niedziela, 27 listopada 2005
Święta za tak zwanym pasem

a w miejscu gdzie kiedyś był mój pas, pasa brak. Z tej (i z całego jeszcze mnóstwa innych przyczyn), zaordynowałam sobie dietę nr 5:



Już pierwszego dnia poszłam spać głodna, bo mimo że od rana zjadłam tylko dwa talerze tej kaszy, nie mogłam zmusić się do zjedzenia na kolację tego świństwa. I może to o to właśnie w tej diecie chodzi.
Jak na razie (trzeci dzień) wygląda na to, że chociaż tyje się od jedzenia, to w drugą stronę to już tak nie działa.



niedziela, 20 listopada 2005
No i przyszła zima zła

W każdym razie jak wstałam w sobotę, to zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, na drzewach za oknem był śnieg:


Jak stopniał, nie było już tak ładnie, bo wszystko było w listkach brzozy wymieszanych z żółtym igliwiem modrzewia:


Nie wiem czy jeszcze ktoś poza mną, grabił tego dnia liście, ale po południu doprowadziłam (przynajmniej od frontu), ogród do porządku:


Pozostałe plany wzięły w łeb.

Bo chociaż minęło już ponad trzydzieści lat, nadal aktualne jest zaproszenie Kochanego Pana Ionesco, by zamiast wymyślać absurdalne sztuki, przyjechał do nas i opisał to co się tutaj dzieje (wprawdzie adresat stał się w tym czasie duchem ale to chyba nie szkodzi, bo z kolei nasz kraj został poddany totalnej rewolucji uduchawiającej).

Słowem miałam kontakt ze służbą zdrowia.

Zawdzięczam to mojemu synkowi, którego w dziwny - tzn. nie wyglądający na zapalenie wyrostka robaczkowego - sposób rozbolał brzuch. Gdy otrzymał skierowanie do szpitala, całe popołudnie spędziliśmy na izbie przyjęć. Tam zrobiono mu badania krwi i USG, a następnie odesłano do domu z zastrzeżeniem, by przyjechać gdyby się pogorszyło. Cały następny dzień synek spokojnie czekał aż wreszcie mu się polepszy, a że jednak nie przestawało boleć, łaskawie zgodził się by po niego przyjechać i zawieźć do szpitala (za kierowcę robiła Kaśka, która tego dnia przejechała z nami 200 km). Tym razem na izbie przyjęć poinformowano mnie, że dwa dni temu mój syn został przyjęty bo był "pacjentem chirurgicznym" i ten status przysługiwał mu przez cały następny dzień. Ponieważ nie skorzystał z danej mu szansy, automatycznie spadł do kategorii "pacjenta internistycznego", a takich to obowiązuje rejonizacja. Widząc bezsens jakichkolwiek dyskusji z klonami siostry Ratched, udaliśmy się do oddalonego o 20 km od centrum stolicy, szpitala powiatowego. Tam, z dyżurki o powierzchni ok. 4 m2 i wystroju pakamery do przechowywania łopat do odgarniania śniegu, wyszła bardzo miła siostra i wytłumaczyła nam, że nawet nie ma sensu wołać lekarza, bo on i tak nic nie wymyśli - w szpitalu nie ma USG (ani czynnego rentgena) a tych badań krwi jakie miał zrobione w Warszawie mu nie powtórzą, bo tu się takich nie robi. Na koniec wylądowaliśmy u lekarza, który jak się później okazało, pracuje jako chirurg w tym szpitalu, w którym nie przyjmuje się pozarejonowych pacjentów internistycznych. Na podstawie zrobionych dwa dni temu badań postawił diagnozę – atak wyrostka żółciowego. Przy okazji dowiedziałam się, że „we współczesnej medycynie nie obowiązuje już kryterium wiekowe” i dziś to nawet niemowlaki potrafią mieć zawał.


Kiedyś Iwona usiłowała mi wmówić, że skoro jakiś tam (wtedy chyba chodziło o murarza) pan potrafi coś zrobić, to ja powinnam tym bardziej. Otóż nic bardziej mylnego, bo na przykład pan dekarz potrafi chodzić po drabinie a ja się tego nigdy nie nauczę. Dzięki sosnom, rynny zamieniły się w wiszące ogrody (widać je na tym zdjęciu, tylko trzeba wiedzieć że to właśnie to chciałam na nim uwiecznić) i jak zimą to wszystko zamarznie, może rozsadzić
plastikowe rynny. Ale ponieważ wejście na rozłożoną drabinę przekracza moje możliwości, wyczyściłam tylko te rynny do których można się dostać bez rozkładania drabiny (czyli z tyłu domu):


Długo na to czekałam, ale wreszcie mogę założyć Blogowy Rejestr Korzyści. Pierwszą pozycję stanowi otrzymana od kolegi Leona płyta:


środa, 16 listopada 2005
Meta witrażownia

W tym tygodniu ma spaść pierwszy śnieg, czyli zima tuż, tuż.
W witrażowni, która nie została jeszcze posprzątana po letnim remoncie, panuje już przedświąteczny rozgardiasz.
I jest bardziej niż swojsko:




Jedyną, która nad tym wszystkim panuje i wie gdzie co leży jest Gośka, która jak nie gada przez telefon:



to cały czas, nawet we wtorek gdy nie ma dzieciaków bo witrażownię okupują cioteczki, coś robi:



A cioteczki jak zwykle więcej gadają niż robią:



Z tym że nasze lenistwo jest usprawiedliwione - nie możemy robić witraży, bo jeszcze nie wszystko po remoncie zostało rozpakowane a decoupage to jednak jest tylko dla koneserów.
Gośka robi, bo obiecała pomóc dzieciakom zarobić na wycieczkę do Pragi, my mamy pomóc im tylko w taki sposób, że jako
akwizytorzy spróbujemy wcisnąć znajomym jak najwięcej ich wyrobów.
Czyli pachnące mydełka (technologia wyrobu została opracowana w zeszłym roku):

.

tegoroczne zabawy z decoupage:



w tym małe świece:



duże świece:







podstawki z korka (moim zdaniem najmniej udany wyrób):



mało praktyczne lusterka:



a ponadto domowe konfitury z cytryny:



i jak zostaną pomalowane, choinkowe zabawki z masy solnej:



Reasumując, do świat Gośka ma co robić:



 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli