niedziela, 28 listopada 2010

Pożegnanie jesieni z motylem na ścianie

Niestety, nie da się dalej kwestionować rzeczywistości - jest zima. I będę musiała się z tym pogodzić. W dodatku, według prognozy na najbliższe 16 dni, już w środę w dzień ma być poniżej 10 stopni.

A było tak pięknie. W tym tygodniu po mojej łazience latał motyl.

Był piękny, kolorowy i zupełnie nie "zimowy".


Motyl znikł, a za oknem pojawiła się szara, zimowa rzeczywistość.

Na razie korzystam z "pełnego metrażu", kominek spokojnie utrzymuje w całym domu temperaturę 19-20 stopni (z tym, że nie jest jeszcze teraz tak zimno).  Ocieplenie tych kilku ścian dużo dało. Inna sprawa, że póki mogę, omijam najcieplejszy pokój - czuję zapach styropianu. Powietrze w tak ocieplonym pokoju jest nieprzyjemnie suche. 

W ubiegłą niedzielę ludność okoliczna (też wzięłam w tym udział) odwołała  burmistrza. Facet walczył o reelekcję w ten sposób, że rzutem na taśmę postanowił wyłożyć kostką granitową jak największą powierzchnię naszego miasteczka.  Spory kawałek udało mu się w ten sposób "upiększyć" - prawdopodobnie latem będą podtopienia, bo studzienki kanalizacyjne można policzyć na palcach. Ale to akurat nie mój problem. Za to rozważam powołanie stowarzyszenie przeciwników chodniczka - dopóki nie ma tego cholernego chodniczka, nie muszę się rano zrywać  i odśnieżać, nie mam takiego obowiązku. Ale skoro ludności podoba się kostka granitowa (niczym innym nie potrafię wytłumaczyć tego, że dotychczasowy burmistrz, mimo że  na koniec przegrał, otrzymał całkiem sporo głosów), to pewnie i chodniczek ich serca ucieszy. Burmistrz się zmieni, ale sposób pozyskiwania poparcia raczej nie. 

Sam z siebie, przyszedł pan hydraulik i przeniósł pralkę. Jak poszedł, przypomniałam sobie, że już kiedyś chciałam przenieść pralkę w to miejsce i zrezygnowałam z powodu kontaktu (w tej łazience jest tylko jeden, na przeciwległej ścianie.


Przy okazji - chwalę się nową szafeczką.

Długo opowiadać dlaczego, chociaż serce się rwie, do kina mi nie po drodze. Poszłam raz i nie wyszłam zachwycona.

Film nie najgorszy, moim błędem było to, że nastawiałam się na więcej,  myślałam o czymś w stylu Co wiesz o Elly. A tu klops, też irański, też o kobietach, ale zupełnie inaczej opowiedziany. Lata 50-te ubiegłego wieku. Za chwilę upadnie rząd Mosadegha i dojdzie do władzy szach Reza Pahlavi (na marginesie, przypomniałam sobie o tym, że by Pahlavi doszedł do władzy, zamordowano Mosadegha i pomyślałam o szachu: dostałeś, co dałeś).  Cztery kobiety - zbliżająca się do 50-tki żona wojskowego, druga trzymana przez brata w domowym zamknięciu, ciekawa świata,  interesująca się polityką, jej znajoma, nie buntująca się przeciw tradycji, zakochana w jej bracie oraz prostytutka w burdelu (jej  zdjęcie jest na plakacie). Każda z nich wrażliwa, nieszczęśliwa i rozpaczliwie szukająca swojego miejsca na ziemi. Wiele pięknych zdjęć, przejmujących scen, fajnie zaplecionych sytuacji. To co mi się nie podobało, to nadmiar poetyki. symboliki i wszystkich tego typu zawijasów  (np. terroryzowana przez brata Munis, popełnia samobójstwo, po czym zmartwychwstaje i akcja toczy się dalej jak gdyby nigdy nic).

Mam problem z drutami. Nie chcę się zabierać za Iglełudzika, dopóki nie skończę Sumka i mojej wersji Lavalette z czerwonego kauni. Sumek nudzi monotonią wzoru, a czerwone kauni w zasadzie powinnam spruć i zrobić  prawie od początku - wełna jest koszmarnie spleciona (nigdy więcej kauni lace, Pstrokacza zrobiłam też z kauni, ale nie lace, i wełna była w porządku) - spostrzegłam że w kilku miejscach jest tak cienka, że jeżeli to teraz zlekceważę, to przy pierwszym pranu pęknie (tak sie stalo gdy lekko szarpnęłam w taki miejscu włóczką).

piątek, 26 listopada 2010

Nadrabiając zaległości

Czytam dziwnie mało jak na tę porę roku. Ale tak długo nie pisałam o książkach, że się i bez tego zebrało.

Imiennik


Imiennik trochę mnie rozczarował - po przeczytaniu opowiadań Jhumpy Lahiri Tłumacz chorób, biorąc do ręki jej kolejną książkę spodziewałam się więcej.

Imiennik to opowieść o hinduskich imigrantach w USA. Pochodzący z Kalkuty Ashoke, wraca po skończeniu studiów w Ameryce na chwilę do ojczyzny, by wziąć ślub z wybraną przez rodzinę Aschimą. Młoda żona jest przerażoną perspektywą mieszkania w obcym kraju, daleko od rodziny, ale towarzyszenie świeżo poślubionemu mężowi traktuje jako obowiązek. Oboje bardzo powoli uczą się żyć w amerykańskiej rzeczywistości.  Tytułowy imiennik to ich syn Gogol, który jak przystało na dziecko imigrantów, gdy dorośnie  nie wie kim jest - Hindusem czy Amerykaninem.  W żadnej z tych ról nie  czuje się do końca sobą i w każdej z nich ponosi porażki  Czytając śledzi się losy tej rodziny trochę jak w serialu. Ale że książka to przemiłe czytadło, jest to zajęcie bardzo miłe i wciągające.

Droga żelazna

W przeciwieństwie do Imiennika, książka Aharona Appelfelda czytadłem nie jest.


Erwin Siegelbaum od wiosny do zimy jeździ pociągami po Austrii, zajmuje się handlem, z tym że to jeżdżenie to dla niego coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy. Ogarnięty jest pragnieniem zemsty - chce dopaść człowieka, którego obwinia o zamordowanie swoich rodziców w obozie koncentracyjnym - od kilkudziesięciu lat przemierza kraj myśląc o tym, by stanąć z nim twarzą w twarz.

Jeszcze jedna książka o Holocauście, ale napisana w przejmująco oszczędny sposób.

Przypomnij sobie

Seria z miotłą (przynajmniej takie są moje doświadczenia) nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

Opowieść skadynawskiej rodzinie. O tym jak Anna usiłuje sobie poradzić z tarumą dzieciństwa i ułożyć sobie  życie w związku (jej partner jest równie poraniony, tyle że inaczej). Gdy była dzieckiem, jej ojciec nadużywał przemocy, a matka biernie się temu przyglądała. I im bardziej jej brat Jonasz skręcał w kierunku choroby psychicznej, tym bardziej tatuś sobie z tym nie radził i był jeszcze bardziej agresywny.

Lekki zgrzyt to to, jak przedstawiany jest Ian, partner Anny. Po 11 września cierpi z tego powodu, że jest Amerykaninem, uważa się za sekowanego z tego powodu. Ponieważ rzecz się dzieje w Europie, było to dla mnie trochę dziwne - Ian nie był Arabem

Część o dzieciństwie według mnie dużo lepsza, to ona decyduje o tym, ze to dobra książka, ale całość się dobrze czyta.

 

Na koniec o książce, którą nie wiem nawet dlaczego doczytałam do końca, czyli o Klubie miłośników Jane Austen

Może film na podstawie tej książki dał się obejrzeć, książkę z trudem daje się czytać (tyle, że nie byłam zaskoczona, bo nutta uprzedziła mnie o tym w komentarzach).

Kilka mieszkanek Amerykańskiego Południa, z których część jest na ostrym życiowym zakręcie, spotyka się raz w miesiącu by porozmawiać na temat wybranej wcześniej książki Jane Austen. Tak do końca nie wiadomo  dlaczego  jako temat comiesięcznych spotkań wybrały literaturę - żadna z nich nie ma nic ciekawego na ten temat do powiedzenia,. Ptzy okazji, oprócz nudnych wywodów na temat książek Jane Austen, czytelnik dowiaduje się co spotkało bohaterów książki przez poprzedni miesiąc. I jak to bywa w życiu, czasami spotyka i ich coś ciekawego, tyle że o wszystkim można tak opowiedzieć, by  zanudzić czytelnika i to akurat autorce się to udało. W dodatku, żeby było "mądrzej", kolejne epizody udekorowane są krótkimi wstawkami na zupełnie inny temat, niby z kluczem, mającym tworzyć głębię, a będącymi pstrokatym bełkotem. 

niedziela, 21 listopada 2010

Ostatnie dni urlopu

Aby dostać dofinansowanie do urlopu, trzeba być na nim 14 dni - wzięłam więc jeszcze kilka dni wolnych i jak zawsze w takiej sytuacji, miałam zbyt dużo czasu wolnego by się zabrać za coś konkretnego.

Trochę podłubałam.

Aktualnie w robocie jest Sumek:

Mógłby być szerszy, ale pruć nie będę. Bo  co z tego, że wzór prosty - odwracanie robótki co kilka oczek jest bardzo męczące. W dodatku, im dalej w las tym bardziej prześladuje mnie myśl, że  wzór dziurawy ser jest o niebo prostszy, a też wygląda.

Powoli przyrasta też moja wersja Lavalette.


Rosłaby szybciej, tylko akurat to kauni jest wyjątkowo źle skręcone.

A w kolejce czeka podpatrzony u Rene Iglełudzik - tak się przejęłam zdaniem take time to save time, check your gauge, że nie tylko zrobiłam próbkę, ale i ją wyprałam.


W ostatnie dni urlopu chciałam jeszcze coś popchnąć z remontem.

Plany były wielkie, a skończyło się tylko na panu glazurniku. Nie mogę  go winić, że uzupełnienie dziury wyszło tak sobie, bo to był mój pomysł by tam gdzie jest skos, nie odbijać  płytek. Teraz widzę, że jednak trzeba będzie.

Wystąpiłam też w roli pani domu - pizza na zamówienie i ciasta z cukierni. Przebojem był  za to wyremontowany przez Bojara rozkładany stolik brydżowy - powinnam jeszcze wymienić zielony filc, ale nie wiem gdzie coś takiego można kupić. Na Allegro nie występuje, a sklepów z materiałami jak na lekarstwo - prawie wszystkie zostały zamknięte. A w tych co jeszcze są czynne i o nich wiem, nie ma.


My graliśmy w brydża, Gumiś sprawdzał testy, a synek miał mi skonfigurować otrzymanego od córki laptopa.

Laptop niby skonfigurowany, ale akurat to co miało na nim działać, czyli kamerka na Skypie nie działa. Co oznacza, że  Google chat rządzi dalej.

piątek, 19 listopada 2010

Wróciłam z wakacji

Zachód na Saharze:


Zdjęcie zrobiłam siedząc na wielbłądzie (po 25 latach znów siadłam na grzbiecie czworonożnego zwierzaka, ale tym razem szczęśliwie nic się nie stało).

Tydzień w Tunezji (czyli odliczając podróż, 6 dni) to za mało, dwa tygodnie byłoby za dużo, w sam raz byłoby 8 dni, ale poza sezonem ten wariant odpada, bo samolot jest tylko raz w tygodniu. Wybrałyśmy all inclusive w dobrym hotelu. Było ciężko, bo kuchnia była dobra i pod koniec pobytu z trudem dopinałam spodnie. Na szczęście w dniu  wyjazdu uratował mnie napad paniki (czyli typowe dla mnie żołądkowe sensacje na samą tylko myśl o locie samolotem) - wprawdzie nie jest jeszcze tak jak przed wyjazdem, ale przynajmniej "drgnęło" w dobrym kierunku.  

Z tych 6 dni, dwa dni spędziłyśmy na Saharze (poza godzinną przejażdżką na wielbłądach, m.in. wozili nas przez cztery godziny jeepem po pustyni)


Jeden dzień - Tunis i okolice:


Trochę pokręciłysmy się po okolicy:


Z tym, że bez złudzeń. Krok od atrakcji, morze śmieci:


Z braku czasu nie pojechałyśmy wzdłuż wybrzeża koleją do Monastyru. Bo nie tylko zwiedzanie, ale i wypoczynek był ważny

Drutowałam  i podczas zwiedzania - np. gdy czekaliśmy na odjazd autokaru

Nawet tysiące kilometrów od domu nie zapomniałam o remoncie - w trosce o moją drewnianą podłogę, przywiozłam dywanik pod fotel:

I taki, który po powieszeniu będzie robił za zagłówek (drewniane ściany miały swoje zalety):


środa, 10 listopada 2010

Na ten moment

Mam już w łazience cudowną szafeczkę:

Na tym zdjęciu więcej widać, ale samo zdjęcie takie sobie, bo robione z kabiny, przez szybę:

Łatwo nie było, bo kolejny raz, cały zrobiony wcześniej porządek, szlag trafił:


Ale chwilę potem, moja klapa od piwnicy:


razem z podłogą dużego pokoju została przykryta nową wykładziną:

Sykstynia dostała koloru:

Łóżka nowe obicia:

Bojar obciął diaksą metalową półkę raka tak,  że pralkę będzie można przysunąć do ściany:

Problemem, którego na dziś nie potrafię rozwiązać, to zakup komody. Popatrzyłam na Allegro i już wim, że będzie ciężko znaleźć coś pasującego do szafy:

Dopóki nie kupię komody, będę miała w tym miejscu zbieraninę szafek. Da się z tym żyć:

Na dzień dzisiejszy  poza tym co muszę kupić i co tym samym mogę zrobić bez oglądania sie na innych, do pełni remontowego szczęścia brakuje:

- przeniesienia pralki,

- dokończenia podłogi,

- wstawienia brakujących płytek w podłodze,

- uczelnienia baterii od prysznica,

- wymiany stłuczonej w kabinie prysznicowej płytki,

- nowych fug w podłodze w łazience,

- dwóch półek na książki w małym pokoju,

- parapetu w pokoju z szafą,

- dorobienia zawiasów w dzwiczkach zasłaniających piec w kuchni

i pomalowania jeszcze raz belek w kucbni, by jeszcze bardziej ich kolor walił po oczach.

niedziela, 07 listopada 2010

Idzie ku lepszemu

Po pierwsze mam dwa tygodnie urlopu. Będę trochę wyjechana, ale nie przez cały ten czas - w tym czasie jestem umówiona na kładzenie wykładziny, zrobienie stolarki i przeniesienie pralki. Jest też szansa, że w ciągu tych dwóch tygodni wyrobię się i ze skończeniem podłogi. Poczekam za to z glazurą. Znalazłam wprawdzie pana glazurnika, który podjął się wymiany felernej płytki, ale o samą płytkę trudno -  musi przyjechać z Hiszpanii i trwa to miesiąc. W dodatku nie można zamówić jednej płytki, tylko najmniej siedem, więc dwie schowam na zapas, a cztery jeszcze dokleję.

Mam już wszytkie papiery potrzebne do zakończenia modernizacji domu - jak tylko Wojtek podpisze, jako kierownik budowy stosowne  oświadczenia, zaniosę cały segregator do Powiatowego Nadzoru Budowlanego. Nie wiem tylko jak łykną to, że nie mam dziennika budowy. Mam za to m.in.:

1.    Protokoły badań i sprawdzeń:
a)    opinia kominiarska       
b)    protokół szczelności instalacji gazowej       
c)    protokół odbioru instalacji elektrycznej      
2.    Powykonawczą inwentaryzację geodezyjną
3.    Protokoły odbioru przyłącza:
a)    opinia kominiarska       
b)    protokół szczelności instalacji gazowej       
c)    protokół odbioru instalacji elektrycznej      
d)    protokół odbioru przyłącza wodociągowego
4.    Świadectwo charakterystyki Energetycznej Budynku

Spędziłam całkiem miły fragmencik weekendu w domu - jest już w miarę posprzątane, a dzięki ociepleniu ścian jest o niebo  cieplej. A o tej porze roku przyjemnie można oddawać się lenistwu, bo nawet jeżeli nie wszystko w ogrodzie jest zrobione, to jest zbyt zimno i mokro, by brać do ręki grabie.

Resztę weekendu spędziłam z córką, która wpadła na dwa dni.

 

Na zdjęciu Anka występuje z psem przyjaciółki. Psy są słodkie, ale pod warunkiem, że  to nie ja muszę się o nie troszczyć. Czasami mam poczucie winy, że tyle bezdomnych psów czeka w schronisku, a ja na to nie reaguję. Ale aż tak zwierząt nie kocham, by zrezygnować ze swojej wolności. Ostatnio jak byłam u Gumisia, spędziłam noc z buldogiem francuskim. I nie polecam.

Znalazłam też czas na Szarotki. Co spotkanie jest na więcej. Tym razem milczącą bohaterką spotkania było dziecko - ideał. Siedziało sobie w wózku i w ciszy zajmowało się sobą.

Na Szarotkach odebrałam od Myszopticy wełnę kupioną na podpatrzone u Rene kamizelkowate cuś.

Sama za bardzo nie mam się czym pochwalić. Robię kolejny szal, ale idzie jak po grudzie. Popełniłam też kolejną czapkę w stylu Quincy (na głowie wygląda ździebko lepiej niż na zdjęciu).


 

Ale widzę już światło w tunelu. Uwierzyłam, że S.J. Lec miała rację: Nawet najdłuższa żmija kiedyś mija. Nawet mój remont. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli