niedziela, 24 grudnia 2006

Jedna z tych wigilii, którą będę długo pamiętać

Kilka dni przed świetami Gumiś wypowiedział prorocze słowa: Chyba przykładamy zbyt dużą wagę do tych świąt, zbyt dużo oczekujemy, a to w końcu tylko kilka dni, które trzeba jakoś przeżyć. I potem ma się do następnego roku spokój.

Przeżyłam, choć był taki moment, że byłam o krok od tego by pójść po papierosy. Tej wigilii (i poprzedzającej ją soboty) długo nie zapomnę.

Trzy lata temu, zastanawiałam się jak dalej żyć po tym, gdy w spadku po czyjejś ogromnej wizji, zostałam w rozbebeszonym, nie za bardzo nadającym się do zamieszkania, domu. Z kolei teraz, przez ostatnie pół roku pomagał mi ktoś, kto po czołowym zderzeniu z moimi oczekiwaniami, więcej pomagać mi już nie będzie (tak długo żyję, a ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że takie są konsekwencje posiadania "systemu zero-jedynkowego").

Ponieważ nie skończył zaczętych robót, w sobotę miałam już przedsmak tego co mnie czeka. Przyszedł hydraulik zamontować umywalkę w łazience - okazało się, że przy jej demontowaniu "ten ktoś, kto tu niedawno robił", tak coś zniszczył, że teraz muszę kupić cały syfon z automatycznym kurkiem. Zapomniałam ile kosztują fachowcy i teraz będę twardo lądować.

Przy okazji przypomniałam sobie, jak trzy lata temu, przekonana o tym, że właśnie zawalił mi się cały świat, rozpaczliwie usiłowałam skontaktować się z Joluśką (była wtedy w górach i były kłopoty z zasięgiem). Gdy w końcu udalo mi się ją złapać, ignorując moje spazmy, Joluśka z niezmąconym spokojem zaczęła mi udawadniać, że wprawdzie ja jeszcze o tym nie wiem, ale jest to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wtedy myślałam, że wsiądę do pociągu i pojadę ją zabić. Dziś wiem, że chociaż było w tym dużo przesady, miała rację o tyle, że w tamtej sytuacji było to i tak najlepsze, co mogło mi się zdarzyć.

Póki co, gdzie nie spojrzę, to wzrok pada na którąś z rozlicznych emocjonalno - muzealnych pamiątek designerskich:


I jedyne co mi przychodzi do głowy, to mantrowanie Heine'go: jaki by nie był powód łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos.

Ale tak na dobry początek.

Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna siadłam do wigilijnego stołu z moimi dziećmi (to, że nie była to kolacja wigilijna, ale drugie śniadanie nie jest tak istotne). Zorientowawszy się jaki mamusia ma nastrój, przyjechali w wigilijny poranek z pełnymi siatkami - córka kupiła dużo smakołyków, synek wieczorem pognał do supermarketu i w nocy wygotowywał pyszności. Stół wyglądał okazale:


A i lodówka ma świąteczny wystrój:


Pierwsze zdjęcie choinki zrobiłam u Staśki:



Moja też miała być ładna, a na koniec wylądowała opuszczona w kącie. Zlitowała się nad nią córka i powiesiła na niej na łapu - capu, to co miałam. I tylko dzięki Staśce, która w ostatniej chwili kupiła dużo ślicznych lampek, ładnie się świeci (na zdjęciu tego nie widać):



Ale nic to. Taką choinkę jak ma Staśka, tworzy się latami. W tym roku przybyły na niej kolejne dwa anioły, jeden mały i jeden duży. Temu ostatniemu zrobiłam zdjęcie:



A na razie mam kaczy nastrój:



I dopóki ja sama tego nie poczuję, mówienie mi, że będzie dobrze nic nie da.

niedziela, 17 grudnia 2006

Trzynasty i ostatni tydzień remontu

Trzynasty i ostatni tydzień remontu (oczywiście w tym roku).

Podsumowując: nie tylko nie zrealizowałam tego co planowałam, ale nawet nie skończyłam tego, co przez te ostatnie 12 tygodni zostało pozaczynane.

W tym tygodniu:

  1. Nawet nie udało mi się skontaktować z Michałem, który miał przyjechać, przywieźć brakujące listwy oraz ćwierćwałki i skończyć sufity - nie odbiera telefonu, bo pewnie nie tylko mi zależało na skończeniu przed Nowym Rokiem, pozaczynanych w tym roku robót.
  2. Ponieważ nie wyszło z sufitem, przestałam się nastawiać na to, że przed świętami położę wykładzinę (zreszto wykładzina miała być położona po skończeniu zabawy z płytkami).
  3. A z płytkami wyszło tak sobie - niby są położone, ale bez fug, bo w ten weekend część trzeba było wymienić i nie wysechł klej.
Mogłabym tak dalej wyliczać, ale i tak niewiele więcej, poza takim kretyńskim hasłem, nie wymyślę:

Z nowym rokiem nowym remontowym krokiem!

A przez najbliższe dni to co będę robić nazwę przedświątecznym sprzątaniem i w ten sposób odpocznę od remontu.

Na razie porządek mam tylko w ogrodzie. Przyjechał Marcin, posprzątał obejście i wszystko co nie potrzebne wsadził do zamówionego na weekend kontenera:


Gdzieś w necie przeczytałam, że stada gawronów przenoszą sie do miast, co wróży rychły atak zimy. W tej sytuacji opatuliłam hydrofor, z tym że nie wiem czy dobrze zrobiłam bo samą wełną mineralną, bez folii paraizolacyjnej.


Nie czekając na święta, Staśka pokazała Irci co jej kupiła w prezencie - są to zmyślne drzwiczki do jej klapki w drzwiach - i gdy za rok, w kolejne święta, Staśka sprezentuje Irci chipa, to drzwiczki będą się same otwierały, gdy tylko zbliży się do drzwi (zdjęcia Irci i jej klapki w drzwiach zamieściłam na blogu w tym roku, 2 lipca).

niedziela, 10 grudnia 2006

Dwunasty tydzień remontu, a ja poza domem

W tym tygodniu znalazlam stronę prawdziwych miłosników kotów. Aktualnie, za kota najbardziej podobnego do Hitlera jest na niej uznawany ten kot:


Strona jest cały czas aktualizowana, jedno z ostatnich zdjęć:


Na skutek nieporozumienia w tym tygodniu zafundowałam moim kotom trzydniową glodówkę - z tym, że nie ma tego złego ... podobno dzięki temu, że nikt nie chodził po świeżo położonych płytkach, mocno się teraz trzymają. Podobno, bo jak tydzień temu w niedzielę wyszłam z domu, to wrócę do niego najwcześniej w połowie przyszłego tygodnia.

To, że nie mieszkam w domu nie oznacza, że udało mi się uciec od kotów, one są wszędzie:

Tu gdzie teraz jestem też jest remont, ale bardziej fotogeniczny od tego remontu jest pies:


Odcięta od domowych zapasów włóczek, zatęsknilam za drutami. Włóczka, która w sklepie była lekko fioletowa, w dziennym świetle okazała się błękitna. Ma być z niej kamizelka z tym, że im dłużej robię, tym mniej mi się podoba:


Traktuje moją obecną róbótkę na drutach jako wyzwanie - postanowilam kończyć rozpoczęte prace. Najpóźniej po miesiącu noworoczne postanowienia idą na frytki, może będzie inaczej w przypadku postanowień przedświatecznych?

A że człowiek głodny jest estetycznych doznań, w tym tygodniu bardzo spodobał mi się taki gadżet:



Nie kupię - raz, że drogie to jak cholera, po drugie mam radio w komórce i go nie słucham, bo gdy jadę do pracy, stukot kół pociągu skutecznie wszystko zagłusza. Ale miałam  możliwość pobawienia się tym przez chwilę 
i ładne to to jest.
 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli