niedziela, 29 listopada 2015

Listopad - niebezpieczna dla Polaków pora. W poniedziałek moja córka weszła na krzesło i spadła, łamiąc palce u nóg. W czwartek moja mama weszła na krzesło i spadła, łamiąc bark. Więc jak w piątek przypomniałam sobie, że na zimę gacę drzwi kotarą, poprosiłam Joannę by byla obok. 


Zbliża się koniec roku, pojawiają się pierwsze podsumowania -  NYT opublikował listę 100 najciekawszych ksiażek tego roku. Tymczasem ja, na swoim podwórku widzę, że tak marnego roku dawno nie miałam. Wprawdzie oczekiwanie na koniec świata, siłą rzeczy jest mało produktywne - kobiety w Melancholii Triera też większość czasu spędzały patrząc w stronę zbliżającej się planety - ale ten brak małych sukcesików, do których byłam tak przywiązana, dobija.  

Co z tego, ze staram się trzymać rytm, gdy rzeczywistość przygniata, dosłownie z każdego kąta, z każdej rozmowy, straszy polityka. Na Andrzejkach też wróżby poszły w kąt i królował temat "co to będzie, co to będzie". Tylko żarcia było tyle co zawsze - tradycyjnie zrobiłam moją popisową sałatkę z buraków (mix gotowanych i marynowanych, jabłka, słodka  cebula, a do tego orzechy, migdały,pestki granata i balsamiczna glazura).

 

Przygotowałam tyle, że żadna z kilkunastu zaproszonych ciotek nie wyszłaby głodna, ale one tyle tego przyniosły, że teraz mam wypakowany zamrażalnik i do świat będę weekendowo ucztować.

Kurs fotografii na nic sie na razie nie przydał. Zdjęcia bez lapy błyskowej (prymat światła zastanego) są jeszcze gorsze niż zwykle. Ale jako pamiątka miłego wieczoru, wystarczą.



Pomyślałam o zrobieniu ładniejszej czapki, przejrzałam domowy magazyn, w którym zalegają kilogramy wełny, i jak łatwo można się domyślić, niczego odpowiedniego nie znalazłam. Kupuję wełnę na konkretny projekt, jak coś pójdzie nie tak, tracę do tego serce i nie umiem tego wykorzystać w inny sposób i zapasy rosną.

Między innymi:  

Z tej miał być sweter, ale po zrobieniu tyłu stało się jasne, że nie ma sensu robić dalej, bo w takiej szmatce (wełna jest wyjątkowo kiepska), chodzić nie bedę:


Z tej miała być kamizelka, ale kłębki z jednego opakowania miały dwa różne odcienie. Potem miałam jeszcze pomysł na żakard - widok miasta, ale wzoru nie mam, czasu by wymyśleć, też.

:

Z tego miał być piękny szal, ale z tego brązu nic pięknego wyjść nie może (czasem tak bywa, jak się kupuje wełnę w necie).

To jedyna wełna, która by się nadawała na czapki, ale jak "napocznę" ten zbiór, to zabraknie na planowane coś techniką modular knitting:

Zamówię więc wełnę i wrócę do chusty. Trochę mi podcięło skrzydła, jak zobaczyłam jak mało zrobiłam:

Przez chwilę myślałam, że to co zostanie wykorzystam do zrobienia czapki, ale chociaż plan jest taki, by brązowa chusta była mniejsza niż ta niebieska, to wełny raczej nie zostanie, jestem dokładnie w "połowie". 

Byłam na Steve Jobsie

 

Bardzo fajny film.

Reżyser miał taki pomysł, by opowiedzieć o Jobsie, pokazując trzy przełomowe momenty w jego życiu: prezentację Macintosha, Nexta i Ipada. Za każdym razem obowiązuje konwencja wielkiego show, a my obserwujemy co dzieje się za kulisami, gdzie Jobs w swojej garderobie przeprowadza rozmowy z ważnymi w jego życiu osobami.

Dobrze napisane dialogi, całkiem sprawnie zapleciona historia. Z tym, że jeżeli chodzi o samego Jobsa, to po obejrzeniu tego filmu mam więcej pytań, niż odpowiedzi. Z filmu wynika, że współpracownicy, których gnębił i mobbował, byli mądrzejsi od niego.  Sam mówił o sobie jako o genialnym dyrygencie, ale na filmie też nie widać, na czym to miałoby polegać. Bo dobry dyrygent, to coś więcej niż upór i konsekwencja. 

W tym tygodniu miałam w planie jeszcze jeden film: W objęciach węża, ale nie było biletów (dziwne, środek tygodnia, godz. 18, Kinoteka).

niedziela, 22 listopada 2015

Częste nocowanie u mamy powoduje, że noszę w torbie za dużo rzeczy i co jakiś czas coś gubię. Tym razem zgubiłam robioną przeze mnie czapeczkę. Szkoda, bo kupiłam na nią fajną wełnę (jakoś tak jest, że przyjemniej się robi z nowej, wyszukanej w necie włóczki). Miał być kolejny Kilimek, zrobione w ubiegłym roku zgubiłam:



W tej sytuacji postanowiłam siebie ukarać i przed kupieniem kolejnej wełny, zrobić coś wykorzystując zapasy:

I tak paskudnej czapki dawno nie udało mi się zrobić.

Jest taka brzydka, że pewnie nie uda mi się jej zgubić. Jednak Kilimki trzeba robić z cienszej wełny i najlepiej wychodzą, gdy jedna z nich jest melanżowa.

Jedyne co w tym tygodniu cieszy, posprzątany na zimę ogród.

I tak na siłę szukając jakiś dobrych wiadomości, pomyślałam sobie, że jak przywrócą dawny wiek emerytalny, mam przed sobą tylko dwa lata pracy. 

A tymczasem słuchając radia, nie zdążyłam podbiec i wyłączyć blok reklamowy i ... aż siadłam z wrażenia. Z reklamy w Trójce dowiedziałam się, że zakończyli remont na trasie Wwa-Skierniewice i teraz to myk, 67 minut i już jest się na miejscu. Ani słowa o tym, że zaraz zaczynaja następny i wstępnie planują wyłączyć ruch, a i ten co zrobili muszą podobno odcinkami poprawić. Może i takie są prawa marketingu, ale jak to usłyszałam szlag mnie trafił

poniedziałek, 16 listopada 2015

10 listopada, jak co roku w przededniu Święta Niepodległości doroczne spotkanie ze studiów. Przyszło nas sporo, dopiero po trzech godzinach pojawił się "rodzynek", czyli jedyny z nas który na nich głosował. A tymczasem rozmowy toczyły się o wszystkim, tylko nie o polityce i ostatnich wyborach. Co najwyżej jedno, dwa słowa zaświadczające, że mamy podobne zdanie. Ci co są już na emeryturach (powoli na nie odchodzimy) dalej pracują i dlatego jakoś wiążą koniec z końcem. Ale w nieskończoność tak się nie da. I co wtedy? 

W sobotę dawno już zaplanowane spotkanie Kolacyjnego Klubu Dyskusyjnego, tym razem u mnie. Miało być nas coraz więcej, a tymczasem raptem po dwóch spotkaniach, było już o jedną mniej. Podyskutowałyśmy o ostatnich wydarzeniach, ale znalazłyśmy też czas by podyskutować - tak jak to było w planie - o Kieszonkowym Atlasie Kobiet. Jak zawsze Joanna trafnie podsumowała temat, wychodząc od postawienia pytania na ile Sylwia Chutnik ma wiedzę jak wygląda życie wykluczonych, a na ile jest to gra jej wyobraźni. Przykre to, ale wybrana przeze mnie książka podobała się tylko mnie, A myślałam że nie można nie być nią zachwyconą. 

W niedzielę byłam na plenerze fotograficznym w Lesie Kabackim. Las wita taką tablicą:


Ale padał deszcz, nie było fajnie i  chociaż dowiedziałam się co to jest bracketing, to mój aparat ma tę funkcję tak okrojoną, ze daleko nią nie pojadę. A szkoda.

Zaciekawiło mnie, skąd na środku leśnej polany brzozowa aleja. Za krótka, by była to pozostałość dawnej drogi.


Potem były Szarotki. 

Miałam nie jeść, ale się obżerałam - po latach nieobecności znów przyszła Segrida  i przyniosła przepyszne ciasto.

Ale nawet założenie kolorowej chusty, humoru nie poprawi. Podły czas. 

 

 

Czy będzie tak jak jest, czy jeszcze gorzej?

Tomasz Raczek przypomniał na fejsie wiersz Szymborskiej: Terrorysta, on patrzy.

Bomba wybuchnie w barze trzynasta dwadzieścia.

Teraz mamy dopiero trzynastą szesnaście.

Niektórzy zdążą jeszcze wejść.

Niektórzy wyjść.

 

Terrorysta już przeszedł na drugą stronę ulicy.

Ta odległość go chroni od wszelkiego złego

no i widok jak w kinie:

 

Kobieta w żółtej kurtce, ona wchodzi.

Mężczyzna w ciemnych okularach, on wychodzi.

Chłopaki w dżinsach, oni rozmawiają.

Trzynasta siedemnaście i cztery sekundy.

Ten niższy to ma szczęście i wsiada na skuter,

a ten wyższy to wchodzi. 

 

Trzynasta siedemnaście i czterdzieści sekund.

Dziewczyna, ona idzie z zieloną wstążką we włosach.

Tylko że ten autobus nagle ją zasłania.

 

Trzynasta osiemnaście.

Już nie ma dziewczyny.

Czy była taka głupia i weszła, czy nie,

to się zobaczy, jak będą wynosić.

 

Trzynasta dziewiętnaście.

Nikt jakoś nie wchodzi.

Za to jeszcze wychodzi jeden gruby łysy.

Ale tak, jakby szukał czegoś po kieszeniach i

o trzynastej dwadzieścia bez dziesięciu sekund

wraca po te swoje marne rękawiczki.

 

Jest trzynasta dwadzieścia.

Czas, jak on się wlecze.

Już chyba teraz.

Jeszcze nie teraz.

Tak, teraz.

Bomba, ona wybucha.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli