niedziela, 30 grudnia 2007

Ostatni wpis w tym roku

Jak to o tej porze roku, wykańczam zatęchłe projekty, robię podsumowania i snuję plany. Z okazji świątecznych życzeń pochodziłam po robótkowych blogach - zobaczyłam m.in. firanki, co to kiedyś miały wisieć w moich oknach; szale, które miałam dziergać. Ile to ja rzeczy nie miałam robić. Na razie obejrzałam w święta pierwszą porcję filmów i popełniłam sweterek dla Kalinki.


I tak się rozpędziłam, że w niedzielę zabrałam się za taką czapkę. Nie mam żadnego pomysłu, dlaczego w necie zwą ją Odessa (znalazłam nawet miejsce, gdzie kolejne uczestniczki meldowały o wykonaniu tego zadania). Moja wersja to Irkuck - bez koralików, za to z podwójnej wełny. Będzie niczym rycerska zbroja, bo najgrubsze druty pończosznicze, jakie można dostać to "5". Grubszych marzeń, skarpet czy rękawiczek nie przewidziano.

Jak zawsze o tej porze roku, ogłaszam blogowy konkurs na choinkę. Ciotka Joanna od nauki ma taką:


Zjadłam u Joanny dużo dobrego - pies nic nie dostał i musiał się sam obsłużyć.


Byłam w witrażowni i przyniosłam do domu dzwoneczek, który zaczęłam robić jeszcze przed świętami. Gośka dołożyła aniołka-kostropatka, plan pojechania w przyszłym roku na kolejną wycieczkę do Siedmiogrodu i pomysł by z grubą ciotką chodzić w trójkę na basen (Jurek ma dla zdrowia pływać w basenie i robić za generator tsunami, a my w tym czasie relaksować w bąbelkach).


Uwierzyłam w ten Siedmiogród i nie zareagowałam na propozycje Joluśki by jechać z nią w lutym na rejs po Nilu. Pomysł Gośki, by w związku z zakupieniem do pracowni pieca do fusingu, pomyśleć o dużych formach ogrodowych, takich jak na tej stronie, potraktowałam nie jako pomysł do realizacji w 2008 roku, ale jako science fiction. Ponieważ jednak znam już Gośkę trochę lat, biorę pod uwagę, że mogłam popełnić błąd.

Odpowiedziałam na apel Gośki i poszłam z nią na Tybet: Trylogia Buddyjska. Jakoś nie mam z Gośką szczęścia do kina. Nie rozumiem tych, którzy porównują ten film do Wielkiej ciszy. To że oba dokumenty dotyczą męskich klasztorów to trochę za mało. Ale jakby snuć jakieś wnioski tylko na podstawie tych filmów, to w porównaniu do katolickich mnichów, buddyjscy to rozpasana klasa próżniacza.


Przeczytałam urocze czytadło.


Bohaterką Fali upału jest 55 - letnia Paulina, która żyje na angielskiej wsi, utrzymuje się z redakcji książek i milcząco patrzy na małżeństwo swojej córki, które powoli zmierza do katastrofy, bardzo podobnej do tej, jaką przed laty skończyło się jej małżeństwo. Akcja, jak to w czytadle, dość przewidywalna, z tym że samo zakończenie już nie. Książka urzekła mnie kilkoma fragmentami, w których Paulina wspomina swoją przeszłość czy definiuje swoją obecną sytuację.

Rzeczywiście jest niezależna. Ale tę niezależność zdobyła z trudem (...) Jest kobietą, która żyła samotnie (...). No, może nie zawsze całkowicie samotnie. (...) W zasadzie jednak była sama, wiodąc swobodne, nieco oportunistyczne życie kobiety niezależnej. Nabrała przyzwyczajeń ludzi samotnych - z wyboru bądź z przyczyny takich, a nie innych okoliczności - zmieniała plany zależnie od chwilowego nastroju, umawiała się i odwoływała przypadkowe spotkania. Ma wprawę w towarzyskiej dwulicowości. Takie życie czasem jest lepsze, a czasem gorsze. Życie bogate w starannie pielęgnowane drobne satysfakcje, stanowiące beztroskie zadośćuczynienie za własne samolubstwo; nieskrępowane, bez drażniącej cudzej obecności, która jest za bardzo obecna; życie, w którym wszystko może się zdarzyć, i czasem się zdarza. A także takie, w którym jakiś dzień może nagle stać się zdradziecką próżnią, kiedy o wczesnej godzinie poranka wokół łóżka gromadzą się upiory. W przeciwieństwie do (...) nie czuje się oburzona faktem, że się starzeje. Kiedy się nad tym zastanowi, kiedy sobie przypomni, że ma pięćdziesiąt pięć lat, raczej ją to dziwi, niż oburza. Dziwi, że jest tutaj, w tym punkcie, że tak wiele zrealizowała. Długi, nieprzerwany czas dzieciństwa, zamęt młodości, a potem okrutny, szybki bieg wydarzeń. I oto jest tutaj i teraz, i wcale nie uważa tego za najgorsze, choć, być może, w niektórych punktach także za nie najlepsze. Na rękach ma ciemnożółte plamy, zęby wyglądają tak, jakby miały zniszczyć się prędzej niż cała reszta, nie odczuwa też pociągu seksualnego tak jak dawniej, co zresztą ma swoje dobre strony. Ale świat ciągle jest dla niej pełen blasku, a ona pełna oczekiwania.

Dobrze, że są książki, skoro w kinach filmów brak. Bo wprawdzie nie jest jeszcze tak zimno jak zimą być potrafi, ale za to jest ponuro, czyli też źle.

Nieubłaganie zbliżają się moje Urodziny Sary. Tyle o tym gadam, że chyba już nie ma nikogo, kto by o nich nie wiedział. Był w Warszawie przejazdem Moniek, wpadł do do pracy i dał urodzinowy prezent, obraz białoruskiego malarza


i przepiękne róże. Przy okazji wygenerowany został kolejny pomysł do realizacji w przyszłym roku. Wczesną wiosną, razem z Gośką jedziemy w odwiedziny do Kąsólowej.


Urodziny wyprawiam dopiero za dwa tygodnie. A póki co, już jutro, po raz pierwszy od wielu wielu lat, Sylwester nie na kanapie z ciotkami, ale tak jak za dawnych lat, na prywatce.
niedziela, 23 grudnia 2007

Klątwa błękitnego kominka

A miało być tak cudownie. Z książką, drutami, z pilotem w ręku (nawet ułożyłam listę filmów do obejrzenia w pierwszej kolejności). Przedświąteczny dobry nastrój poprawiło mi jeszcze moje młodsze dziecko, które tak podpisało swoje zdjęcie w sieci w pokoju w Warszawie mam takie samo zdjęcie mojej mamy...


Ale powinnam się przyzwyczaić, że najczęściej w życiu tańczy się do melodii co się polepszy, to się popieprzy. I gdy w nocy z soboty na niedzielę coś huknęło, od razu wiedziałam, że to nie petarda, tylko mój kominek.


Oczywiście, mogło być gorzej - płyta mogła spaść na szybę, przez stłuczoną szybę, na nowo położoną wykładzinę, mogły wypaść rozżarzone kawałki drewna itd. itp. Ale świadomość, że zawsze może być gorzej, to trochę za mało by mieć dobry humor, zwłaszcza że pan kominkarz będzie w okolicach Warszawy dopiero na początku stycznia. Naprawa też chwilę potrwa - prawdopodobnie nie skorzystam z przysługującej mi w ramach gwarancji możliwości wymiany całego wkładu, tylko zdecyduję się na dorobienie dodatkowego zabezpieczenia. Boję się myśleć, co jeszcze może się stać z powodu tego kominka. Kolejny dowód na to, że nigdy nie potrafiłam mądrze lokować swoich uczuć.

I nie cieszy już nic. Ani powieszona jemioła. Ani samodzielnie położona fuga. Ani to, że ponieważ nie podobało mi się ubiegłotygodniowe dosztukowanie w jednym miejscu wykładziny, sama zrobiłam zaprawę i położyłam trzy kolejne płytki. Tyle, że tym razem nie za dobrze docięłam wykładzinę i po świętach chcę położyć kolejne dwie płytki (płytek w komórce dostatek, więc nigdzie nie jest powiedziane że na tym skończę).


Choinka też już ubrana. Trochę za duża. A na pewno za ciężka. Z trudem wniosłam. Z jeszcze większym trudem ustawiłam. A na koniec wywaliłam i stłukłam dwie najładniejsze bombki.


Teraz lampki na choince koją mój ból za kominkiem. Ale to jednak nie to samo.


Z tęsknoty za kinem, w ramach Ruskiego Tygodnia, obejrzałam Udając ofiarę. W kinach od dłuższego czasu nie ma nic. I nie jest tu tylko moje odczucie, skoro w tym czasie na gazetowym forum Kino-recenzje, pięć gwiazdek dostał tylko rysunkowy film dla dzieci. A na pokazywanym w ramach Ruskiego tygodnia filmie, pusta sala.


niedziela, 16 grudnia 2007

Zajęcia popołudniowe

W tym tygodniu wyczerpałam limit zajęć popołudniowych, - do Qi Gong (dwa razy w tygodniu), witrażowni (każda środa), doszedł w sobotnie popołudnia brydż. Teraz jak jeszcze coś mi wpadnie w oko, z czegoś będę musiała zrezygnować.

Powoli, z rocznym poślizgiem kończy się Projekt Kalinigrad (a przynajmniej jego pierwszy etap). W sobotę przez dom przeszło kolejne remontowe tornado.

Stara, śmierdząca i poprzypalana w stu miejscach wykładzina, pojechała hen daleko na śmietnik.

Na jej miejsce została położona wykładzina, która leżąc w rolce pod ścianą, cierpliwie czekała na ten dzień półtora roku (niemiłosiernie się przy tym kurząc, ale to już na szczęście przeszłość).


e

Z tym, że nie wszystko zostało skończone - Michał spieszył się na rowerowy rajd, a nikt nie był na tyle odważny, by bez niego przyciąć wykładzinę wokół klapy do piwnicy.

Ale tam gdzie jeszcze kilka dni temu straszył beton, jest wykładzina i bardzo fajnie to wygląda.

Starannie przygotowałam się do sobotniej wizyty otwockiej załogi remontowej. Mimo że gdy wychodzę z pracy jest ciemno i zimno, pojechałam do dalekiej Castoramy, gdzie nie dałam się zbyć odczepnemu nie ma i znalazłam gumowe pipelutki. Dzięki czemu można było złożyć szafkę od Kąsólowej, postawić na niej moje graje, które Jacek wiedział jak podłączyć.

I po półrocznej przerwie, znów mam na czym oglądać filmy!

Tego dnia Jacek w roli dźwiękowca szedł jak burza od sukcesu do sukcesu. Po podłączeniu grajów i przeczyszczeniu głowicy, zaprogramował pilota (tego kilka centymentrów mniejszego od UZI), ściągnął jakieś drivery i mam już dzwięk w komputerze, a w sypialni podłączył radio od Kąsólowej. Teraz jak skończy się sezon grzewczy i odspawam się od kominka, tak jak za młodych mych lat, usypiać i budzić mnie będzie stara, ale niestety już nie tak dobra, Trójka.

Całkiem prawdopodobne, że nie ma na co chodzić do kina, bo nie ma dla kogo tych filmów sprowadzać. Żałuję, że w ramach przeglądu Spojrzenie na film bułgarski, byłam tylko na jednym filmie - Rodzinne Boże Narodzenie. Jedna z mniejszych sal w Kinotece była tylko w połowie zapełniona. Skoro przestali sprowadzać ciekawe filmy trzeba szukać tutaj.


Spacerując po Internecie, natknęłam się na taką listę. Pomijając to, że większości książek z XX wieku nie znam i pewnie zanim umrę nie przeczytam, część z nich to typowe czytadła. Dlatego nie rozumiem kąśliwej uwagi mojego młodszego dziecka, na temat doboru lektur. Staram się znaleźć coś dobrego, a że nie zawsze wychodzi to inna sprawa. Najlepiej, jak jest tak jak z Jabłkiem Fabera - kilka opowiadań, w których przedstawione są dalsze koleje losu bohaterów Szkarłatnego Płatka. Wystarczyło mi przeczytanie cienkiego Jabłka i nie mam ochoty sięgać po Szkarłatny Płatek (a ta książka to jest gruba, nawet bardzo gruba). Mój Michael Amosa Oza, też nie mnie zachwycił, ale autorowi Opowieści o miłości i zmroku i dużo gorsze książki bym wybaczyła. Najlepsza z tej trójki była Cena wody w Finistere. Arcydziełem nie jest, ale myślę, że każdemu kto ma ogród się spodoba. A jak ktoś jest w moim wieku i często przy ogrodowej krzątaninie usiłuje uporządkować, chaotycznie galopujące myśli, to tak jak i mnie, zachwyci.

Powoli zapełnia się przyszłoroczny kalendarz robót. Był pan szambiarz, może dlatego, że nie był zbyt dużym mężczyzną i nie był kompatybilny ze swoim dużym brum-brum, może dlatego, że wszyscy szambiarze, którzy potrafili prowadzić szambiarki wyemigrowali, w każdym razie jak sobie porajdował, mam w kilku miejsach popękane schody i odpadł w nich jeden róg.

Czyli na wiosnę szukam murarza. Nawet mam plan - na początek poszukam w ekipie podłączającej miejską wodę.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli