poniedziałek, 27 grudnia 2010
Święta i po świętach

Tego dzieła mojego synka nie jadłam, bo upiekł je hen daleko za wodą, ale jadłam za to dużo za dużo innych rzeczy. I teraz  w nic się nie zapinam, ale choć moja lodówka jest już pusta, to  inne zaprzyjaźnione lodówki  wciąż są jeszcze pełne żarcia, a ja jestem łakoma.



Dostałam w prezencie czapkę i po raz pierwszy od czasu kapuścianej czapki, jak spotkałam się z ciotkami nie krzyknęły  bym zdjęła garnek, który sobie udziergałam. Może takie niedziergane czapki są lepsze?
 
 
Choinka w Brwi zgodnie z planem bardziej kolorowa niż rok temu, ale ciągle jeszcze za mało i w przyszłym roku będzie bardziej. No i kupię stojak - pomysł by ustawiać choinkę w wiadrze i pionizować za pomocą szczap nie jest najlepszy.


 

W Londynie ubiera sie choinki w adwent i wyrzuca zaraz po Nowym Roku - tylko w tym terminie zabierają drapaki razem ze śmieciami, w innym terminie wyrzuca się choinki na własny, i to spory, koszt.


 

Karmiąc w Święta koty Staśki. przy okazji sfociłam jej choinkę. W tym roku mniejsza niż zwykle, stoi wysoko  tak by kociaki nie mogły na niej zamieszkać, ale jak zwykle z najładniejszymi ozdobami.


Z drutami się przeproszę - namówiona przez Gumisia kupiłam kolejną wełnę.

Mam pomysł na serial. Idę po ulicy, odbieram komórkę i o czymś się dowiaduję. Resztę dnia przez telefon rozładowuję emocje. Następnego dnia pytają mnie jak ta sprawa się skończyła. Ale ja już jestem w następnym odcinku, bo zdążyłam odebrać kolejny telefon ...

W kinach jest trochę filmów do obejrzenia, ale w tym tygodniu nic wartego polecenia nie zobaczyłam.

John Lennon Chłopak znikąd to miły w oglądaniu  film o młodości Johna Lennona, czyli dojrzewaniu w latach 50-tych ubiegłego wieku.

Czuć że to zamierzchła historia, bo ogląda się jak film historyczny.  O samym J. Lennonie tyle o ile. Film biograficzny, wyklucza moim zdaniem aż takie naginanie faktów: relacje Johna z matką były wprawdzie bardzo skomplikowane, ale nie aż tak jak jest to pokazane na tym filmie.  To naginanie faktów jest o tyle dziwne, że życiorys J. Lennona jest na tyle ciekawy, że nie ma powodu by uciekać się do takich sztuczek. A tak to najciekawsza w tym filmie jest fotografia tamtego czasu.


Podobnie i z czeskim filmem Muzyka: tu też najciekawsza jest fotografia czasu w jakim się to dzieje.

W tym przypadku jest to czeska prowincja końca lat 70-tych. Czasami zapomina się, jak brzydki był socjalizm i ten film świetnie to przypomina. Estetyka tamtego okresu poraża. Ale  to co zazwyczaj jest siłą czeskich filmów, tu zawiodło - takie sobie dialogi, kiepskie scenki rodzajowe. A co najdziwniejsze: czeski film, a jego bohaterowie nie budzą sympatii.


Padma ogłosiła kolejne wyzwanie literackie.  Brałam udział we wszystkich ogłaszanych przez nią wyzwaniach. Więc zgłosiłam się i do tego.

Jak byłam na brydżu zrobiłam zdjęcie choinki Nefasia:


Rybce marzy się wyprawa krzyżowa do Techeranu - Nefas miał by siać tam postrach wśród niewiernych:

Mnie marzy się rozprawa z Mazowieckimi Przewozami Regionalnymi i na portalu Brwi umieściłam taki list:

Dziś przeczytałam, ze w 2011 roku, w związku z planowanym remontem 2,5 km torów pomiędzy Wwą Wschodnią a Dworcem Powiśle przez 6 MIESIĘCY POCIĄGI PODMIEJSJKIE MAJĄ JEŹDZIĆ PO JEDNYM TORZE.

Moim zdaniem, kolej jest zainteresowana w długich remontach, bo wtedy robi się galimatias. Bałagan pozwala na twórcze podejście do rozkładu: oficjalnie nie wycofuje się żadnych pociągów z rozkładu, ale  tak naprawdę puszcza się  ich mniej i generuje się w ten sposób oszczędności. Jednocześnie wpływy z biletów miesięcznych są na tym samym poziomie, dotacje płyną w niezmienionej wysokości, czyli im dłużej to trwa, tym większy zysk …

Przykład z Wigilii, gdy kolejny raz Mazowieckie Przewozy Regionalne dały popalić. Po tym, jak o 7.41 odjechał pociąg do Wwy kolejny, jadący ze Skierniewic,  był zaplanowany dopiero na 8.41. Pomijając to, ze rozkład nie uwzględniał tego, ze część ludzi pracuje w Wigilię, to:

- mniej więcej w tym czasie był  „służbowy” pociąg do Wwy i przejechał bez zatrzymywania się.

- pociąg ze Skierniewic, który miał przyjechać o 8.41 był spóźniony i tak się jakoś „dziwnie złożyło” że wjechał do Grodziska tuż przed dziewiątą, Ponieważ o 9.04 wg. rozkładu był kolejny  pociąg z Grodziska, pociąg ze Skierniewic postał chwilę na peronie i odjechał o 9.04 tak jak by był planowanym pociągiem z Grodziska.

- w tym czasie gdy ludzie czekali na spóźniony pociąg ze Skierniewic, w Grodzisku stały dwa składy na bocznicy i jeden na peronie.

Kolej świadczy usługi. Jeżeli ma zamiar na 6 miesięcy puszczać pociągi po jednym torze, jakość świadczonych usług ulegnie gwałtownemu pogorszeniu. Gdyby w tym czasie płacić  50% za bilety mniej, to może remont 2,5 km torów nie trwał by 6 miesięcy? A gdyby jeszcze wiedzieli, że monitorowane jest to, ile tak naprawdę puszczają pociągów, to może by przestali tak oszukiwać?

Tak mi się marzy, by burmistrzowie Brwinowa, Milanówka, Grodziska zjednoczyli się przeciwko Mazowieckim Kolejom Regionalnym. W tej chwili trwa krajowa awantura o PKP Mazowieckie Przewozy Regionalne od lat robią to samo. I cisza

Naprawdę nie można zacząć im patrzeć na ręce?

Napisałam to trzy dni temu, a irytacja dalej mi nie mija. O tyle to dziwne, że zazwyczaj w takich sytuacjach powiedzenie czegoś głośno załatwia mi problem z emocjami.

czwartek, 23 grudnia 2010
Prezent świąteczny dwa
 

Chociaż kupiona dla kolejnej ciotki książka nie umiała się zachować w roli prezentu i trochę się pogniotła, to i tak jutro wystąpi w tej roli, bo jak rzadko mam pewność, że naprawdę daję dobrą książkę.  

Przejrzałam listę moich tegorocznych lektur - niewiele było równie dobrych ksiażek, a lepsza tylko jedna: Śmierć pięknych saren Oto Pavla.

Współczesna Nigeria. Narratorem jest 15-letnia wrażliwa i bystra dziewczyna: Kambili. Mieszka z bratem Jaja,  który tak jak i ona,  jest w wieku dojrzewania,  bardzo bogatym ojcem i prowadzącą pełen służby dom, matką. Świetna powieść o dojrzewaniu w cieniu przemocy domowej. O misjonarzach i bałaganie jaki  robi się w głowie, gdy nagle importuje się w pakiecie obcą wielowiekowej tradycji religię (w tym przypadku mowa o religii katolickiej).

Chociaż rzecz się dzieje w Arfyce,  poza opisami potraw, czy roślinności, książka nie epatuje egzotyką. Opisywana sytuacja rodzinna, to jak w niej poruszają się jej bohaterowie, może się dziać wszędzie, nie koniecznie w Afryce.

Fajnie napisana i pewnie dobrze przetłumaczona, skoro się tak dobrze czyta.

Polecam

środa, 22 grudnia 2010
Prezent świąteczny
 

Z tym, że nie otrzymany, ale kupiony dla kogoś i przy okazji przeczytany.

 

 

Jeżeli "jakość" książki mierzyć tym jak wciąga, to Good night Dżerzi jest książką wyśmienitą - jak się zacznie, oderwać się nie sposób.

Książka to kolaż scenek o tym co się wydarzyło, lub co być może się wydarzyło, przetykanych luźnymi wariacjami Janusza Głowackiego na temat Jerzego Kosińskiego (przy czym autor zakłada, że czytelnik zna jego historię i za wiele nie tłumaczy - nie wiem jak się ją czyta, gdy się tej historii nie zna).

Sama historia wielkiej mistyfikacji Jerzego Kosińskiego bajecznie ciekawa. Na pytanie dlaczego to zrobił, wystarczającą odpowiedzią jest "bo taki był". Ciekawsza jest odpowiedź na pytanie jak to się stało, że tak długo mu się udawało - z tej perspektywy Nowy Jork w roli centrum światowej kultury nie wypada najlepiej - wygląda na to, że nawet na samych szczytach tam też obowiązuje zasada: "na starcie powiedz jaki jesteś, szansa na to, że zanim zostanie to przyjęte jako obowiązująca na twój temat opinia, komuś będzie się chciało to zweryfikować, nie jest zbyt duża".

Jak dla mnie można było bardziej zanalizować, przyłożyć i obnażyć - pod tym względem J.Głowacki trochę "prześlizgnął się po temacie. Prawda zbyt ośmiesza nie tyle Dżerziego, ile tych co mu uwierzyli? Może dlatego nie powstał na ten temat żaden film - chociaż jego amerykański życiorys to gotowy scenariusz filmowy ?

 

niedziela, 19 grudnia 2010

Dramaty duże i małe

Końcówka roku mocno taka sobie.

Patrząc z mojej perspektywy: kiedyś ludzi lepili z lepszej gliny i ci co odchodzą, są nie do zastąpienia. Dobiło mnie jeszcze moje oczekiwanie, że ponieważ była kimś wyjątkowym, to Jej pożegnanie nie powinno się sprowadzić do odklepania rytualnych formułek. A tak się stało. Po części pewnie dlatego, że na pogrzebie było za dużo ludzi, którzy aż dziw że nie przemówili i pewnie gdyby ktoś zaczął, to by "poleciało". Ale nikt nie zaczął.  Potem była "nasza" stypa w adaptowanym lofcie, gdzie też zamiast o Zmarłej, mówiliśmy o tym co się działo w naszym życiu przez ostatnie kilkanaście lat.

A ponieważ nie są to jedyne smutne wieści, to mając pełną świadomość proporcji, dalej już tylko o moich małych "dramatach". Męczy mnie bezproduktywność mojej aktywności życiowej. I nie dość, że jak okiem sięgnąć zero sukcesu, to w drutach klęska goni klęskę.

Niemoc twórcza to mało powiedziane. Ostatni raz udało mi się coś zrobić na drutach dwa miesiące temu.  Następny w kolejce był czerwony szal z kauni lace.


Był moment, gdy był prawie skończony. Ale potem zauważyłam, ze wełna w niektórych miejscach jest tak cienka, że nie przeżyje prania (od początku nie podobało mi się to, jak jest skręcona). A potem to już poleciało - co zrobiłam to sprułam.

Podobnie (czyli co zrobię, to spruję) jest z Iglełudzikiem. Nie lubię dżerseju - nie jestem maszyną, równo robić nie potrafię i nie wyszłam poza kołnierz.


Cały czas się zastanawiam: spruć i zrobić na cieńszych drutach (ale wtedy całe zaproponowane we wzorze wyliczenie weźmie w łeb), czy zostawić to tak jak jest i  tylko nadpruć do ....

Trochę inaczej jest z Sumkiem. Nie zauważyłam, że w pewnym momencie zrobiłam błąd (na brzegu, więc nie było to tak widoczne). Zauważyłam, sprułam i serce straciłam ...


 

Chciałam przynajmniej zrobić suwaczek i umieścić w bocznej zakłądce, ale i tu porażka. To co znalazłam w sieci nie udało mi się mechanicznie przenieść na Bloxa, wymagałoby to czasochłonnego  kombinowania, więc stwierdziłam że szkoda czasu.


Synka o pomoc poprosić nie mogę, bo synek daleko (w tym tygodniu bawi w Monachium) i wraca z europejskich  wojaży dopiero w styczniu - w ten świąteczny czas utrzymuję z moimi dziećmi matczyną więź dzięki Google chat, wspomaganym albumami na Picasie.


A w styczniu to już będzie obowiązywało moje pierwsze noworoczne zobowiązanie:

1. Będę robić na drutach tylko to, w czym będę później chodzić

 

Na film Śniadanie ze Scotem poszłam przez synka - powiedział, że może być fajny, a ja głupia mu uwierzyłam.


Gejowska komedia romantyczna. Może momentami i śmieszna, tyle że ja nie lubię komedii romantycznych. (są  wyjątki, np. Cztery wesela i pogrzeb, ale ten film takim wyjątkiem nie jest). Dwóch gejów z Montrealu wiedzie spokojny i dostatni żywot do dnia, gdy umiera siostra jednego z nich i na jakiś czas sprowadza się do nich  jej 11-letni syn.  A jest dziwnym chłopcem - lubi się malować, nosić biżuterię i śpiewać cienkim głosem. I to jego zniewieścienie (mówiąc wprost: ciotowatość) jego gejowskim opiekunom bardzo się nie podoba.

Z tym kinem dalej mi nie wychodzi. Nawet jest kilka filmów do zobaczenia, ale tym razem ten mróz mnie za bardzo nie nastraja. Założyłam konto na Filmwebie, głównie by zobaczyć jak oceni mnie ich "gustomierz". No i klapa:

Mimo, że Filmweb zebrał bardzo wiele głosów od bardzo wielu użytkowników niestety na ten moment nie znaleźliśmy osób które oceniają filmy na tyle podobnie do Ciebie aby wskazać Ci wystarczająco trafne rekomendację. Zachęcamy do dalszego głosowania, które wkrótce przy większej liczbie głosów pozwoli nam znaleźć Twoich Gustopodobnych i przygotować dla Ciebie rekomendację filmów w Twoim guście

Kolejne noworoczne postanowienie to:

 2. Nie będę traciła czasu na beznadziejne książki

Na przykład takich jak ta. 

Cień wiatru tego autora był szmirą, ale miał przynajmniej urokliwy początek. O Marinie nic dobrego nie powiem, bo nie potrafię. Jednego tylko nie rozumiem, jakim cudem C. Zafon zdobył taką popularność. Coelho też jest grafomanem, ale w jego książkach jest przynajmniej całe mnóstwo złotych myśli i pensjonarskich mądrości, które można cytować, wpisywać do pamiętniczka itp. A tu nawet i tego nie ma. Barcelona. Samotny chłopak (mieszka w internacie z dala od rodziny) zaprzyjaźnia się z dziewczyną żyjącą  z ojcem w popadającym w ruinie domu z duszą. Razem postanawiają odkryć jaka tajemnica kryje się za przychodzącą na cmentarz tajemniczą kobietą w czerni. Potem jest wątek kryminalny, baśniowy, historyczny i melodramatyczny. A wszystko to pływa w oceanie bełkotu.

Przeczytałam i lepszą książkę - autobiografię Heleny Deutsch.

Helena Deutsch urodziła się w Przemyślu w 1884 roku w bogatej polsko-żydowskiej rodzinie. Jej dwie starsze siostry po dojściu do odpowiedniego wieku, wyszły za mąż za odpowiednich kandydatów i rozpoczęły stateczny żywot. Helena Deutsch się zbuntowała, postanowiła zdać maturę i pójść na studia. W Wiedniu "przyłączyła" się do Freuda i już do końca życia została wierna psychoanalizie.

Fragmenty poświęcone psychoanalizie są umiarkowanie ciekawe. Ale na szczęście jest ich w tej książce mało. Za to o swoim ciekawym życiu pisze bardzo ciekawie. I chociaż niewiele w tej autobiografii anegdot, czyta się świetnie. Wpadło mi w ucho cytowane przez nią, przy okazji wspominania zmarłej przyjaciółki, zdanie: Posadzone drzewa muszą dalej rosnąć.

niedziela, 12 grudnia 2010

Życie społeczne

W tym tygodniu pochwaliłam się wybranym ciotkom moimi osiągnięciami remontowymi - wybranym, bo na piątkowy sabat, mimo że mróz zelżal, dotarły tylko nieliczne (gwarniejszy sabat zorganizuję z okazji urodzin).
Jedna z ciotek, z tych co nie dotarły, w zastępstwie przysłała obraz. W wyrazie optymistyczny i letni.

Z bliska wygląda tak:

Znalazłam też odpowiednie miejsce na obrazek od Brahdelt. Tam gdzie poprzednio wisiał był zupełnie niewidoczny, tu gdzie teraz wisi, wcześniej "gryzł" się z poprzednim zegarem, który się szczęśliwie stłukł i przestał zawadzać.

Mam już płytki. Musiałam zamówić minimum sześć i teraz zastanawiam się czy poza jedną na wymianę, z pozostałych pięciu przynajmniej trzech jeszcze gdzieś nie wykorzystać. Szukam też pomysłu na ten kąt w łazience i póki co nie mogę znaleźć.

Zrealizowałam swój filmowy plan i dotarłam na The Social Network.


Nie spodziewałam się, że będzie to tak dobry film. Wprawdzie nie jest to żadne arcydzieło, ale dobrze zagrane, z dobrze napisanymi dialogami,  miłe do oglądania solidne filmowe rzemiosło. Opowieść o powstaniu Facebooka. Smaczku  dodaje wiadomość z ostatnich dni. Bliźniacy, którzy uważają sie za pomysłodawców Facebooka, a Marca Zuckerberga za tego, co im ten pomysł "ukradł", założyli kolejną sprawę. Uwazają, że 65 mln dolarów, które otrzymali to stanowczo za mało.

Kolejny film to W drodze do domu.

Jeszcze jeden film, w którym opowiedziane jest kilka historii, dziejących się w jednym miejscu (tym razem w małym norweskim miasteczku) i czasie (Wigilia). Jak to bywa w tego typu filmach niektórzy bohaterzy bardziej sympatyczni i ciekawi, inni mniej. Trochę jak dla mnie zbyt schematyczne. Ale dobiło mnie zakończenie:

On Serb, ona Albanka. Ona tuli na mrozie owinięte w koc, kilka godzin wcześniej urodzone dziecko. Patrzą z ufnością hen za horyzont na cud urody zorzę polarną. W tle słodka piosenka ...

Przypominiało mi się zakończenie amerykańskich produkcyjniaków patriotycznych, gdzie w ostatniej scenie Żyd, Murzyn i Azjata ufnie patrzą w horyzont.

No i od tego banału zemdliło.

W tym tygodniu Ańćka znow zamówiła rząd biletów w teatrze i grupowo nas tam wysłała.

Popis gry aktorskiej. Dzisiejsi absolwenci szkoły teatralnej nie potrafią i nie będą potrafili zagrać w takiej sztuce, nie ten warsztat, ani nie ta dykcja, ale ... tekst więcej niż średni. W dodatku ktoś za mną cały czas rżał jak koń - tak  bardzo mu się  podobało. A im bardziej on rżał, tym bardziej we mnie narastała irytacja.

Po wyjściu z teatru (kilka minut po 21) całą grupą udaliśmy się do knajpy. Pijalnia czekolady na głównej ulicy (czyli Marszalkowskiej) była zamknięta, knajpa z dużymi stołami przy Teatrze Rozmaitości też. W tej sytuacji nie weszliśmy do knajpy M. Gessler tylko udaliśmy sie do swoich domów. Życie nocne w stolicy poraża swoją ofertą.

Kontynuując wątek motyla, przypomniałam sobie o wierszu K.I. Gałczyńskiego.

Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód

Niepoważny stosunek do życia

figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał!

I tak:

  • w tym tygodniu miałam odebrać od Wojtka komplet dokumentów, tak by jeszcze przed świętami zanieść je do powiatowego nadzoru budowlanego. Ale Wojtek spadł z drabiny i leży połamany w szpitalu. Coś mu gruchnęło i w kręgosłupie, ale póki co wygląda na to, że rdzeń jest cały.
  • Ańćka skasowała pół samochodu, ma lekko uszkodzoną głowę (miejsce urazu można oglądać z bliska, bo w tym miejscu ją lekko podgolili).

 

 

czwartek, 09 grudnia 2010

Śmierć motyla

I to by było na tyle z tym rajem ...

Co z tego, że kochałam, kiedy spieszyłam się tak, że poprzestawałam na mailach i od powrotu z Tunezji cały czas przekładałam spotkanie na następny tydzień? W pierwszej chwili chciałam dać nekrolog a właśnie miałam do Ciebie zadzwonić, ale  potem stwierdziłam, że to głupie, bo w gazecie składa się rodzinie kondolencje, a nie rozmawia ze Zmarłą.


Zima na chwilę odpuściła, zaczęły jeżdzić pociagi, a ja wróciłam do czytania.

Kolejne wspomnienia


Jeszcze jedna książka ocalałego z Zagłady. Mocno takie sobie. Może 10% nadaje się do czytania. Te 10% to wspomnienia, kilka ciekawych postaci, ze świata którego nie ma. Reszta książki to zapis sennych marzeń. Może dobrze opłacany psychoanalityk wysłuchałby tego z zaciekawieniem, ale też nie koniecznie. I to by było na tyle. A szkoda. Bo chociaż autor miał ciekawe życia i miał o czym pisać, to nie wiedzieć czego uważał zapis swoich sennych urojeń i skojarzeń za ciekawszy. Po wojnie pracował w TVP, był autorem kiedyś bardzo popularnego teleturnieju Turniej Miast. Telewizja pod rządami Sokorskiego to kopalnia anegdot, a w książce jest tylko jedna, w dodatku mało śmieszna. Potem 1968 rok, Dania, Ameryka. Sporo ciekawych spotkań. W książce są o tym tylko wzmianki, ot tak by sie popisać, że się było, że się znało. Ale tak by zaciekawić czytelnika, to już nie.

niedziela, 05 grudnia 2010

Zima z  motylem

Nic z tego nie rozumiem. Nie wiedziałam, że motyle żyją tak długo.

Ten motyl żyje w Kaliningradzie już drugi tydzień. Może dlatego, że czasami myślę że tak wygląda raj?

Objaśnienia do zrozumienia czym jest szczęście:

- palący się kominek

- na stoliczku herbata na podgrzewaczu, książki, druty i laptop do ewentualnego wykorzystania

- dobrze odbierające Trójkę radio na parapecie

- łóżko w którym można się wylegiwać, bo niczego, przynajmniej przez chwilę, się nie musi.

Brak innych ludzi w tej krainie szczęścia nie przypadkowy. W tym tygodniu miały być Andrzejki, ale ciotki tak się przeraziły zimy i braku możliwości zaparkowania pod płotem, że odwołały swój przyjazd.


Coś się stało z naszą odpornością na zmiany. Dawniej nie tylko staw w parku zamarzał, ale i Bałtyk, a nie słyszałam by z tego powodu odwoływano wówczas karnawał.

Z drutami klops. Na zaprzyjaźnionych blogach prace wre, a ja nawet jak coś zrobię, to chwilę później spruję.

Z kinem też bryndza. Nie załapałam się na Tokijską opowieść i ciągle wybieram się na The social network. Dzięki monitorowaniu tego forum wiem, że nie mam więcej braków. Jak na ponad dwa miesiące, to żałośnie mało.

Nie odczuwam tego tak boleśnie, bo czasu brak i to okrutnie. W tygodniu ledwie starcza na pracę i dojazdy. Gorzej, że wszystko wskazuje na to, że tak będzie przez następne cztery lata - nic tak nie konserwuje mazowieckiej kolei jak marszałek województwa A.Struzik. W pociągu brakuje wszystkiego - nie tylko ciepłej herbaty. Dobrym wyjściem byłoby założenie pampersa -  może wtedy godziny stania w polu nie byłyby takie straszne. Ale mam opory. I pewnie dlatego cierpię.

Buick rivera - Miljenko Jergović

Współczesna Ameryka. Hasan - uchodźca z Bośni żyje w jednym z miasteczek Oregonu, z zaparkowanym pod oknem ukochanym samochodem, tytułowym buikiem riverą  i zarabiającą na to, żoną Angelą. Pewnego dnia Hasan spotyka na drodze innego uchodźcę z byłej Jugosławii, który by dostać się do Ameryki, zataił swoją wojenną, serbską przeszłość.

Smutna opowieść o imigranckim zagubieniu. Hasan i Vuko, dawniej po przeciwnych stronach frontu, dziś w swoim nieszczęściu i nieumiejętności odnalezienia się w nowym miejscu, są do siebie bardzo podobni. Jest też i wątek cynizmu dzisiejszego świata, gdzie nagradzana nie jest poczciwa prawość, ale umiejętność "wstrzelenia" się w oczekiwania mediów, ale to akurat jest jakoś mało przekonywująco podane.

Książka nawet dobrze napisana. Denerwowało mnie tylko czytanie dialogów - nie są wyodrębnione, tylko zapisane kursywą w strumieniu tekstu. Zakłócało mi to odbiór tekstu.

Za to kolejny Ian McEwan to porażka. I tak jego Betonowy ogród dobry, Amsterdam zły. Na plaży Chesil dobre, Dziecko w czasie złe.

Moment nieuwagi i trzyletnia córka autora poczytnych książek dla dzieci zostaje porwana. A potem, jak się można domyśleć, już nic nie jest tak jak dawniej.  Schematyczne powieścidło.
Jedyne co dziwne, to że ta książka zdobyła kilka nagród.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli