niedziela, 27 listopada 2011
Mój wkład w drutkowanie

Zrobiłam coś, na co sama wpadłam (tzn. nie czytałam o tym na żadnym blogu). Wg przepisu border w Print O'The Wave Stole, robi się wprawdzie osobno. ale robiąc, sukcesywnie "doczepia" się do szala. Tymczasem ja to sobie uprościłam, i tak jak w poprzednich szalach które robiłam według tego wzoru, border zrobiłam osobno z zamiarem doszycia na końcu. Zapomniałam o tym, że przy melanżowej wełnie, nie sposób dopasować kolorystycznie nitki, którą się to zszywa. Kombinowałam na różne sposoby i za każdym razem wychodziło paskudnie.

I olśniło mnie ... poszłam do pasmanterii i kupiłam nitkę do "niewidocznych" szwów zszywania i w porównaniu z tym jak to wychodziło, wyszło o niebo lepiej.   

Moje OjWave:

 

Jak dla mnie ten wzór ma jedną wadę - border jest dość szeroki i "wykręcanie" na rogach wychodzi tak sobie. ale generalnie szal ładny, a kolory obłędne. 

Spojrzałam na Raverly na moje tegoroczne "osiągnięcia": dwa szale, jedna kamizelka i dwa niemowlęce kocyki, bardzo kiepski pod tym względem rok. Już 2010 nie był zbyt imponujący, 2011 miał być pod tym względem lepszy, a wyszło tak jak zawsze.

Teraz mam problem z rękawami do PoleGole. 


We wzorze (kupionym!) nie ma rozrysowanego schematu rękawów - jest tylko opis z podaniem liczy oczek i rzędów (nie ma też końcowych wymiarów). Nie robiłam z tej włóczki, ani na tych drutach więc, nawet jeżeli któreś rozliczenie mi pasuje, to nie wiem które. Zaczyna się od góry, rzędami skróconymi wyrabia się główkę, a potem idzie się w dół. Teraz już wiem, że ten sweter powinno się zaczynać od rękawów - dopasować do zrobionej główki rękawa obwód wykroju pachy banalne, zrobić to w drugą stronę, niewyobrażalne. Chyba zrobię rękaw innym sposobem. 

Kryzys kapitalizmu jest faktem. Pojechał do Londynu mój synek, poszedł do pasmanterii w domu towarowym Levis ze złotymi guzikami na wzór, miał kupić srebrne ... i pani ekspedientka powiedziała jak na filmie Barei: Nie ma! Zabrakło.  

W piątek zorganizowałam wieczór wróżb. Menu było bardzo wykwintne:

- zupa z dyni (na ostro),

- sałatka ze świeżego szpinaku, z rokpolem, orzechami i czymś tam jeszcze,

- sałatka ze smażonej cukinii w jakimś dziwnym sosie,

- bakłażany nadziewane bryndzą,

- szczupak pieczony,

a na deser ciasto francuskie z gruszką.

Było to wszystko pyszne, bo zrobił to dla nas mój synek. Z tym, że był to ostatni wieczór wróżb w tej formule. Robiłam to do tej pory w piątek, bo większość obarczonych mężami ciotek w weekend niechętnie rusza się z domu. Tymczasem one i tak nie przyszły, a wolne ciotki zdecydowanie wolą fruwać w sobotę. W dodatku wyjazd w piątek z Warszawy to koszmar, nawet dla takiego pirata drogowego jak Anćka - wieziona przez nią załoga nie zbuntowała się, bo miała alkohol na pokładzie, ale przez to część wieczoru odbyła się u Ańćki w samochodzie. 

Zdjęcia nie wyszły, bo nie zauważyłam, że miałam znowu  obiektyw przestawiony na "manual", to nie wyraźne na zdjęciu to szczupak:

 

W związku z tym wieczorem mam jeszcze jedną refleksję: na początku listopada, wszyscy jak mantrę powtarzają słynne zdanie ks. Twardowskiego. W praktyce niewiele z tego wynika.  

W księgarniach przedświąteczny wysyp książek. Można dostać oczopląsu. Jest już autobiografia Keitha Richardsa - zaproponowałam Gumisiowi, że kupię jej w prezencie świątecznym, ale nie wyglądała na zachwyconą, więc może kupię ją sobie sama dla siebie w prezencie. Chętnie przeczytam też autobiografię Micka Jaggera - leży w księgarniach obok ksiązki Keitha -  zakładam, że polemika nie dotyczy tylko rozmiaru siusiaka Jaggera. Na razie, w ramach rozgrzewki, przeczytałam to co o sobie napisała Marianne Faithful

 

Marianne Faithful jest dla mnie bohaterką swingującego Londynu lat sześćdziesiątych i tak już zostanie. W swojej autobiografii, jak nie o facetach i ćpaniu, to pisze o swojej twórczości. Tymczasem dla mnie piosenkarka z niej żadna (upewniłam się w swoim sądzie odsłuchując kilka kawałków na Youtubie).

Autobiografia bardzo taka sobie. Przewija się przez tę książkę cały muzyczny świat mojej młodości, ale ciekawych anegdot mało - to z kim i w jakich okolicznościach wylądowała w łóżku czy zaćpała, szybko staje się nudne. Ze szczerością ćpuna po terapii, bez skrępowania opowiada o różnych sytuacjach, wymieniając z nazwiska i imienia inne osoby, które nie jestem przekonana, że chcą by im o tym przypominać. Jak na mój gust brakuje w tym wszystkim humoru i dystansu.

Ale jak w każdej tego typu książce są i smaczki:

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. W ramach National Health Service poddana została następującej terapii: po przyjęciu na szpitalny oddział, narkomanom ordynowano tyle dragów, ile tylko chciał i czekano co dalej. Chodziło o to by doczekać się tego, że pacjent powie: "Mam już dość. Naćpałem się na całe życie". Dopiero wtedy, przechodzono do następnego etapu leczenia, polegającego na stopniowym redukowaniu dawki (M. Faithful spędziła w tym szpitalu osiem miesięcy i szybko wróciła do ćpania).

W ramach Sputnika nad Polską zobaczyłam jeszcze jeden film - Generation "P".


Poszłam bo kocham prozę Pielewina. Kinoteka 21.30 - pełna sala, sprzedanych biletów więcej niż miejsc, zajęte i miejsca na podłodze. Wchodząc do kina informacja, że w ramach festiwalu będzie dodatkowy seans Fausta. Serce rośnie.

Sam film według mnie płaszczy tę książkę. Przed seansem reżyser zadał pytanie kto ją czytał - mniej więcej 1/5 podniosła rękę. Opowieść o copywriterze z jednej z moskiewskich agencji reklamowych, płynącego na fali dzięki zdolnościom, które mocno "wspomaga" środkami zmieniającymi świadomość. Współczesna Rosja i jej kontrasty. Polane to wszystko sosem błyskotliwych sloganów reklamowych, które w książce dodawały wdzięku, a w filmie przytłaczają, Po seansie rozległy się oklaski - więc może film był dobry, tylko porównania z książką nie wytrzymał? 

 

W niedzielę musiałam się ruszyć z domu, bo zostałam wyprowadzona do teatru.


To nie był dobry spektakl. Zachwycić mógł taniec, ale reszta mnie tak zirytowała, że złośliwie pomyślałam, że w Thrillerze Michaela Jacksona tłum tańczył równiej i był lepiej zsynchronizowany. Przebolałabym nawet to, że nie zawsze rozumiałam wypowiadany ze sceny tekst. Ale wyświetlanie na umieszczonym nad sceną ekranie fragmentów wiadomości telewizyjnych: Marsz Niepodległości, "adoracja" krzyża na Krakowskim  Przedmieściu, Premier pocieszajacy zdesperowaną kobietę mnie przerosło. Było wprawdzie też i kilka przebitek i z mitu o Ifigenii, niektóre nawet pięknie podane, ale ogólnego wrażenia zmienić już to nie mogło. Bleeee ...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jeszcze nie tak dawno, kto żyw był wypychany na wcześniejsze emerytury. Niektóre moje ciotki się załapały i wprawdzie chwilę później zawiesiły te emerytury, ale przynajmniej mogą szpanować przy kasach biletowych legitymacją emeryta. Teraz ci sami co kilka lat lat temu z troski o państwo i budżet przegłosowali ustawy o wcześniejszych emeryturach, za chwilę przegłosują wydłużenie wieku emerytalnego. Patrząc na tempo tych zmian, pewnie dożyję całkowietego zlikwidowania emerytur - zastąpi je jakieś świadczenie, którego wysokość będzie uzależniona od stanu finansów państwa. Bismarck dawał emerytury 70-letni urzędnikom, gdy średnia wieku wynosiła 45 lat.  Niezależnie od tych emerytalnych zawirowań, cały czas nie mam pomysłu jak urządzić się na starość. Rozglądam się wokół i tak: te ciotki które mieszkają w mieście, planują wyniesienie się na wieś (czasami nawet dość odległą i głuchą), dotyczy to zarówno ciotek samotnych jak i takich, które mają męża na stanie. Z kolei te które mieszkają w podmiejskich domach, rozważają powrót do miast. Czyli póki co, wszystkie jestesmy zgodne w tym, że emerytura oznacza gruntowną zmianę dotychczasowego życia, ale koncepcji na czym ta zmiana ma polegać jest całe mnóstwo.

W tym tygodniu nareszcie były Szarotki. Nie pochwaliłam się na nich moim OjWave3 - czeka dopiero na  zszycie (wełnę wykorzystałam co do centymetra i będę musiała spruć kilka rzędów szala, by mieć go czym zszyć).

 

Na Szarotkach zamówiłam kolejną kauni, tym razem szaro-czarną, na Summita. Marta przyniosła wełnę potrzebną do skończenia PoleGole i już wiem z czego będę robiła nastęny kardigan - zamówiłam u dziewczyn z nowego sklepu z włóczkami, Magicloop Nepala. Włóczek coraz więcej i coraz piękniejszych - gorzej z czasem. Miałabym go dużo więcej, gdybym odspawała się od monitora (w gamelo.net przeszłam planszę 108 i utknęłam na 111).   

Jeden dzień



Bywają dobre komedie romantyczne. Bywają dobre melodramaty.  Ale nie rozumiem dlaczego Roman Gutek jest dystrybutorem akurat tego filmu? Pomysł na film nie jest jeszcze taki głupi - zilustrowanie tego co działo się  przez dwadzieścia lat za pomocą pokazania co działo się w życiu bohaterów filmu w kolejnych latach w dniu 15 lipca (rocznicy poznania). Nie najgorszy i dość często spotykany w życiu jest też schemat fabuły - związek zdefiniowany jako przyjaźń, a więc dający przestrzeń na "prawdziwe" związki, tyle że zbyt "głęboka jest ta przyjaźń, by tamte związki miały jakiekolwiek szanse powodzenia. Nie najgorsze dialogi. Tyle, że nie trzyma się to wszystko kupy i błyskotliwe scenki utopione są w melodramatycznej mazi. 

Lone Scherfig wyreżyserowała Włoski dla poczatkujących, Wilburg chce się zabić, niedawno Była sobie dziewczyna. Ta wyliczanka pokazuje jak zjeżdzała w dół. Jednym dniem osiągnęła dno. 

No ale ponieważ lubię Annę Hathaway i było trochę dialogów na poziomie, to dwie gwiazdki, nie jedna.



Z następnym filmem było dużo lepiej.



Anonimus to wariacja na temat, jeżeli nie Szekspir, to kto?

Tym razem wskazany jest lord Oxford, zięć Williama Cecila - doradcy królowej Elżbiety. W. Cecil uważa teatr i poezję za dzieło szatana, a że zięć ma tytuł, ale nie pieniądze, musi siedzieć cicho i to co pisze, publikować nie pod swoim nazwiskiem. Jego sztuki - zgodnie z intencją ich autora - są wykorzystywane jako narzędzie walki o władzę - królowa Elżbieta jest stara i schorowana i walka o tron wchodzi w kulminacyjną fazę.

Na początku, gdy zawiązuje się intryga, trudno się w tym wszystkim połapać, w dodatku  akcja toczy się równolegle w kilku planach czasowych. Ale im bliżej końca, tym bardziej się to wszystko splata i gdy pojawiają się końcowe napisy wszystko staje się jasne. Jak dla mnie, zbyt wiele wątków zawisa w próżni. Ale też nie jest to zły film. Trochę dziwią mnie tylko trzy gwiazdki w GW. 



Listopad to czas Festiwalu Filmów Rosyjskich. W porównaniu do poprzednich lat, ten Festiwal się rozwija - jest dużo nowych filmów i retrospekcja nie jest jego głównym daniem (moim zdaniem WFF jest z roku na roku gorszy, Gutek też w tym roku nie zachwycił, z innymi podobnie). 


W ramach tego Festiwalu w tym tygodniu obejrzałam:

W sobotę

W nocy z piątku na sobotę wybuchł pożar w elektrowni w Czarnobylu. W sobotę rano mieszkańcy pobliskiego miasta jeszcze o tym nie wiedzą, toczy się normalne życie. Bohater tego filmu zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje, chce uciec z dziewczyną. Ale ona chce jeszcze przed wyjazdem coś załatwić, potem ucieka im pociąg, wpadają jeszcze na wesele ...  Błąkały mi się jakieś skojarzenia z Boską komedią. Na amerykańskich filmach tego typu, jest akcja, ktoś kto bierze na siebie odpowiedzialność za innych, walczy ze złymi i na koniec obowiązkowo zwycięża.  Na tym filmie  marazm, alkohol i pijacki bełkot. Nic się nie dzieje, czasami i przez kilka minut, po jakimś czasie zaczyna wiać przeraźliwą nudą.  

Szkoda, bo sam temat ciekawy.  


Faust



Byłam ciekawa z jakim filmem przegrał w Wenecji podobno rewelacyjny ostatni film Polańskiego. Po obejrzeniu tego filmu, myślę że film Polańskiego chyba nie był taki wybitny, skoro przegrał z filmem Sukorowa.

Bo moim zdaniem Faust wybitny nie jest. Piękne zdjęcia. Świetnie dopasowana ścieżka dzwiękowa. Ale męczy oko przytłaczająca brzydota - wszystko w tym filmie jest pokraczne i obrzydliwe.  Diabeł to odrażający fizycznie lichwiarz. Faust to bufon, a Małgorzata głupia gęś.   

Słowem mnie ten film nie zachwycił.  

piątek, 18 listopada 2011
Przeczytane

Anita Nair Opowieść żony, która spróbowała czarów



Przeczytałam kolejny zbiór opowiadań, za którymi jak nie przepadałam, tak nie przepadam. Tym razem wypożyczyłam, bo pamiętałam, że podobał mi się tej autorki Przedział dla pań. Bohaterami tych opowiadań są Hindusi, ale nie zaliczyłabym tej książki do prozy multi-kulti - autorka pisze o Hindusach, bo najlepiej ich zna. W ciepły, kameralny sposób opowiada w tej książce o zwykłych ludziach, którzy radzą sobie (a raczej nie radzą) w zwykłych sytuacjach.  Tyle, że jak dla mnie zbyt to wszystko melodramatyczne. Brak sarkazmu, czy ciętych dialogów, który by to "równoważył" - tę rolę pełni urokliwy klimat. Jako smaczki" potraktowałam egzotykę jej skojarzeń - np. opisując pieczonego w Święto Dziękczynienia indyka, to że podaje się go z żurawiną, tłumaczy tym, że ofiarowane w święto pożywienie musi mieć też i coś, co będzie symbolizowało krew.  Moim zdaniem żurawina pasuje smakiem, nic więcej.



Raymond Queneau Pierrot mon ami

Zainteresowała mnie ta książka, gdy na jej okładce przeczytałam, że Raymond Queneau jest autorem Zazi w metrze.

Pierrot mon ami też miły w czytaniu. Lunapark na obrzeżach Paryża i związana z nim cała galeria powykręcanych postaci. Jest też i quasi- detektywistyczna intryga. To wszystko stanowi tło do przeuroczej ballady o smutnym Pierrocie, o dobrym sercu, nie za wielkim rozumie i który jak to z Pierrotami bywa, fartu w życiu nie miał za wiele, a nawet jak trafiały mu się tzw. życiowe okazje, to ich nie zauważał (oczywiście jak jest Pierrot, jest również i nieszczęśliwa miłość).

Klimatyczna powiastka, jak ktoś lubi Calvino, to będzie mu się podobać. Z tym, że Calvino lepszy. Mniej dosłowny

Francoise Sagan Witaj Smutku

 

Kilkadziesiąt lat temu czytałam już tę książkę. Na fali popaździernikowej odwilży była drukowana w Przekroju, moi rodzice zachowali roczniki Przekroju i podczas kolejnych chorób, sukcesywnie je czytałam.  

Młoda dziewczyna po skończeniu klasztornej szkoły, towarzyszy swojemu ojcu w jego rozrywkowym życiu. Niespodziewanie, zamiast kolejnego kociaka u boku ojca pojawia się dojrzała kobieta, z którą ojciec zamierza zacząć wieść stateczne życie.   Nawet jeżeli jej ojciec dojrzał do takiej zmiany, jego córka nie jest na to gotowa ....

Temat stary jak świat. Ale coś w tej książce trąci myszką - jej czytanie przypominało mi oglądanie filmów z Luis de Funes.



Barbara i Michael Foster Miłość we Troje

Książka duża i gruba. W dwudziestu dziewięciu rozdziałach autorzy opisali kilkaset trójkątów miłosnych, w jakie były zaplątane postacie historyczne.

Po jej przeczytaniu ma się wrażenie, że to układ: on, ona i ona lub ona, on i on stanowi modelowy, typowy dla naszej kultury, związek. W pierwszej chwili trudno wyłowić te postacie historyczne, o których uczono w szkole, a które nie występują na łamach tej książki.

Ale choć temat ciekawy, to książka nudna i przeczytać jej całej nie dałam rady. Według mnie autorzy nie udźwignęli rozmiaru zebranego materiału -  nie można o miłosnych trójkątach pisać z buchalteryjną skrupulatnością. A autorzy w to poszli: tu się poznali, tu pojechali, pod tym adresem mieszkali od -do, a potem to ... - nawet jak pojawia się anegdota, to czytelnik jest tak przygwożdżony natłokiem encyklopedycznych faktów, że z trudem ją zauważa.

Objętość zgromadzonego materiału, pozwala na uogólnienia i wyłapanie często powtarzających się schematów. Wiele jednak z tych klisz jest już dzisiaj nie aktualna - w dawnych czasach żony, wycieńczone kolejnymi ciążami i połogami, bardzo często witały kochanki mężów z otwartymi ramionami. Zgodnie z obowiązującymi zasadami, owocem "obowiązków małżeńskich" musiało być potomstwo. A kochanki w ciąże raczej nie zachodziły. Ciekawe jak to robiły - jedyne rozwiazanie jakie przychodzi mi do głowy to aborcja.   



Na ten sam temat przeczytałam coś takiego:



Ta książka stanowi całkowite przeciwieństwo poprzedniej. Przeraźliwa manipulacja faktami. Nie trzeba dużo wiedzieć by to widzieć.  Przypomniałam sobie aferę z Moniką Lewinsky: wzywanym na przesłuchania bohaterom tej afery nie przyszło do głowy, by po prostu skłamać ... i to oni mają nas uczyć jak żyć w demokracji? 

niedziela, 13 listopada 2011

Bardzo chciałam zobaczyć tzw. film otwarcia Festiwalu Filmów Żydowskich Footnote. Uznałam, że skoro nie tylko otrzymał 9 nagród Izraelskiej Akademii, ale i został nagrodzony w Cannes, jest warty zobaczenia. Ponieważ pomyślałam, że może nie tylko ja dojdę do takiego wniosku, postanowiłam kupić bilet w przedsprzedaży i lekko się wściekłam, gdy dowiedziałam się, że na ten film przewidziany jest wstęp tylko za zaproszeniami. Na szczęście chwilę później spotkałam Teresę, której - chociaż jeździmy tą samą kolejką - nie widziałam od ponad roku, a która zna prawie wszystkich i która, dowiedziawszy się o mojej krzywdzie, obiecała poprosić kogoś, kto zna wszystkich, o załatwienie dla mnie zaproszenia.

Następnego dnia, spotkałam się z Teresą i jej znajomym w kinie i jak zobaczyłam jak biega i gdzieś wydzwania, by załatwić mi ten bilet, pomyślałam, że chyba trochę przesadziłam w zawracaniu innym głowy.  

Załatwił, weszliśmy na salę, a tam prawie pusto. Chwilę później zrozumiałam dlaczego prawie nikt nie przyszedł  - zgasło światło i na ekranie pojawiła się czołówka Gorzkich żniw Agnieszki Holland z 1985 roku (po filmie dowiedziałam się dlaczego - nie udało się sprowadzić samego filmu Footnote, pokazywany jest w pakiecie z twórcami, a na to już organizatorom Festiwalu nie starczyło).

W pierwszej chwili byłam wściekła. Czytam trochę o Holocauście, ale filmów na ten temat unikam jak ognia. Za duży ładunek emocjonalny. Gdybym była sama, wyszłabym. A tak musiałam zostać. I nie żałuję. Po 16 latach film dalej się broni.

Śląska wieś. 1942 rok. Z transportu ucieka Rosa, Żydówka. Znajduje ją lesie i postanawia ukryć, bogaty, samotnie mieszkający, wiejski kawaler, Leon. W okolicy ukrywa się więcej Żydów.  Są tacy co im pomagają. I tacy, którzy ich wydają. Film kręci się wokół relacji Rosy i Leona (Leon zmusza ją do zostania jego kochanką). W tle galeria postaci.

Rewelacyjnie zagrany. I bez tego czego się najbardziej bałam - czyli epatowania okrucieństwem.  Może mam stępioną wyobraźnię, ale nie rozumiem dlaczego nie wyświetlano tego filmu w Polsce (był nominowany do Oskara i jak najbardziej na to zasługiwał). Wygląda na to, że przeraził sam temat. Dziś, po Jedwabnem, nikt chyba by już nie miał takich oporów.  

Zszyłam PoleGole ogłosiłam przerwę do Szarotek (są w następną niedzielę). Muszę dokupić jeszcze dwa motki, jest ryzyko, że będą minimalnie różnić się odcieniem (inna seria), więc chcę to równo rozłożyć na obu rękawach. Ale póki co sweter zapowiada się całkiem, całkiem.

Do Szarotek mam też czas by podjąć decyzję, czy dokupić wełnę na  OjWave3. Po wypraniu body szala, zrobił się długi, nawet za długi, więc jeżeli zabraknie mi na border tylko trochę, skrócę szal, tak by zmieścić się w jednym motku.

W tym tygodniu spotkałam się w knajpie z moimi znajomymi ze studiów. Spotkanie organizował Tomek, który spędził kawał swojego życia lat w Kalifornii, wybrał więc knajpę prowadzoną przez Amerykanina, który serwuje w swojej knajpie "prawdziwe" amerykańskie żarcie. Podejrzewałam, że za nim nie przepadam, teraz to wiem na pewno. Wracałam z koleżanką, która mieszka w przepięknym, starannie odrestaurowanym domu w Milanówku. Kilka lat temu została wdową, teraz z jej domu wylatuje ostatnie pisklę. W drodze powrotnej zadała mi pytanie, nie czy, tylko kiedy planuję powrót do Wwy. Sama planuje to zrobić gdy będzie przechodziła na emeryturę. Zadała mi bobu tym pytaniem.

A wokół trwa jakaś makabryczna wyliczanka. Na kolejną padło "bęc".  Snując plany, nie zakładamy że w ciągu kilku dni wszystko może się odwrócić do góry nogami.  

niedziela, 06 listopada 2011

Lubię Święto Zmarłych. Również i za to, że w tych dniach znikają z grobów sztuczne kwiaty i pojawiają się donice z chryzantemami. W tym roku zaobserwowałam kolejne zjawisko - na Cmentarzu Wolskim można było kupić tylko znicze-koszmarki. Nie mając wyjścia wzięłam tzw. wkłady, tylko one nie raziły mojego poczucia estetyki. Ale już na Cmentarzu Powązkowskim, obok zniczy-koszmarków, były i te klasyczne, gliniane. Na zdjęciu "mój" znicz na grobie Janeczki.

Idąc przez Powązki przypomniała mi się scena wielkanocnego chodzenia po Pańskich Grobach w Lalce - Wokulski co chwila uchylał kapelusza i pozdrawiał znajomych. Czułam się podobnie. 

Wprowadziłam nowy system zarządzania czasem. Zaczęłam od stworzenia kalendarza w arkuszu dokumentów Gugla. (kalendarz pana Gugla się nie nadawał, jest rozwlekły i przypisany do godzin). Do arkusza wpisuję ciekawe audycje radiowe, zdarza się że i telewizyjne, pasujące mi godzinowo seanse filmowe itp.  Na razie jestem zachwycona. dzwoni dentystka, ja odpalam Gugla i mówię: wtorek i nie pasuję, w tym dniu wyświetlają ciekawy film na Festiwalu Filmów Żydowskich w Kinotece. Prawdopodobnie moj kolejny genialny pomysł na wszystko podzieli los poprzednich. Ale póki co jestem przekonana, że tym razem będzie zupełnie inaczej.

Bo z czasem kiepsko. Miałam chodzić na jogę, odbyć staż dla mediatorów, ale jak na razie nie wychodzi mi pogodzenie tych planów z trybem życia strusia pędziwiatra. W dodatku mam wrażenie, że z biegiem lat  te same czynności zabierają mi dużo więcej czasu. A jak jeszcze mam oczekiwania co do efektu! Zrobienie tego szwu w moim PoleGole zabrało mi kilka godzin. Pobiłam chyba rekord prucia.  


Przewietrzyłam też mój stosik. Kilka książek odłożyłam na bok, bo postanowiłam nawet przestać udawać, że je kiedyś przeczytam.  Stosik się skurczył, ale i tak nie wiem kiedy przeczytam te książki, bo na co dzień co i rusz przegrywają z książkami z biblioteki.


Początkowo chciałam wyjąć ze stosiku jeszcze jedną książkę, biografię Jane Fondy - Amerykańska buntowniczka, ale ponieważ usunęłam ze stosiku jej autobiografię, to wywalenie za burtę dwóch ksiażek o jednej Fondzie uznałam za przesadę. Ta cienka podarta książeczka to Witaj smutku F. Sagan - kiedyś mi się ta książka podobała, ciekawa jestem jak dziś ją odbiorę.


Wiedziałam, że to kiepski film. Ale że aż tak?

Poszłam na ten film dla Jerzego Stuhra, a na ekranie można go oglądać jedynie przez kilka minut. Ani jedna sytuacja, czy dialog, nawet nie ociera się o prawdopodobieństwo. Nie wiem, czy film był kręcony we wnętrzach Watykanu - może przynajmniej dekoracje były prawdziwe?  W listopadzie w Muranowie wyświetlane są Najgorsze Filmy Świata - nie rozumiem dlaczego w ramach tego cyklu nie wyświetlają i  Habemus papam

Pina Wendersa, to film dokumentalny. 

Z rewelacyjnym wykorzystaniem możliwości jakie daje technika 3D.

Hołd dla zmarłej dwa lata temu choreografki Piny Bausch. zespół odtwarza fragmenty spektakli, część układów sfilmowana jest w naturalnej scenerii - na ulicy, w plenerach. Tańczą niesamowicie. Dopiero po wyjściu z kina zorientowałam się, że nie zwróciłam uwagi na muzykę - wszystko w tym filmie jest tańcem, bo jak mówi Pina Bausch: tańczmy, tańczmy, inaczej będziemy zgubieni.

W swoim gatunku film-rewelacja. Ale dla koneserów.

W niedzielę poszłam do Multikina - na sali było mało ludzi,  nikt nie jadł popcornu, czyli tak samo jak w kinie studyjnym, jedyna różnica to cena biletu (reklamy przed filmem można ominąć przychodząc odpowiednio po czasie). 

Film zrobiony według schematu: zaangażowane amerykańskie kino społeczne.  Lata-60 te na południu Stanów. Są tylko biali i Murzyni, nie ma jeszcze innych ras, chorych na Aids, gejów czy lesbijek. 

Tym razem do małego miasteczka wraca po studiach młoda dziewczyna. Szukając tematu, na którym mogłaby wypłynąć jako dziennikarka, postanawia spisać historie opowiadane przez murzynskie służące. I trochę bezwiednie uruchamia zmianę.  

Świetnie zagrane, iskrzące dialogi. Cztery gwiadki, nie pięć bo film aż do bólu przewidywalny.

Wieczorem jeszcze bardziej doceniłam profesjonalizm tego filmu. Postanowiłam obejrzeć w TVP Kultura Cztery noce z Anną. Po 10 minutach wymiękłam.

piątek, 04 listopada 2011
Przeczytane

Ophelia Benson i Jeremy Stangroom

Dobrze napisania, odwołująca się do emocji, publicystyczna papka. Większość historii dotyczy Islamu, ale nie tylko. Jest też i  historia z Polski.

O tym, że Bóg nienawidzi kobiet a kocha mężczyzn, zwłaszcza tych sprawujących władzę (a przynajmniej tak głosi jego naziemny personel), to wiem. Biorąc tę książkę do ręki oczekiwałam, analizy tego zjawiska. Tymczasem autorzy poprzestali na opisaniu religii jako narzędzia wykorzystywanego przez mężczyzn do utrwalania własnej pozycji i prześladowania kobiet.

Z innych książek wiem, jak można tłumaczyć to, że gdy skazują na śmierć zgwałconą kobietę, bo okryła się hańbą, kamienie biorą do ręki nie tylko mężczyźni. I chętnie poczytałabym o tym coś więcej.


Książką o świecie gdzie Bóg wyjątkowo nienawidzi kobiet jest Samir i Samira. W Polsce wyszła jeszcze jedna książka tej autorki Nad Afganistanem Bóg już tylko płacze - moim zdaniem lepsza, od tej która teraz przeczytałam. 

Książka opisuje świat, w którym mąż mówi do żony: Jesteś moją żoną, mogę z tobą zrobić co zechcę, a jej do głowy nawet nie przyjdzie by zakwestionować ten oczywisty i jej zdaniem jedyny możliwy układ. Przy czym nie jest to zły i okrutny mąż. W dniu narodzin pierwszego dziecka postanawia zachować się niezgodnie z tradycją - zamiast je zabić, bo pierwszym dzieckiem w rodzinie musi być syn, a tymczasem jego żona "wyjęła z siebie dziewczynkę" - postanawia ukryć ten fakt i światu ogłasza, że urodził się chłopiec, Samir.

Książka opowiada o dalszych losach tego dziecka, które przez dłuższy czas nawet nie ma świadomości tej sytuacji. W tle współczesna historia Afganistanu. 

Mocno takie sobie. I to w konwencji baśni, za czym nie przepadam.  Najciekawsze jeszcze dla mnie były te fragmenty,  w których opisane było życie w Afganistanie 


Za to ta książka !

 

Po przeczytaniu Purpurowego Hibiskusa tej autorki, kupiłam tę książkę i Połówkę żółtego słońca,  gdybym wiedziała, że To coś na twojej szyi to opowiadania, pewnie by jeszcze stały na półce. A tak - czytelnicza uczta!

Bohaterami wszystkich tych opowiadań są Nigeryjczycy zawieszeni pomiędzy Nigerią a Ameryką.   

Każde z tych opowiadań to perełka. Sceny z życia rodzinnego. Ale jak przedstawione i napisane! Za każdym razem chętnie poczytałabym o dalszych losach bohaterów tych opowiadań.  

Polecam!

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli