niedziela, 27 listopada 2011
Mój wkład w drutkowanie

Zrobiłam coś, na co sama wpadłam (tzn. nie czytałam o tym na żadnym blogu). Wg przepisu border w Print O'The Wave Stole, robi się wprawdzie osobno. ale robiąc, sukcesywnie "doczepia" się do szala. Tymczasem ja to sobie uprościłam, i tak jak w poprzednich szalach które robiłam według tego wzoru, border zrobiłam osobno z zamiarem doszycia na końcu. Zapomniałam o tym, że przy melanżowej wełnie, nie sposób dopasować kolorystycznie nitki, którą się to zszywa. Kombinowałam na różne sposoby i za każdym razem wychodziło paskudnie.

I olśniło mnie ... poszłam do pasmanterii i kupiłam nitkę do "niewidocznych" szwów zszywania i w porównaniu z tym jak to wychodziło, wyszło o niebo lepiej.   

Moje OjWave:

 

Jak dla mnie ten wzór ma jedną wadę - border jest dość szeroki i "wykręcanie" na rogach wychodzi tak sobie. ale generalnie szal ładny, a kolory obłędne. 

Spojrzałam na Raverly na moje tegoroczne "osiągnięcia": dwa szale, jedna kamizelka i dwa niemowlęce kocyki, bardzo kiepski pod tym względem rok. Już 2010 nie był zbyt imponujący, 2011 miał być pod tym względem lepszy, a wyszło tak jak zawsze.

Teraz mam problem z rękawami do PoleGole. 


We wzorze (kupionym!) nie ma rozrysowanego schematu rękawów - jest tylko opis z podaniem liczy oczek i rzędów (nie ma też końcowych wymiarów). Nie robiłam z tej włóczki, ani na tych drutach więc, nawet jeżeli któreś rozliczenie mi pasuje, to nie wiem które. Zaczyna się od góry, rzędami skróconymi wyrabia się główkę, a potem idzie się w dół. Teraz już wiem, że ten sweter powinno się zaczynać od rękawów - dopasować do zrobionej główki rękawa obwód wykroju pachy banalne, zrobić to w drugą stronę, niewyobrażalne. Chyba zrobię rękaw innym sposobem. 

Kryzys kapitalizmu jest faktem. Pojechał do Londynu mój synek, poszedł do pasmanterii w domu towarowym Levis ze złotymi guzikami na wzór, miał kupić srebrne ... i pani ekspedientka powiedziała jak na filmie Barei: Nie ma! Zabrakło.  

W piątek zorganizowałam wieczór wróżb. Menu było bardzo wykwintne:

- zupa z dyni (na ostro),

- sałatka ze świeżego szpinaku, z rokpolem, orzechami i czymś tam jeszcze,

- sałatka ze smażonej cukinii w jakimś dziwnym sosie,

- bakłażany nadziewane bryndzą,

- szczupak pieczony,

a na deser ciasto francuskie z gruszką.

Było to wszystko pyszne, bo zrobił to dla nas mój synek. Z tym, że był to ostatni wieczór wróżb w tej formule. Robiłam to do tej pory w piątek, bo większość obarczonych mężami ciotek w weekend niechętnie rusza się z domu. Tymczasem one i tak nie przyszły, a wolne ciotki zdecydowanie wolą fruwać w sobotę. W dodatku wyjazd w piątek z Warszawy to koszmar, nawet dla takiego pirata drogowego jak Anćka - wieziona przez nią załoga nie zbuntowała się, bo miała alkohol na pokładzie, ale przez to część wieczoru odbyła się u Ańćki w samochodzie. 

Zdjęcia nie wyszły, bo nie zauważyłam, że miałam znowu  obiektyw przestawiony na "manual", to nie wyraźne na zdjęciu to szczupak:

 

W związku z tym wieczorem mam jeszcze jedną refleksję: na początku listopada, wszyscy jak mantrę powtarzają słynne zdanie ks. Twardowskiego. W praktyce niewiele z tego wynika.  

W księgarniach przedświąteczny wysyp książek. Można dostać oczopląsu. Jest już autobiografia Keitha Richardsa - zaproponowałam Gumisiowi, że kupię jej w prezencie świątecznym, ale nie wyglądała na zachwyconą, więc może kupię ją sobie sama dla siebie w prezencie. Chętnie przeczytam też autobiografię Micka Jaggera - leży w księgarniach obok ksiązki Keitha -  zakładam, że polemika nie dotyczy tylko rozmiaru siusiaka Jaggera. Na razie, w ramach rozgrzewki, przeczytałam to co o sobie napisała Marianne Faithful

 

Marianne Faithful jest dla mnie bohaterką swingującego Londynu lat sześćdziesiątych i tak już zostanie. W swojej autobiografii, jak nie o facetach i ćpaniu, to pisze o swojej twórczości. Tymczasem dla mnie piosenkarka z niej żadna (upewniłam się w swoim sądzie odsłuchując kilka kawałków na Youtubie).

Autobiografia bardzo taka sobie. Przewija się przez tę książkę cały muzyczny świat mojej młodości, ale ciekawych anegdot mało - to z kim i w jakich okolicznościach wylądowała w łóżku czy zaćpała, szybko staje się nudne. Ze szczerością ćpuna po terapii, bez skrępowania opowiada o różnych sytuacjach, wymieniając z nazwiska i imienia inne osoby, które nie jestem przekonana, że chcą by im o tym przypominać. Jak na mój gust brakuje w tym wszystkim humoru i dystansu.

Ale jak w każdej tego typu książce są i smaczki:

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. W ramach National Health Service poddana została następującej terapii: po przyjęciu na szpitalny oddział, narkomanom ordynowano tyle dragów, ile tylko chciał i czekano co dalej. Chodziło o to by doczekać się tego, że pacjent powie: "Mam już dość. Naćpałem się na całe życie". Dopiero wtedy, przechodzono do następnego etapu leczenia, polegającego na stopniowym redukowaniu dawki (M. Faithful spędziła w tym szpitalu osiem miesięcy i szybko wróciła do ćpania).

W ramach Sputnika nad Polską zobaczyłam jeszcze jeden film - Generation "P".


Poszłam bo kocham prozę Pielewina. Kinoteka 21.30 - pełna sala, sprzedanych biletów więcej niż miejsc, zajęte i miejsca na podłodze. Wchodząc do kina informacja, że w ramach festiwalu będzie dodatkowy seans Fausta. Serce rośnie.

Sam film według mnie płaszczy tę książkę. Przed seansem reżyser zadał pytanie kto ją czytał - mniej więcej 1/5 podniosła rękę. Opowieść o copywriterze z jednej z moskiewskich agencji reklamowych, płynącego na fali dzięki zdolnościom, które mocno "wspomaga" środkami zmieniającymi świadomość. Współczesna Rosja i jej kontrasty. Polane to wszystko sosem błyskotliwych sloganów reklamowych, które w książce dodawały wdzięku, a w filmie przytłaczają, Po seansie rozległy się oklaski - więc może film był dobry, tylko porównania z książką nie wytrzymał? 

 

W niedzielę musiałam się ruszyć z domu, bo zostałam wyprowadzona do teatru.


To nie był dobry spektakl. Zachwycić mógł taniec, ale reszta mnie tak zirytowała, że złośliwie pomyślałam, że w Thrillerze Michaela Jacksona tłum tańczył równiej i był lepiej zsynchronizowany. Przebolałabym nawet to, że nie zawsze rozumiałam wypowiadany ze sceny tekst. Ale wyświetlanie na umieszczonym nad sceną ekranie fragmentów wiadomości telewizyjnych: Marsz Niepodległości, "adoracja" krzyża na Krakowskim  Przedmieściu, Premier pocieszajacy zdesperowaną kobietę mnie przerosło. Było wprawdzie też i kilka przebitek i z mitu o Ifigenii, niektóre nawet pięknie podane, ale ogólnego wrażenia zmienić już to nie mogło. Bleeee ...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jeszcze nie tak dawno, kto żyw był wypychany na wcześniejsze emerytury. Niektóre moje ciotki się załapały i wprawdzie chwilę później zawiesiły te emerytury, ale przynajmniej mogą szpanować przy kasach biletowych legitymacją emeryta. Teraz ci sami co kilka lat lat temu z troski o państwo i budżet przegłosowali ustawy o wcześniejszych emeryturach, za chwilę przegłosują wydłużenie wieku emerytalnego. Patrząc na tempo tych zmian, pewnie dożyję całkowietego zlikwidowania emerytur - zastąpi je jakieś świadczenie, którego wysokość będzie uzależniona od stanu finansów państwa. Bismarck dawał emerytury 70-letni urzędnikom, gdy średnia wieku wynosiła 45 lat.  Niezależnie od tych emerytalnych zawirowań, cały czas nie mam pomysłu jak urządzić się na starość. Rozglądam się wokół i tak: te ciotki które mieszkają w mieście, planują wyniesienie się na wieś (czasami nawet dość odległą i głuchą), dotyczy to zarówno ciotek samotnych jak i takich, które mają męża na stanie. Z kolei te które mieszkają w podmiejskich domach, rozważają powrót do miast. Czyli póki co, wszystkie jestesmy zgodne w tym, że emerytura oznacza gruntowną zmianę dotychczasowego życia, ale koncepcji na czym ta zmiana ma polegać jest całe mnóstwo.

W tym tygodniu nareszcie były Szarotki. Nie pochwaliłam się na nich moim OjWave3 - czeka dopiero na  zszycie (wełnę wykorzystałam co do centymetra i będę musiała spruć kilka rzędów szala, by mieć go czym zszyć).

 

Na Szarotkach zamówiłam kolejną kauni, tym razem szaro-czarną, na Summita. Marta przyniosła wełnę potrzebną do skończenia PoleGole i już wiem z czego będę robiła nastęny kardigan - zamówiłam u dziewczyn z nowego sklepu z włóczkami, Magicloop Nepala. Włóczek coraz więcej i coraz piękniejszych - gorzej z czasem. Miałabym go dużo więcej, gdybym odspawała się od monitora (w gamelo.net przeszłam planszę 108 i utknęłam na 111).   

Jeden dzień



Bywają dobre komedie romantyczne. Bywają dobre melodramaty.  Ale nie rozumiem dlaczego Roman Gutek jest dystrybutorem akurat tego filmu? Pomysł na film nie jest jeszcze taki głupi - zilustrowanie tego co działo się  przez dwadzieścia lat za pomocą pokazania co działo się w życiu bohaterów filmu w kolejnych latach w dniu 15 lipca (rocznicy poznania). Nie najgorszy i dość często spotykany w życiu jest też schemat fabuły - związek zdefiniowany jako przyjaźń, a więc dający przestrzeń na "prawdziwe" związki, tyle że zbyt "głęboka jest ta przyjaźń, by tamte związki miały jakiekolwiek szanse powodzenia. Nie najgorsze dialogi. Tyle, że nie trzyma się to wszystko kupy i błyskotliwe scenki utopione są w melodramatycznej mazi. 

Lone Scherfig wyreżyserowała Włoski dla poczatkujących, Wilburg chce się zabić, niedawno Była sobie dziewczyna. Ta wyliczanka pokazuje jak zjeżdzała w dół. Jednym dniem osiągnęła dno. 

No ale ponieważ lubię Annę Hathaway i było trochę dialogów na poziomie, to dwie gwiazdki, nie jedna.



Z następnym filmem było dużo lepiej.



Anonimus to wariacja na temat, jeżeli nie Szekspir, to kto?

Tym razem wskazany jest lord Oxford, zięć Williama Cecila - doradcy królowej Elżbiety. W. Cecil uważa teatr i poezję za dzieło szatana, a że zięć ma tytuł, ale nie pieniądze, musi siedzieć cicho i to co pisze, publikować nie pod swoim nazwiskiem. Jego sztuki - zgodnie z intencją ich autora - są wykorzystywane jako narzędzie walki o władzę - królowa Elżbieta jest stara i schorowana i walka o tron wchodzi w kulminacyjną fazę.

Na początku, gdy zawiązuje się intryga, trudno się w tym wszystkim połapać, w dodatku  akcja toczy się równolegle w kilku planach czasowych. Ale im bliżej końca, tym bardziej się to wszystko splata i gdy pojawiają się końcowe napisy wszystko staje się jasne. Jak dla mnie, zbyt wiele wątków zawisa w próżni. Ale też nie jest to zły film. Trochę dziwią mnie tylko trzy gwiazdki w GW. 



Listopad to czas Festiwalu Filmów Rosyjskich. W porównaniu do poprzednich lat, ten Festiwal się rozwija - jest dużo nowych filmów i retrospekcja nie jest jego głównym daniem (moim zdaniem WFF jest z roku na roku gorszy, Gutek też w tym roku nie zachwycił, z innymi podobnie). 


W ramach tego Festiwalu w tym tygodniu obejrzałam:

W sobotę

W nocy z piątku na sobotę wybuchł pożar w elektrowni w Czarnobylu. W sobotę rano mieszkańcy pobliskiego miasta jeszcze o tym nie wiedzą, toczy się normalne życie. Bohater tego filmu zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje, chce uciec z dziewczyną. Ale ona chce jeszcze przed wyjazdem coś załatwić, potem ucieka im pociąg, wpadają jeszcze na wesele ...  Błąkały mi się jakieś skojarzenia z Boską komedią. Na amerykańskich filmach tego typu, jest akcja, ktoś kto bierze na siebie odpowiedzialność za innych, walczy ze złymi i na koniec obowiązkowo zwycięża.  Na tym filmie  marazm, alkohol i pijacki bełkot. Nic się nie dzieje, czasami i przez kilka minut, po jakimś czasie zaczyna wiać przeraźliwą nudą.  

Szkoda, bo sam temat ciekawy.  


Faust



Byłam ciekawa z jakim filmem przegrał w Wenecji podobno rewelacyjny ostatni film Polańskiego. Po obejrzeniu tego filmu, myślę że film Polańskiego chyba nie był taki wybitny, skoro przegrał z filmem Sukorowa.

Bo moim zdaniem Faust wybitny nie jest. Piękne zdjęcia. Świetnie dopasowana ścieżka dzwiękowa. Ale męczy oko przytłaczająca brzydota - wszystko w tym filmie jest pokraczne i obrzydliwe.  Diabeł to odrażający fizycznie lichwiarz. Faust to bufon, a Małgorzata głupia gęś.   

Słowem mnie ten film nie zachwycił.  

piątek, 18 listopada 2011
Przeczytane

Anita Nair Opowieść żony, która spróbowała czarów



Przeczytałam kolejny zbiór opowiadań, za którymi jak nie przepadałam, tak nie przepadam. Tym razem wypożyczyłam, bo pamiętałam, że podobał mi się tej autorki Przedział dla pań. Bohaterami tych opowiadań są Hindusi, ale nie zaliczyłabym tej książki do prozy multi-kulti - autorka pisze o Hindusach, bo najlepiej ich zna. W ciepły, kameralny sposób opowiada w tej książce o zwykłych ludziach, którzy radzą sobie (a raczej nie radzą) w zwykłych sytuacjach.  Tyle, że jak dla mnie zbyt to wszystko melodramatyczne. Brak sarkazmu, czy ciętych dialogów, który by to "równoważył" - tę rolę pełni urokliwy klimat. Jako smaczki" potraktowałam egzotykę jej skojarzeń - np. opisując pieczonego w Święto Dziękczynienia indyka, to że podaje się go z żurawiną, tłumaczy tym, że ofiarowane w święto pożywienie musi mieć też i coś, co będzie symbolizowało krew.  Moim zdaniem żurawina pasuje smakiem, nic więcej.



Raymond Queneau Pierrot mon ami

Zainteresowała mnie ta książka, gdy na jej okładce przeczytałam, że Raymond Queneau jest autorem Zazi w metrze.

Pierrot mon ami też miły w czytaniu. Lunapark na obrzeżach Paryża i związana z nim cała galeria powykręcanych postaci. Jest też i quasi- detektywistyczna intryga. To wszystko stanowi tło do przeuroczej ballady o smutnym Pierrocie, o dobrym sercu, nie za wielkim rozumie i który jak to z Pierrotami bywa, fartu w życiu nie miał za wiele, a nawet jak trafiały mu się tzw. życiowe okazje, to ich nie zauważał (oczywiście jak jest Pierrot, jest również i nieszczęśliwa miłość).

Klimatyczna powiastka, jak ktoś lubi Calvino, to będzie mu się podobać. Z tym, że Calvino lepszy. Mniej dosłowny

Francoise Sagan Witaj Smutku

 

Kilkadziesiąt lat temu czytałam już tę książkę. Na fali popaździernikowej odwilży była drukowana w Przekroju, moi rodzice zachowali roczniki Przekroju i podczas kolejnych chorób, sukcesywnie je czytałam.  

Młoda dziewczyna po skończeniu klasztornej szkoły, towarzyszy swojemu ojcu w jego rozrywkowym życiu. Niespodziewanie, zamiast kolejnego kociaka u boku ojca pojawia się dojrzała kobieta, z którą ojciec zamierza zacząć wieść stateczne życie.   Nawet jeżeli jej ojciec dojrzał do takiej zmiany, jego córka nie jest na to gotowa ....

Temat stary jak świat. Ale coś w tej książce trąci myszką - jej czytanie przypominało mi oglądanie filmów z Luis de Funes.



Barbara i Michael Foster Miłość we Troje

Książka duża i gruba. W dwudziestu dziewięciu rozdziałach autorzy opisali kilkaset trójkątów miłosnych, w jakie były zaplątane postacie historyczne.

Po jej przeczytaniu ma się wrażenie, że to układ: on, ona i ona lub ona, on i on stanowi modelowy, typowy dla naszej kultury, związek. W pierwszej chwili trudno wyłowić te postacie historyczne, o których uczono w szkole, a które nie występują na łamach tej książki.

Ale choć temat ciekawy, to książka nudna i przeczytać jej całej nie dałam rady. Według mnie autorzy nie udźwignęli rozmiaru zebranego materiału -  nie można o miłosnych trójkątach pisać z buchalteryjną skrupulatnością. A autorzy w to poszli: tu się poznali, tu pojechali, pod tym adresem mieszkali od -do, a potem to ... - nawet jak pojawia się anegdota, to czytelnik jest tak przygwożdżony natłokiem encyklopedycznych faktów, że z trudem ją zauważa.

Objętość zgromadzonego materiału, pozwala na uogólnienia i wyłapanie często powtarzających się schematów. Wiele jednak z tych klisz jest już dzisiaj nie aktualna - w dawnych czasach żony, wycieńczone kolejnymi ciążami i połogami, bardzo często witały kochanki mężów z otwartymi ramionami. Zgodnie z obowiązującymi zasadami, owocem "obowiązków małżeńskich" musiało być potomstwo. A kochanki w ciąże raczej nie zachodziły. Ciekawe jak to robiły - jedyne rozwiazanie jakie przychodzi mi do głowy to aborcja.   



Na ten sam temat przeczytałam coś takiego:



Ta książka stanowi całkowite przeciwieństwo poprzedniej. Przeraźliwa manipulacja faktami. Nie trzeba dużo wiedzieć by to widzieć.  Przypomniałam sobie aferę z Moniką Lewinsky: wzywanym na przesłuchania bohaterom tej afery nie przyszło do głowy, by po prostu skłamać ... i to oni mają nas uczyć jak żyć w demokracji? 

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli