Walki przebiegają podobnie jak w kreskówkach Disney'a i już po 15 minutach staje się to przeraźliwie nudne. Może gdybym poszła na 4D byłoby lepiej, bo przynajmniej technika by mnie urzekła? Na to 4D wybierałam od momentu, gdy w radio usłyszałam, że jest coś takiego w Arkadii i jest to jedna z 20 takich sal na świecie. Ale zanim się zebrałam, to w przeznaczonej do tego sali zaczęli grać Ja, Frankenstein i do Hobbita nie wrócą. Ostatnia część za rok, może do tego czasu zapomnę. 

Kolejny film z zupełnie innej bajki

 

Czy aż Złota Palma Cannes, to nie wiem i porównywanie do Hanekego, uważam za przesadę.

Film o dojrzewaniu tytułowej Adele. Poznajemy ją gdy ma 15 lat, pierwsze doświadczenia seksualne ze starszym kolegą ze szkoły, potem związek ze starszą o kilka lat studentka malarstwa. Rozstajemy się gdy ma około 20 lat i jest świadomą siebie kobietą.

Wszystko pokazane jest na tym filmie bez retuszu - jak seks to bez skrótów i mrużenia oka kamery, jak płacz, to z glutami z nosa.  Klimatyczne. I chociaż mogłoby trwać trochę krócej, to też i nie jest tak, że te 3 godziny trudno na tym filmie wysiedzieć.

Zagrane tak naturalnie, że dech zapiera. Pewnie jeszcze nie raz będzie głośno o odtwórczyni głównej roli.  

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli