niedziela, 30 listopada 2008

Kiermasz wróżb wszelakich

Nie pomogło cwaniakowanie:

zaciętość:

działania zespołowe:

czy odwoływanie się do zbiorowego doświadczenia.

Woskowy kleks przeistaczał się na ścianie kominka jedynie w w cień woskowego kleksa. Starałyśmy się zobaczyć coś więcej niż worki z pieniędzmi, czy elementy "wystające" kojarzące się wiadomo z czym, ale nawet jak uzgodniłyśmy że to kogut, pies, czy dzban, to i tak nie miałyśmy pomysłu co to może oznaczać.

Ale i bez tego było miło. W dodatku z dużym dopływem świeżej krwi i kolejny raz usłyszałyśmy, że jesteśmy niesamowite. Na nasze szczęście potraktowałyśmy to tylko jako miłe komplementy - inaczej napompowane pychą, fruwałybyśmy już chyba w stratosferze. Podjęłyśmy też kilka decyzji. Przede wszystkim, skoro Lucy wróciła na mazowiecki niziny,  o reaktywacji naszego matecznika - witrażowni. Z kolei w  czwarty tydzień lipca (w odróżnieniu od trzeciego, w którym odbywa się doroczny spływ imieninowy) zaplanowałyśmy: na miotłach nad połoninami.  

Dostałam Kalinowego Anioła Stróża:


Jedyna wtopa to kłopoty z interpretacją "runiczności" - zgodnie z dyspozycją Ańćki jadło miało być "runiczne", a wyszło takie jak zawsze, czyli "kaloryczne".  W dodatku smaczne i teraz już drugi dzień jem, tyję i dalej końca nie widzę.

W porównaniu z innymi robótkowymi blogami, moje robótkowanie robi wrażenie "symbolicznego", ale powoli i u mnie przybywa:

Rękaw zrobiłam na 5-drutach, ale nie dodawałam co któreś oczko, tylko regularnie, co 5 rząd dwa oczka. I chociaż rękaw jest bez szwu, po prawej stronie widać miejsce dodawania oczek. 


Dostałam od Mońka długi list, w którym między innymi napisała coś takiego:

Cała ta literatura tzn. pamuki, lessingi  to makulatura kiblowa. Jedyną książka z ostatniego roku w Pl wartą uwagi jest Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej, (...) Nakupiłam książek i wywalam. Czytaj powieści Witkacego, Brzozowskiego, Chwistka, eseje Herberta ...

Zbieram się by odpowiedzieć i trochę utemperować jej  "młodzieńczą zasadniczość".  Bo wprawdzie zdaję sobie sprawę, że to co czytam, raczej do kanonu lektur szkolnych nie wejdzie, ale co jakiś czas uda mi się trafić na perełkę. Na przykład Dzień Oprycznika W. Sorokina.

Z przypisów dowiedziałam się, że za cara Iwana Groźnego do zadań opryczników należało m.in. sianie terroru, rozprawianie się w brutalny sposób z rzeczywistymi i domniemanymi przeciwnikami cara (...) jeździli oni na czarnych koniach z przytroczonymi łowami psów i miotłami co oznaczało "wymiatanie i wygryzanie szlachty z posiadanej ziemi". Rzecz dzieje się w roku 2027 - Rosja odgrodzona jest od świata, którym rządzą Chiny, wielkim murem. Książka opisuje jeden dzień życia oprycznika, który rano przytracza łeb psa do swojego służbowego czerwonego mercedesa i wykonuje te same zadania, co przed wiekami jego poprzednicy.

W ramach festiwalu Ale kino zobaczyłam dwa świetne filmy. O ile 3 Kobiety w różnym wieku były wyróżnione (film zamknięcia), to Tokijska sonata mogła przejść niezauważona, poszłam bo pasowała mi godzina Tymczasem oba filmy rewelacyjne. Mam taką refleksje, że filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego nie dorastają  poziomem tym z Ale kino do pięt.

niedziela, 23 listopada 2008

Bajkowy weekend

W ten weekend miałam jeszcze dokończyć porządkowanie ogrodu. Ale jak wstałam i wyjrzałam przez okno, to wiedziałam, że Pan Mróz zwolnił mnie z reszty obowiązków i czeka mnie bajkowy weekend, bo nawet jak jest coś do zrobienia, to nie mogę się za to zabrać z przyczyn tzw. niezależnych.


W domu też niewiele się dzieje. Pomalowałam wieszak i medytuję czy dokupić na Allegro jeszcze wiklinową półeczkę na rękawiczki i szaliki, czy też nie. Z szafeczką zimą byłoby wygodniej, ale byłby to jednak krok ku "zagraceniu". Na razie, ponieważ nie zapomniałam kwiatów, które wykończyłam mrozem zeszłej zimy, w tym roku postanowiłam przenieść się do dużego pokoju razem z doniczkami i by mieć je na czym postawić, przyniosłam z komórki takie coś i ubarwiłam na "grecki błękit".


Mam mały kulinarny sukces. Trochę pod wpływem zdjęć zamieszczanych przez Brahdelt, zaczęłam robić galaretki - preferuję mrożone wiśnie, w wiśniowej galaretce, z  małym dodatkiem mieszanki studenckiej.  Dzięki temu w zeszłym tygodniu miałam czym poczęstować Joannę, a w tym tygodniu Staśkę, która wjechała do mnie uciekając od parapetówki, robionej przez jej nowych sąsiadów.

Z ogrodem do wiosny mam spokój, muszę tylko zaplanować nowe nasadzenia. Tyle, że myśląc o tym muszę pamiętać, że jeszcze przez jakiś czas przez działkę będą przejeżdżały szambiarki. A z nimi raz jest lepiej, raz gorzej, a czasami i tak:


W parku przez który co sobotę idę na targ, nieczyszczony staw jest coraz mniejszy, a kaczek w nim coraz więcej. Gdy stanęłam by im zrobić zdjęcie, zaczęły  iść w moim kierunku głośno krzycząc, że chcą jeść.


Kupiłam im kilka kajzerek i wracając chciałam sobie zrobić z nimi zdjęcie jako "królowa kaczek", ale wysiadła mi bateria w aparacie.

W przyszłym tygodniu urządzam w Kaliningradzie doroczny Wieczór wróżb wszelakich. W organizację wieczoru włączyła się Ańćka i  zapowiada się Kiermasz wróżb wszelakich. Nawet jak wyjdzie jej połowa tego co zamierza, to w tym roku ciotki zamiast siedzieć na kanapie i bezradnie odczytywać bezkształtne cienie rzucane przez  woskowe kleksy, będą chodziły od jednego stoiska do drugiego stoiska i najedzą się horoskopów na cały rok.

Nadrobiłam, to co sprułam. Rękawy będę robiła bez szwu, na 5 drutach, ale zacznę  "po bożemu", czyli od dołu. Boję się tylko, że źle wyliczę i znów będę pruła. Bo ma być reglan, czyli margines błędu w obliczeniach to plus minus 4 oczka.


Ruszyło kolejne wyzwanie czytelnicze. Tym razem cztery książki z czterech różnych epok. Jeszcze się na nic nie zdecydowałam - na razie tyle wiem, ze mam ochotę na biografie. 

Przeczytałam ciekawą książkę o Afganistanie. Autorka to młoda, wychowana w Anglii, pochodząca ze starego afgańskiego rodu, dziewczyna. W Córce bajarza opisuje reporterskie wyprawy do swojej ojczyzny. Książka podobała mi się nawet bardziej niż Księgarz z kabulu, którym kiedyś tak bardzo się zachwycałam. Nie było w niej tylu ciekawych anegdot, ale ponieważ została napisana przez osobę w pewnym stopniu utożsamiająca się z opisywaną rzeczywistość, książka Sairy Shah robi wrażenie bardziej wiarygodnej.

Zamiast anegdot jest w niej wiele orientalnych przypowieści, takich jak na przykład ta:

Królewski sokół poleciał daleko i wylądował przy domu pewnej staruszki. Kobieta nigdy nie widziała sokoła i postanowiła się nim zaopiekować. Spiłowała mu dziób, obcięła szpony, przystrzygła czub.

- No i proszę - rzekła, skończywszy te zabiegi. - Teraz wreszcie wyglądasz jak prawdziwy gołąb.

Dżalaluddin Rumi, Masnawi.

Nic odkrywczego, że w XX wieku wymyślono tylko nową nazwę: "wojna totalna" na coś, co robiono od zawsze, tylko nazywano to "rzeź" ludności. Ale zaskoczyło mnie to, że nie tylko w przypadku Indian, robiono to w historii na taką skalę. Autor przytoczonej wyżej opowiastki:

(...) urodził się, kiedy wojska Czyngis-chana szykowały się do pochłonięcia Azji Środkowej. Barbarzyńcy poprzysięgli wymordować wszystkich, którzy nie należeli do ich rasy, i prawie się im to udało. Zabili trzydzieści milionów ludzi: w bitwach, masakrach ludności cywilnej, szerząc głód i choroby. Była to najstraszliwsza potworność, jakiej sprawcą był człowiek. Ojciec Rumiego i jego syn uciekli z rodzinnego Balchu w północnym Afganistanie i przyłączyli się do fali głodujących uchodźców, poprzedzającej pochód najeźdźców. Najpierw schronili się w Niszapurze, na terenie dzisiejszego Iranu. Ale Mongołowie następowali im na pięty. Zgładzili całą ludność afgańskiego Heratu. Wybili wszystkich mieszkańców miasta, których udało im się dopaść, a potem - by mieć pewność, że ci, którzy im umknęli, umrą powoli z głodu w czasie ostrej zimy - spalili spichlerze ze zbożem. Po tej rzezi jedynie czterdziestu ludzi zebrało się w wielkim herackim meczecie. Tylu pozostało z półtora miliona mieszkańców, a jeszcze pól roku wcześniej żartowano, iż nie można machnąć ręką w Heracie, żeby nie szturchnąć poety lub filozofa.

Nad Wwą latał Sputnik, zobaczyłam dwa filmy Larisy Sadiłowej - Z miłości Lilii i Potrzebna niania. Jeżeli kiedyś jeszcze usłyszę o jakimś jej filmie natychmiast pójdę. A jeżeli tak samo jak w tych co widziałam, główną rolę będzie w nim grać Marina Zubanova, to nie pójdę, a na skrzydłach polecę. 


Kronika Tepsowa

Tak jak w każdy piątek, zadzwoniłam do Tepsy. W tym tygodniu Błękitna linia  powiedziała, że  najpóźniej we wtorek fachowcy wypowiedzą się, czy jest możliwe dołożenie do mojej neostrady telewizji. Zwróciłam uwagę, że zgodnie z wcześniejszą informacją warunki techniczne jak najbardziej pozwalają na podpisanie ze mną umowy, a  problem tkwi w systemie, który nie przyjmuje moich danych, ale ten ktoś kto wypowiadał się ludzkim głosem w imieniu Błękitnej Linii wiedział lepiej: skoro jest problem, to trzeba zacząć od sprawdzenia warunków technicznych

A ja powoli zdobywam wiedzę na temat telewizji satelitarnej i zaczynam podejrzewać, że ta Tepsa to nie dla mnie - wygląda na to, że daje pojedynczy sygnał, a ja chcę nagrywać, więc potrzebuję podwójnego.

niedziela, 16 listopada 2008

Z pamiętnika pechowej konsumentki

Moje stare żelazko z roku na rok grzało coraz mniej i już nawet ono nie pamiętało, kiedy ostatni raz udało mu się zrobić takie prawdziwe parowe puf!. Postanowiłam je wymienić i na własną prośbę, za swoje pieniądze, sprawiłam sobie konsumencką porażkę.

To, że żelazko chlapie przy prasowaniu na wszystkie strony odkryłam, gdy tylko wzięłam je do ręki, ale niestety stało się to dopiero po dziesięciu dniach od dnia zakupu. I co z tego, że już go nie kocham, skoro po tym jak minął termin zwrotu,  jedyne co mogłam zrobić, to oddać je do naprawy. I tak chcąc nie chcąc do kalendarza imprez na najbliższy czas wpisałam sobie marszobiegi "z żelazkiem do punktu napraw". Na dzień dzisiejszy tylko ja wiem, że wadliwy egzemplarz, nie stanie się dobrym po tym, jak się go uszczelni jakimś wypełniaczem i minie trochę czasu, zanim  to udowodnię i innym.

Z tepsą bez  zmian - tyle, że zadzwoniłam na Błękitną linię i  mam już w tej firmie nie tylko numer telefonu, ale i numer swojej reklamacji (pewnie z czasem też się go nauczę na pamięć).  

Poszłam za to po raz pierwszy do Cafe Gazeta - z miesiąc temu chciałam iść na pisarzy bałkańskich, ale dotarłam dopiero teraz na Havla (siedzi na środkowym fotelu). Ludzi (co widać na zdjęciu) huk i chyba to nie o to chodzi w takich spotkaniach. On chciał mówić o swojej twórczości, ludzie widzieli w nim polityka. 


Prosto z tego spotkania, pojechałam aż za Otwock, na urodziny gdzie był tort, sporo młodszych  ode mnie gości i trochę psów.


Ale i tak największym towarzyskim przeżyciem minionego tygodnia było spotkanie z ciotką-co-to-nigdy-nie-ma-czasu. Do tego,  że warto się spotkać doszłyśmy późno wieczorem, Joanna zadzwoniła gdy właśnie pisałam do niej maila, co się dzieje, że nie odbiera telefonów. Przyjechała jednym z ostatnich pociągów - gadałyśmy do wpół do szóstej rano, wstałyśmy po dziesiątej i gadałyśmy jeszcze przez ponad dwie godziny. I wcale nie mam poczucia, że wszystko omówiłyśmy - raczej pobieżnie zreferowałyśmy najważniejsze wydarzenia.

W niedzielę Srala dostała wreszcie dawno już jej obiecaną słomę - słoma czekała w Wwie  na przywiezienie prawie dwa miesiące, specjalnie w tym celu  zorganizowałam samochód i gdy zobaczyłam ile jej jest trochę się zdziwiłam. Inna sprawa, że i tak w budzie udało mi się upchać mniej niż połowę tej paczki.


Sweter patchwork, po zrobieniu do wysokości pod kroju pach i przymierzeniu na modelu, sprułam - w następnej wersji będzie szerszy. Do końca przyszłego tygodnia mam zamiar "odrobić stratę".


Z pozostawionych przez Ankę książek na przechowanie przeczytałam Orły i anioły.  Biorąc do ręki  miałam jakieś oczekiwania (m.in. zaciekawiło mnie to, że w tle był też "watek bałkański") - a okazało się, że to tylko takie powieścidło-romansidło o tym, jak pusty i obcy jest świat ginącej cywilizacji zachodu. Rolę jaką w powieściach Houellebecq'a pełni seks, tu odgrywała kokaina. Ale to nie dlatego powieści tego ostatniego znacznie lepiej się czyta - one są znacznie lepiej napisane. 

Z kolei po przeczytaniu Obrony szaleństwa, miałam taką refleksję, że gdy Woody Allen nakręci nie najlepszy film, obejrzenie go zabiera 1,5 godziny. Przeczytanie jego kiepskiej książki zabiera znacznie więcej czasu (zwłaszcza, że mam nieodparte wrażenie, ze płacili mu od wierszówki).

W tym tygodniu obejrzałam kolejny film o umieraniu - tym razem o rodzeństwie, które musi się podjąć opieki nad umierającym ojcem, z którym od dawna nie utrzymywali bliższych kontaktów i nigdy nie byli blisko związani. Świetna gra aktorska, o niebo lepsze  dialogi niż w ubiegłotygodniowym filmie Szumowskiej, no i Kinoteka, a nie jakiś paskudny Multipleks. Słowem nie najgorszy film.


wtorek, 11 listopada 2008
Pomnik order, czy coś w tym stylu ?

W każdym razie, myślę że jestem tego warta (bo sama jedna, własnymi rączkami)


 





niedziela, 09 listopada 2008

Takie tam

Czasu brak, ale siadłam w sobotę i trochę udziergałam. Powoli zbliżam się do momentu, gdy będę musiała podjąć decyzję co rękawami. Nigdy jeszcze nie robiłam swetra  "bez szwów" i nie podjęłam jeszcze decyzji czy "iść na całość" i:

1. nabrać oczka na wysokości pach metodą "↔" (widziałam gdzieś na Youtube  instrukcję takiego nabierania oczek, że można  robić w obie strony). Potem na pięciu drutach zrobić rękawy idąc w dół. Następnie wrócić do "podwójnie nabranych oczek," wszystko razem (czyli tył, przód i dwa rękawy) wsadzić na okrągły drut i wyrobić reglanowy karczek.

Czy jednak zrobić sweter z jednym reglanowym szwem, czyli:

2. zrobić tył i przód do końca (czyli do dekoltu). Reglanowe rękawy zacząć od szyi, zamknąć na wysokości pach i dalej w dół, już 5 drutach. Na koniec zszyć rękawy z korpusem swetra.

Wyrzucanie popiołu z kominku jest bardzo kurzo-pyło-twórcze, więc wpadłam na pomysł, by kupić na Allegro "odkurzacz kominkowy".  Niestety założenie, że to będzie działać okazało się błędne.

Prawdopodobnie uzyskałabym lepszy ciąg gdybym podłączyła nowy odkurzacz. Ale zrezygnowałam z tego pomysłu, gdy przeprowadziłam testy na starym odkurzaczu i przekonałam się, że zainstalowany w czarnym kubełku mechanizm filtrujący, to czysta fikcja.

Bo mój nowy odkurzacz to małe cudeńko. Na stronie producenta (Amica) jego sugerowana cena to 492 zł, moim zdaniem za taką cenę powinien mieć żółte dekle i szary (a nie tak jak ma, czarny) sznur. Ale ponieważ kupiłam go na ceneo za 308 zł, to mu te drobne wady wybaczyłam. A kominek póki się da, będę czyściła starym odkurzaczem, potem przejdę na tryb ręczny (podobno pomaga skrapianie popiołu wodą). 

Odkurzacz w końcu kupiłam, chociaż też nie taki jaki chciałam (nie rozumiem dlaczego nie  ma wodnych odkurzaczy z dużą mocą ssania). Z płaszczem gorzej. Uwiedziona reklamą, pojechałam na Dworzec Zachodni do salonu Cory - w  pomieszczeniu wielkości sali gimnastycznej wisiało setki płaszczy, królowała czerń, rozmiary od 40 wzwyż i większość na 170 wzrostu. Za chwilę będzie tak, że jak czegoś nie zrobią Chińczycy, to tego nie będzie. 

Cały czas odhaczam kolejne punkty z listy rzeczy, które trzeba zrobić zanim spadnie śnieg. W tym tygodniu był pan kominiarz.

Odetchnęłam już po Warszawskim Festiwalu Filmowym i z powrotem mam duży apetyt na kino. Nie widziałam Głową w mur i Na krawędzi nieba  to mój pierwszy film Akina. Taki trochę turecki Kieślowski. Na kolana mnie nie powalił - może dlatego, że chwilowo mam dosyć równolegle ciągniętych historii, gdzie sekundy decydują  o tym, że się nie skrzyżują, mimo że tak wiele mają ze sobą wspólnego. Ale też warto obejrzeć, chociażby dlatego, że dużo  i całkiem ciekawie mówi o Turcji i o Turkach.

Najnowszy film M. Szumowskiej dostał w Gazecie 6 gwiazdek. Nie wiem za co. Przy czym to nie tak, że to jest zły film. A biorąc pod uwagę, że jest polski, to to, że daje się obejrzeć, to jest już bardzo dużo. Ale jak zawsze w polskim filmie, ten też leży z powodu dialogów. Wszystko tak do końca, nie jednym zdaniem, a dziesięcioma. I żeby widz zrozumiał, to jeszcze co jakiś czas na chwilę zapada kurtyna. Ale dla tych kilku scen przedstawiających umieranie po polsku, zagubienie w obliczu umierania bliskiej osoby, czy to jak daleko jesteśmy już dziś od kościoła, można obejrzeć.  

Długa to historia, ale 33 sceny z zycia obejrzałam w Multipleksie (w Złotych tarasach). Nie pamiętam, by w Kinotece była kiedyś tak pełna sala. Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego ludzie wolą Multipleksy. Za dwa bilety (jeden był ze zniżką), zapłaciłam 46 złotych - w Kinotece kosztowałoby mnie to 26 zł. Zanim zaczął się film, przez 20 minut leciały reklamy. Otaczali mnie jacyś straszni ludzie z kubkami popcornu, które pochłaniali mlaskając (na szczęście z boku były wolne miejsca, więc się przesiadłam). W dodatku co chwilę z sali wychodzili kolejni zdegustowani widzowie, bo najwyrażniej nie wiedzieli na co idą. Może gdybym obejrzała ten film w Kinotece, byłabym mniej krytyczna?

niedziela, 02 listopada 2008

Decydent Pan Baza Danych Klientów

W życiu trzeba mieć szczęście. A ja go ostatnio nie mam. Już byłam zdecydowana na telewizję "N", ale przestudiowałam program udostępnianych stacji  i prysły zmysły. Pomyślałam o Cyfrze + (ma Ale Kino), ale przeszło mi, gdy przeczytałam w jaki sposób trzeba co miesiąc uaktualniać aktywację ich karty. Polsat nie wchodzi w grę, bo już miałam i tego co przeżyłam, by się z niego wypisać zapomnieć nie potrafię. I w tym momencie pojawiła się reklama TP SA. Wprawdzie nie mogę (z przyczyn technicznych), skorzystać z ich pełnej oferty, ale doszłam do wniosku, że wystarczy mi za 13 zł miesięcznie talerz na dachu i trochę niekodowanych programów. Poszłam do salonu TP SA, swoje wyczekałam, pani weszła w system i powiedziała mi, że podpisałaby ze mną umowę, bo spełniam wszystkie warunki, ale ... Pan Baza Danych Klientów nie może mi wybaczyć tego, że kiedyś przespałam się z Netią i nie przyjmuje moich danych. Jego zdanie może tylko zmienić rozmowa z administratorem systemu i muszę cierpliwie na nią  poczekać.

Zaczynam robić pierwsze podsumowana mijającego roku. Trochę siadłam na laurach i w porównaniu do ubiegłych lat, wyjątkowo mało zrobiłam w domu. Może stąd ten mój zapał do wymiany sprzętów?

Ogród dalej na mnie czeka - założyłam, że w ten weekend nic nie zrobię, bo będzie padać. Pogoda była piękna, ale zdania nie zmieniłam.


W tym tygodniu uświadomiłam sobie, jak bardzo zapomniałam jak to jest, jak się mieszka w bloku. Pomagałam Gośce w pisaniu programu i raz skończyłyśmy na tyle późno, że postanowiłam u  niej przenocować. Po przyjściu do jej domu umyłam ręce, siadłyśmy do kolacji, po kolacji poszłam nalać wody do wanny, a tu wody brak. Poczekałam godzinę i zamówiłam taksówkę, by o pierwszej w nocy wylądować w wannie u rodziców. Zdenerwował mnie nie tyle brak wody (gdy przeżywałam podobne przygody w Kaliningradzie, często nie miałam takiego zapasu wody, jaki miała u siebie Gośka), ale brak jakiegokolwiek wpływu na sytuację. Skoro wyłączyli, trzeba spokojnie czekać, aż włączą. Kiedy nie wiadomo (i nie można się tego dowiedzieć), ale na pewno kiedyś.   

Złożyłam kupiony na Allegro puzzlo-wieszak.  Łatwo nie było, pomagałam sobie pokrzykując słowa powszechnie uznane za niecenzuralne - sama siebie podziwiam, że zrobiłam to bez odpowiedniego śrubokrętu (rolę kotary pełni kupiony z metra polar, jak na prowizorkę całkiem fajnie to wygląda, patchwork nie wyszedł poza sferę planów). 
 


Robię za to inny patchwork (ze ścinków wełny gobelinowej, kupionej w pasmanterii na Śniadeckich). 


Będzie to mój pierwszy sweter bez szwów, do noszenia zarówno na prawej, jak i na lewej stronie.


Przeczytałam kolejna książkę A. Nothomb. Takie same wrażenia jak zawsze. Świetnie się czyta świetne dialogi, ale to, w jaki sposób kończy się snuta opowieść, psuje całe wrażenie. 

Zeskanowałm z tej książki dialog - perełkę.  

- Kompletny z pana wariat.
- Nie sądzę. Dla mnie wariat to ktoś, kto zachowuje się w sposób niewytłumaczalny. A ja wszystkie moje zachowania potrafię wytłumaczyć.
- Pan jeden.
- To mi w zupełności wystarczy.

sobota, 01 listopada 2008

Miejskie czytanie (4)

Przystępując do Miejskiego podjęłam się przeczytania następujących książek:

1. Gottland - Mariusza Szczygła

2. Paryskie pasaże - Krzysztofa Rutkowskiego

3. Śmierć w Wenecji - Tomasza Manna

i przypomnienia sobie:

4. Rzymianki - Alberto Moravii

Swoje plany zrealizowałam w 75% - nie przeczytałam Śmierci w Wenecji. Powód błahy, koleżanka powiedziała, że ma, nie miała, w mojej bibliotece nie było, w księgarni nie wpadło mi w rękę, na Allegro nie chciałam kupować jednej książki, a u sprzedawców, którzy  mieli tę książkę, wiele więcej do kupienia nie było.

I tak, po raz pierwszy (a to już trzecie moje czytelnicze wyzwanie), nie zrealizowałam tego, czego się wcześniej podjęłam. Wprawdzie przejrzałam na moim blogu jakie inne „miejskie” książki przeczytałam w czasie trwania naszego wyzwania i do takich zaliczyłam:

Witalij Ruczińskij - Powrót Wolanda (Moskwa)

Schönhaus Cioma - Fałszerz paszportów (Berlin)

Veličković Nenad - Sahib (Sarajewo)

Ale to nie to samo.

Uświadomiłam sobie, że z góry zakładam, że będzie kolejne wyzwanie. I teraz tylko czekam jakie. Bo to fajna (i bardzo przydatna) sprawa takie nagromadzenie w jednym miejscu tylu recenzji – potem tylko co jakiś czas „copy” i „paste” do notatnika IGoogla i wirtualny stosik rośnie. Mniam.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli