niedziela, 29 listopada 2009

Jak nie żelazko, to piekarnik

Tylko na moment zapomniałam o tym, że sprzęty kupuje się nie po to by ułatwiały życie, tylko po to by mieć jeszcze jeden kłopot. I na nic zdadzą się "rozsądne" wybory. Co z tego, że wybrałam piekarnik bez sensorów, wystarczyło, że miał prowadnice - odpadła. Dopiero w poniedziałek dowiem się czy obejmuje to gwarancja. Może mogę jeszcze wykupić dodatkowe ubezpieczenie, wtedy nie byłoby problemu, bo obejmuje i uszkodzenia mechaniczne, tyle że to wcale też tak mało nie kosztuje.

W piątek piekarnik był jeszcze sprawny i na dorocznym andrzejkowym wieczorze wróżb była szpinakowa tarta. Zgodnie z radą synka:

- kupiłam ciasto francuskie nie w rulonie, a w płatach,

- sprawdziłam że w składnikach nie ma smalcu,

- po wyjęciu z zamrażalnika, dalej rozmrażałam w lodówce, bo podobno gwałtowne rozmrażanie mu szkodzi.

Potem było to już prostsze niż konstrukcja cepa, z tym że ja zawsze dodaję do szpinaku nie fetę, a rokpol. Skoro mnie wyszło, to każdemu wyjdzie - jeszcze chwila i zastanowię się, czy nie napisać książki kucharskiej dla idiotów.

Z wróżbami trochę gorzej. Staśka rzewnie wspomniała czasy, gdy oczami wyobraźni widziałyśmy na ścianie worki z forsą i elementy falliczne - teraz były tylko kotki, świnki, diabełki i inne, nic nam nie mówiące cienie. Przy okazji przekonałam, że nie można topić wosku, wyjętego chwilę przedtem z miski z wodą - pryskało tak, że "odwoskowanie" kuchni zabrało mi ponad pół soboty.

Ale i bez wróżb możliwość doładowania akumulatorów w gronie swoich ciotek, bezcenna. Zwłaszcza, że ubiegłotygodniowe szkolenie pokazało mi, że świat jest pełen dziwnych ludzi, z którymi nie za bardzo jest mi po drodze. Byłam świadkiem wielu wydarzeń - na przykład takiego:

Jedna pani (lat 45, pracownik pomocy społecznej) powiedziała drugiej pani (lat 56, prywatna praktyka psychologiczna), że medalion który nosi to nie żaden chiński talizman, ale znak zaślubienia szatanowi. Na co ta druga pani, zamiast ją obśmiać, tak bardzo się tym przejęła, że mimo iż był późny wieczór poleciała zapytać zakonnika (szkolenie odbywało się w kościelnym budynku) czy rzeczywiście nieświadomie zaprzedała duszę diabłu.

Mam problemy z wdrożeniem programu REDUKCJA.

Nie tylko na spotkaniu andrzejkowym był przepyszny tort - zastanawiałam się nad napisem "dowagi", ale Gumiś orzekł, że wystarczą trzy wykrzykniki i każda ciotka zrozumie.

Dzień po wieczorze wróżb, byłam na ślubie i na poczęstunku - był tort (i dużo dobrego żarcia też).

Z programem REDUKCJA nie jest też kompatybilny prezent, jaki dostałam od Iwony - to ładne coś ma pod spodem świeczkę, więc tylko siedzieć i biesiadować. Jak tylko na to spojrzałam, od razu pomyślałam o jakimś fondue, nic bardziej dietetycznego mi do tego nie pasuje - za bieżnik robi szal, który jak nie przyspieszę, może na święta skończę.

Miałam też przewidziane więcej czasu dla siebie. Ale jak na razie i w tym punkcie nie mam za wielkich sukcesów. W ramach festiwalu Filmy Świata udało mi się zobaczyć tylko jeden film - chilijskich Turystów.


Coraz bardziej lubię południowoamerykańskie kino. Tym razem opowieść o bezdzietnym małżeństwie trzydziestokilkulatków. W drodze na wakacje ona wyznaje mu, że po raz kolejny usunęła ciążę. Chwilę później on zostawia ją na poboczu i odjeżdża w siną dal. Następne klika dni ona spędza w jednym z chilijskich parków narodowych razem z poznanym na drodze kilkanaście lat młodszym mężczyzną. Rewelacyjnie opowiedziana historia ludzi mających kłopot z tożsamością, których przerasta konieczność dokonywania wyborów. Dodatkowym atutem są obłędne zdjęcia chilijskiej przyrody, w fajny sposób ilustrujące kolejne wydarzenia (z tym że film jest z tych niskobudżetowych więc jakość tych zdjęć pozostawia wiele do życzenia).

Skończyłam też Białe zęby - Zaide Smith. Trochę czasu mi to zajęło, bo trochę stron to ta książka ma.


Najbardziej niesamowite w tej książce jest to, że Zadi Smith napisała ją gdy miała 25 lat. Opowieść o londyńskim multi-kulti. Bohaterów w tej książce całe mnóstwo - z tym, że wszystko toczy się wokół losów dwóch małżeństw: Anglika z Jamajką, imigrantów z Bangladeszu i ich dzieci. Dobrze napisane, ale momentami za długie. Niektóre fragmenty, opisy czy postacie zamulają główny nurt opowiadanej historii - nic nie wnoszą, a nie są też tak ciekawe, by zainteresować. Pod koniec byłam już zmęczoną plątaniną wątków, które jak to w serialu powoli zbiegały się w jednym punkcie, by eksplodować w dość kretyńskim zakończeniu.

ps. zakończyłam jesienny sezon ogrodniczy - uwidoczniony na zdjęciu w górnym lewym rogu efekt końcowy A. Wajrakowi chyba się by nie spodobał

niedziela, 22 listopada 2009
Tydzień polskiego filmu

Rzadko chodzę na polskie filmy. A w tym tygodniu byłam na dwóch.


Wszyscy zachwycają się Rewersem, a ja nie. Jest dobry, może nawet bardzo dobry, ale nie rewelacyjny. Jak na polski film ma świetną listę dialogową, tyle że zazwyczaj w filmach są dobre dialogi, to tylko w polskich filmach rzadko można takie usłyszeć.  Sama opowieść ciekawa, ale też bez przesady, w dodatku jej współczesne puenty smaczku  nie dodają, tylko wprowadzają irytującą nutkę dydaktyzmu. I może to zabrzmi jak bluźnierstwo - ale wcale mnie nie zachwyciła  gra Agaty Buzek (inna sprawa, że i przedtem za nią nie przepadałam). Rewelacyjna to jest K. Janda i A. Polony, tyle że ze szkodą dla filmu, więcej jest w nim A. Buzek, niż tych dwóch aktorek. Słowem wszedł na ekrany dobrze zagrany, dający się oglądać polski film i tyle. 

Drugi polski film - Zero, też niezły i pewnie byłby rewelacyjny gdyby go nakręcono 10 lat temu. A teraz takich filmów, będących mozaiką różnych scenek, układających się w kilka równolegle opowiadanych historii, jest całe mnóstwo. Wielkie miasto i mnóstwo pokręconych, nieszczęśliwych osób. Ogląda się ich historie z zainteresowaniem i zapomina o wszystkim 15 minut po wyjściu z kina (dialogi w tym filmie też nie są takie złe, może coś drgnęło?).

A Sonia Bohosiewicz, którą się tak wszyscy zachwycają, to wyszła z filmu Wojna polsko-ruska i nie zmieniając nawet butów, przeszła i przez ten film. Ciekawe przez ile jeszcze przejdzie, tak samo ubrana, z tym samym wyrazem twarzy i wypowiadając te same kwestie.

Kolejna ciotka kończy budować dom.  Pojechałam zobaczyć i wróciłam z soczkiem Mona vie.


Hanka mówi, że Ameryka oszalała na punkcie tego soku, podobno jest bardzo, bardzo zdrowy. Przez pół wieczoru usiłowała mnie przekonać o jego niesamowitych zaletach. Ale nie przekonała. Moim zdaniem, gdyby te jagody arcai były takie zdrowe, to  mieszkańcy Amazonii, którzy je jedzą od dawna, byli by dużo zdrowsi od nas. A nie są. Jedną butelkę dostałam w prezencie i piję, bo sok jest smaczny.  Ale jak wypiję,  następnej nie kupię. 

W połowie tygodnia wyjechałam na kilkudniowe szkolenie. Przed wyjazdem, jak co roku spakowałam lato do komórki:


I już na szkoleniu wymyśliłam, że hasłem na najbliższy czas, będzie  REDUKCJA. Redukcja wszystkiego, nie tylko wagi - przy tej prędkości zbyt wiele rzeczy i spraw przechodzi nie zauważenie. A szkoda.
czwartek, 19 listopada 2009

Literatura na peryferiach (1)

Liban
Jocelyne J. Awad - Rozdroże proroków


 

Bardzo urokliwe czytadełko. Przez Bliski Wschód jedzie zdezelowany, wypełniony haszyszem autokar, w którym za ostatnią, maskującą warstwę, robią spragnieni egzotyki turyści. Biuro podróży szemrane, autokar się co chwilę psuje, upał doskwiera, turyści marudni, a beduini-gangsterzy zainteresowani tylko wartościowym ładunkiem. Jest też i wątek miłosny - leniwy, upalony haszem pilot jest zainteresowany młodą i piękną turystką. Słowem gotowy materiał na film przygodowy. Ale też odrobina egzotyki i wartka narracja sprawia, że czyta się miło i jest nawet miejsce na refleksję o piekle nienawiści jaką sobie zafundowali mieszkańcy Bliskiego Wschodu.


Palestyna
Said Kaszua Arabowie tańczą




Jeszcze jedna książka z tego regionu -  równie dobrze się czyta jak poprzednią, ale nie jest tylko przygodowym czytadełkiem. Opowieść o dorastaniu chłopaka  - Araba, mieszkającego w Izraelu. Książka jest podobno napisana na motywach autobiograficznych - jeżeli tak, to jej autor nie miał łatwo.  Bohater, mimo że jest Palestyńczykiem, jest  bardzo krytycznie nastawiony do tego jak żyją i czego chcą od życia jego rodacy. Sam stara  się wyglądać jak Żyd, nie tylko dlatego że w Izraelu łatwiej się z takim wyglądem żyje - usiłuje w ten sposób również żyć, bez opowiadania się po  którejkolwiek ze stron.  Ale jak łatwo się domyśleć,  przy tej temperaturze sporu, nie jest to możliwe.

Korea
Oh Jeonghui - Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania


 


Nie lubię opowiadań. Ale w przypadku Oh Jeonghui nie wiem czy dałabym sobie radę z powieścią - o gram za dużo egzotyki. Przynajmniej jak dla mnie – lubię egzotykę w filmie, w książkach niekoniecznie. Zainteresowała mnie etykietka „proza kobieca”, ale kobiety są tu nie tylko nieszczęśliwe, jest w tych opowiadaniach ciężki nastrój przygnębiającej uległości i beznadziei. Nastrój jak z opowiadań M. Konopnickiej - nie wiem dlaczego miałam takie skojarzenie, może dlatego że tu i tam wiejska bida?  Ale też, żeby tak nie było, że nie ma nic w tych opowiadaniach  ciekawego - niektóre fragmenty przemawiają do wyobraźni, łatwo czarować sobie przed oczami obrazy tego, o czym się czyta.

Jest też bardzo ciekawy wstęp - Koreańskie kobiety w literaturze.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli