sobota, 30 listopada 2013
Przeczytane

Córka Stalina Martha Schad

Ciekawie napisana biografia. Ciekawie, bo autorka nie usiłowała za wszelką cenę „zrozumieć” opisywanej przez siebie postaci. Inna sprawa, że byłoby to zadanie karkołomne.

Bohaterka jej opowieści dzieciństwa łatwego nie miała, potem też nie było jej łatwo ale -  zwłaszcza do roku 1953 - na pewno było jej nieporównywalnie łatwiej, niż innym osobom z jej otoczenia – jako jedyna, będąc "ukochaną córeczką tatusia" mogła się czuć całkowicie bezpieczna. Po śmierci swojego ojca zrezygnowała z części przysługujących jej przywilejów, ale dalej jej życie toczyło się za murem w miarę przewidywalny - pomijając burzliwe małżeństwa - sposób. Za to gdy w 1967 roku „wybrała wolność”, już do końca jej życie było nieprzerwanym pasmem burzliwych decyzji, nagłych zwrotów akcji. Zawieszona między Rosją, Europą i Stanami, im bardziej szukała swojego miejsca na ziemi, tym bardziej nie mogła go znaleźć. Równie rozpaczliwie szukała też i religii, z tym że i tu potrafiła jechać po bandzie (m.in. kilka lat spędziła w klasztorze).  

Fajnie jest to wszystko przedstawione, na szczęście dla czytelnika, autorka nie usiłowała na siłę interpretować, snuć domysłów, tylko starała się zdobyć jak najwięcej informacji i je w miarę obiektywnie przedstawić. Czasami jest ich za mało, czuć niedosyt, ale coś za coś, taka konwencja.

No i co nie jest bez znaczenia - dobrze się to czyta.  

 

Kobiety Łazarza Marina Stepnova

Saga rodzinna o XX-wiecznym ZSRR/po 1989 roku Rosji.

Zaczyna się w 1918 roku, gdy Łazarz Lindt, któremu jakimś szczęśliwym trafem udało się ujść z życiem z pogromu, zaczepia się w instytucie nauk ścisłych i rozpoczyna, trwającą aż do śmierci w 1980 roku, karierę radzieckiego Einsteina. Jego wkład w rozwój radzieckiego przemysłu zbrojeniowego (bombę atomową też) jest tak wielki, że nie dotykają go rozliczne zaostrzenia kursu wewnętrznej polityki i cały czas robi za pieszczocha radzieckiej władzy. Książka opowiada o najważniejszych kobietach jego dorosłego życia. Marusi, żonie profesora który pierwszy poznał się na jego geniuszu, która - nie mając swoich dzieci - pokochała go matczyną miłością. Młodszej od niego o 40 lat Galinie, z którą ożenił się bo była piękna i młoda, a której nikt o zdanie nie pytał. I o wnuczce Lidoczce, którą po tragicznej śmierci matki, wychowywała Galina.  

Siłą tej książki jest pokazanie zaplątania się ludzi w historii + ciekawie zilustrowany truizm, że nieszczęśliwi ludzie, wychowują następne pokolenia nieszczęśliwych. Z tym że o ile czasy minione tworzą arcyciekawy fresk historyczny, to teraźniejszość nie za bardzo. Może to przez ten brak dystansu, końcówka rozczarowuje?  

Bo do pewnego momentu bardzo dobrze się tę książkę czyta. Nawet powiem więcej: czaruje i budzi zachwyt. Rosja radziecka, wojna, stalinizm, sam miód. Potem się to wszystko zaczyna rozłazić. A końcówka - czyli lata pierestrojki i dalej, to już nie najwyższego lotu powieścidło. Szkoda. 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Wracając od lekarza przechodziłam koło tęczy, chciałam wetknąć kwiatek, ale ponieważ kręcili film, zrobiłam zdjęcie i poszłam dalej. Jak dla mnie, tęcza by mogła pozostać taka jak teraz: nazwałabym ją "pomnikiem przegranych polskich nadziei" i stałaby się - dzięki tej nazwie -  ukochanym pomnikiem Warszawy. 


W domu za często nie bywam, a jak bywam to krótko. Zamiast cieszyć się domem, w niedzielę byłam na Szarotkach. Ewa pamiętała o mojej prośbie i przyniosła mi naszyjnik zrobiony z podkoszulków, zdjęcie tylko w niewielkim stopniu oddaje jego fajność:


 

A nad Warszawą latał Sputnik.


A skoro tak, to w tym tygodniu zobaczyłam:


Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków to film nagrodzony w tym roku Grand Prix Festiwalu Nowe Horyzonty. Pewnie w dużym stopniu za oryginalność, bo jest naprawdę inny niż wszystkie. Etnograficzna ballada o zamieszkujących republikę Mari El Maryjczykach (nawet nie wiedziałam, że w Rosji jest taka republika i taki lud). Ponad 20 kilkuminutowych nowelek, przy tej ilości siłą rzeczy niektóre są niesamowite, niektóre tylko takie sobie. Opowiedziana od strony kobit magia obrzędów, rytuałów, obok ironia i humor. Pewnie dlatego fajnie się to ogląda. 


 

Intymne miejsca miło mnie zaskoczyły, nie spodziewałam się na Sputniku tak sarkastycznego, pełnego dystansu filmu, tym bardziej że w programie określili go jako dramat erotyczny. Gdyby nie Ańćka, w życiu bym się na niego nie wybrała.  

Współczesna Rosja. Opowieść o trzech pacjentach wziętego terapeuty. Dobrze ustawionym finansowo facecie, który nie dopuszcza myśli o dziecku, o którym marzy jego piękna żona. Artyście fotografiku, który robi zdjęcia genitaliom, żyjąc w trójkącie ze swoimi dwoma asystentkami. I o opętanym seksem facecie, którego podniecają wszystkie kobiety, nawet te najbrzydsze, z wyjątkiem własnej żony. Wszyscy mają problem ze swoim życiem seksualnym, niektórzy go sobie na początku filmu jeszcze nie uświadamiają, ale potem swoim postępowaniem prowokują sytuacje, w której zdadzą sobie z tego sprawę. O życiu i seksie w stylu starego Woody Allena. Sam miód.

 

Z tych trzech sputnikowych filmów, Opowieści były najsłabsze. Co nie znaczy, że złe. Cztery nowelki. O planującej wesele młodej parze, która najchętniej zaplanowała by całe swoje życie. Żartobliwie, ale i mało odkrywczo, w stylu wiersza u o rzepce, o korupcji. Trzecia o tym jak policja poszukując zaginionej dziewczynki, zamiast iść jej śladem, idzie śladem kobiety mającej dar widzenia, bo tej ostatniej wierzy najbardziej. Te trzy były takie sobie, można obejrzeć, za to ostatnia, sam miód. Dojrzały, dobrze ustawiony szef wydawnictwa, humanista, poznaje młodą, piękną dziewczynę. Dalej dzieje się to co zazwyczaj, przynajmniej na filmach, zawsze się dzieje. I jest dobrze dopóki on jej śpiewa wieczorami przy świecach Wysockiego, ale nie pyta o czym jest ta piosenka. Gdy to zrobi, okaże się że ona wie o historii ZSRR tyle samo co wojnach punickich. I zaczyna być ciekawie.

Z tym, że nie samym Sputnikiem człowiek żyje.

Wenus w futrze Romana Polańskiego jest jeszcze bardziej teatralna i minimalistyczna od jego przedostatniego filmu, Rzezi. Reżyser przesłuchuje aktorkę, która ubiega się o główną wolę. 96 minut dialogu, akcja nie wychodzi poza scenę, żadnych retrospekcji, przebitek innych miejsc. Sztuką jest zrobienie tego tak, że ogląda się to z zainteresowaniem. A Polańskiemu się to nawet udało. Z tyn, że nie jest to żadne arcydzieło. Sprawnie zrobiony film I tyle.

Kundelkowy stosik 

W tym tygodniu przekroczyłam magiczne 100 w stosiku książek do przeczytania, mam ich już 102 (wszystkich 138), tylko w tym miesiącu przybyło 17. Kiedy ja to wszystko przeczytam?

piątek, 15 listopada 2013
Przeczytane

Smoleńsk Teresa Torańska

Przeczytałam tylko dlatego, że to książka Teresy Torańskiej. W Radiu dla Ciebie była dyskusja na ten temat i pomyślałam, że warto wiedzieć o czym się mówi. 

Jak dla mnie, motto tej książki powinno brzmieć: kłamie jak naoczny świadek. Dużo z tego o czym mówią jej kolejni rozmówcy, to twarde, dające się sprawdzić fakty. Prawdopodobnie Torańska miała zamiar zweryfikować te wzajemnie wykluczające się wersje i można tylko żałować, że nie zdążyła. 

Czuć, że ta książka jest "niedokończona", że są to materiały źródłowe, które miały stanowić jedynie bazę do napisania tej "właściwej" książki. Wiele spraw nie zostało w tych wywiadach poruszonych - nawet ja, starając się być jak najdalej od tematu, pamiętam kilka dziwnych "okołosmoleńskich" wydarzeń, które szybko wyciszono i do których nigdy potem nie wrócono. 

Gdyby tak można było przeczytać to, co Torańska zgromadziła na ten temat, ciekawe co się stanie ze zgromadzonym przez nią materiałem. Mała szansa, że zostanie opublikowany za mojego życia. A to, że ta książka została opublikowana oznacza, że nikt nie "przejął" pałeczki,

 

 

Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60-tych Andrzej Klim 

Kiepska ta książka. Niesklejone w całość, w dużej części odgrzewane, anegdoty. Pierwsze rozdziały jeszcze się z rozpędu czyta. Potem drapałam się w głowę, kto to zredagował? Siłą tej książki miało być oderwanie się od warszawki i pokazanie całej Polski, Ale to też się nie udało. Najlepsza książka jaką na ten temat czytałam to wspomnienia Ewy Morelle. Subiektywne i złośliwe, ale przynajmniej ciekawe.

Ale jedna historyjka jest boska, I bardzo, ale to bardzo, kojarzy się z książką Torańskiej: 

Towarzyskim kontredansem okazały się uroczystości pogrzebowe urządzone w Teatrze Polskim po śmierci wielkiego aktora Aleksandra Zelwerowicza. Na okrytym kirem katafalku w holu gmachu przy Karasia trumna, przy katafalku warta honorowa, z głośników płynie Marsz żałobny Chopina, na krześle przed katafalkiem wdowa przyjmuje kondolencje, a na drugim krześle nieco dalej… druga wdowa również przyjmuje kondolencje. Zelwerowicz ożenił się powtórnie na trzy lata przed śmiercią z Maryną, swoją sekretarką z PWST. Jedni więc składali kondolencje jej. Inni, którzy nie lubili drugiej żony, wyrażali współczucie poprzedniej, Krystynie. Ci, którzy najbardziej niepewnie odnaleźli się w tej sytuacji podwójnego wdowieństwa, składali kondolencje obydwu wdowom.

piątek, 08 listopada 2013

Bogowie na balkonie - Anja Snellman

 

Miała to być "odtrutka" na wywiady Torańskiej, ale nie wyszło. Bo chociaż na starcie książka nie uwodzi, to już po kilku stronach można się zorientować, że nie jest to optymistyczne czytadełko. O wyznawcach Allaha we współczesnej Finlandii.

Książka ma dwie bohaterki, których losy równolegle śledzimy:

- piętnastoletnią Anyżkę, córkę somalijskich uchodźców, która tęskni do do znienawidzonego przez jej ojca, fanatycznego muzułmanina, świata. Nie ma co liczyć na wsparcie rodziny: matka może i też tęskni, ale boi się do tego przyznać, bo ledwo chodzi bo źle wykonanym w młodości obrzezaniu; braciom muzułmański porządek nie uwiera, bo mają możliwość prowadzenia podwójnego życia; siostry wolą się nie wychylać.  

- kilka lat od niej starszą Wandę, Finkę, zbuntowaną córkę samotnej matki "wiecznej hippiski". Po burzliwej młodości i traumatycznych przeżyciach (gwałt), zaczyna z neoficką gorliwością wyznawać Islam. 

Książka nie jest z tych poprawnych politycznie i Islam nie jest w niej religią pokoju, głoszącą równość płci i podmiotowość kobiet. Dość przerażający zapis tego co ludzie potrafią zrobić innym (wątek Anyżki) i sobie (to o Wandzie), w imię religii. 

Warto przebrnąć przez pierwsze rozdziały i czytać dalej.

niedziela, 03 listopada 2013

 

Byłam na pogrzebie Tadeusza Mazowieckiego.


Coś wojskowego, co kojarzy mi się z frontowymi migawkami, robiło za lawetę.


Tłumów nie było.


Ale stoisko "prawdziwych Polaków" stanowi już obowiązkowe wyposażenie każdej uroczystości.


Dużo rzeczy mnie ostatnio wpienia, panorama brzegów Wisły też. Może gdyby za stadionem były wieżowce, nie wyglądało by to tak upiornie.


Zszyłam kapę.

To nic, że już wcześniej pogubiłam się z wzorem. Pierwsze odejście od początkowych założeń nastąpiło po zrobieniu 12 kwadratów,  uznałam że nie trzeba 15, wystarczy 12. I z te 12 "jakoś tam" ułożyłam. Tyle że to co wtedy wymyśliłam, posypało się na etapie zszywania, a że nie chciało mi się pruć, to tak zostało.


Zostały jeszcze obramowania - jeden bok 240 oczek.  I warto by to jeszcze podszyć ....

Po zszyciu kapy postanowiłam zrobić włóczkowy rachunek sumienia. Na drutach mam teraz Misiokocyk dla Marceliny (zapomniałam o tym, że przy poprzednim kocyku przeklęłam Drops Cotton Light i znów się męczę). Mam też pomysł na kupiony na spotkaniu u Tuptupa Malabrigo Silky Merino (Abrazo) i na czarną Cascade 220 ze sprutego Sunrise circle (ma to być kardigan). Tu tylko mam problem co do tego dodać - nie ma widziałam  Cascade w kolorze białym, lub ecru.


Za to dalej nie mam pomysłu na kupione kiedyś u Marty szare Silky Merino Lace. Wełna jest śliczna, ale co zacznę z niej coś robić, to mi się to co robię, przestaje podobać. Dalej nie mam też pomysłu na Baby Alpaca Silk Droppsa. Kiedyś miała być z tego kamizelka z Vogue'a, ale wydaje mi się że ta wełna jest na to za cienka.


No i szary Rowan tweed, który okazał się porażką bo dopiero w robocie wyszło, że pochodzi z innych serii i ma inne odcienie.

Tu akurat mam pomysł, tylko nie mogę znaleźć wzoru. Chciałaby wrobić biało czarny wzór. Szukam konturów miasta, ale nie jestem do tego wzoru aż tak przywiązana, by nie zrezygnować gdybym zauważyła jakiś inny wzór. 

piątek, 01 listopada 2013
Przeczytane, obejrzane

Tym dla których sierpień 1980 roku nie jest prehistorią, polecam obejrzenie ostatniego filmu Andrzeja Wajdy w pakiecie i wybranie się do kina dopiero po przeczytaniu ostatniej książki Janusza Głowackiego.

 

Oglądanie tego filmu "w pakiecie' sprawia dużą frajdę, można śledzić co Wajda wyciął, żałować niektórych pomysłów, zastanawiać się na ile ten film byłby lepszy, gdyby przeszły propozycje Głowackiego ... słowem świetna zabawa.

Początkowo miał to być film o Lechu Wałęsie, potem Wajda coraz bardziej przerabiał go na opowieść " jak to było naprawdę". Biorąc pod uwagę, ten dydaktyczny wymiar filmu, wcale nie wyszło aż tak źle, bo daje się to oglądać. Ma nawet kilka dobrych momentów. Najsłabsze były dla mnie dokumentalne wstawki z "wklejonymi" do nich aktorami, jakość tych archiwalnych materiałów jest tak kiepska, że nie rozumiem dlaczego tych scen nie nakręcono. Tym bardziej, że głos z offu i tak nie tłumaczy who is who.     

 

 

Na Dwa życia poszłam dla Liv Ulmann. 


Myślę sobie, że dystrybutor tego filmu jest głupi. Film wszedł na ekrany w sezonie jesiennych festiwali, gdy filmów "studyjnych" jest sporo i tego typu film łatwo może przejść niezauważony. Tym bardziej jak tak jak ten, nie jest jakąś super perełką, tylko kawałkiem ciekawego kina. 

W czasie drugiej wojny, wycofujący się z Norwegii Niemcy zabrali do swoich sierocińców dzieci urodzone ze związków z Norweżkami (miały wg. nich dobre, "aryjskie" geny). Po wojnie nie wszystkie z tych dzieci wróciły, część została w niemieckich sierocińcach.  

Film opowiada historię (fikcyjną) o jednym z takich przypadków. Akcja filmu dzieje się w czasie gdy upada mur berliński i utrzymanie wielu tajemnic, nie tylko w Niemczech ale i w Norwegii, staje się niemożliwe. 


Kolejny film Ida, po prostu trzeba zobaczyć (nie przypominam sobie kiedy coś takiego mówiłam o polskim filmie)

Czarno-biały, zrobiony w sposób imitujący "szkołę polską" i tak samo jak tamte filmy, świetnie zagrany. Niesamowity pod względem artystycznym - zdjęcia, muzyka budzą zachwyt.

Początek lat 60-tych. Wychowana w klasztorze sierota wojenna, tytułowa Ida, przed złożeniem ślubów zakonnych jedzie poznać jedyną osobę z rodziny, jaka przeżyła wojnę, swoją ciotkę.  Wychowana z dala od świata, głęboko wierząca Ida oraz jej nie stroniąca od alkoholu i prowadząca tzw. rozwiązły tryb życia ciotka, razem jadą w rodzinne strony i poznają szczegóły rodzinnej, żydowskiej, historii.

Nie zgadzam się z recenzją Agnieszki Graff (zazwyczaj się z nią zgadzam, uważam ją za jedną z mądrzejszych feministek). Dla mnie jest to film o zagubieniu jednostek w historii, a nie wredny, bo o dużej sile artystycznej, fałszywy głos o polsko-żydowskich relacjach.  

A i tak, z  uwagi na skróty myślowe i odwołania jest nieprzetłumaczalny, więc kariery na świecie nie zrobi.

Jak o historii to lepiej czytać.

Torańska umiała robić ciekawe wywiady. Z tym że te z Głowińskim i Rotfeldem tylko sobie przypomniałam bo już kiedyś czytałam w Gazecie, ten z Brystygierem jakoś mnie ominął. Jest tylko o tym co przeżył podczas wojny. Dziwne, że te jego wojenne losy nie zostały sfilmowane - żaden scenarzysta nie wpadł by na taki pomysł, to się tylko mogło wydarzyć naprawdę. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli