niedziela, 29 listopada 2009

Jak nie żelazko, to piekarnik

Tylko na moment zapomniałam o tym, że sprzęty kupuje się nie po to by ułatwiały życie, tylko po to by mieć jeszcze jeden kłopot. I na nic zdadzą się "rozsądne" wybory. Co z tego, że wybrałam piekarnik bez sensorów, wystarczyło, że miał prowadnice - odpadła. Dopiero w poniedziałek dowiem się czy obejmuje to gwarancja. Może mogę jeszcze wykupić dodatkowe ubezpieczenie, wtedy nie byłoby problemu, bo obejmuje i uszkodzenia mechaniczne, tyle że to wcale też tak mało nie kosztuje.

W piątek piekarnik był jeszcze sprawny i na dorocznym andrzejkowym wieczorze wróżb była szpinakowa tarta. Zgodnie z radą synka:

- kupiłam ciasto francuskie nie w rulonie, a w płatach,

- sprawdziłam że w składnikach nie ma smalcu,

- po wyjęciu z zamrażalnika, dalej rozmrażałam w lodówce, bo podobno gwałtowne rozmrażanie mu szkodzi.

Potem było to już prostsze niż konstrukcja cepa, z tym że ja zawsze dodaję do szpinaku nie fetę, a rokpol. Skoro mnie wyszło, to każdemu wyjdzie - jeszcze chwila i zastanowię się, czy nie napisać książki kucharskiej dla idiotów.

Z wróżbami trochę gorzej. Staśka rzewnie wspomniała czasy, gdy oczami wyobraźni widziałyśmy na ścianie worki z forsą i elementy falliczne - teraz były tylko kotki, świnki, diabełki i inne, nic nam nie mówiące cienie. Przy okazji przekonałam, że nie można topić wosku, wyjętego chwilę przedtem z miski z wodą - pryskało tak, że "odwoskowanie" kuchni zabrało mi ponad pół soboty.

Ale i bez wróżb możliwość doładowania akumulatorów w gronie swoich ciotek, bezcenna. Zwłaszcza, że ubiegłotygodniowe szkolenie pokazało mi, że świat jest pełen dziwnych ludzi, z którymi nie za bardzo jest mi po drodze. Byłam świadkiem wielu wydarzeń - na przykład takiego:

Jedna pani (lat 45, pracownik pomocy społecznej) powiedziała drugiej pani (lat 56, prywatna praktyka psychologiczna), że medalion który nosi to nie żaden chiński talizman, ale znak zaślubienia szatanowi. Na co ta druga pani, zamiast ją obśmiać, tak bardzo się tym przejęła, że mimo iż był późny wieczór poleciała zapytać zakonnika (szkolenie odbywało się w kościelnym budynku) czy rzeczywiście nieświadomie zaprzedała duszę diabłu.

Mam problemy z wdrożeniem programu REDUKCJA.

Nie tylko na spotkaniu andrzejkowym był przepyszny tort - zastanawiałam się nad napisem "dowagi", ale Gumiś orzekł, że wystarczą trzy wykrzykniki i każda ciotka zrozumie.

Dzień po wieczorze wróżb, byłam na ślubie i na poczęstunku - był tort (i dużo dobrego żarcia też).

Z programem REDUKCJA nie jest też kompatybilny prezent, jaki dostałam od Iwony - to ładne coś ma pod spodem świeczkę, więc tylko siedzieć i biesiadować. Jak tylko na to spojrzałam, od razu pomyślałam o jakimś fondue, nic bardziej dietetycznego mi do tego nie pasuje - za bieżnik robi szal, który jak nie przyspieszę, może na święta skończę.

Miałam też przewidziane więcej czasu dla siebie. Ale jak na razie i w tym punkcie nie mam za wielkich sukcesów. W ramach festiwalu Filmy Świata udało mi się zobaczyć tylko jeden film - chilijskich Turystów.


Coraz bardziej lubię południowoamerykańskie kino. Tym razem opowieść o bezdzietnym małżeństwie trzydziestokilkulatków. W drodze na wakacje ona wyznaje mu, że po raz kolejny usunęła ciążę. Chwilę później on zostawia ją na poboczu i odjeżdża w siną dal. Następne klika dni ona spędza w jednym z chilijskich parków narodowych razem z poznanym na drodze kilkanaście lat młodszym mężczyzną. Rewelacyjnie opowiedziana historia ludzi mających kłopot z tożsamością, których przerasta konieczność dokonywania wyborów. Dodatkowym atutem są obłędne zdjęcia chilijskiej przyrody, w fajny sposób ilustrujące kolejne wydarzenia (z tym że film jest z tych niskobudżetowych więc jakość tych zdjęć pozostawia wiele do życzenia).

Skończyłam też Białe zęby - Zaide Smith. Trochę czasu mi to zajęło, bo trochę stron to ta książka ma.


Najbardziej niesamowite w tej książce jest to, że Zadi Smith napisała ją gdy miała 25 lat. Opowieść o londyńskim multi-kulti. Bohaterów w tej książce całe mnóstwo - z tym, że wszystko toczy się wokół losów dwóch małżeństw: Anglika z Jamajką, imigrantów z Bangladeszu i ich dzieci. Dobrze napisane, ale momentami za długie. Niektóre fragmenty, opisy czy postacie zamulają główny nurt opowiadanej historii - nic nie wnoszą, a nie są też tak ciekawe, by zainteresować. Pod koniec byłam już zmęczoną plątaniną wątków, które jak to w serialu powoli zbiegały się w jednym punkcie, by eksplodować w dość kretyńskim zakończeniu.

ps. zakończyłam jesienny sezon ogrodniczy - uwidoczniony na zdjęciu w górnym lewym rogu efekt końcowy A. Wajrakowi chyba się by nie spodobał

niedziela, 22 listopada 2009
Tydzień polskiego filmu

Rzadko chodzę na polskie filmy. A w tym tygodniu byłam na dwóch.


Wszyscy zachwycają się Rewersem, a ja nie. Jest dobry, może nawet bardzo dobry, ale nie rewelacyjny. Jak na polski film ma świetną listę dialogową, tyle że zazwyczaj w filmach są dobre dialogi, to tylko w polskich filmach rzadko można takie usłyszeć.  Sama opowieść ciekawa, ale też bez przesady, w dodatku jej współczesne puenty smaczku  nie dodają, tylko wprowadzają irytującą nutkę dydaktyzmu. I może to zabrzmi jak bluźnierstwo - ale wcale mnie nie zachwyciła  gra Agaty Buzek (inna sprawa, że i przedtem za nią nie przepadałam). Rewelacyjna to jest K. Janda i A. Polony, tyle że ze szkodą dla filmu, więcej jest w nim A. Buzek, niż tych dwóch aktorek. Słowem wszedł na ekrany dobrze zagrany, dający się oglądać polski film i tyle. 

Drugi polski film - Zero, też niezły i pewnie byłby rewelacyjny gdyby go nakręcono 10 lat temu. A teraz takich filmów, będących mozaiką różnych scenek, układających się w kilka równolegle opowiadanych historii, jest całe mnóstwo. Wielkie miasto i mnóstwo pokręconych, nieszczęśliwych osób. Ogląda się ich historie z zainteresowaniem i zapomina o wszystkim 15 minut po wyjściu z kina (dialogi w tym filmie też nie są takie złe, może coś drgnęło?).

A Sonia Bohosiewicz, którą się tak wszyscy zachwycają, to wyszła z filmu Wojna polsko-ruska i nie zmieniając nawet butów, przeszła i przez ten film. Ciekawe przez ile jeszcze przejdzie, tak samo ubrana, z tym samym wyrazem twarzy i wypowiadając te same kwestie.

Kolejna ciotka kończy budować dom.  Pojechałam zobaczyć i wróciłam z soczkiem Mona vie.


Hanka mówi, że Ameryka oszalała na punkcie tego soku, podobno jest bardzo, bardzo zdrowy. Przez pół wieczoru usiłowała mnie przekonać o jego niesamowitych zaletach. Ale nie przekonała. Moim zdaniem, gdyby te jagody arcai były takie zdrowe, to  mieszkańcy Amazonii, którzy je jedzą od dawna, byli by dużo zdrowsi od nas. A nie są. Jedną butelkę dostałam w prezencie i piję, bo sok jest smaczny.  Ale jak wypiję,  następnej nie kupię. 

W połowie tygodnia wyjechałam na kilkudniowe szkolenie. Przed wyjazdem, jak co roku spakowałam lato do komórki:


I już na szkoleniu wymyśliłam, że hasłem na najbliższy czas, będzie  REDUKCJA. Redukcja wszystkiego, nie tylko wagi - przy tej prędkości zbyt wiele rzeczy i spraw przechodzi nie zauważenie. A szkoda.
czwartek, 19 listopada 2009

Literatura na peryferiach (1)

Liban
Jocelyne J. Awad - Rozdroże proroków


 

Bardzo urokliwe czytadełko. Przez Bliski Wschód jedzie zdezelowany, wypełniony haszyszem autokar, w którym za ostatnią, maskującą warstwę, robią spragnieni egzotyki turyści. Biuro podróży szemrane, autokar się co chwilę psuje, upał doskwiera, turyści marudni, a beduini-gangsterzy zainteresowani tylko wartościowym ładunkiem. Jest też i wątek miłosny - leniwy, upalony haszem pilot jest zainteresowany młodą i piękną turystką. Słowem gotowy materiał na film przygodowy. Ale też odrobina egzotyki i wartka narracja sprawia, że czyta się miło i jest nawet miejsce na refleksję o piekle nienawiści jaką sobie zafundowali mieszkańcy Bliskiego Wschodu.


Palestyna
Said Kaszua Arabowie tańczą




Jeszcze jedna książka z tego regionu -  równie dobrze się czyta jak poprzednią, ale nie jest tylko przygodowym czytadełkiem. Opowieść o dorastaniu chłopaka  - Araba, mieszkającego w Izraelu. Książka jest podobno napisana na motywach autobiograficznych - jeżeli tak, to jej autor nie miał łatwo.  Bohater, mimo że jest Palestyńczykiem, jest  bardzo krytycznie nastawiony do tego jak żyją i czego chcą od życia jego rodacy. Sam stara  się wyglądać jak Żyd, nie tylko dlatego że w Izraelu łatwiej się z takim wyglądem żyje - usiłuje w ten sposób również żyć, bez opowiadania się po  którejkolwiek ze stron.  Ale jak łatwo się domyśleć,  przy tej temperaturze sporu, nie jest to możliwe.

Korea
Oh Jeonghui - Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania


 


Nie lubię opowiadań. Ale w przypadku Oh Jeonghui nie wiem czy dałabym sobie radę z powieścią - o gram za dużo egzotyki. Przynajmniej jak dla mnie – lubię egzotykę w filmie, w książkach niekoniecznie. Zainteresowała mnie etykietka „proza kobieca”, ale kobiety są tu nie tylko nieszczęśliwe, jest w tych opowiadaniach ciężki nastrój przygnębiającej uległości i beznadziei. Nastrój jak z opowiadań M. Konopnickiej - nie wiem dlaczego miałam takie skojarzenie, może dlatego że tu i tam wiejska bida?  Ale też, żeby tak nie było, że nie ma nic w tych opowiadaniach  ciekawego - niektóre fragmenty przemawiają do wyobraźni, łatwo czarować sobie przed oczami obrazy tego, o czym się czyta.

Jest też bardzo ciekawy wstęp - Koreańskie kobiety w literaturze.

niedziela, 15 listopada 2009

Po po raz pierwszy z klapeczką

Po po raz pierwszy z klapeczką.


Zrobiłam metodą "na oko", myślę że klapeczka na kciuku jest zupełnie nie priczom i mogłoby jej spokojnie nie być. A jeżeli już, powinna być zrobiona tak jak główna klapka - czyli zaczynać się w połowie palca, nie u nasady. Chyba też przy klapkach lepiej jest wykańczać rękawiczki ściągaczem - pikotki trochę za bardzo sterczą. Klapki doczepione są po wyrobieniu górnego zakończenia - oczka nabrałam na drut (wszystkie z tyłu i po dwa oczka z każdego boku).

Jeszcze nie spotkałam w tym roku Mikołaja, ale po rękawiczkach z klapeczką, zabrałam się za kolejny prezent. Ten szal już był (pochodzi z Victoria Lace).


Będzie z czerwonego mohairu Interfox-u - do zdjęcia powiesiłam go na kwiatku, który nie zważając na zimę, po raz pierwszy jak u mnie jest - czyli od trzech lat - o dziwo zakwitł.


Do 13 grudnia wszystkie weekendy mam już "zajęte"- potem jak będzie karnawał, to wszyscy będą już "wybawieni". W ten weekend, jak co roku o tej porze, hen daleko w leśnej głuszy swoje urodziny urządziła Małgosia. Powoli i ona się starzeje, więc starałam się jej pokazać, jak pozować do zdjęć z coraz mniej młodą szyją.


Niestety zdjęcia z przyjęcia pokazują, że teoria, teorią, a z praktyką gorzej. Bo to nie tylko o szyję chodzi....


Z tygodnia na tydzień odkładam wpis o książkach przeczytanych w ramach wyzwania Literatura na peryferiach.

Nie "mieści się" w tym wyzwaniu Poznać Kobietę Amosa Oza:

Opowieść o agencie Mosadu, który po nagłej śmierci żony odchodzi z pracy, wynajmuje dom, do którego sprowadza się z nastoletnią córką, matką i teściową i wrzuca luz. Nawet jeżeli jego przedłużająca się bezczynność chwilami przeszkadza, to otoczeniu, nie jemu. A że ta przypadłość dopadła głównego bohatera, to siłą rzeczy w książce, która o nim opowiada,  niewiele się dzieje. Z tym że czyta się bardzo miło. I co lubię - w tej leniwiej narracji nie ma nagłych zwrotów akcji, ani pisanych na siłę zakończeń porozpoczynanych wątków.

I ciut trochę lepszą od poprzedniej:


Opowieść o czterdziestokilkuletniej dentystce - wnuczce zagazowanej Żydówki, córce komunisty i zastraszonej kury domowej. Poznajemy ją w chwili gdy jej były mąż powoli umiera na raka, nastoletnia córka zostaje narkomanką, a jej przytrafia się kilkanaście lat młodszy kochanek, pracownik ichniejszego IPN-u. Wszystko opowiedziane tak normalnie, życzliwie. Mimo, że nie komedia, ten sam klimacik co w czeskich filmach.  Jak im się to udaje?

Byłam też w kinie.


Zgadzam się z recenzentem Gazety Wyborczej -  G. Arriagi pisze świetne scenariusze (m.in. BabelAmores perros,  21 gramów) i powinien na tym pozostać. Mylił się, jeżeli mu się wydawało, że jak weźmie kamerę do ręki, to wyciśnie z tych swoich scenariuszy jeszcze więcej.  Nic w tym filmie nie zaskakuje - bardzo banalna historyjka, tyle że  nawet wciąga, bo splatać różne wątki i plątać narrację, to on umie. Dzieje się to nie tylko równolegle, w kilku oddalonych od siebie miejscach na ziemi, ale jest też "wymieszane" w czasie. Na koniec, po odciśnięciu wychodzi łzawy melodramat. Nie najgorzej  wprawdzie zagrany, ale i bez fanfar.

Generalnie, ciekawe filmy są pokazywane w ramach festiwali, których jest coraz więcej. Tyle, ze jak było organizowane przez Gutka Kino w 5 smakach byłam w Londynie, a jak teraz będzie Festiwal Filmów Świata, to ja będę na szkoleniu. W ramach Sputnika nad Polską poszłam na najnowszy film Larisy Sadiłowej - Nic osobistego.

To nie była L. Sadiłowa z filmu Potrzebna niania czy Kocham cię, Lilia, zabrakło nie tylko głównej aktorki z tamtych filmów -  Mariny Zubanovej. Z tym, że przynajmniej już wiem, że to w tej aktorce się zakochałam, nie w L. Sadiłowej. Film o prywatnym detektywie, dawnym pracowniku spec-służb, który dostaje zlecenie polegające na śledzeniu młodej kobiety. I im bardziej przygląda się jej życiu, tym bardziej nie rozumie dlaczego ktoś za to płaci. To co przypomniał mi ten film - to odgłos dawnych podwórek, na których przekrzykiwały się sąsiadki a dzieci grały w piłkę. Uświadomiłam sobie, że dziś już miasto nie wydaje takich odgłosów, a ja je jeszcze pamiętam.

niedziela, 08 listopada 2009
Kolejne żelazko, kolejna porażka.

Może już nie ma żelazek, które nie chlapią i nagrzewają się tak, że można prasować na "sucho", dzięki czemu do jednego prasowania nie wykorzystuje się jednego litra wody destylowanej?

Tym razem o tym, że go nie chcę wiedziałam już drugiego dnia - od razu razu zaniosłam je do sklepu,  ale niestety tego dnia padał deszcz i przemokło firmowe pudełko. To wystarczyło, by odmówić przyjęcia go z powrotem (w sklepie podczas pokazu jak na złość nie chciało zachlapać, więc moja opowieść o tym jakie to ono nie jest do bani nie była przekonywująca). Tyle wywalczyłam, że  zgodzono się na wymianę żelazka na dowolny produkt w tej samej cenie. Wizja otworzenia w Brwi muzeum chlapiących żelazek jakoś do mnie nie przemówiła, wzięłam patelnie i noże - bez obu rzeczy mogę  się spokojnie obejść ale mają jedną zaletę, tak łatwo nie popsują.

Następnego dnia obudził mnie telefon z pracy - mieli trudności w zwróceniu czegoś, co jakiś  czas temu wypożyczyłam z innej firmy, bo nie było opakowania firmowego (czyli tektury, która została zniszczona przy rozpakowywaniu).  Byłam zaspana, więc  nie zapytałam czy nie tęsknią też za podartą przy rozpakowywaniu folią. 

Mam nadzieję, że przynajmniej z piekarnikiem nie będę miała takiego pecha. Przy jego kupnie zastosowałam metodę podpatrzoną u ciotki Beaty Młodszej - weszłam do sklepu, podeszłam do pana i powiedziałam  czy jest jakiś piekarnik w rozsądnej cenie, który ma grill, rożen,  termoobieg, teleskopowe prowadnice i nie ma sensorów?. Pan pokazał, zobaczyłam cenę i firmę i od razu powiedziałam: "kupuję". Ilość czasu zaoszczędzonego dzięki temu, że nie osiołkowalam na ceneo, bezcenna.

Poza piekarnikiem, w mojej sykstynii skończone są już szafki. Naprawdę fajnie wyszły.  Niestety samochód dostawczy Bojara nadaje się już tylko na złom i na razie nie ma czym przywieźć desek do obicia belek. A bez pomalowania tych belek na jakiś wściekły kolor, moja sykstynia jest monotonna i trochę za bardzo ugrzeczniona. Odłożyłam też do wiosny pomalowanie okien (na tym zdjęciu wreszcie w oknie jest to co widzi się okiem, a nie obiektywem, czyli zamiast prześwietlonej plamy - moje sosny).


Brak czasu, odzywający się łokieć tenisisty i jesienne lenistwo sprawiły, że  zamiast samej grabić, postanowiłam komuś za to zapłacić. Ogród wygląda  teraz lepiej, ostatecznie może nawet tak do wiosny zostać, ale sama zrobiłabym to dużo dokładniej. I trochę tego wszystkiego nie rozumiem - dlaczego nikomu nie zależy by zrobić to tak, bym ponownie chciała skorzystać z jego usług, albo polecić go dalej?


Cała ta domowa krzątanina z powodu sobotniego wieczoru. - a jeszcze pamiętam swoje zaręczyny i wcale mi się nie wydaje, by było to aż  tak bardzo dawno temu. 


 

Przeczytałam takie zdanie:

Wszyscy znamy, oczywiście na zupełnie innym poziomie, ów podstępny proces autokorupcji: skoro zjadłem już kawałek tego niezdrowego, tuczącego tortu, nie zrobi już żadnej różnicy, gdy zjem następny.

Nie tylko w sobotę było tej "autokorupcji" za dużo. Miał zostać u mnie synek, kupiłam z myślą o nim trochę dobrego papu, a on sobie poszedł. Więc "autokorumpowałam" się dalej - efekty coraz bardzie widoczne. 

Dotarłam wreszcie na Almodovara


Lubię jego filmy, więc i ten mi się podobał. Głębi w nim nie ma wprawdzie żadnej - melodramat i to z bardzo mało oryginalną fabułą. Ale opowiedziane i zagrane tak, że się nawet tego nie zauważa. Widać też upływ czasu, nie tylko na twarzy Penelopy. To już inny, bardzo spokojny Almodovar. Jest tylko jeden gej, i to też bardzo w drugim planie.

W "drutach" zbyt wiele się nie działo. W niedzielę dotarłam na warszawskie spotkanie robótkowiczek, gdzie absolutnym hiciorem była dla mnie ta wyszywanka:


Sama nie bardzo miałam się czym pochwalić - przez cały tydzień nie udało mi się znaleźć czasu na zrobienie jednych rękawiczek (mają być w wersji "z klapeczką"). Obok rękawiczek mój najnowszy gadżet  -  pokrowiec na drutki-knitki.


Dawno już nie było na moim blogu zdjęcia stawu z kaczkami.  Zamiast kaczek zdjęcie osiedla - zaczęli wiosną, zauważyłam, że kończą, gdy zaczęli kłaść kolorowe tynki.


niedziela, 01 listopada 2009

Weekend z drutami

Weekend z drutami i mieszanymi uczuciami.

Powykańczałam trochę rzeczy. Przede wszystkim czerwony szal dla Anki. Pojechał ze mną do Londynu jako prezent, brakowało mi może z 20 cm obramowania, ale po drodze zgubiłam gdzieś igłę, Anka żadnej nie miała, więc szal przyjechał z powrotem. Teraz zszyty i zblokowany czeka na jej przyjazd.


Mam zamiar według tego wzoru zrobić jeszcze jeden taki szal - z turkusowej Himalaya Kashmir.  Tym razem, tak jak jest to zalecane we wzorze, zacznę od środka, po uprzednim nabraniu oczek metodą provisional cast on. I będę robiła obramowanie od razu z body, połączenie wyrobię tak jak w tym szalu (w oryginalnym wzorze jest inaczej), a moim zdaniem tak jest lepiej (zarówno parzysta jak i nieparzysta strona:  dwa oczka razem, i jeden narzut). 



Kolejna skończona robótka (bo trudno to nazwać robotą), to czarne rękawiczki:



Mogą być, nadają się do noszenia.

Natomiast z czapką kolejna porażka. Po tym jak skorzystałam z rady Dziuni, jest wprawdzie lepiej (Dziunia odkryła, że gdy robi się tę czapkę ściegiem francuskim, ma się pełną dowolność w określeniu miejsca załamania, a tym samym wielkości denka). Ale nosić jej chyba nie będę - nawet na zdjęciu jest brzydka.




I ten brak zadowolenia jest powodem mieszanych uczuć - w sumie niewiele z tego co zrobię, zakładam potem na siebie. Więc jak wychodzi mi coś takiego jak ta czapka, zadaję sobie pytanie, czy aby na pewno warto? Robienie na drutach jest dość czasochłonne. A czasu mam tyle, że przez to, że spędziłam weekend z drutami, nie posprzątałam ogrodu i będę chyba musiała wezwać do tego ekipę.

A życie chłoszcze. Miałam jechać z Ańćką na rejs po Nilu, ale przegrałam z jej pracą. Jest ważniejsza ode mnie. I tak zamiast tygodnia w Egipcie, być może spędzę ten tydzień w Falenicy - zastanawiam się czy nie pójść na znalezione w necie szkolenie (cena porównywalna z Egiptem). 

Najnowszego Almodovara jeszcze nie widziałam, cały czas grają ten film o jakiś bardzo dziwnych godzinach. W zastępstwie dotarłam na dwa inne filmy. 

Julia i Julia


Poszłam dla Maryl Streep (zdradziłam dla niej Kinotekę) i czy ja wiem ...? Film oparty jest na faktach, z gatunku: dwa w jednym. Pierwsza opowieść  zaczyna się w powojennym Paryżu, gdzie znudzona żona amerykańskiego dyplomaty Julia Child (gra ją M. Streep), zapisuje się na kurs dla kucharzy. Gotowanie wciąga ją tak bardzo, że kolejne kilka lat poświęca na pisanie książki kucharskiej, a następne na popularyzowanie w USA wyrafinowanej kuchni (z filmu wynika, że odniosła sukces, co nie do końca zgadza się z tym, co wiem o tym kraju). Druga opowieść dzieje się we współczesnym Nowym Jorku: młoda mężatka postanawia przyrządzić w ciągu roku wszystkie, 564 potrawy z książki kucharskiej J. Child i pisać o tym swoim gotowaniu blog. Ta młoda kobieta to Julia Powell, współautorka scenariusza do tego filmu. Sprawdziłam w necie - dalej pisze blog, z tym że już nie o gotowaniu. A wracając do filmu - po raz pierwszy irytowała mnie rola grana przez M. Streep, drażniła mnie jej krzykliwość i egzaltacja. A przeczytane gdzieś pytanie, jak to one robiły, że cały czas jedząc zachowywały taką figurę, jak najbardziej zasadne.

Służąca


Poszłam, bo chilijski. Tytułowa służąca  pracuje  w tym samym domu od 23 lat  i czuje się członkiem tej rodziny.  Poza tym nikogo i niczego nie ma Nie ma też - poza byciem służącą w tej rodzinie - żadnego innego pomysłu na życie - dlatego w trosce o swoją pozycję, mało wyrafinowanymi intrygami,  pozbywa się potencjalnych konkurentek. Można obejrzeć, ale niekoniecznie. Z tym, że zdziwiło mnie to, że sama jedna siedziałam na widowni -  aż takiego wysypu filmów w kinach nie ma, by ten nie budził żadnego zainteresowania.

Mój synek "przykleił" sobie do loginu taką zwrotkę:

Babcia, co odebrała rentę
Wrzesień i trupy w World Trade Center
Chrupkie pieczywo na śniadanie
Wrzesień i z kosą śmierć w Biesłanie

Zamieścił do tego link, przeczytałam i mnie powaliło. Nie ma tam skomponowanej do tego psalmu muzyki P. Rubika, ale z pewnością jest równie powalająca, jak ten tekst.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli