niedziela, 25 listopada 2007

Potyczek z codziennością ciąg dalszy

Za miesiąc już koniec roku i tak samo jak rok temu, coraz bardziej mogę mieć już tylko nadzieję, że jeszcze jest czas by zrobić to, co miało być w tym roku zrobione. Ale np. Michał już trzy razy nie dojechał, pan od ekofibru nie odbierał w tym tygodniu telefonu, a pan elektryk nie ma czasu. Z tym że na własnych błędach zawsze można się uczyć - teraz zanim coś zamówię, dokładnie sobie opiszę, co chcę by zostało zrobione – zamawiając domofon, do głowy by mi nie przyszło, że tylko w ten sposób będzie go można wyłączać.

Z jednej strony dobrze wiem, że jak chcesz mieć coś zrobione zrób sobie sam. To właśnie kierując się tą zasadą, znalazłam sposób na wyłączanie domofonu. Ale to koniec moich sukcesów. Po czasami same chęci nie wystarczą. Co z tego, że mam coraz większą ochotę na jakieś robótkowanie, kiedy lubię robić na drutach przy jakimś filmie, a nie umiem podłączyć grajów. Nawet przez moment uwierzyłam, że dam sobie z tym radę, ale przestraszył mnie sam widok tej plątaniny kabli.

Wszystko zaczęło się rok temu, kiedy coś tam miało być jeszcze poprawione, ale nie zostało, a ten który coś z tej plątaniny kabli rozumiał i miał to zrobić, przestał tu przychodzić. Do wakacji jeszcze jakoś szło wytrzymać, bo filmy można było puszczać w innym odtwarzaczu (w dodatku takim takim dużo gorszym, ale tak naprawdę dużo lepszym, bo odtwarzającym wszystko, nawet porysowane płyty). Ale ten odtwarzacz się popsuł. W Warszawie jest tylko jeden punkt napraw gwarancyjnych, na bardzo dalekiej Pradze i jak na razie nie udało mi się tam dotrzeć. A i tak po odebraniu z naprawy, nie umiałabym go z powrotem podłączyć. Miesiąc temu siostrzeniec Staśki coś tam podłączył, ale filmów dalej oglądać się nie da – bardzo głośno słyszy się robiącą za tło muzykę, za to lektora ledwo, ledwo.

Myślałam o wezwaniu fachowca, ale nie wcześniej jak będzie można ustawić sprzęt na szafce, którą dostałam od Kąsólowej.

Szafka ma być złożona dopiero po położeniu wykładziny, która czeka na to zwinięta już od roku.

Z kolei wykładzina ma być rozłożona po zrobieniu przez Michała nowej klapy do piwnicy (podejmę wtedy decyzję czy ma być oklejona wykładziną, czy tylko pomalowana na zbliżony do niej kolor).

Podobno nikt nie powinien uciekać od swojego przeznaczenia. Jestem przekonana, że moim przeznaczeniem jest leżeć na kanapie i pachnieć. Ja przed tym swoim przeznaczeniem nie uciekam. Nie rozumiem tylko, dlaczego ono ucieka przede mną.

W trybie kroniki odnotowuję przeczytanie dwóch książek, które nie nadają się do tego, by uwzględnić je w dodatkach na blogu portrety kobiet: Jesusa Diaz Opowiedz mi o Kubie i Olgi Grushin Suchanowa życie we śnie. Książkę J. Diaza przyjemnie się czyta, ale moich oczekiwań nie spełniła, bo nastroju z filmu Habana Blues w niej nie znalazłam. W dodatku, jak na typowe czytadło, jest trochę za gruba. Książkę O. Grushin kupiłam Ance, jadąc do niej do Paryża, wg. często stosowanego przeze mnie klucza, polegającego na kupowaniu książek, które dostały za oceanem jakąś prestiżową nagrodę. Też się przyjemnie czyta, ale niestety książka została napisana dla amerykańskiego odbiorcy - tamten system pamiętam z autopsji, więc cynizm i strach to dla mnie trochę za mało, by wytłumaczyć motywacje poprzednich władców.

Byłam w Teatrze Rozmaitości na Bachantkach. Wprawdzie siedziałam w ostatnim rzędzie, ale był to raptem rząd dziewiąty, więc nie usprawiedliwia to tego, że zrozumiałam może połowę tekstu - niektórzy aktorzy tak mamrotali, że jak stali w grupie to czasami nawet trudno było się zorientować nie tylko co, ale nawet i kto mówi. Mogę tylko podejrzewać, że w niektórych scenach było to zamierzone – np. gdy po pierwszej minucie spektaklu, w której zgasły wszystkie światła i widzowie zostali poddani ekstremalnemu rytuałowi przejścia, polegającemu na ogłuszeniu ich dobywającym się z głośnika hukiem, zobaczyli stojącego do nich tyłem Chyrę, który coś tam do siebie przez parę minut mamrotał (był to Dionizos, który po przybyciu na ziemię, chyba w ten sposób uczył się ludzkiego języka). Ale tak naprawdę, zamiast antycznej tragedii o wierze, obejrzałam magiczny bełkot (dość dobra scenografia), w dodatku czułam się jakbym oglądała sitkom, bo widownia co chwilę reagowała na pojedyncze kwestie śmiechem. Tęsknię za kinem, ale kolejny tydzień nie mam na co iść. W tym tygodniu 5 gwiazdek dostała Macunaima, ale to za mało, skoro film jest z 1969 roku. Filmy: Do ciebie człowieku i Red Road dostały cztery gwiazdki, ale w recenzji jak wół stoi, że mniej więcej w połowie, w obu robi się nudno. Z kolei angielską komedię (też 4 gwiazdki) Zgon na pogrzebie nie dość ze grają w nie lubianych przeze mnie multipleksach, to jeszcze uprzedzają, że jak ktoś lubi angielski humor, to niech się nie nastawia, bo się zawiedzie. I co z tego, że cierpię, skoro żadnego dystrybutora to nie wzrusza?

czwartek, 22 listopada 2007

Portrety kobiet

Maria Kuncewiczowa - Cudzoziemka

Kiedyś czytałam już tę książkę, ale pewnie dlatego, że byłam młoda, nie byłam w stanie zrozumieć ani o co chodziło głównej bohaterce, ani dlaczego jej otoczenie zamiast zmusić ją do leczenia, tolerowało jej zachowanie. Ale ponieważ książka opowiada o losie kobiety niewiele ode mnie starszej, która spogląda wstecz na swoje życie, postanowiłam jeszcze raz ją przeczytać. Róża uważa, że tylko przez pierwszych kilka lat swego życia była szczęśliwa - potem "inni" sprawili, że nie znalazła szczęścia ani w miłości (On zdradził i został zmuszony do małżeństwa), ani nie odniosła sukcesów jako skrzypaczka (tu "zawinił" zły nauczyciel). Nigdy z tym nie pogodzona, przez następne kilkadziesiąt lat, za te i jeszcze inne cierpienia, brała odwet na swoich najbliższych, Sam problem dla mnie dość ciekawy, ale całkowicie odrzucił mnie sposób w jaki został przedstawiony. I nie tyle chodzi mi o to, że psychologiczny portret głównej bohaterki jest bardzo niepełny - widzimy Różę jak dręczy swoją rodzinę, a potem dopiero jak podsumowuje swoje życie, o tym co się z nią działo, np. gdy przestała prowadzić wspólne gospodarstwo z mężem i zaczęła mieszkać sama, ani słowa. Czy o to, że tak niewiele jest też o innych - stanowią tylko tło i wiemy o nich tylko tyle ile jest potrzebne do opisu Róży. Ale ten język, napuszony, drażniący swoją egzaltacją, a dialogi tak sztuczne, że nawet w najgorszym polskim filmie potrafią być lepsze. Miałam chwilę zastanowienia, że może za bardzo przyzwyczaiłam się do współczesnej literatury. Ale jednak nie, całkiem niedawno z przyjemnością wróciłam do Buddenbroków, potrafię też dla relaksu przeczytać fragment Lalki lub Klubu Pickwick'a. Są książki, które się szybko starzeją i moim zdaniem taki los spotkał Cudzoziemkę

Doris Lessing - Piąte Dziecko

Ben - piąte dziecko Harriet i Dawida, nie jest wprawdzie, chory, ani upośledzony, tylko „inny”, ale jego przyjście na świat burzy dotychczasowe, szczęśliwe życie rodzinne. W pewnym momencie, jeden z kolejnych konsultantów, zarzuca Harriet, że to wszystko jej wina, bo nie kocha swojego syna. Rzeczywiście jest to prawda, Harriet nie kocha swojego piątego dziecka, tak samo z reszto jak i wszyscy pozostali. Tyle, że jako jedyna, z obowiązku (bo nie z miłości), nie wyrzeka się go, powoli tracąc przez to wszystko co kochała. Przejmująca książka o macierzyństwie – ani o takim łatwym, żywcem wziętym z kolorowych czasopism, ani o takim heroicznym, co to budzi podziw, ale które trudno naśladować. Tylko o takim zwykłym, zaniechanym. Kiedy nikt nie wie jak postepować, matka też nie, a to co ją różni od innych to to, że ona jedna ma o to do siebie pretensje.

ps. czytam teraz Żonę pilota.

niedziela, 18 listopada 2007

Pod górkę


Chwilowo mam depresję - dobija
mnie moja bezradność wobec niesprawnych sprzętów.

Biblia do ludzi: bodajbyś był zimny, albo gorący. Ja do rzeczy: bodajbyś był w pełni sprawny, albo zepsuty na amen. Bo najgorzej to jest tak, jak jest teraz u mnie.

Stan na dziś z komputerem:

Ja im mówię, że komputer od czasu do czasu resetuje się w biosie. Oni, że u nich działa, ale skoro mówię że coś mu jest, to pewnie jest to wina zasilacza i oni mogą go wymienić, tyle że na niego minęła już gwarancja, więc niech się zastanowię.

Zastanowiam się, dzwonię i uświadamiam im, że na zasilacz też mam jeszcze gwarancję. Na to oni, że tak naprawdę, to nie ma sensu wymieniać zasilacza, z reszto od początku mówili że to pewnie nie to, a tak w ogóle to wszystko z tym kompem jest ok i o co mi chodzi.

Czyli muszę pojechać na daleki Żoliborz, odebrać od nich komputer, poczekać aż znów poprzestawia mu się bios i w tym stanie zawieźć do serwisu. Prawdopodobnie do wymiany jest płyta i oni zrobią wszystko by tej płyty nie wymieniać.

Stan na dziś z hydroforem:

Co jakiś czas hydrofor się sam włącza, dopompowuje wodę, a następnie po kilku godzinach nawet jak nikt, nawet na moment, nie odkręcał wody, znów zaczyna pompować. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jak w pewnym momencie pełen wpompowanej w niego wody kocioł pęka od jej nadmiaru i dla bezpieczeństwa wyłączam na tablicy rozdzielczej bezpiecznik od hydroforu.

Hydraulik mówi, że wszystko działa i jest ok. To samo mówi elektryk, a za to co mnie niepokoi obwinia elektrownię. Elektrownia mówi że u nich też wszystko ok.

A ja im niczego nie udowodnię, dopóki ten hydrofor jednak nie wybuchnie.

Żeby mieć poczucie, że jednak nie jest tak źle i coś tam jednak popycham do przodu, posprzątałam obiecujący kawałek ogrodu.


Ale sama zdaję sobie sprawę, że to trochę mało.

Wpisałam do swojego google readera kolejny blog. Na przykład taka lampa, czyż nie jest cudna?

Nie wiedziałam, ale do kalendarza imprez  został wpisany andrzejkowy wieczór wróźb. W zeszłym roku w woskowej plamie Beaty, któraś z nas zobaczyła worek z pieniędzmi. Beacie się spełniło i chce jeszcze.  Jak  powiedziałam innym ciotkom,  też tak chcą. Czyli już za półtora tygodnia przyszłość przestanie być tajemnicą.

środa, 14 listopada 2007

Zmęczenie materiału

Zmęczona już jestem tym samotnym włóczeniem się po Paryżu - chyba jest tak, że na dłuższą metę jak się nie ma komu poskarżyć, zmęczenie staje się na tyle nieznośne, że odechciewa się dalszej wędrówki. I wygląda na to, że Paryż też się mną zmęczył, bo zamarł komunikacyjnie i uwięził tych, co nie mają własnych aut, czy w ostateczności wycieczkowych autokarów.



w głębi są jeszcze dwa, duże trzypietrowe budynki, a na Anki roku jest ... trzech studentów. Więc może nie było komu barykadować drzwi.

Uwięziona na miejscu, poszłam obejrzeć bazylię Saint Denis, która stoi wielka i piękna w samym środku dzielnicy imigrantów.



Pusto w niej i głucho. Nie ma nawet turystów, bo jest za daleko od centrum.



Nie tak jak w innych świątyniach (czyli w bocznych nawach), tylko z boku ołtarza można podziwiać (z daleka, bo nie bliżej podejść nie można) marmurowe sarkofagi.



Bazylika jest bardzo dobrze utrzymana. Nieopodal niej znajduje sie ten kościół, nie jest tak stary jak bazylika, ale też zabytkowy.




A w środku niemalże hula wiatr. Pusto, głucho, z odpadajacymi tynkami.



Oba kościoły łączy pasaż handlowy. Gwarno i tłoczno, ale wcale nie kolorowo. Nie wiem dlaczego oni wszyscy się uparli chodzić na czarno - co najwyżej czarna kurtke rozświetla coś bardziej kolorowego na głowie.

A tak na marginesie - elegancja paryskiej ulicy to mit, może kiedyś tak było, ale dziś paryska ulica niczym nie różni się od warszawskiej. Króluje na nich to samo badziewie. Nawet buty nosimy już dziś te same.

ps. sprawdziłam na mapie i wyszło na to, że ktoś po latach, dziś już daleko, tysiące kilometrów stąd, pamięta dalej nazwy ulic, których ja, nawet na moment, nie zapisałam sobie na taśmie.



Prawie wszystkie, bo na jednym wydziale (tak się złożyło, że akurat na tym, na którym studiuje), nikt niczego nie zastawiał. Inna sprawa, że wejście na wydział wygląda tak:

Nie jest łatwo, połapać się w tym, kto stajkuje i dlaczego, patrząc z boku można odnieść wrażenie, że strajkowanie to jest to co Francuzi lubią najbardziej. Obowiązują tu zasady jak w dziecięcej zabawie palec pod budkę - jeden krzyczy "strajk" i wszyscy ochoczo się do niego podłączaja, często zapominając o tym wcześniej poinformować, tak że zasady na jakich ma odbywać się ten strajk niejednokrotnie ustala się już w trakcie tej zabawy.

I tak nie mam co narzekać, bo jeden kolegów Anki, jadąc do pracy zawiezie mnie jutro do dzielnicy Defense, a stamtąd mam już tylko godzinę drogi do placu, z którego startuje autobus na lotnisko.

Na uczelni Anki też ogłosili strajk, wprawdzie do paryskiego maja jeszcze daleko, ale prawie wszystkie wejścia wyglądają tak:

wtorek, 13 listopada 2007

Niemoralnie piękny

Wczoraj guglując kolejny raz powiedziałam o Paryżu "niemoralnie piękny" i usłyszałam, że to dość dziwne określenie. Może i dziwne, ale moim zdaniem dość trafne. Przy czym piękno Paryża nie polega na tym, że są tu jakieś wyjątkowo piękne miejsca, bo - odnosząc się do jednego z komentarzy - na tak urzekające miejsce jak np. brukselski rynek, to tu się nie natknęłam. W dodatku, ponieważ ani za Ludwików, ani za Napoleona zbyt gustownie nie budowano te tzw. historyczne budowle w większości są pozbawione uroku (z tym że na szczęście dla urody tego miasta, to co zabytkowe jest na tyle wbudowane w jego architekturę, że nie psuje nastroju). Jak dla mnie Paryż jest piękny, bo jest ogromnym zbiorem przepięknych kamienic, które u swych podstaw mają sklepy o cudownie urządzonych witrynach, lub bajecznie nastrojowe kafejki. I to wszędzie, nie tylko na najbardziej uczęszczanych przez turystów szlakach.



A w tym zbiorze typowo mieszczańskich
kamienic, od czasu do czasu trafiają się i takie perełki.



Ciekawe, czy rośnie tam też i trawa, a jeżeli tak, to czy tak wysoko też się ma problem z perzem?



Wybierałam się wprawdzie do Wersalu, ale w końcu tam nie dotarłam. Poszłam za to do bardzo śmiesznego muzeum - Manufacture des Gobelins. Mam tylko dwa "ale": za drogi wstęp (10 euro) i trzeba chodzić w grupie z przewodnikiem, który mówi tylko po francusku. Ale za to dość dokładnie obejrzałam jak jak się robi dywany.



Manufaktura dywanów, która zajmuje kilka sporych budynków dalej prężnie działa. Wycieczkę oprowadza się tylko po trzech piętrach jednej klatki, gdzie pokazuje się jak różnymi technikami tka się z dwadzieścia dywanów, ale chodząc po terenie manafaktury łatwo można się zorientować, że to tylko niewielka część jej działalności.



Zdjęć z muzeum nie ma, bo tak jak i w większości muzeów, nawet jak można robić zdjęcia, to bez lampy błyskowej. I inni robią. A moim aparatem bez lampy błyskowej to ciemno, ziarnisto i byle jak.
Przy czym nawet gdyby można było używać flesza, to z moim aparatem i tak bym nie zaszalała - lampa daje punktowe światło, które robi na zdjęciu za białą plamę (jedynym wyjściem jest zrobienie szerszego planu, a nastepnie wycięcie tej plamy, ale nie zawsze tak można).
I dlatego
ostatnie zdjęcie zrobiłam tuż przed zapadnięciem zmroku - typowe skrzyżowanie, z rozwidlającą sie kamieniczką



Podsumowując mailowo-esemesową korespondecję. Staram się pamiętać dwuwiersz Leca
Tym wściekłość losu na sobie kruszę,
że zawsze wolę to co muszę.
Ale niestety, nie zawsze mi to wychodzi. A być przy tym zadowoloną, jeszcze rzadziej.

Czuję już w nogach zmęczenie

Dzień zaczęłam od przemaszerowania Champs Elysees i jak widać na zdjęciu, w dzień też nie ma tu korków.



To zdjęcie zrobiłam z myślą o Majce Beaty - specjalnie dla niej najnowsze trendy w modzie dla księżniczek (sklep tuż obok Łuku Triumfalnego, więc na pewno nie sprzedają niczego, co jest passe).



Potem wsiadłam w metro i pojechałam do Belleville, gdzie po przejściu czterech ostatnich stacji metra na piechotę, dotarłam na cmentarz Pere Lachaise.



Jak tylko weszłam na cmentarz zauważyłam, że wszyscy idą w jednym kierunku - te barierki to nie jedyna ochrona tego grobu, dodatkowo porządku pilnuje przypisany do niego strażnik. Ale sam grób jak na Pere Lachaise dość byle jaki - skoro robi za taką ikonę, mógłby mieć bardziej oryginalny grób.



Jak już tu byłam, postanowiałam zobaczyć jeszcze grób Modiglianiego. Ale to już nie było takie łatwe jak w przypadku Jima Morrisona - po części sama byłam sobie winna, bo nie miałam z soba długopisu i nie mogłam sobie naszkicować drogi (tablice z planem cmentarza są ustawione tylko przy bramach). I tak, szukając grobu Modiglianiego, trafiłam na grób Edith Piaf.



Ale się zaparłam i jego grób też znalazłam (w prostej linii 15 metrów od grobu E.Piaf).



Synek tak podsumował moje zwiedzanie:

Uległaś neomodernistycznemu kultowi orginału.
Przecież caly hiperrealizm to bullszit
Dam ci fajne eseje Eco o tym jak debilnie popkulkura wykreowała absurdalny kult ogladania orginalu.
Obraz w orginale i reprodukcji to ten sam obraz.

Nie przejęłam się tym nic a nic, udałam się do muzeum Picassa i pożałowałam. Niby dużo jego prac, ale głównie szkicy do późniejszych obrazów. Ciekawy był pokaz zdjęć, ułożonych przez Picassa na początku XX wieku w takie sekwencje, że tworzyły coś na kształt filmów (tyle że wtedy nie było takich rzutników, ani ekranów).
Z obrazów (nielicznych, w zasadzie tylko z początku kubizmu), do gustu przypadł mi tylko ten - gapiłam się na niego i się zastanawiałam: to niechlujstwo - to zamierzony efekt, czy też nie?



Obok muzeum Picassa jest sporo wartych zobaczenia miejsc, np. Place des Vosges - w jednej z tych kamienic mieszkał W. Hugo.



Nie miałam w planach oglądania zbiorów muzeum Carnavalet (są w nim zbiory dotyczące miasta Paryża), ale sam budynek obeszłam, bo warto.



Tuż obok jest budynek archiwum historycznego.



Gdybym mieszkała w Paryżu miałabym chyba bardzo duży problem z wyborem swojej ulubionej knajpki -gdzie nie spojrzeć, wszędzie są takie urokliwe miejsca.



I te magiczne sklepy, pełne cudownych, mało przydatnych przedmiotów - skoro są, to widocznie wychodzą na swoje, może dostają unijne dotacje na dekoracje ulic miejskich?



Nie miałam tego w planach, ale włócząc się po okolicy trafiłam i tu - w rzeczywistości Centrum Pompidou jest jeszcze brzydsze niż na tym zdjęciu.



A wieczorem, gdy sił zabrakło, zwiedzałam miasto jeżdząc autobusami - ale tak przez szybę, to jednak nie to samo.

Jutro wieczorem zaczyna się bezterminowy strajk (komunikacji też). Najbardziej boję się, że jakoś dotrę w czwartek na lotnisko i dopiero tam utknę - sama jedna, na lotnisku, 80 kilomertów od cywilizacji.


poniedziałek, 12 listopada 2007

Niedziela

Dzień zaczęłam od Montremarte. W planach miałam zaczęcie od Socre Coeur, ale tak jakoś wyszło, że najpierw trafiłam na cmentarz. Dziwny, u nas nie spotykany zwyczaj - to co my piszemy na wstegach wieńców, oni na przytwierdzonych do płyty tabliczkach.


Po cmentarzu, wdrapałam się na górę i w nagrodę mogłam posłuchać trzech Murzynów - świetnie grali i przyjemnie było patrzeć jak dobrze się przy tym bawią.


Sam kościół taki sobie (to co się tu w tutejszych kościołach rzuca w oczy, to morze lampek, tworzące nastrój przypominający kościoły prawosławne - za to na cmentarzu, były kwiaty, ale lampki ani jednej).


Na Place du Tetre więcej było malarzy oferujących turystom zrobienie portretu, niż sprzedających swoje obrazy. Zaciekawiła mnie arabska rodzina (w głebi widać matkę) - byłam obok, gdy uzgadniając z portrecistą jak ma sportretować dorastającą dziewczynę (chyba jej córkę), zdjęła jej zawój z głowy, poprawiła włosy i dała reką znać by zaczął swoją robotę.


Na Montmartre można znależć i takie ciche uliczki.

Nie jest tak, jak mi Gośka imputuje, że nie pamietam o witrażach. Pamiętam, ale one występują w ciemnych kościołach, gdzie mój aparat jest ślepy i robi ziarniste zdjęcia (tu jeden z kościołów w którym dzisiaj byłam, obok Luwru).

Po Montemartre poszlam do Galerii d'Orsay.

Po wczorajszym obejrzeniu kilkudziesięciu Monetów, dziś następna porcja.

To bogactwo wszystkiego poraża, jak pokój Pissaro, to na ścianach rzędy jego prac, Gaguina może nie aż tak dużo, ale też nie tylko to co na zdjęciu:


W dniu dzisiejszym trochę czasu poświęciłam na medytację przed tymi obrazami. Zastanawiałam się, co jest tak urzekającego w tym obrazie po prawej stronie - i żeby nie było, do żadnych mądrzejszych wniosków, poza: no, bo tak, nie doszłam.


Dalej ciągną się za mną wiszące w korytarzu w Kalinigradzie impresjonistyczne facynacje Łodzi Kaliskiej.


W Galerii d' Orsay było tez sporo ciekawych mebli, ale jak tam trafiłam z megafonów wołali, że już zamykają, więc byłam tam tylko przez chwilę - między innymi spodobała mi się ta szafa.


Pamiętałam nawet o tym, że Gumiś lubi torebki, ale sklep był już zamkniety.


Cała Avenue Montaigne to ciąg sklepów tzw. wielkich kreatorów mody.


Ale nic nie poradzę, dla mnie, to co było wystawione (nie tylko w witrynie Diora), to czyste paskudztwo.


sobota, 10 listopada 2007

Spacerkiem z córką po Paryżu

W dzień wolny od zajęć na uczelni, zostały zaplanowane zajęcia z matką:


Punkt dla tutejszych drogowców, nasi tak o drzewa się nie dbają.


W tej willi mieści się muzeum Claude Moneta. Takie nagromadzenie dóbr, że głowa boli (poza Monetem są też inni).


Obowiązkowy punkt programu.


Ale w przeciwieństwie do Budapesztu, czy Wilna, potwory współczesnej architektury są nie tylko na przedmieściach (widok z mostu obok wieży Eiffla).


Wprawdzie kolejka oczekujących na mozliwość wdrapania sie na wieżę po schodach nie jest tak długa, jak oczekających na wjazd windą, ale też do krótkich nie należy.



Mój Disneyland.


Tam gdzie trzeba lapmy błyskowej, mój aparat robi kiepskie zdjęcia, więc dopowiadając to czego nie widać - wielki (drugi po katedrze Notre Dame), renesansowo-gotycki kościół świętego Eustachego z XVI wieku, a w jednej z naw kiczowata instalacja z lat siedemdziesiątych XX wieku


Na koniec dotarłyśmy na Plac Pigalle - sex-shopów dużo, ale tylko jeden dom towarowy.


A do Molin Rouge, tak jak i do wieży Eiffla - kolejka


No ale żeby nie było aż tak dobrze, spaceruje sobie po Montrmarte, a tu taki sms

Cześć, nie mogę podnieść wajchy do hydroforu, sama się opuszcza, brak zielonego światełka, nie ma wody, ratuj!

Morał z tego taki, że w dzisiejszych czasach tak do końca opuścić jakiegoś miejsca się nie da i zawsze jesteśmy w kilku miejscach naraz.


Schodami piramidy w dół

Dziś weszłam do piramidy i zjechałam schodami w dół.


Szkoda, że można zobaczyć tylko kilka urządzonych pokoi królewskich.


Prawdopodobnie dlatego, że obok jest Wersal, a nie wiem czy tam dotrę.


A wszystkiego innego jest stanowczo za dużo.


Tego się nie da obejrzeć, ani w jeden ani nawet w kilka dni.


W dodatku eksponaty są wystawione w przyciągających uwagę wnętrzach (tu królewska alkowa):


To zdjęcie dedykuje koledze L. Drzwi do królewskiej alkowy wielkie, ale bez klamki i w ten prosty sposób żaden złośliwy poddany nie mógł zrobić brzydkiego zdjęcia najjaśniej panującemu.


Do tego miejsca dotarłam dopiero pod koniec swojej włóczęgi.


Nie rozumiem dlaczego pewne dzieła stają sie ikonami kultury, dotyczy to zarówno Harry Potter' a jak i Mona Lisy.


W tym nadmiarze wszystkiego, rzadko wpadło mi w oko coś z programu ponadobowiązkowego, ale to od razu rzuciło mi się w oczy - może to i herezja, ale zdjęcia Łodzi Kaliskiej bardziej mi się podobają (i oczywiście bardziej pasują do mojego korytarza):


Pewnie to sprawił nadmiar bodźców, ale w pewnym momencie coś mnie napadło i zaczęłam zwracać uwagę na ramy - np. taki ascetyczny Monet, a oprawiony w złoconą, bogato zdobioną ramę:


Chodiziłam i chodziłam, aż tak bardzo zabolały mnie już nogi, że nie miałam sił szukać obrazu, który ewentualnie mogłabym pokontemplować, tylko zaległam na pierwszym wolnym miejsce. Nie wiem nic o życiu osobistym tego malarza, ale czy on czasem nie manifestował w swojej sztuce swoich odmiennych preferencji seksualnych?


A tak poza tym (drobiazg):

- zobaczyłam katedrę Notre Dame i wnętrze imponujące, ale tego wrażenia co niegdyś katedra w Kolonii na mnie nie zrobiła

- połaziłam po Dzielnicy Łacińskiej i oglądanie witryn galerii, antykwariatów i innych tego typu sklepów było dla mnie niczym dalsze zwiedzanie Luwru.

czwartek, 08 listopada 2007

Doleciałam

Wylądowałam 80 km od Paryża i ostatni odcinek pokonałam autobusem. Zaraz jak tylko ruszyliśmy zobaczyłam, że na parkingu stało tak dużo samochodów, że te co się nie mieściły, zaparkowały obok, na trawniku. Zdziwiło mnie to, że nigdzie nie prześwitywała ziemia (nawet tam gdzie były odciśnięte ślady opon). Zmierzam do tego, że tu rośnie inna trawa niż w Kaliningradzie, taka której nie przeszkadzają nawet parkujące samochody.

Paryż powitał mnie tak udekorowanym mostem:


Dziwne miasto, niby metropolia, a w godzinach szczytu, koło 17 nie ma korków:


W parku Tuileries takie same kaczki jak na stawie w Brwinowie, ale tu na gości, którzy by chcieli się zabawić czekają krzesełka:


Z daleka wyglądały jak kondomy, ale instalacja przedstawia podobno jabłka Adama:



Sporo ludzi jeździ na skuterach, na rowerach mniej, ale co krok mija się ich wypożyczalnie:


Piramida pod Luwrem paskudna, ale za to w stawie obok niej pływają inne kaczki, takie mniej pospolite:



W którą stronę nie spojrzeć, albo zabytki:

albo piękne kamienice:

Dla mnie, sklepy z kwiatami są bardziej malownicze niż stragany bukinistów


W sklepach zoologicznych psy sprzedają jak świnki morskie - są wystawiane w klatkach:


Na koniec byłam na wystawie Arcimbolda:



środa, 07 listopada 2007

Nie mam skrzydeł, a każą lecieć

Plan był taki, że przed wyjazdem zrobię to co jest do zrobienia i po powrocie będę sobie siedziała przed kominkiem, czytała książki, układała pacla, robiła na drutach - czyli robiła to co lubię, a nie to co muszę.

I jak każdy plan, tak i ten nie wypalił. Ostatnim rzutem na taśmę przyjechał Michał.


I dobrze, że przyjechał, bo odwiózł mnie z bambetlami do Warszawy. Ale wiele nie zrobił, bo zaczęło nieznośnie siąpić i narzędzia musiały wrócić do pudeł.

Pan elektryk też nie przyszedł, bo mu ktoś bliski z rodziny umarł. Pan szklarz wprawdzie drzwi przywiózł, ale musieliśmy się źle zrozumieć - w każdym razie listewki muszę dorobić sobie sama. Ocieplenie domu też nie zakończone itd. itp. Za to Michał powiedział, że podobno można kupić czerwoną wykładzinę już za 5 zł/metr - gdyby rzeczywiście była to prawda to wchodzę w ten interes i do "bramy pięćdziesięciolecia" będzie się dochodzić po czerwonym dywanie (dla niewtajemniczonych - cały czas planuję styczniowy bal).

Byłam z Gośką w kinie na Wieczorze.


Angielski pacjent to przy tym romansidle głębia.

W tym tygodniu wytypowałam najgłupszą scenę filmową - noc, na lotnisku grzeje motory stary gruchot (lata czterdzieste, tylko takie wtedy były), a ona ma wybór - lecieć tym niebudzącym za grosz zaufania samolotem przez Atlantyk, w dodatku z nudnym, facetem czy zostać, może i w niebezpiecznym miejscu ale z bardzo interesującym facetem. I ona wybiera lot przez Atlantyk. Wszyscy w tej Casablance wzruszają się losem kobiety co to z obowiązku i przywoitości wybrała Laszlo, a nie Ricka. A ja się tylko dziwię, że zdecydowała się wsiąść do samolotu.

Jak jutro zobaczę coś ciekawego, to dam znać.

niedziela, 04 listopada 2007

W tym tygodniu jest ten czwartek

W witrażowni powstał kolejny witraż dziękczynny - aniołek informatyczny dla sąsiada, który na tyle zreanimował komputer, że nie muszę go natychmiast oddawać do naprawy gwarancyjnej, tylko mogę to zrobić wtedy, gdy będzie mi to najmniej przeszkadzało. A ma co uwierać - trzeba jechać aż na koniec świata, bo hen na Bemowo i rozstać się z kompem na dłużej (nowe składają w 2-3 dni, naprawiają w ramach gwarancji dni 21).




Poprosiłam o pomoc sąsiada, gdy po sformatowaniu dysku komputer nie chciał wystartować nawet z płyty instalacyjnej i na monitorze dalej widziałam tylko wielką ciemność. Okazało się, że jak to z głupimi bywa i tak miałam sporo szczęścia - założyłam, że komputer wytypuje do sformatowania ten dysk, na którym poprzednio był system, więc bez zastanowienia pozwoliłam mu formatować to, co sobie sam wybrał. A tymczasem równie dobrze mógł mi zaproponować sformatowanie drugiego dysku, na którym trzymam archiwum. Przy czym tak dobrze, by nie było żadnych strat to nie ma - straciłam oryginały zdjęć wstawianych na bloga we wrześniu i październiku (te, które są przechowywane na serwerze Gazety, mają rozdzielczość 72 dpi). Mogę się jedynie pocieszać tym, że to nie jedyne zdjęcia, które będą kiepsko wyglądać w kolejnym tomie Kaliningradu - o tym, że zdjęcia do druku powinny mieć rozdzielczość 300 dpi dowiedziałam się pod koniec stycznia, a w ciągu tego roku też trochę zdjęć po drodze mi "poginęło".

W ostateczności numer z komputerem można jeszcze jakoś wytłumaczyć (np, umiejętnością podejmowania szybkich decyzji, a że co nagle to po diable, więc nie zawsze musi być dobrze). Gorzej z wytłumaczeniem czymś innym niż preludium do starczej demencji tego, że dopiero jak przyszły zimne noce uświadomiłam sobie, że wieje nie dlatego, że drzwi są rozszczelnione tylko dlatego, że w tej ścianie też nic nie ma. Na szczęście pan od ocieplenia nie wysłał mnie na księżyc, tylko obiecał za dwa tygodnie dostarczyć brakujące worki ekofibru. Będzie trzeba odbić deski i ręcznie upchać.


ps.zamówiłam u Michała szafkę na buty (replikę tej art-deco) i ma być przed świętami gotowa.

Słowem w realizacji szczegółowo opracowanego planu przygotowań do bardzo mroźnej zimy wystąpiły pewne nieprzewidziane wcześniej przejściowe trudności. Ale są i sukcesy - na przykład by jak przyjdzie mróz nie robić rano za morsa, kupiłam do łazienki dmuchawę i jak postawiłam na szafce od Kąsólowej, to działa. Więc nie jest tak źle.



Druga szafka od Kąsólowej zdążyła już zmienić miejsce pobytu i teraz robi za półeczkę dla trzykrotki meksykańskiej - Gośka przeczytała gdzieś w sieci, że zimą musi mieć 20oC, pozostawienie jej w pokoju, gdzie przez zamknięte drzwi nie dociera ciepło z kominka, byłoby skazaniem jej na pewną śmierć. Wprawdzie tu gdzie stoi nie ma zbyt dużo światła, ale nigdzie indziej cieplej jej nie będzie i przynajmniej chwilami, ale będzie miała te swoje ulubione 20oC .

Przy okazji wpadłam na taki pomysł: na półeczce akwarium (nigdzie w pobliżu nie ma kontaktu, ale u góry jest puszka, więc jakiś kabel można spuścić na dół), poprosić Łosia by wymalował kaloryfer, a w drzwiach witraż. I może wyjść jeszcze większy kicz niż w łazience.




W zasadzie zakończyłam jesienne sprzątanie (z lewej strony mój dąb-bonzai, który przez te 10 lat jak tu mieszkam dużo nie urósł i może dlatego Gośka zadała mi ostatnio pytanie - ty masz dąb?




Napisałam: w zasadzie zakończyłam bo jest jeszcze brzoza - śmieciuszka, która listków ma jeszcze moc i posprzątany 3 dni temu obiecujący zakątek ogrodu, dzisiaj wyglądał już tak:



Ale skoro jesienne sprzątanie już za mną, ogrodowe meble powędrowały do komórki, a blat od stołu został wykorzystany jako przenośna nakładka pacelkowa.




Nawet jest na co chodzić do kina.



Kłopotliwy człowiek to dziwny film, w dodatku chociaż zdjęcia nie są jego najmocniejszą stroną, do obejrzenia tylko w kinie. Film dobry, ale bardzo smutny, zwłaszcza dla tych, co pamiętają świat emocji sprzed wielkiego wybuchu i wiedzą czego może być żal. Pora umierać też do wesołych nie należy. Ale przynajmniej zdarzyło się, niczym ślepej kurze ziarno, nakręcić i u nas jakiś dający się obejrzeć film. Kiedyś, by zobaczyć kreację K. Feldman, poświęciłam się i obejrzałam Nikifora - nie wiem czym się tak inni zachwycali, bo jak dla mnie nie wyszła poza rolę babci z Kiepskich. A w Pora umierać rola D. Szaflarskiej powala.

Zaprosiłam się do blogowej zabawy w czytanie. Wybrałam z listy książki do przeczytania:
Anita Nair - Przedział dla Pań
Anita Shreve - Żona pilota
Maria Kuncewiczowa - Cudzoziemka
Carmen Bin Ladin - Rozdarty czarczaf
Mam na to czas do lutego. Zaczynam od Cudzoziemki. Kiedyś to czytałam, ale będąc dziewczęciem, więc się nie liczy.

Najbliższy odcinek bloga już w środę (coś nawala w bloxie i to co mam dalej to napisania nie przyjmuje bo za długie).
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli