niedziela, 30 listopada 2008

Kiermasz wróżb wszelakich

Nie pomogło cwaniakowanie:

zaciętość:

działania zespołowe:

czy odwoływanie się do zbiorowego doświadczenia.

Woskowy kleks przeistaczał się na ścianie kominka jedynie w w cień woskowego kleksa. Starałyśmy się zobaczyć coś więcej niż worki z pieniędzmi, czy elementy "wystające" kojarzące się wiadomo z czym, ale nawet jak uzgodniłyśmy że to kogut, pies, czy dzban, to i tak nie miałyśmy pomysłu co to może oznaczać.

Ale i bez tego było miło. W dodatku z dużym dopływem świeżej krwi i kolejny raz usłyszałyśmy, że jesteśmy niesamowite. Na nasze szczęście potraktowałyśmy to tylko jako miłe komplementy - inaczej napompowane pychą, fruwałybyśmy już chyba w stratosferze. Podjęłyśmy też kilka decyzji. Przede wszystkim, skoro Lucy wróciła na mazowiecki niziny,  o reaktywacji naszego matecznika - witrażowni. Z kolei w  czwarty tydzień lipca (w odróżnieniu od trzeciego, w którym odbywa się doroczny spływ imieninowy) zaplanowałyśmy: na miotłach nad połoninami.  

Dostałam Kalinowego Anioła Stróża:


Jedyna wtopa to kłopoty z interpretacją "runiczności" - zgodnie z dyspozycją Ańćki jadło miało być "runiczne", a wyszło takie jak zawsze, czyli "kaloryczne".  W dodatku smaczne i teraz już drugi dzień jem, tyję i dalej końca nie widzę.

W porównaniu z innymi robótkowymi blogami, moje robótkowanie robi wrażenie "symbolicznego", ale powoli i u mnie przybywa:

Rękaw zrobiłam na 5-drutach, ale nie dodawałam co któreś oczko, tylko regularnie, co 5 rząd dwa oczka. I chociaż rękaw jest bez szwu, po prawej stronie widać miejsce dodawania oczek. 


Dostałam od Mońka długi list, w którym między innymi napisała coś takiego:

Cała ta literatura tzn. pamuki, lessingi  to makulatura kiblowa. Jedyną książka z ostatniego roku w Pl wartą uwagi jest Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej, (...) Nakupiłam książek i wywalam. Czytaj powieści Witkacego, Brzozowskiego, Chwistka, eseje Herberta ...

Zbieram się by odpowiedzieć i trochę utemperować jej  "młodzieńczą zasadniczość".  Bo wprawdzie zdaję sobie sprawę, że to co czytam, raczej do kanonu lektur szkolnych nie wejdzie, ale co jakiś czas uda mi się trafić na perełkę. Na przykład Dzień Oprycznika W. Sorokina.

Z przypisów dowiedziałam się, że za cara Iwana Groźnego do zadań opryczników należało m.in. sianie terroru, rozprawianie się w brutalny sposób z rzeczywistymi i domniemanymi przeciwnikami cara (...) jeździli oni na czarnych koniach z przytroczonymi łowami psów i miotłami co oznaczało "wymiatanie i wygryzanie szlachty z posiadanej ziemi". Rzecz dzieje się w roku 2027 - Rosja odgrodzona jest od świata, którym rządzą Chiny, wielkim murem. Książka opisuje jeden dzień życia oprycznika, który rano przytracza łeb psa do swojego służbowego czerwonego mercedesa i wykonuje te same zadania, co przed wiekami jego poprzednicy.

W ramach festiwalu Ale kino zobaczyłam dwa świetne filmy. O ile 3 Kobiety w różnym wieku były wyróżnione (film zamknięcia), to Tokijska sonata mogła przejść niezauważona, poszłam bo pasowała mi godzina Tymczasem oba filmy rewelacyjne. Mam taką refleksje, że filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego nie dorastają  poziomem tym z Ale kino do pięt.

niedziela, 23 listopada 2008

Bajkowy weekend

W ten weekend miałam jeszcze dokończyć porządkowanie ogrodu. Ale jak wstałam i wyjrzałam przez okno, to wiedziałam, że Pan Mróz zwolnił mnie z reszty obowiązków i czeka mnie bajkowy weekend, bo nawet jak jest coś do zrobienia, to nie mogę się za to zabrać z przyczyn tzw. niezależnych.


W domu też niewiele się dzieje. Pomalowałam wieszak i medytuję czy dokupić na Allegro jeszcze wiklinową półeczkę na rękawiczki i szaliki, czy też nie. Z szafeczką zimą byłoby wygodniej, ale byłby to jednak krok ku "zagraceniu". Na razie, ponieważ nie zapomniałam kwiatów, które wykończyłam mrozem zeszłej zimy, w tym roku postanowiłam przenieść się do dużego pokoju razem z doniczkami i by mieć je na czym postawić, przyniosłam z komórki takie coś i ubarwiłam na "grecki błękit".


Mam mały kulinarny sukces. Trochę pod wpływem zdjęć zamieszczanych przez Brahdelt, zaczęłam robić galaretki - preferuję mrożone wiśnie, w wiśniowej galaretce, z  małym dodatkiem mieszanki studenckiej.  Dzięki temu w zeszłym tygodniu miałam czym poczęstować Joannę, a w tym tygodniu Staśkę, która wjechała do mnie uciekając od parapetówki, robionej przez jej nowych sąsiadów.

Z ogrodem do wiosny mam spokój, muszę tylko zaplanować nowe nasadzenia. Tyle, że myśląc o tym muszę pamiętać, że jeszcze przez jakiś czas przez działkę będą przejeżdżały szambiarki. A z nimi raz jest lepiej, raz gorzej, a czasami i tak:


W parku przez który co sobotę idę na targ, nieczyszczony staw jest coraz mniejszy, a kaczek w nim coraz więcej. Gdy stanęłam by im zrobić zdjęcie, zaczęły  iść w moim kierunku głośno krzycząc, że chcą jeść.


Kupiłam im kilka kajzerek i wracając chciałam sobie zrobić z nimi zdjęcie jako "królowa kaczek", ale wysiadła mi bateria w aparacie.

W przyszłym tygodniu urządzam w Kaliningradzie doroczny Wieczór wróżb wszelakich. W organizację wieczoru włączyła się Ańćka i  zapowiada się Kiermasz wróżb wszelakich. Nawet jak wyjdzie jej połowa tego co zamierza, to w tym roku ciotki zamiast siedzieć na kanapie i bezradnie odczytywać bezkształtne cienie rzucane przez  woskowe kleksy, będą chodziły od jednego stoiska do drugiego stoiska i najedzą się horoskopów na cały rok.

Nadrobiłam, to co sprułam. Rękawy będę robiła bez szwu, na 5 drutach, ale zacznę  "po bożemu", czyli od dołu. Boję się tylko, że źle wyliczę i znów będę pruła. Bo ma być reglan, czyli margines błędu w obliczeniach to plus minus 4 oczka.


Ruszyło kolejne wyzwanie czytelnicze. Tym razem cztery książki z czterech różnych epok. Jeszcze się na nic nie zdecydowałam - na razie tyle wiem, ze mam ochotę na biografie. 

Przeczytałam ciekawą książkę o Afganistanie. Autorka to młoda, wychowana w Anglii, pochodząca ze starego afgańskiego rodu, dziewczyna. W Córce bajarza opisuje reporterskie wyprawy do swojej ojczyzny. Książka podobała mi się nawet bardziej niż Księgarz z kabulu, którym kiedyś tak bardzo się zachwycałam. Nie było w niej tylu ciekawych anegdot, ale ponieważ została napisana przez osobę w pewnym stopniu utożsamiająca się z opisywaną rzeczywistość, książka Sairy Shah robi wrażenie bardziej wiarygodnej.

Zamiast anegdot jest w niej wiele orientalnych przypowieści, takich jak na przykład ta:

Królewski sokół poleciał daleko i wylądował przy domu pewnej staruszki. Kobieta nigdy nie widziała sokoła i postanowiła się nim zaopiekować. Spiłowała mu dziób, obcięła szpony, przystrzygła czub.

- No i proszę - rzekła, skończywszy te zabiegi. - Teraz wreszcie wyglądasz jak prawdziwy gołąb.

Dżalaluddin Rumi, Masnawi.

Nic odkrywczego, że w XX wieku wymyślono tylko nową nazwę: "wojna totalna" na coś, co robiono od zawsze, tylko nazywano to "rzeź" ludności. Ale zaskoczyło mnie to, że nie tylko w przypadku Indian, robiono to w historii na taką skalę. Autor przytoczonej wyżej opowiastki:

(...) urodził się, kiedy wojska Czyngis-chana szykowały się do pochłonięcia Azji Środkowej. Barbarzyńcy poprzysięgli wymordować wszystkich, którzy nie należeli do ich rasy, i prawie się im to udało. Zabili trzydzieści milionów ludzi: w bitwach, masakrach ludności cywilnej, szerząc głód i choroby. Była to najstraszliwsza potworność, jakiej sprawcą był człowiek. Ojciec Rumiego i jego syn uciekli z rodzinnego Balchu w północnym Afganistanie i przyłączyli się do fali głodujących uchodźców, poprzedzającej pochód najeźdźców. Najpierw schronili się w Niszapurze, na terenie dzisiejszego Iranu. Ale Mongołowie następowali im na pięty. Zgładzili całą ludność afgańskiego Heratu. Wybili wszystkich mieszkańców miasta, których udało im się dopaść, a potem - by mieć pewność, że ci, którzy im umknęli, umrą powoli z głodu w czasie ostrej zimy - spalili spichlerze ze zbożem. Po tej rzezi jedynie czterdziestu ludzi zebrało się w wielkim herackim meczecie. Tylu pozostało z półtora miliona mieszkańców, a jeszcze pól roku wcześniej żartowano, iż nie można machnąć ręką w Heracie, żeby nie szturchnąć poety lub filozofa.

Nad Wwą latał Sputnik, zobaczyłam dwa filmy Larisy Sadiłowej - Z miłości Lilii i Potrzebna niania. Jeżeli kiedyś jeszcze usłyszę o jakimś jej filmie natychmiast pójdę. A jeżeli tak samo jak w tych co widziałam, główną rolę będzie w nim grać Marina Zubanova, to nie pójdę, a na skrzydłach polecę. 


Kronika Tepsowa

Tak jak w każdy piątek, zadzwoniłam do Tepsy. W tym tygodniu Błękitna linia  powiedziała, że  najpóźniej we wtorek fachowcy wypowiedzą się, czy jest możliwe dołożenie do mojej neostrady telewizji. Zwróciłam uwagę, że zgodnie z wcześniejszą informacją warunki techniczne jak najbardziej pozwalają na podpisanie ze mną umowy, a  problem tkwi w systemie, który nie przyjmuje moich danych, ale ten ktoś kto wypowiadał się ludzkim głosem w imieniu Błękitnej Linii wiedział lepiej: skoro jest problem, to trzeba zacząć od sprawdzenia warunków technicznych

A ja powoli zdobywam wiedzę na temat telewizji satelitarnej i zaczynam podejrzewać, że ta Tepsa to nie dla mnie - wygląda na to, że daje pojedynczy sygnał, a ja chcę nagrywać, więc potrzebuję podwójnego.

niedziela, 16 listopada 2008

Z pamiętnika pechowej konsumentki

Moje stare żelazko z roku na rok grzało coraz mniej i już nawet ono nie pamiętało, kiedy ostatni raz udało mu się zrobić takie prawdziwe parowe puf!. Postanowiłam je wymienić i na własną prośbę, za swoje pieniądze, sprawiłam sobie konsumencką porażkę.

To, że żelazko chlapie przy prasowaniu na wszystkie strony odkryłam, gdy tylko wzięłam je do ręki, ale niestety stało się to dopiero po dziesięciu dniach od dnia zakupu. I co z tego, że już go nie kocham, skoro po tym jak minął termin zwrotu,  jedyne co mogłam zrobić, to oddać je do naprawy. I tak chcąc nie chcąc do kalendarza imprez na najbliższy czas wpisałam sobie marszobiegi "z żelazkiem do punktu napraw". Na dzień dzisiejszy tylko ja wiem, że wadliwy egzemplarz, nie stanie się dobrym po tym, jak się go uszczelni jakimś wypełniaczem i minie trochę czasu, zanim  to udowodnię i innym.

Z tepsą bez  zmian - tyle, że zadzwoniłam na Błękitną linię i  mam już w tej firmie nie tylko numer telefonu, ale i numer swojej reklamacji (pewnie z czasem też się go nauczę na pamięć).  

Poszłam za to po raz pierwszy do Cafe Gazeta - z miesiąc temu chciałam iść na pisarzy bałkańskich, ale dotarłam dopiero teraz na Havla (siedzi na środkowym fotelu). Ludzi (co widać na zdjęciu) huk i chyba to nie o to chodzi w takich spotkaniach. On chciał mówić o swojej twórczości, ludzie widzieli w nim polityka. 


Prosto z tego spotkania, pojechałam aż za Otwock, na urodziny gdzie był tort, sporo młodszych  ode mnie gości i trochę psów.


Ale i tak największym towarzyskim przeżyciem minionego tygodnia było spotkanie z ciotką-co-to-nigdy-nie-ma-czasu. Do tego,  że warto się spotkać doszłyśmy późno wieczorem, Joanna zadzwoniła gdy właśnie pisałam do niej maila, co się dzieje, że nie odbiera telefonów. Przyjechała jednym z ostatnich pociągów - gadałyśmy do wpół do szóstej rano, wstałyśmy po dziesiątej i gadałyśmy jeszcze przez ponad dwie godziny. I wcale nie mam poczucia, że wszystko omówiłyśmy - raczej pobieżnie zreferowałyśmy najważniejsze wydarzenia.

W niedzielę Srala dostała wreszcie dawno już jej obiecaną słomę - słoma czekała w Wwie  na przywiezienie prawie dwa miesiące, specjalnie w tym celu  zorganizowałam samochód i gdy zobaczyłam ile jej jest trochę się zdziwiłam. Inna sprawa, że i tak w budzie udało mi się upchać mniej niż połowę tej paczki.


Sweter patchwork, po zrobieniu do wysokości pod kroju pach i przymierzeniu na modelu, sprułam - w następnej wersji będzie szerszy. Do końca przyszłego tygodnia mam zamiar "odrobić stratę".


Z pozostawionych przez Ankę książek na przechowanie przeczytałam Orły i anioły.  Biorąc do ręki  miałam jakieś oczekiwania (m.in. zaciekawiło mnie to, że w tle był też "watek bałkański") - a okazało się, że to tylko takie powieścidło-romansidło o tym, jak pusty i obcy jest świat ginącej cywilizacji zachodu. Rolę jaką w powieściach Houellebecq'a pełni seks, tu odgrywała kokaina. Ale to nie dlatego powieści tego ostatniego znacznie lepiej się czyta - one są znacznie lepiej napisane. 

Z kolei po przeczytaniu Obrony szaleństwa, miałam taką refleksję, że gdy Woody Allen nakręci nie najlepszy film, obejrzenie go zabiera 1,5 godziny. Przeczytanie jego kiepskiej książki zabiera znacznie więcej czasu (zwłaszcza, że mam nieodparte wrażenie, ze płacili mu od wierszówki).

W tym tygodniu obejrzałam kolejny film o umieraniu - tym razem o rodzeństwie, które musi się podjąć opieki nad umierającym ojcem, z którym od dawna nie utrzymywali bliższych kontaktów i nigdy nie byli blisko związani. Świetna gra aktorska, o niebo lepsze  dialogi niż w ubiegłotygodniowym filmie Szumowskiej, no i Kinoteka, a nie jakiś paskudny Multipleks. Słowem nie najgorszy film.


 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli