niedziela, 26 listopada 2006

Dziesiąta tygodnica

Na forum robótki na drutach dostałam wzór na muszelki - Gośka miała rację, robi się je na drutach, nie na szydełku. Jeszcze nie rozgryzłam jak, bo nie miałam czasu "potrenować" (a tak "z marszu" nie wychodzi).

Za to w pakamerze są już położone płytki. Z tym że
z kolei w tym tygodniu długo (dużo dłużej niż to było zaplanowane), schnie klej. A ponieważ dopóki nie wyschnie, nie można położyć fugi, to wygląda to tak sobie.

W tej sytuacji,
szukając symbolu zachodzących zmian, zamiast płytek sfotografowałam kominek:



Na razie wygląda bardzo ładnie. Staram się za bardzo do tego nie przyzwyczaić, bo jak w końcu wymyślę kto i jak ma go poprawić, to i tak to co zostało zrobione, zostanie zniszczone. Zdaję sobie sprawę, że kolejność powinna być odwrotna, ale tak wyszło.

Remont przestał mi przeszkadzać i zamiast zadręczać się tym ile przez ten czas można było zrobić, zgodnie z tym jak było w Desideracie powtarzam sobie, że porównując się z innymi zawsze znajdę gorszych (sąsiad z prawej, czyli tata Killera):

jak i lepszych od siebie (sąsiedzi z naprzeciwka):


W zwiazku z tym, że mam szafę, w ramach "powrotu do normalnego życia", sukcesywnie wożę do Milanówka rzeczy do pralni. Przy okazji wpadłam do Joanny poznać Milę:



Chciałam się z nią zaprzyjaźnić, ale ona wolała moje buty:



W weekend przewinęło się przez mój dom sporo osób, między innymi w niedzielę wpadł do mnie Moniek z Kalinką:



Korzystając z tego, że było ciepło, poszli na spacer po mojej okolicy. Bo chociaż nadchodzi najgorsza pora roku, a z nią kolejna podwyżka gazu, zdecydowanie przyjemniej jest iść w sobotę rano na targ przez taki park:



niż chodząc po mieście narażać się na spotkanie np. ze słowotwóstwem Nauczycieli Patriotyzmu:





Ps. do EM
Na moim drugim blogu zamieściłam opis kapuścianej czapki. Jak by coś jeszcze było niejasne, pytaj dalej.

niedziela, 19 listopada 2006

W dziewiątym tygodniu remontu

W dziewiątym tygodniu remontu powoli przywyczajam się do myśli, że niezależnie od moich chciejstw, do świąt ze wszystkim i tak nie zdążę. W tym tygodniu "miało być rozpoczęte" kładzenie płytek, ale nie wyszło - "okazało się" (tzn. przed rozpoczęciem pracy "zostało przeczytane" w Internecie), że klej kładzie się na podłoże, nie na beton, podłoża szybkoschnącego w domu nie było, sklepy były zamknięte, a znalezione w komórce podłoże cały czas (stan na niedzielę wieczorem), schnie.

Coraz bardziej chodzi za mną zrobienie czegoś większego na drutach - czekając na natchnienie, myślałam o czapce, ale już nie myślę bo się dowiedziałam, że coś takiego to już nie dla mnie:



Szukając natchnienia, zauroczyło mnie coś takiego:



ale nie zdążyłam wymyśleć co tym wzorem mogłabym zrobić, jak się okazało że to szydełko, więc odpada:



Gdyby popadało przez jeszcze jeden weekend nie zdążyłabym też z posprzątaniem ogrodu:



ale wystarczyła jedna słoneczna sobota:



i wyrobiłam się w wyznaczonym przez gminę terminie wywozu liści



I chociaż mnie się to wydaje nieprawdopodobne, można mieszkać w moim domu i mieć ten cały remont głęboko w nosie - tak jak na przyklad mój Zygocactus, który przestawiany z kąta w kąt, zakwitł tak jak zawsze o tej porze roku:



U moich kotów bez zmian - tzn. Heniek dalej okupuje budę, Srala błąka się na zewnątrz. O tym, by wygrzewać się na kalaryferze tak jak Gałgan Izy, mogą tylko pomarzyć:



Powiększyła się też rodzina jednej z ciotek - u Joanny zamieszkała szorstkowłosa jamniczka:



niedziela, 12 listopada 2006

W ósmym tygodniu remontu

To, że jeszcze nie zwariowałam, zawdzięczam głównie temu, że remontuję tylko w weekendy, w pozostałe dni tygodnia na szczęście pracuję i mogę trochę odpocząć.

W tym tygodniu miałam jeszcze więcej szczęścia - weekend spędziłam daleko od domu, w bardzo cichym miejscu:


Popływałam tam w basenie, w którym była ciepła woda, pochodziłam po lesie:


I chociaż odpoczynek należał mi się jak mało komu, nie zapominałam o innych - z kupionej w dniu wyjazdu wełny zrobiłam, zgodnie ze złożonym przez Izę w komentarzach zamówieniem, rękawiczki:

Teraz to już mogę z czystym sumieniem kolejny raz przypomnieć, że to o co ja proszę co poniektóre cioteczki, nie wymaga tyle czasu co zrobienie rękawiczek - wystarczy tylko chwilkę pomyśleć i podzielić się dobrą radą.

Tam gdzie byłam, tak jak i w ubiegłym roku, podziwiałam kwintesencję kiczu (
w zeszłym roku we wrześniu zamieściłam na blogu zdjęcie biurka i fotela, a w grudniu rogowych żyrandoli), w tym roku kolej na dwie urocze kanapki (biurko jest to samo):





A teraz by dla wszystkich był zrozumiały mój komentarz do kolejnego zdjęcia :

Ta historia działa się mniej więcej trzydzieści lat temu i przeszła do historii dzięki temu, że jedna z cioteczek jeździła wówczas po Polsce ze studenckim programem artystycznym. Po występach artyści nocowali w małych, znajdujacych się zazwyczaj przy rynkach, hotelikach. Pewnego razu, gdy miasteczko świtem budziło się do życia, z hoteliku wybiegło marzące o karierze gruppie miejscowe dziewczę i biegnąc przez rynek krzyczało: ludzie, ludzie, artysta mnie pierd.....

No więc ludzie, ludzie, artysta szafę mi pomalował:



niedziela, 05 listopada 2006

Epitafium
(w siódmym tygodniu remontu)

Nie wiem kiedy, bo poza moją świadomością, ale zrobiłam hop! i mieszkam w całkiem nowej rzeczywistości.

Jak zadrę do góry głowę, widzę drobnomieszczański płaskowyż:



Tylko w "salonie" słupy zostały pomalowane na gołębi zomo-błękit, gdzie indziej króluje klasyka:



I coś zupełnie rewolucyjnego - po 10 latach znów mam szafę na ubrania:



Przez ten remont nie mam czasu na duże formy. W zasadzie robótki ręczne poszły w kąt - w tym tygodniu dorobiłam tylko do rękawiczek opaskę, robi się ją szybko i jest bardziej twarzowa od czapki:



Ale jak to ktoś kiedyś mądrze śpiewał co się polepszy, to sie popieprzy - w zeszłym tygodniu cudu nie było i definitywnie zakończył się projekt witrażownia:



Na posterunku w witrażowni została już tylko Gośka. Spędza tam każdą wolną chwilę - w kaplicy gdzie jest już zrobiony przez nia witraż, do świąt mają być do kompletu wstawione okna. Czasu zbyt wiele na to nie ma, okien w tej kaplicy sporo, a Gośka caly czas jest na etapie "kartonów":



Dzieci tak jak przed rokiem robią zabawki na choinkę:



A ciotki pochowały się po domach, gdzie hodują dzieci, własne świry albo po raz n-ty w życiu, w kolejnych rekonstruowanych związkach, trenują życie rodzinne. Wygląda na to, że czerpią przy tym z nowej świeckiej multi-kulti tradycji - na zdjęciu zrobiona przez Gumisia dynia, która nazywa się tak samo jak mój kot, czyli Heniek:



Najlepszym komentarzem do tego co myślę o końcu witrażowni, będzie zacytowanie ponad 80- letniej sąsiadki naszej koleżanki, z dalekich Niemiec. Owa pani, wyjechała z Polski jako ślązaczka ponad 40 lat temu, w zasadzie nie mówi już po polsku ale jej ulubionym powiedzeniem nadal jest:





Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli