czwartek, 30 listopada 2017
Przeczytane 2017

Książki Hanya Yanagihara przeczytałam zgodnie z tym jak się ukazywały, czyli nie zaczęłam od Małego życia, które przyniosło jej sławę, tylko od debiutanckich Ludzi na drzewach.

Historia opowiedziana w Ludziach na drzewach jest literacką przeróbką historii Daniela Gajduska. Swego czasu było podobno o niej bardzo głośno.  Był to amerykański wirusolog i pediatra, laureat nagrody Nobla w 1976 roku za badania nad prionami, który poza tym, że był wybitny i genialny, miał „feler”: był pedofilem. Mieszkał ze "swoimi" dziećmi, przywiezionymi z dalekich krajów, w których robił badania, oficjalnie opiekował się nimi i kształcił, ale niestety nie tylko ... W końcu wybuchł skandal – został aresztowany, w końcu zawarto ugodę, w więzieniu spędził tylko rok, potem tułał się po Europie.

W Ludziach na drzewach opowieść o życiu słynnego naukowca (też laureata Nagrody Nobla) snuje posiadacz dziennika badacza. Bardzo szczegółowo dowiadujemy się jakie były początki jego zawrotnej kariery naukowej. Trochę przez przypadek, zgodził się na wzięcie udziału w wyprawie na jedną z pacyficznych wysp zamieszkiwaną przez lud Ivu’ivu - działająca na wyobraźnię plotka głosiła, że poznali zagadkę nieśmiertelności. 

 

Czyli zachłanna, pożerająca wszystko co spotka na swojej drodze cywilizacja vs. może nie szlachetny, ale całkiem dobrze, do dnia spotkania z cywilizacją, sobie radzący pierwotny lud. Jest to dobrze napisane, więc lekko się czyta, ale końca nie widać,  a to o czym się czyta, spokojnie dałoby się streścić bez szkody dla treści.  

 

Popularność Hanya Yanagihara przyniosła jej druga książka Małe życie.

Jest to jeszcze bardziej opasłe tomiszcze od Ludzi na drzewach. Opowieść o tym jak ułożyło się życie czterech chłopaków, którzy na studiach mieszkali w jednym pokoju, a po ich skończeniu dalej utrzymywali ze sobą kontakt. Każdy z nich odniósł sukces zawodowy: JB został znanym malarzem, William słynnym aktorem, Jude wziętym prawnikiem a Malcolm architektem. Przeważająca część powieści poświęcona jest jednemu z nich, który przez całe życie zmaga się z wyniesioną z dzieciństwa traumą. Morał z tej historii taki, że jak cię na starcie skrzywdzą, to żadne, nawet najbardziej spektakularne, późniejsze głaski i uśmiechy nie pomogą.

Taki mocno przegadany serial o życiu czwórki nowojorczyków w drugiej połowie XX wieku. Dobrze się to czyta, więc nie dziwi deszcz nagród, jakimi ta książka został obsypana.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Na dorocznym spotkaniu ciotek mały zgrzyt - przyszło mniej niż połowa zaproszonych. Może za wcześnie na uogólnienia, ale dwa tygodnie wcześniej, na dorocznym spotkaniu absolwentów, też była połowa tego składu co zwykle.  Może przypadek. Może się starzejemy. Ale może jest to jednak sygnał czegoś poważniejszego - syndromu wycofywania się nie tylko z przestrzeni społecznej (protestuje garstka), ale i towarzyskiej. W każdym razie jest pomysł by na przyszłość odnowić formułę i zaprosić córki i  synowe; tradycja dobrego żarcia ma być zachowana.

Już drugi rok z rzędu dostałam od Agnieszki ukręconą przez nią skorupę - do moich zieloności są jak znalazł.



A to od Gumisia ma być docelowo na wełnę:



Obecnej robótki z sobą nie noszę, dwie półkilogramowe bele nie są kompatybilne z torebką. Przez to robota   - idzie mi wolno, bo siadam do niej rzadko.

Rozrysowałam  wzór na getry, ale też - tym razem z powodu dużej liczby kłębków-ta robótka nie nadawałaby się do noszenia, więc jej nawet nie zaczęłam. 

I tak na spotkaniu z Andrzejem Lederem miałam wolne ręce. Miejsce cudne, czyli Pałac Myślewicki. Temat: O ekonomii, języku i wspólnocie. Czym jest wspólnota ekonomiczna.


Generalnie jak dla mnie za mądre. Z tego co usłyszałam wynika, że zatrzymałam się na arystoteleskim języku opisu rzeczywistości, gdy tymczasem świat poszedł naprzód i  nie wystarcza znać teorię Newtona, trzeba też i Einsteina. 14 grudnia w ramach Nowych Medytacji Filozoficznych będzie spotkanie  z Agatą Bielik-Robson: O pożytkach i szkodliwości idei radykalnej communitas.  Mam nadzieję, że będzie więcej Arystotelesa. 

A tymczasem w Ramach Festiwalu Pięciu Smaków obejrzałam film dokumentalny Długa droga. Dziewczyna, Polka, była w 2008 roku z rodzicami na wycieczce w Izraelu, gdzie nad rzeka Jordan porozmawiała przez chwilę z turystką z Indii, która na pamiątkę dała jej różaniec. 


Ta rozmowa byłą dla niej tak ważna, ze postanawia ją odnaleźć. Film opowiada o tym jak jedzie do Indii i ze zrobionym wówczas portretowym zdjęciem tej kobiety, usiłuję ją odszukać. Co się jej oczywiście udaje.Problem z tym filmem jest taki, że o ile sam pomysł na film świetny i nawet ciekawie jest też skręcony, to docierający do widza słowotok tej dziewczyny, jest tak infantylny, że aż budzi zażenowanie. Z kolei w ramach Festiwalu Filmów Żydowskich obejrzałam Menashe


O ortodoksyjnych Żydach. Nasz główny bohater owdowiał i ponieważ nie była to szczęśliwe małżeństwo, ani myśli się powtórnie żenić. Tyle, że zgodnie z obowiązującymi regułami, skoro jest samotny nie może wychowywać swojego syna, a na tym akurat mu zależy.  Ciekawy film, bo o mało znanym świecie. Przed filmem jeszcze dwa dokumenty. też o ortodoksyjnych Żydach. Jeden nawet zrobił na mnie wrażenie. Kobieta, matka sześciu dzieci odeszła od męża. teraz walczy o prawo do widywania dzieci i wcale nie jest oczywiste, ze sobie to prawo wywalczy. O tym, by wychowywała dzieci nie ma nawet mowy, ona się tylko chce z nimi spotykać, a i z tym ma problem. 

czwartek, 23 listopada 2017
Przeczytane 2017

Patrick Melrose Edward St. Aubyn

W Polsce pięć książek Edwarda St. Aubyna, opowiadających historię Patricka Melrose: Nic takiego; Złe wieści; Jakaś nadzieja; Mleko matki i W końcu 

zmieszczono w dwóch tomach:

 

Takie wydawnicze wisty psują mi i tak nie najlepszą statystykę na Goodreads, ledwo, ledwo ciągnę z tegorocznym wyzwaniem – wszystko przez to, że w komunikacji miejskiej zamiast czytać, przeglądam Twittera.

Wstęp napisała Zadie Smith, nawet zaczęłam go czytać, ale dość szybko odniosłam wrażenie że ma coś ze spoilera i dałam sobie spokój.

Pięć tomów, w których opisane zostało pięć przełomowych momentów w życiu Patricka Melrose. Poznajemy go gdy ma pięć lat i mieszka z rodzicami: angielskim arystokratą i pochodzącą z  Ameryki matką, która po wniesieniu posagu, nie ma w domu nic do powiedzenia. Ojca się boi i ma ku temu wiele powodów, za matką tęskni, ale ta - nienawidząc losu który sobie zgotowała - nie ma ani serca ani czasu dla dziecka które się po tym jej nielubianym życiu plącze. W Nic takiego opisany jest chyba najgorszy dzień jego dzieciństwa. W Złych wieściach Patrick jest ćpunem, przyjeżdża do Nowego Jorku po prochy ojca i nie budzi tak jak w poprzednim tomie współczucia, tylko obrzydzenie. Tytuł kolejnego tomu Jakaś nadzieja mówi sam za siebie – to jak nasz bohater usiłuje stanąć na nogach obserwujemy podczas przyjęcia, na którym bawi się m.in. księżniczka Małgorzata. Decyzja o podjęciu leczenia, nie tyle została podjęta z tęsknoty za życiem, ile z lęku przed śmiercią;  Kto odgadnie, jakie wyszukane tortury czekają człowieka na wczasowiskach wieczności? Na samą myśl prawie odechciewało się umierać. W Mleku matki Patrick jest ojcem rodziny i nie do końca dobrze daje sobie w tej roli radę (za ten tom Edward St. Aubyn dostał nagrodę Bookera), a w ostatnim tomie, umiera matka co kolejny raz stanowi dla niego powód do rozliczeń.

 

Już pierwszy tom tego cyklu wywołał skandal, autor otwarcie mówił, że opisał w nim to, co sam jako dziecko przeżył. Cała ta powieść ma wątki autobiograficzne – zaczął ją pisać, podczas wychodzenia z opisanego w drugim tomie nałogu.

Siłą tej książki jest galeria postaci i dialogi. Takie współczesne Downton Abbey. Tylko nie jest to tak ładne i miłe dla oka.

niedziela, 19 listopada 2017

Już jakiś czas temu zauważyłam że moja praca w prowadzonej przeze mnie firmie ds. zajmowania się samą sobą jest bardzo czasochłonna, wyczerpująca i w dodatku nieprzewidywalna.

W tym tygodniu nie byłam przygotowana na mole. Zżarły mi kamizelkę, robiącą za komplet z cardiganem (po prawej)  i jeden z moich bardziej ukochanych (w dodatku lekko firmowych) swetrów. W sklepie na Bagateli kupiłam oprysk i po opryskaniu wszystkich szaf, włożyłam do nich podwójne zawieszki molowe.


Wyprałam też swetry

 

Pożaliłam się na Szarotkach i dowiedziałam się, że rzadko wyjmowane z szaf rzeczy warto przekładać gazetami (takimi najzwyklejszymi) - mole bardzo nie lubią farby drukarskiej.

O to bym miała co robić postarała się też moja mama. Gdy trzy lata temu padłą ofiarą firmy Polska Energetyka Pro, było to dla niej takie przeżycie, że do piątku byłam przekonana, że po raz drugi nie da się oszukać. Tymczasem znów otworzyła drzwi obcej osobie. Przedstawił się jako przedstawiciel Innogy, opowiedział o spodziewanych podwyżkach prądu i zaproponował podpisanie aneksu, tak by płacić mniej. Ale może dlatego, że po poprzedniej akcji wiedziała, że gdyby od razu powiedziała o tym, że podpisała umowę, było 14 dni na odstąpienie od umowy (mama bardzo wyczerpująco opowiedziała oszustowi, jak to ją poprzednio oszukano), nie zostawiono jej kopii podpisanych dokumentów. Jeszcze zanim wyszedł „przedstawiciel Innogy” poczuła, że coś jest nie w porządku, bo nie dostała kopii tego co podpisała, ale on już wychodził, miał wszystkie papiery w ręku, więc zamiast za nim biec, zamknęła drzwi i pobiegła do telefonu, by do mnie zadzwonić. Tak na marginesie - nie wiem co mama podpisała, bo "tyle tego było,  że trudno bym to wszystko czytała"). 

Ale to, że oszust oszukuje mnie nie dziwi, taki jego fach.

Za to policja (w takich akurat sytuacjach milicja działała sprawnie, wiec pozostanę przy obowiązującej nazwie), Co z tego, że komisariat jest upstrzony takimi plakatami:

Odmówili przyjęcia zgłoszenia. Bo mama nie wie z kim podpisała umowę, ani czy ją oszukano. To że na infolinii Innogy potwierdzono, że to nie był ktoś od nich ich nie przekonało. I jak mama złoży zawiadomienie o tym że ją oszukano, a okaże się że jej nie oszukano, to za fałszywe zawiadomienie grozi 3 lata więzienia ...

Słowem kulson mać.

Jedyne co mi się udało "utargować" to odnotowanie, ze byłyśmy i w jakiej sprawie.

Napisałam na Fejsie na Forum Muranów. Napisałam maila do parafii św. Augustyna, z postów na Fejsie wiem, ze księżą zareagowali na mój mail i na mszy uprzedzali, że na Muranowie grasuje oszust.

Taki sam mail mam zamiar wysłać do wszystkich muranowskich NGO-ów

Teraz mam do napisania stertę pism - zacznę od napisania do wszystkich firm z adresem Al. Jerozolimskie 123a (Twoja Telekomunikacja, Telekomunikacja dla Domu, Telepolska, Energetyka dla Domu, Polski Prąd i Energia) oświadczenia od odstąpienia od umowy, podając datę jej zawarcia i zażądam kopii tej umowy. Potem pismo do Innogy, o cofnięciu pełnomocnictwo do zmiany sprzedawcy energii udzielonego bliżej nieokreślonemu podmiotowi (+opis sytuacji). 

Zastanawiam się nad skargą na policję.

Z takich normalnych zwykłych, wartych odnotowania, zdarzeń, zrobiłam czapkę - jest to już dziesiąty kilimek. Po ostatniej zimie ostał mi się jeden, teraz zrobiłam dwa, wiec w szafie mam aż trzy (jest dużo bardziej kolorowy, bo to Noro, ale zdjęcie jest do kitu).


Jako odtrutkę, moją wakacyjną wyobraźnię rozpala wysepka Nusa Penida - 90 minut promem z Bali,

niedziela, 12 listopada 2017

Dotarłam w końcu na Szarotki. Zamówiona w Danii wełna jeszcze nie dotarła, więc nie mogłam się pochwalić swoimi planami. Zobaczyłam co robią inni i zachorowałam na takie rękawiczki. Musiałabym je tylko mieć na tasiemce, co by nie zgubić.

Nie tylko Szarotki wróciły. Podobnie weekendowe brydże. U Agnieszki czeka na swój dom podrzucony do ogrodu kot - idzie zima, wiec wyrzucenie na dwór mu nie grozi.

A na dorocznym spotkaniu absolwentów po raz pierwszy od wielu lat wypiłam butelkę wina. W tej sytuacji uznałam, że po tym jak jesienią 2015 roku, po 30 latach pełnej abstynencji wypiłam kieliszek wina, to - tak jak to określił Kisiel - "urządziłam się w dupie".
Dotarłam do Zachęty na wystawę Marii Anto. Pamiętam jej pracownię z pierwszej połowy lat 70-tych i stojące tam obrazy. Znałam sportretowane na nich osoby.

Tyle, że jeżeli nawet taki prostaczek jak ja widzi w nich zapożyczenia, to do historii z tym malarstwem nie przejdzie. A o jej życiu można by napisać ciekawą książkę.
Przy okazji, na sąsiednich wystawach zwróciłam uwagę na  zwróciłam uwagę na ciekawy pomysł na  osiedle mieszkaniowe.
Niebanalny sposób wykorzystania niepotrzebnych już rzeczy (inspiracja była konieczność "opróżnienia" mieszkania po zmarłym członku rodziny),
A ten obraz skojarzył mi się z Marszem Niepodległości.
Z cyklu jak przetrwać
Jedna z moich ciotek uważa że pomaga zaproponowana przez Andrzeja Stasiuka w Magazynie świątecznym metoda wizualizacji
Ja staram się pocieszać Raczkowskim.

Ale jak widzę coś takiego, to powiedzieć, że mnie to wkulsonia, to mało.

W tym klimacie  to tamte, minione czasy wspomina się z łezką w oku. Film Młynarski - piosenka finałowa wspomaga tylko ten nostalgiczny nastrój.
Przynajmniej inteligencja była wówczas w cenie. Film jest dobrze zrobiony. Zrobić coś co się dobrze ogląda, wykorzystując do tego zgrany do bólu schemat, czyli ostatni wywiad z Młynarskim poprzetykany wspomnieniami o nim i fragmentami jego występów, jest sporą sztuką. 
 
niedziela, 05 listopada 2017

Przez cały tydzień padał deszcz, miałam więc nadzieję na cudowny weekend. Niestety zrobiła się ładna pogoda i nie miała wyjścia, musiałam wziąć do ręki grabie

Zrobiłam remanent w zaczętych robótkach.

Miał być letni Miro. Ale raz że wyszedł za wąski, dwa, że zszywana bawełna paskudnie wychodziła. Trzy że to robota na lato.

 

Miała być bordiura, w której na rogach miał być wzór, a nie "marszczenie". Projekt był tak ambitny, że też czeka na lepsze czasy.


W tej z kolei  kamizelce całe obramowanie miało być zrobione na okrągło, bez zszywania. Wiele było podejść zakończonych spruciem i chwilowo mam dosyć.

Nie mam też pomysłu na te wełny.


I dlatego, przypomniałam sobie o tym wzorze. 

Sam wzór kosztuje 11$, dwa razy wiecej niż standardowy. Wełnę też propoują z górnej półki - Brooklyn Tweed, na sweter potrzebowałabym 17 motków, a jeden motek tej wełny "chodzi" za 62 złote. Zapytałam fejsbuczka czym można zastąpić, dostałam namiary na cudowne strony i zdecydowałam się na taką wełnę. Z kilkudziesięciu kolorów wybrałam trzy i teraz z tych trzech nie umiem wybrać. 

 

Twój Vincent

Opowieść o van Goghu, jego ostatnich dniach, szukaniu odpowiedzi dlaczego się zabił. Ale nie tyle ważna jest tu fabuła, ile technika. Film - ciekawostka złożona z  65 000 obrazów namalowanych farbą olejną na płótnie przez ponad 100 malarzy w konwencji naśladującej. twórczość van Gogha. Podobno pierwsza pełnometrażowa animacja malarska. Warty obejrzenia. Bo wprawdzie nie jest to żadne arcydzieło, ale coś zupełnie innego. Miałam skojarzenie z powieścią graficzną.   

Po tamtej stronie

Po tamtej stronie to komedia, z gatunku "dla koneserów." Współczesna Finlandia przedstawiona jako świat nierzeczywisty. Ludzie z groteski. Sprzęty z lat 60-tych. Tyle, że problemy współczesne. Uchodźcy (główny bohater jest  z Aleppo). Na ulicach naziole z nożami.  Ale że to komedia, więc ludzi dobrej woli jest więcej. Nie lubię filmów w których wszystko jest programowo szpetne i odrażające. A taki jest ten film. 

 

Z pamiętnika wk... konsumentki, czyli bliskie spotkanie z państwową służbą zdrowia

Wybieram się z Ańćką do sanatorium. Ona już ma skierowanie, ja jeszcze nie. Aby je dostać m.in. muszę mieć rentgen płuc. Wystawione przez lekarza rodzinnego w komputerze skierowanie, zawisło w sieci. Poszłam do wskazanej przychodni, ale tam akurat padła sieć i pani poprosiła mnie bym przyszła za pół godziny. Za pół godziny sieć już działała, ale rentgen się popsuł. Miałam dwa wyjścia - przyjść jeszcze raz, albo czekać. Skierowanie było tylko w komputerze, wiec nie mogłam z papierkiem pójść gdzie indziej. Awaria nie była poważna, po godzinie wznowiono badania. Tyle że muszę przyjść jeszcze raz. Tego by lekarz mógł zobaczyć wynik w sieci nie przewidziano. Trzeba osobiście odebrać wynik i mu go zanieść.

 

czwartek, 02 listopada 2017
Przeczytane 2017

dobra książka

Tylko Lola Jarosław Kamiński



Pokręcona powieść o polskiej pokrzywionej rzeczywistości.

Tytułowa Lola to młoda Żydówka, która dusząc się w oparach przedwojennego antysemityzmu przystaje do anarchistów i wyjeżdża z przyjaciółką na hiszpańską wojnę. Z tej wojny udaje się wrócić jedynie tej przyjaciółce, Lidii Kowal, która nigdy nie pogodzi się z tą stratą. Potem, w PRL-u, staje się prominentną działaczką PRL-u i pod koniec życia wracając myślami do młodości zabiera się za pisanie wspomnień.

Wspomnienia Lidii Kowal są ważne dla drugiej bohaterki tej książki, Niny Molskiej, dziennikarki, której świetnie zapowiadającą się karierę złamał 1968 rok. Usiłuje ona znaleźć w nich odpowiedź na nurtujące ją pytania co do wydarzeń, w których uczestniczyła i których była świadkiem, a przy okazji odkrywa postać Loli, kobiety która i dla niej z jest ważna.

W tej książce jest coś z nastroju Idy. Podobnie jak w tamtym filmie, tak i w tej książce, bohaterkami są kobiety. Mężczyźni stanowią jedynie mało wyróżniające się z szarego podłoża tło. Z tym, że aby być sprawiedliwą, nie można pominąć tego, że tę bardzo kobieca powieść, napisał mężczyzna. Podobnie jak z kobietami udało mu się z 1968 rokiem. Nie przypominam sobie żadnej powieści o marcu 1968 roku – więc nawet jeżeli, nie była ona na tyle dobra, by mi weszła w pamięć (Msza za miasto Arras się nie liczy, bo odnosiła się do tych wydarzeń jedynie w podtekście). Tylko Lola jest pierwszą przeczytaną powieścią o tym czasie, która zapadła mi w pamięć i jeżeli przeczytam kolejną na ten temat, trudno będzie jej być lepszą od tej. Poprzeczka jest wysoko zawieszona.

 

Alfred i Ginerwa James Shuyler

Z posłowia dowiedziałam się, ze autor był na co dzień poetą i w tym momencie stało się dla mnie jasne skąd wyzierająca z każdego prawie zdania poetyckość tej książki. Ameryka tuż po wojnie. Tytułowy Alfred i Ginerwa to rodzeństwo, on ma około 8 lat, ona jest dwa, może trzy, lata starsza. Książka to zapis ich dziecięcej paplaniny, z której wylania się obraz nie tylko ich świata, ale też widzianego z tej perspektywy świata dorosłych. 

Tego typu książki, jak są dobre, określa się ‘urocze”.  I taka też jest ta książka

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli