niedziela, 25 listopada 2007

Potyczek z codziennością ciąg dalszy

Za miesiąc już koniec roku i tak samo jak rok temu, coraz bardziej mogę mieć już tylko nadzieję, że jeszcze jest czas by zrobić to, co miało być w tym roku zrobione. Ale np. Michał już trzy razy nie dojechał, pan od ekofibru nie odbierał w tym tygodniu telefonu, a pan elektryk nie ma czasu. Z tym że na własnych błędach zawsze można się uczyć - teraz zanim coś zamówię, dokładnie sobie opiszę, co chcę by zostało zrobione – zamawiając domofon, do głowy by mi nie przyszło, że tylko w ten sposób będzie go można wyłączać.

Z jednej strony dobrze wiem, że jak chcesz mieć coś zrobione zrób sobie sam. To właśnie kierując się tą zasadą, znalazłam sposób na wyłączanie domofonu. Ale to koniec moich sukcesów. Po czasami same chęci nie wystarczą. Co z tego, że mam coraz większą ochotę na jakieś robótkowanie, kiedy lubię robić na drutach przy jakimś filmie, a nie umiem podłączyć grajów. Nawet przez moment uwierzyłam, że dam sobie z tym radę, ale przestraszył mnie sam widok tej plątaniny kabli.

Wszystko zaczęło się rok temu, kiedy coś tam miało być jeszcze poprawione, ale nie zostało, a ten który coś z tej plątaniny kabli rozumiał i miał to zrobić, przestał tu przychodzić. Do wakacji jeszcze jakoś szło wytrzymać, bo filmy można było puszczać w innym odtwarzaczu (w dodatku takim takim dużo gorszym, ale tak naprawdę dużo lepszym, bo odtwarzającym wszystko, nawet porysowane płyty). Ale ten odtwarzacz się popsuł. W Warszawie jest tylko jeden punkt napraw gwarancyjnych, na bardzo dalekiej Pradze i jak na razie nie udało mi się tam dotrzeć. A i tak po odebraniu z naprawy, nie umiałabym go z powrotem podłączyć. Miesiąc temu siostrzeniec Staśki coś tam podłączył, ale filmów dalej oglądać się nie da – bardzo głośno słyszy się robiącą za tło muzykę, za to lektora ledwo, ledwo.

Myślałam o wezwaniu fachowca, ale nie wcześniej jak będzie można ustawić sprzęt na szafce, którą dostałam od Kąsólowej.

Szafka ma być złożona dopiero po położeniu wykładziny, która czeka na to zwinięta już od roku.

Z kolei wykładzina ma być rozłożona po zrobieniu przez Michała nowej klapy do piwnicy (podejmę wtedy decyzję czy ma być oklejona wykładziną, czy tylko pomalowana na zbliżony do niej kolor).

Podobno nikt nie powinien uciekać od swojego przeznaczenia. Jestem przekonana, że moim przeznaczeniem jest leżeć na kanapie i pachnieć. Ja przed tym swoim przeznaczeniem nie uciekam. Nie rozumiem tylko, dlaczego ono ucieka przede mną.

W trybie kroniki odnotowuję przeczytanie dwóch książek, które nie nadają się do tego, by uwzględnić je w dodatkach na blogu portrety kobiet: Jesusa Diaz Opowiedz mi o Kubie i Olgi Grushin Suchanowa życie we śnie. Książkę J. Diaza przyjemnie się czyta, ale moich oczekiwań nie spełniła, bo nastroju z filmu Habana Blues w niej nie znalazłam. W dodatku, jak na typowe czytadło, jest trochę za gruba. Książkę O. Grushin kupiłam Ance, jadąc do niej do Paryża, wg. często stosowanego przeze mnie klucza, polegającego na kupowaniu książek, które dostały za oceanem jakąś prestiżową nagrodę. Też się przyjemnie czyta, ale niestety książka została napisana dla amerykańskiego odbiorcy - tamten system pamiętam z autopsji, więc cynizm i strach to dla mnie trochę za mało, by wytłumaczyć motywacje poprzednich władców.

Byłam w Teatrze Rozmaitości na Bachantkach. Wprawdzie siedziałam w ostatnim rzędzie, ale był to raptem rząd dziewiąty, więc nie usprawiedliwia to tego, że zrozumiałam może połowę tekstu - niektórzy aktorzy tak mamrotali, że jak stali w grupie to czasami nawet trudno było się zorientować nie tylko co, ale nawet i kto mówi. Mogę tylko podejrzewać, że w niektórych scenach było to zamierzone – np. gdy po pierwszej minucie spektaklu, w której zgasły wszystkie światła i widzowie zostali poddani ekstremalnemu rytuałowi przejścia, polegającemu na ogłuszeniu ich dobywającym się z głośnika hukiem, zobaczyli stojącego do nich tyłem Chyrę, który coś tam do siebie przez parę minut mamrotał (był to Dionizos, który po przybyciu na ziemię, chyba w ten sposób uczył się ludzkiego języka). Ale tak naprawdę, zamiast antycznej tragedii o wierze, obejrzałam magiczny bełkot (dość dobra scenografia), w dodatku czułam się jakbym oglądała sitkom, bo widownia co chwilę reagowała na pojedyncze kwestie śmiechem. Tęsknię za kinem, ale kolejny tydzień nie mam na co iść. W tym tygodniu 5 gwiazdek dostała Macunaima, ale to za mało, skoro film jest z 1969 roku. Filmy: Do ciebie człowieku i Red Road dostały cztery gwiazdki, ale w recenzji jak wół stoi, że mniej więcej w połowie, w obu robi się nudno. Z kolei angielską komedię (też 4 gwiazdki) Zgon na pogrzebie nie dość ze grają w nie lubianych przeze mnie multipleksach, to jeszcze uprzedzają, że jak ktoś lubi angielski humor, to niech się nie nastawia, bo się zawiedzie. I co z tego, że cierpię, skoro żadnego dystrybutora to nie wzrusza?

czwartek, 22 listopada 2007

Portrety kobiet

Maria Kuncewiczowa - Cudzoziemka

Kiedyś czytałam już tę książkę, ale pewnie dlatego, że byłam młoda, nie byłam w stanie zrozumieć ani o co chodziło głównej bohaterce, ani dlaczego jej otoczenie zamiast zmusić ją do leczenia, tolerowało jej zachowanie. Ale ponieważ książka opowiada o losie kobiety niewiele ode mnie starszej, która spogląda wstecz na swoje życie, postanowiłam jeszcze raz ją przeczytać. Róża uważa, że tylko przez pierwszych kilka lat swego życia była szczęśliwa - potem "inni" sprawili, że nie znalazła szczęścia ani w miłości (On zdradził i został zmuszony do małżeństwa), ani nie odniosła sukcesów jako skrzypaczka (tu "zawinił" zły nauczyciel). Nigdy z tym nie pogodzona, przez następne kilkadziesiąt lat, za te i jeszcze inne cierpienia, brała odwet na swoich najbliższych, Sam problem dla mnie dość ciekawy, ale całkowicie odrzucił mnie sposób w jaki został przedstawiony. I nie tyle chodzi mi o to, że psychologiczny portret głównej bohaterki jest bardzo niepełny - widzimy Różę jak dręczy swoją rodzinę, a potem dopiero jak podsumowuje swoje życie, o tym co się z nią działo, np. gdy przestała prowadzić wspólne gospodarstwo z mężem i zaczęła mieszkać sama, ani słowa. Czy o to, że tak niewiele jest też o innych - stanowią tylko tło i wiemy o nich tylko tyle ile jest potrzebne do opisu Róży. Ale ten język, napuszony, drażniący swoją egzaltacją, a dialogi tak sztuczne, że nawet w najgorszym polskim filmie potrafią być lepsze. Miałam chwilę zastanowienia, że może za bardzo przyzwyczaiłam się do współczesnej literatury. Ale jednak nie, całkiem niedawno z przyjemnością wróciłam do Buddenbroków, potrafię też dla relaksu przeczytać fragment Lalki lub Klubu Pickwick'a. Są książki, które się szybko starzeją i moim zdaniem taki los spotkał Cudzoziemkę

Doris Lessing - Piąte Dziecko

Ben - piąte dziecko Harriet i Dawida, nie jest wprawdzie, chory, ani upośledzony, tylko „inny”, ale jego przyjście na świat burzy dotychczasowe, szczęśliwe życie rodzinne. W pewnym momencie, jeden z kolejnych konsultantów, zarzuca Harriet, że to wszystko jej wina, bo nie kocha swojego syna. Rzeczywiście jest to prawda, Harriet nie kocha swojego piątego dziecka, tak samo z reszto jak i wszyscy pozostali. Tyle, że jako jedyna, z obowiązku (bo nie z miłości), nie wyrzeka się go, powoli tracąc przez to wszystko co kochała. Przejmująca książka o macierzyństwie – ani o takim łatwym, żywcem wziętym z kolorowych czasopism, ani o takim heroicznym, co to budzi podziw, ale które trudno naśladować. Tylko o takim zwykłym, zaniechanym. Kiedy nikt nie wie jak postepować, matka też nie, a to co ją różni od innych to to, że ona jedna ma o to do siebie pretensje.

ps. czytam teraz Żonę pilota.

niedziela, 18 listopada 2007

Pod górkę


Chwilowo mam depresję - dobija
mnie moja bezradność wobec niesprawnych sprzętów.

Biblia do ludzi: bodajbyś był zimny, albo gorący. Ja do rzeczy: bodajbyś był w pełni sprawny, albo zepsuty na amen. Bo najgorzej to jest tak, jak jest teraz u mnie.

Stan na dziś z komputerem:

Ja im mówię, że komputer od czasu do czasu resetuje się w biosie. Oni, że u nich działa, ale skoro mówię że coś mu jest, to pewnie jest to wina zasilacza i oni mogą go wymienić, tyle że na niego minęła już gwarancja, więc niech się zastanowię.

Zastanowiam się, dzwonię i uświadamiam im, że na zasilacz też mam jeszcze gwarancję. Na to oni, że tak naprawdę, to nie ma sensu wymieniać zasilacza, z reszto od początku mówili że to pewnie nie to, a tak w ogóle to wszystko z tym kompem jest ok i o co mi chodzi.

Czyli muszę pojechać na daleki Żoliborz, odebrać od nich komputer, poczekać aż znów poprzestawia mu się bios i w tym stanie zawieźć do serwisu. Prawdopodobnie do wymiany jest płyta i oni zrobią wszystko by tej płyty nie wymieniać.

Stan na dziś z hydroforem:

Co jakiś czas hydrofor się sam włącza, dopompowuje wodę, a następnie po kilku godzinach nawet jak nikt, nawet na moment, nie odkręcał wody, znów zaczyna pompować. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jak w pewnym momencie pełen wpompowanej w niego wody kocioł pęka od jej nadmiaru i dla bezpieczeństwa wyłączam na tablicy rozdzielczej bezpiecznik od hydroforu.

Hydraulik mówi, że wszystko działa i jest ok. To samo mówi elektryk, a za to co mnie niepokoi obwinia elektrownię. Elektrownia mówi że u nich też wszystko ok.

A ja im niczego nie udowodnię, dopóki ten hydrofor jednak nie wybuchnie.

Żeby mieć poczucie, że jednak nie jest tak źle i coś tam jednak popycham do przodu, posprzątałam obiecujący kawałek ogrodu.


Ale sama zdaję sobie sprawę, że to trochę mało.

Wpisałam do swojego google readera kolejny blog. Na przykład taka lampa, czyż nie jest cudna?

Nie wiedziałam, ale do kalendarza imprez  został wpisany andrzejkowy wieczór wróźb. W zeszłym roku w woskowej plamie Beaty, któraś z nas zobaczyła worek z pieniędzmi. Beacie się spełniło i chce jeszcze.  Jak  powiedziałam innym ciotkom,  też tak chcą. Czyli już za półtora tygodnia przyszłość przestanie być tajemnicą.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli