poniedziałek, 26 listopada 2012

W tym tygodniu graliśmy w brydża u Roberty, która wynajmuje mieszkanie w jednej z mokotowkich kamienic - dobudowane piąte piętro z dwupoziomowym mieszkaniem. Oryginalne bo z dachem do wyłącznej dyspozycji. Właściciel chce to sprzedać sporo sobie licząc za tę "oryginalność". Ale ja to kiepsko widzę - nie ma windy.



Podejrzewam też, że po to by nie płacić podatku za ten dach, nie ma balustrad. Z tym, że rośliny można byłoby tu zapuścić pewnie bez opłat.

Zatęskniłam za kinem i postanowiłam jednak je upchnąć w moim codziennym patataj: jedno popołudnie joga, jedno angielski, teraz jeszcze dentysta. W tym tygodniu dodałam jeszcze jeden dzień na samej wodzie (środa) - dołączyłam z marszu do innych ciotek, nawet nie zapytałam po co to, ale obiecałam sobie, że w tym tygodniu spytam, co mam dostać w zamian. Bo na razie nic z tego powodu się nie zadziało, poza tym, że tego dnia poszłam spać przed dziesiątą wieczorem. 

W kinach jest kilka filmów wartych obejrzenia. I nie chodzi mi o Pokłosie. Przeczytałam na fejsie recenzję mojego synka: Jedyne czego się bardziej boję niż polskich chłopów, to polskich filmów i postanowiłam poczekać. Pójdzie Gumiś,  to wtedy "się zobaczy".

W dodatku, choć niestety tylko przez moment, w kinach jest wyjątkowo ciekawie - trwa 8 Festiwal Filmów Świata Ale Kino.

W tym tygodniu zobaczyłam dwa filmy. Pierwszy w sobotnie popołudnie: Kino Muranów, czyli centrum Warszawy, na sali może połowa miejsc zajętych. Już dawno zrozumiałam, dlaczego nikomu nie opłaca się sprowadzać filmów. Ale dusza boli.

Wypełnić pustkę - izraelski kandydat do Oskara. Moim zdaniem zero szans. Zdziwiłabym się gdyby dostali nominację. 



W chasydzkiej rodzinie składajacej się z mamy, taty, dwóch córek, w tym jednej z mężem, ta zamężna córka umiera przy porodzie. Dziecko przeżywa i jego babcia chciałaby by zostało z nimi, a nie było "zabrane" przez ojca. Gdyby to wszystko nie działo się w rodzinie chasydów, byłoby filmem  takim sobie. A tak, to nawet gdy chwilami intryga lekko mnie mierziła, warstwa etnograficzna robiła swoje i patrzyłam z zadowoleniem jak na film z Nationale Geografic.

Lucky - film z RPA



Tak samo jak i z poprzednim filmem - główna zaleta to egzotyka.

Tytułowemu Lucky, mniej więcej ośmioletniemu chłopakowi, umiera na Aids matka, ojca nie zna. Przed śmiercią jako opiekuna matka wskazuje swojego brata. Ale wujek zawodzi na całej linii. I aby zrealizować swoje marzenie, czyli pójść do szkoły, Lucky musi znaleźć innego, dorosłego opiekuna. Łzawe. Ale z taką dawką etnografii, że mi to zupełnie nie przeszkadzało. 

Przekartkowałam wspomnienia Belli Chagall, pierwszej żony Marca Chagalla (zmarła w 1944 roku).

Poetycka opowieść o żydowskim miasteczku, Witebsku z początku XX wieku. Wspomnienia z dzieciństwa, opowieść o rodzinie, najważniejszych wydarzeniach, obchodzeniu świąt. Jak dla mnie zbyt egzaltowane. Przez pierwsze 50 stron byłam zauroczona. Potem powoli zaczęło mnie to nużyć. Na koniec resztę przekartkowałam.

Warto jednak wziąć tę książkę do ręki z powodu ilustracji Marca Chagalla. Kilka zeskanowałam.



piątek, 23 listopada 2012
Pechowe zaczytanie

Wyjazd do Londynu zaczął się szczęśliwie: samolot odleciał o czasie.

Tyle, że zaraz po tym mnie okradli. Dużo w tym mojej winy, bo zapomniałam z kim lecę. Wszystko przez to, że przede mną siadł pasażer w rozmiarze "jumbo", który tak  mościł się w ciasnym fotelu, że w końcu wyłamał zawias i oparcie jego fotela wylądowało na moim nosie. Wściekła, przesiadłam się na inne miejsce, popełniając kardynalny błąd, polegający na nie zabraniu ze sobą wszystkich rzeczy.

Niezależnie od tego wyjeżdżając byłam spięta - bałam się, że wydarzy się TO. Doczekałam się, w niedzielę wieczorem TO się stało, czyli spadła mi jedna z prowizorycznie założonych na jedynkach koronek. W dodatku zakrztusiłam się i ją połknęłam.

Następnego dnia, w zasadzie bez przedniego zęba (to co zostaje po oszlifowaniu "pod koronkę" trudno nazwać zębem), otulona szalem pojechałam na lotnisko. Samolot Wizzair odlatuje z Luton do Wwy o 14.25. O tej samej godzinie odlatuje z Luton jeszcze jeden samolot Wizzair (do Budapesztu). Dane na temat obu tych lotów były wyświetlane na tablicy obok siebie - spojrzałam Wizzair 14.25: "gate 20", poszłam, zobaczyłam dziką kolejkę, siadłam nieopodal, wzięłam Kindla do ręki i zaczęłam czytać. Jak już kończyła się odprawa, podeszłam i ... dowiedziałam się, że to nie ta bramka. Pan z obsługi zadzwonił, dowiedział się, że do Wwy "gate closed" i ponieważ moja walizka została już z powrotem wyładowana z samolotu,  nie mam żadnych szans na dostanie się na pokład.

Odbierając walizkę powiedziałam że to najdroższa książką jaką przeczytałam w swoim życiu (musiałam kupić drugi bilet).

A czytałam Brudną robotę Kristin Kimball, która kupiłam po przeczytaniu recenzji Padmy. Aż tak jak Padmę mnie ta książka nie zauroczyła. Opowieść o mieszkance Nowego Jorku, typowym japiszonie, która zakochuje się w facecie, odrzucającym współczesny model życia (taki ekolog z lekką nutką amisza) i razem z nim zakłada ekologiczną farmę. Książka opowiada o tym jak rozkręcali ten interes.  Przeczytałam ją wprawdzie z bardzo dużą przyjemnością, ale z osobistego powodu. Lata temu jedna z moich ciotek, miastowa panna, też przeniosła się na wieś. Razem ze swoim mężem (też miastowym) mieli zamiar zbudować wspaniałe gospodarstwo. I jeżeli kiedyś napiszę w końcu książkę pt. Moje życie w anegdocie, to wiejskie historie będą jednymi z najśmieszniejszych. Do dziś jak opowiadam niektóre z tamtych historii, pokładam się ze śmiechu. 

To nie był koniec pecha. Po kupieniu biletu zadzwoniłam do Gumisia. Gadałam po polsku i sprowadziłam na siebie następny kłopot. Podeszła do mnie kobieta, Polka i poprosiła mnie o to bym jej towarzyszyła, bo pierwszy raz leci samolotem i czuje się niepewnie. Nie jestem w stanie zrozumieć jak można przyjechać na lotnisko (pod Londynem, czyli dojazd zabiera przynajmniej 1,5 godziny) pięć godzin przed odlotem, mając świadomość że potem będzie się leciało kolejne dwie godziny i nie zabrać ze sobą niczego do czytania. Albo audiobooka. A jak nie, to przynajmniej grę na komórkę. Nie miała nic. Do powiedzenie również nic nie miała. Ale bała się lotu i nie chciała być sama. No i kolejne kilka godzin, które mogłam wykorzystać na czytanie "w plecy".



poniedziałek, 19 listopada 2012
Raport z minionego tygodnia

W biegu, tylko na weekend, ale znowu tu jestem:

I

Tym razem przyjechałam na ślub. W dużym, zamkniętym na tę okoliczność kościele byli tylko państwo młodzi, świadkowie z osobą towarzyszącą, ja w roli opiekunki do wnuczka oraz  ksiądz. Przeurocza, kameralna uroczystość. Niestety, zamiast patrzeć na szczęśliwą córkę, byłam skoncentrowana na wnuku, który zupełnie nie przejął się tym, że jego rodzice biorą ślub kościelny i miał fazę "radosnego brykania", a mnie - mimo najszczerszych chęci - przez cały czas trwania ceremonii, nie udało się go "odbryknąć".



 

Czapeczki się podobały, ale zdjęcia całej rodziny w czapeczkach nie ma - Tomek odmówił jej noszenia i musiałam mu wieczorem dorobić troczki. Z kolei rękawiczka nie jest zbyt praktyczna - jak razem idą na spacer, to nie mogą trzymać się za ręce, bo ktoś musi pchać wózek. Ale się podobała - przynajmniej tak mi powiedzieli.

 

 

 

Warto czekać

Podobno jak się czegoś bardzo chce, to w końcu się to stanie, trzeba tylko mieć farta i tego dożyć. No więc doczekałam się -  JOLKA Gazety Wyborczej wróciła! Wprawdzie  nie do Gazety, ale do Tylko dla dorosłych, ale to już drobiazg.

 

Wizzair mnie nie lubi 

Co z tego, że z niemetalowymi drutami przepuszczają przez bramki – stewardowi nie spodobało się, że robię na drutach i już! Coś tam usiłowałam dyskutować, ale (pewnie tak ich uczą) powiedział że inny pasażer (sic!) poczuł się zagrożony, więc zrozumiałam że lepiej wycofać się z tej dyskusji, bo kretyn ma władze i chcę się nią popisać. Oczami wyobraźni zobaczyłam nagłówki porannych gazet: uparta babcia - miłośniczka robótek ręcznych, została wyprowadzona z samolotu w kajdankach i dałam sobie spokój.



Modlin - PKP lotnictwa

Tym razem w Modlinie nie było tylko papieru toaletowego. Były tylko ręczniki papierowe, ale ponieważ nie było spóźnienia, zdążyłam odlecieć zanim się zapchało.

Dzień później mój synek miał odlecieć z Modlina o 21.25, wyleciał cztery godziny później z Okęcia. W ramach odreagowania, zamieścił na Fejsie slogan Modlin - PKP lotnictwa.  Nie wiem na co liczyli ci, którzy zedecydowali o uruchomienie lotniska w miejscu gdzie częściej jest mgła, niż je nie ma. Na razie płacą linie lotnicze, ciekawe kiedy to "przerzucą" to na klientów. Ci też dokładają do tego interesu: za nocną taksówkę ze Stansted mój synej zapłacił 105 funtów. Ale i tak miał farta, że leciał Ryanairem - jak odjeżdzał z Modlina na okęcie, w poczekalni ciągle siedzieli pasażerowie samolotu Wizzair, który miał odlecieć o 17.25 do Luton.

 

Z ebookiem w podrózy

Przed wyjazdem do Londynu miałam już przeczytane 100 stron Shantaran. Wciągnęło nie na tyle, że postanowiłam nie przerywać, ale ponieważ zabranie 700-stronicowej książki w twardej oprawie nie wchodziło w grę, postanowiłam zdobyć ebook. W żadnej księgarnii go nie było, więc "ukradłam" z Chomika. I tu wtopa, po kolejnych 40 stronach natknęłam sie na na tyle dużą dziurę, że musiałam odłożyć to na bok. Swoją drogą ciekawe skąd wzięła się polska wersja tej ksiażki na Chomiku, w żadnej internetowej księgarni nie znalazłam Shantaran, a na gugle translate to nie wygląda.  

 

Zaczęłam kolejny serial

Trzy sezony, każdy sezon to ponad 40 odcinków. Trochę to potrwa. Pod warunkiem, że wytrwam.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli