piątek, 30 grudnia 2011
Przeczytane

Peter Ames Carlin  Paul McCartney. Życie

 

Tak ciekawa, jak wydana w tym samym wydawnictwie na początku tego roku biografia Johna Lennona, to ta książka nie jest. Jak dla mnie za mało o McCartney'u, za dużo o jego muzyce. Co mnie obchodzi, że do nagrania jakiejś tam piosenki zaprosił jakiegoś tam muzyka sesyjnego? Z kolei dla osób, dla których takie informacje są ważne (wiem, że tacy istnieją, znałam takich), są one zbyt fragmentaryczne, by dla nich sięgnęli po tę książkę.

Zdaję sobie sprawę, że trudno napisać biografię, kogoś kto miał tak burzliwe i pełne przygód życie. Ale można się chyba bardziej postarać. Jak dla mnie za mało smaczków, anegdot, czyli tego czego zawsze szukam w tego typu książkach. Dość natomiast dobrze przedstawiony jest początek kariery - talent i szczęście to jedno, ale też i wyróżniała go nieprzeciętna pracowitość i parcie na szkło. Natomiast moja mama zwróciła uwagę na jeszcze na mało "politycznie poprawny" apekt - ćpał przez prawie całe swoje dorosłe życie (z tym, że podobno kilka lat temu przestał). Ale że nigdy nie przekroczył linii totalnej destrukcji, w niczym mu to nie zaszkodziło.

 

Zauroczona Córką Agamemnona tego autora, sięgnęłam po Następcę i się rozczarowałam. 

Biorąc tę książkę do ręki, nie wiedziałam że opisuje dalsze losy rodziny opisanej w Córce Agammenona. Komunistyczna Albania. Namaszczony na następcę wodza popada w niełaskę i popełnia samobójstwo (zostaje zabity?). Opowieść o tym, co przez następne kilka tygodni dzieje się z jego rodziną, która zastygła czeka, już w odosobnieniu, ale jeszcze ciągle korzystając z przywilejów kasty rządzącej decyzję wodza co do dalszych swoich losów. A tymczasem na dworze wodza zawiązują się następne intrygi ..

4/5 książki czyta się świetnie  - po raz pierwszy od nie pamiętam jak dawna, tak się zaczytałam, że przejechałam swoją stację. Ale potem niestety się to wszystko rozwleka, tak że na koniec odłożyłam tę książkę z niesmakiem.

Gdyby nie dwa ostatnie rozdziały, byłaby kolejna perełka.

Każdy szczyt ma swój czubaszek.

Bardzo mocno przereklamowana. Jej blog bywa ciekawy i zabawny. Zapis jej rozmowy z  Andrzejem Adrusem nie za bardzo.

Kupiłam Ańćce na prezent i drugi rok pod rząd ta sama wtopa - książka jest na tyle kiepska, że nie nadaje się na prezent.  Mój zwyczaj czytania książek, które kupiłam dla kogoś w prezencie, potrafi mnie wpędzić w dodatkowe koszty.   

 

Atiq Rahimi Ziemia i popioły

Chociaż Kamień cierpliwości Atiq’a Rahimi czytałam dwa lata temu, to dalej pamiętam wrażenie jakie na mnie zrobiła tamta książka. Dlatego gdy zobaczyłam kolejną tego autora, kupiłam. Zła nie jest. Ale do tamtej jej daleko.

Bohaterów tej opowieści: dziadka z wnukiem poznajemy gdy idą afgańskimi bezdrożami do kopalni, gdzie pracuje ojciec dziecka. Dziadek chce opowiedzieć synowi, o akcji odwetowej: spalono wieś i wymordowano ich rodzinę. I chociaż niewiele się dzieje, to ponurość tej opowieści trzeszczy w kościach.

Ponury świat kamiennych pustyni. Trochę przypomina nastrojem Drogę Cormac’a McCarthy’go. Nie ma czegoś takiego jak afgańska komedia. Chyba że oksymoron.  

A tak na marginesie. Wiem że książek nie kupuje się na kilogramy, ale skoro Ziemię i popioły wydano korzystając z pomocy Wsparcia Wydawniczego Culturesfrance, nie rozumiem, dlaczego niecała godzina czytania kosztuje aż 28 zł.

Sławomir Koper  Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej

 

Ostania z trzech zakupionych przeze mnie książek Sławomira Kopra o Drugiej Rzeczypospolitej. Kolejne rozdziały opowiadają o Wieniawie, Piłsudzkim, Paderewskim, Śmigłym-Rydzu, Wojciechowskim, Mościckim i Sławku. Kopalnia anegdot, ciekawych historyjek. Zaraz na początku urzekła mnie taka anegdota o początkach prezydentury Wojciechowskiego: 

 Na pięć minut przed rozpoczęciem obiadu (..) Wojciechowski nie wytrzymał i (...) cichutko bocznymi drzwiami, wszedł do jadalni zamkowej, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Spostrzegłszy na sto­le przy nakryciach kartki z nazwiskami dygnitarzy, a ponieważ nie podobało mu się ich rozmieszczenie, nic nikomu nie mówiąc, kartki poprzemieniał. Między innymi posła włoskiego Tommassiniego, najstarszego przydziałem, posadzonego przy prezyden­cie, odsunął dalej, a przy sobie posadził posła Francji. Taką samą zmianę przeprowadził z posłem Anglii. Proszę sobie wyobrazić miny tych dyplomatów, kiedy zasiedli do stołu! Poseł włoski, senior korpusu dyplomatycznego, wpraw­dzie zajął miejsce wyznaczone mu przez prezydenta, ale zaraz po skończonym obiedzie wyjechał z Zamku i zażądał w Minister­stwie Spraw Zagranicznych wytłumaczenia przyczyny afrontu, jaki go spotkał. Oczywiście, trzeba było wyjaśniać i przeprosić. Inni posłowie sprzeciwu nie wnieśli, czekali bowiem na załatwie­nie sprawy protestu Włocha.

Zaciekawiła mnie historia wojennych losów Rydza - Śmigłego. Ale jasno z tej książki wynika, że nie wiemy nic, wszystko to tylko hipotezy. 

Siłą rzeczy, ten tydzień to tydzień podsumowań. Z ponad 80-ciu książek, które w tym roku przeczytałam, wybrałam 5 najlepszych:

Chimamamda Ngozi Adichie - To coś na twojej szyi

Ismail Kadare - Córka Agamemnona

Michał Łoziński - Książka

Władimir Zazubrin - Drzazga

Agata Tuszyńska - Oskarżona Wiera Gran

"Przewietrzyłam" też mój stosik - zostawiłam tylko książki, które dalej chce przeczytać (książek z biblioteki nie stosikuje, czytam je na bieżąco). 

niedziela, 25 grudnia 2011
Moje święta

Każdy ma swoją tradycję. Ja kontynuowałam swoją - czyli świąt alternatywnych. Po kilkuletniej przerwie, znowu tak jakoś wyszło. Córka daleko. Synek jeszcze dalej, jak zawsze robi świetne zdjęcia.

Ale choinka jest.



I wieczorem wygląda magicznie.



W świątecznych Wysokich obcasach jest bardzo ciekawy wywiad z 90-letnią byłą więźniarką Ravensbruck, Alicją Gawlikowską - Świerczyńską. Mimo swojego wieku, nadal wstaje codziennie o 6 rano i nie zje śniadania, dopóki się nie ubierze, nie umaluje i nie uczesze. Bo według niej: jest taka życiowa zasada - dopóki człowiek spełnia podstawowe czynności: chce się umyć, chce zjeść, chce się uczesać, chce się ubrać, to będzie żył. No chyba, że ma nadzwyczajnie zły los, tragiczną chorobę, coś ponad. No to ja nie wiem czy będę żyła. Bo ja jak tylko nie muszę, to tego nie robię i już od pewnego czasu, jak tylko mogę, wymiksowuję się z różnych wyjść, by pławić się w błogim nic-nie-robieniu.  Na marginesie:  mały jest ten świat, w wywiadzie opowiada o swojej zmarłej kilka lat temu córce. Pamiętam tamtą śmierć - mimo wszystko rzadko się zdarza, by ktoś w niedzielę pilotował szybowiec, we wtorek poszedł do lekarza, a w następną niedzielę umarł na raka. A znam tę historię, bo jej córka była synową Janeczki.

Tak naprawdę świąteczny nastrój przyszedł do mnie dopiero w niedzielę popołudniu. Wcześniej skutecznie zatruwała mi humor, konieczność "ściągnięcia" z Wwy samochodu Michała (od ośmiu lat siadam za kierownicą raz, góra dwa razy w roku, gdy nocą pustymi ulicami rozwożę po imprezach lekko wypitych gości). Dopiero po wykonaniu tego zadania, kamień obowiązków spadł mi z ramion i poczułam w duszy świąteczny nastrój.



Michał pozwolił mi nim jeździć, ale jak na razie do tego się nie palę, dopuszczam taką możliwość w stanie wyższej konieczności. A tak niech stoi i czeka na jego powrót. Jechałam samochodem prawie 50 minut - co z tego, że nie było korków, gdy co chwilę na tej drodze są światła. Gdybym jechała koleją, zajęłoby mi to 75 minut, z tego przynajmniej 45 minut (autobus + pociąg) bym czytała. Więc nawet jak nie ma korków, nie aż takie aj waj.

A z czytaniem w podróży łączy się moje obecne osiołkowanie: kupić Kindla, czy nie kupić? Z jednej strony, jedyne sklepy jakie lubię to księgarnie. Z drugiej strony, dużo czytam w podróży, a Kindle w torebce zdecydowanie poręczniejszy niż książka/książki. I już  byłam przekonana, że kupuję, gdy przyszła kartka świąteczna od Maga-Mary.

 

Od razu stała się moją ukochaną zakładką. No a że w Kindlu zakładek nie potrzeba, to skutecznie mnie to zniechęciło do kupowania. Ciekawe na jak długo.

niedziela, 18 grudnia 2011
Nigdy nie mów nigdy

Nie pamiętam kiedy oglądałam serial w Telewizji - kilkanaście lat temu? A dzisiaj obejrzałam w TVN Style odcinek Downton Abbey  i jak będę pamiętała, a telewizor będzie działać (z tym dalej bardzo różnie), za tydzień chętnie obejrzę następny. Zapamiętałam wpis Padmy i jak zobaczyłam w programie tytuł, sprawdziłam na jej blogu, że to o tym serialu pisała i o odpowiedniej porze zasiadłam przed TV. Słodki. 

Powoli przybywa brązowego Ficiaka (nazwałam go tak, bo  nie będzie mnie opinał i na każdym kroku, przypominał mi, że mam kilka kg za dużo).  

Przypomniałam sobie też o kapie. Wzięłam do ręki wzór.

i ułożyłam to już co mam, nie za wiele tego. Wiem już jedno - zrobienie kapy zabierze mi sporo czasu (wątpię, by za rok o tej porze była gotowa). Ale zszycie i wykończenie, to dopiero będzie hardcore.  

Do kina nie ma na co chodzić, więc tak na zmianę: druty, albo książka (stosik "do przeczytania" cały czas rośnie, co wejdę do księgarni z myślą o prezentach, kupuję książki dla siebie, w tym tygodniu Czubaszek i biografię Paula McCartneya). Podczas gdy inni uwijają się w przedświątecznym ukropie, u mnie błogi spokój. Synek w dalekich podróżach i nie ma komu gotować. Kto wie, moze nawet nie przytyję w te święta?

Przeczytałam bardzo zabawną książeczkę.

O kobietach, o których Hanuszkiewicz twierdził, ze lepiej się zna niż na teatrze. Książeczka pełna galanterii dla dam, ale tak na prawdę seksistowska do bólu. Tyle, że Hanuszkiewiczowi nawet z takim seksizmem i rozdętym ego, jest do twarzy.

O reżyserowanych przez siebie sztukach pisze mało, szerzej jedynie o wyreżyserowanej w Teatrze Telewizji jednoaktówce Giradoux: Apollo z Bellac (powtórzyli ją teraz w pierwszy poniedziałek po jego śmierci). Sztuka opowiada o tym jak do urzędu patentowego przychodzi młoda dziewczyna (Kalina Jędrusik), wie że kierują nim mężczyźni i boi się, że będąc osobą nieśmiałą, niewiele wskóra.  W hallu spotyka mężczyznę (Adam Hanuszkiewicz), który udziela jej bezcennej rady - mężczyźnie trzeba powiedzieć (ważne by stanowczo i bez afektacji), że jest piękny, a wtedy na wszystko się zgodzi. Zabawna jest historia, jak doszło do wyreżyserowania przez Hanuszkiewicz tej sztuki. Po przeczytaniu, odłożył ją na półkę - uznał, że jest głupia, bo mężczyźni nie są aż tak próżni.  Traf chciał, że kilka dni później, nawrzeszczał na swoją sekretarkę, gdy wpakowała go na niezłą minę, a ona odpowiedziała mu: Taki ładny, a tak krzyczy! A. Hanuszkiewiczowi złość natychmiast przeszła i skonfundowany wycofał się  do swojego gabinetu. Tam zorientował się, że pokonała go dokładnie tak, jak opisuje to Giradoux w swojej sztuce  Apollo z Bellac.  

piątek, 16 grudnia 2011
Przeczytane

Marian Pankowski Była Żydówka, nie ma Żydówki



Fajdze Oberlender jako jedynej udało się uciec z transportu. Po wojnie została zaproszona przez amerykańskich Żydów by opowiedziała im o swoich wojennych przeżyciach.

Zgodnie z zamysłem autora książka ma stanowić parabolę polsko - żydowskiego losu. Zrobił to w bardzo skondensowany i syntetyczny sposób (na marginesie: to nie powieść - powieści nie bywają tak krótkie - niecała godzina czytania, niejeden artykuł w gazecie jest dłuższy). Ale też celnie i w sposób przemawiający do wyobraźni.

Tutaj wypowiedź Mariana Pankowskiego na temat tej książki.

  Ketil Bjørnstad Liv Ullmann Linie życia

Zapis rozmowy z Liv Ullmann. O życiu, o mężczyznach. Umiarkowanie ciekawe. Myślę, że książki które sama napisała o swoim życiu są ciekawsze.

Ale mnóstwo "smaczków. Wybrałam dwa. Zachęcam do przeczytania. Bo jak dla mnie są boskie!

Pierwszy o spotkaniu Woody Allena z Ingmarem Bergmanem, które zostało zaaranżowane w następujący sposób:

Woody mnie zapytał: „Myślisz, że mógłbym się z nim spotkać?". „Oczywiście" - odpowiedziałam. Zadzwoniłam od razu do Ing­mara, zanim zdążył wylecieć ze Szwecji, i zapytałam go: „Chciał­byś się może spotkać z Woodym Allenem?". „O, tak" - brzmiała odpowiedź. „Byłoby miło".

 Po spektaklu Liv Ullmann razem z Woody Allenem pojechali do hotelu gdzie zatrzymał się Ingmar Bergman z żoną.

 Drzwi się otwierają i staje w nich Ingmar. Ingmar patrzy na Woody'ego. Woody patrzy na Ingmara. Bez słowa. Spotkanie dwóch geniuszy. Nagle Ingmar mówi jedno jedyne zdanie tamtego wieczoru: „Witam". Woody Allen kiwa jedynie głową. Wchodzimy do środka i siadamy przy stole.

Przy milczący kelnerzy podają jedzenie,  panie gadają o klopsikach…

W ten sposób minął nam obiad, potem deser i cała reszta. Ingmar spogląda na zegarek. Woody także. Allen należy do tych osób, które wcześnie chodzą spać. Wstajemy. Podajemy sobie dłonie na pożegnanie. Przysięgam ci, że podczas całego spotkania mężczyźni nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Wy­chodzimy. Woody i ja. Opuszczamy apartament, potem windą w dół, do szofera, który czeka na nas przy limuzynie. Woody odwozi mnie do domu. Bez słowa. Dopiero gdy wysiadam, mówi: „Och, Liv! Dziękuję. To było niezwykłe przeżycie!". Wchodzę do mojego mieszkania, gdy dzwoni telefon. To Ingmar. „Liv. Muszę ci podziękować! To było naprawdę ogromne przeżycie!"

 

Drugie o tym jak to w czasach głębokiego socjalizmu Liv Ullmann pojechała do Rosji i odwiedziła daczę Andrieja Konczałowskiego (był tam też i jego brat Nikita).

Co to byli za mężczyźni! Piękni, pełni rado­ści i sił witalnych. Ich ojciec już nie żył, ale matka przygotowy­wała dla nas herbatę w olbrzymim samowarze. Czułam się jak bohaterka powieści Tołstoja (…)Andriej zabrał mnie na cmentarz, na którym leżał jego tata. Mama przygotowała dla nas koszyk z jedzeniem, w którym były między innymi kawałki kurczaka. Głaszcząc mnie po włosach, Andriej powiedział: „Chciał­bym nazywać cię Czerwona Słomka". To było takie cudowne. Nagle zdjął z szyi łańcuszek, na którym wisiał pierścionek: „To należało kiedyś do mojego ojca. Chciałbym, żebyś to wzięła". To wystarczyło, żebym utonęła w jego czarnych oczach, że się tak wyrażę …

Wiele lat później przeczytała wspomnienia Shirley McLaine. Zaciekawił ją fragment, w którym Shirley opisuje spotkanie z mężczyzną, z którym żyła, Andriejem. Zaproszono ją do Rosji … tam na jego daczy mama Andrieja nalała jej herbaty z ol­brzymiego samowara itd, itd ... We wspomnieniu było i pójście na grób jego ojca, koszyk z kawałkami kurczaka, nazwanie  Czerwoną Słomką i ofiarowanie pierścionka na łańcuszku, który kiedyś należał do  ojca.

Liv Ullmann skwitowała to jednym zdaniem: W ten sposób moja hi­storia o Andrieju przestała przypominać już powieść Tołstoja.

A tak na marginesie, to nie mógł być grób ojca Andrieja, bo ten umarł w 2009 roku. Może chodziło o dziadka?

Kiedyś przeczytałam, entuzjastyczną recenzję tej książki. Ja takiej laurki tej książce nie wystawię. 

Autorkę tej książki zainspirowała historia Natalii Kampusch, z tym ze "dodała" do niej jeszcze inne historie o porwanych dzieciach. W efekcie wszystkiego  zrobiło się dużo - równolegle opowiadanych jest kilka takich historii, w dodatku co jakiś czas cofamy się do przeszłości by poznać background obecnych wydarzeń. Niestety mniej więcej w połowie książki robi się tego wszystkiego dużo za dużo i im bliżej końca tym bardziej nad tą wielością wątków autorka nie panuje. By uwiarygodnić swoją opowieść, posiłkuje się krótkimi wykładami z psychologii. Tyle, ze przynosi to odwrotny efekt - bohaterowie dalej snują się jak nimfy błotne, a odwołanie się do nauki, prowokuje do podważenia prawdopodobieństwa opisywanych historii.

Z tym że nie jest to też i bardzo zła książka. Typowa powieść sensacyjna, nic więcej. Moja krytyczna ocena w dużej części  wzięła się z tego, że spodziewałam się dużo więcej.

wtorek, 13 grudnia 2011
Przeczytane

Gej w wielkim mieście Mikołaj Milcke

O tym, o czym w tytule - chłopak z dalekiej prowincji rozpoczyna studia na wydziale dziennikarstwa UW i powoli uczy się żyć w wielkomiejskiej dżungli. Książka mocno osadzona w realiach dzisiejszej Wwy, nie wiem ile w tym fikcji literackiej, ile autobiografii, ale czuć że autor garściami sięga do własnych przeżyć i obserwacji.

To pomieszanie fikcji i autobiografii jest moim zdaniem grzechem pierworodnym tej książki. Nie potrafiąc zdecydować się czego ma być więcej, autor przyrządził ją tak, że dodał do swoich doświadczeń, szczyptę Cohella, doprawił Donem Brownem i jakby tego było mało, włożył w usta swoich bohaterów listę dialogową z polskich seriali. Z takiej papki siłą rzeczy nic dobrego wyjść nie mogło.

Najciekawszym wątkiem w tej książce jest dla mnie rozliczenie się z rodziną, małomiasteczkową klasą średnią, składającą się z pijącego tatusia, bezwolnej i też trochę popijającej mamusi oraz młodszego brata, który wprawdzie kradnie i ćpa, ale jak trzeba wybierać, to już lepszy taki jak "pedał". Comming out bohatera przypomina reklamę Dove - jeżeli rzeczywiście to jest takie proste, to z czego ludzie robią problem? Podobnie z aklimatyzowaniem się w Wwie. Tyle, że o ile na pierwszy temat nie wiem nic, o drugim coś tam wiem. Na moich studiach, po dwóch latach, podzieliliśmy się na grupy, w mojej nie było ani jednej spoza Wwy. Na pewno od tego czasu coś się zmieniło. Ale że aż tak, to nie wierzę.

I tak chciałam się spojrzeć na Wwę oczami osoby która przyjechała z prowincji, poczytać o byciu gejem we współczesnej Polsce, a tymczasem kolejny raz przekonałam się, że aby pisać o sobie, trzeba umieć się zdystansować do własnych wspomnień.

Umiejętność konstruowania intrygi to nie wszystko.

Z pamięci Erwin Axer



Ksiażka duża i gruba, do pociągu sie nie nadaje, słowem w sam raz "na zwolnienie".

Dość zgrabnie ułożony wybór tekstów z lat 1978-2003. Same teksty bardzo nierówne, - nagrodą było sporo ciekawych anegdotek. W tym spora część o  ludziach, których jeszcze pamiętam. Może  dlatego, gdy wiało nudą, nie odkładałam ksiażki, tylko czekałam na ciekawsze strony?

Anegdotka przypominająca czasy, które pamiętam:

Paryż. W rewanżu za wojenną przysługę, dawny znajomy z Wilna zaprosił Jana Kurnakowicza z resztą delegacji z soc-realu do eleganckiej knajpy. J. Kurnakowicz chyba nie zrozumiał,  że to nie on będzie płacił i speszony całą sytuacją, przez cały czas odmawiał jedzenia, wyszukując kolejne preteksty. Gdy pod koniec okazało się, że koszty pokrywa zapraszający, ożywił się i stwierdził, ze jednak by coś zjadł. Zapytany na co ma ochotę, odparł: na paróweczki. W knajpie tak pospolitego dania nie było, ale zachcianka klienta rzecz święta, zamówili z innej i przynieśli dymiące na talerzu. Jan Kurnakowicz szybko spakował je do serwetki i widząc pełne zdziwienia oczy odpowiedział:  mam w domu kotka, będą w sam raz na prezent.

 

Jeszcze jedna historia, która według mnie świetnie ilustruje pewien typ mentalności i "wiary" w źródła.

Rok. 1968 Wezwanie na przesłuchanie. Pytanie czy we Lwowie podczas wojny zetknął się z kimś o nazwisku Parnas. Pierwsza odpowiedź; tak,  profesor Parnas, biochemik, nie zgadzał się z poglądami Stalina na temat genetyki, zmarł w niejasnych okolicznościach … ich nie usatysfakcjonowała.

Interesował ich prezes lwowskiej gminy żydowskiej. Oświadczenie E. Axera, że został powieszony a jego ciało wystawione na widok publiczny, przyjęli z niedowierzaniem. Uwierzyli dopiero jak potwierdziła to, przywieziona specjalnie na tę okoliczność matka E. Axera. Okazało się, że chcieli nagłośnić „sprawę Parnasa”, bo znaleźli depeszę korespondenta Czerwonej Armii: Ot, gmina żydowska na przykład i jej prezes, Parnas niejaki. Pewnie swołocz uciekł z Niemcami.   

niedziela, 11 grudnia 2011

Plan był taki, że po tygodniu leżenia w łóżku, zanudzę się na śmierć i zatęsknię do świata. No ale nie zatęskniłam i taka nie stęskniona musiałam wyjść ze swojej ujutnej norki. A na świecie ponuro i paskudnie. Skończył się Festiwal Filmów Świata, kupione w przedsprzedaży bilety wylądowały w koszu i pozostaje tylko zamruczeć: byle do Świąt! 

Skończyłam PoleGole. Taki trochę fikuśny i jakby się jeszcze ta wełna nie mechaciła, to by nawet i nadawał się do noszenia.



 



Ponieważ z tym mechaceniem się mam mały problem, postanowiłam poeksperymentować z wełną typu "superwash". Kupiłam w e-dziewiarce tweed Zitrona i mam zamiar zrobić coś podobnego do tej granatowej szmatki z H&M. Jest cienka, lejąca i fajnie się nosi, czy coś takiego zrobione na drutach będzie się dobrze nosić, nie wiem. Nieźle się narobię, zanim się o tym przekonam, bo "płaszczyzna" do przerobienia spora.

Na razie w przerwie z jednego samotnego motka Magica kończę "dodatkowy element dekoracyjny", nakładany na jednobarwne. pięciopalczaste rękawiczki - w wersji one could be lost, (już jakiś czas temu wyciągnęłam wniosek z życiowej obserwacji, że gubią się jedynie "parzyste" rękawiczki, dzięki czemu gubię jedną rzecz mniej).



A planów drucianych moc. Na grudniowych Szarotkach (wyjątkowo w tym miesiącu spotkałyśmy się w Sos-ie) pochwaliłam się PoleGole i zapowiedziałam dalszy rozwój - mam zamiar zmierzyć się z tzw. Enterlac'iem.

 

W sobotniej Gazecie Wyborczej jest wywiad z Danielem Olbrychskim:

 - Ponad 10 lat wychowywał się Pan bez ojca ...

- Ja ani brat nigdy nie słyszeliśmy od mamy czy dziadków, że tata nas zaniedbywał, że leń, szaleje w Wwie, a powinien tu być. Byłem wychowany w szacunku dla ojca ...

Tia ... podobno przyczyną tego bałwochwalczego nadwiślańskiego kultu facetów są wojny, powstania tu toczone itp. Rozglądam się wokół i jak patrzę na "jakość" tych facetów, nie dziw mnie że wszystkie były przegrane. 

 

W związku z nowym rozkładem jazdy Mazowieckich Kolei Regionalnych, wysłałam do nich taki mail:

Czy ktoś z Państwa dojeżdża do pracy z Brwinowa? Przecież to chore aby aż tak zmniejszyć poranną liczbę kursów do Wwy. Ja wiem, że na tej linii nie ma autobusów i jako monopoliści mogą Państwo wiele.
Ale żeby aż tak to wykorzystywać?
 
 
Skoro skończyło się zwolnienie wróciłam do gamelo.net. Nie nadążam. Jak zaczynałam było do zrobienia 862 plansz. Na dzień dzisiejszy jest 904 i cały czas przybywa ...
 
 
niedziela, 04 grudnia 2011
Na chorobowym

Dostałam dość długie zwolnienie, (9 dni). Doszłam do wniosku, że ze zwolnieniem jest tak jak z emeryturą - na emeryturę idzie się, gdy już nie wiele się chce i nie ma się już tylu sił, a na zwolnienie gdy jest się chorym. Co z tego że mam czas, skoro nie mam siły?  Lekarze mówią, że nic poważnego mi nie jest. Ja wcale tak o tym przekonana nie jestem i pasę się w samotności (bo oprócz mnie wszyscy podzielają zdanie lekarzy) historiami o błędnych diagnozach.

Po dwóch dniach zwolnienia podjęłam heroiczną decyzję - detoks od gamelo.net. Dzięki temu, po bardzo długiej przerwie udało mi się zamieścić wpis na swoim drugim blogu - podałam tam przepis na skrócone rzędy, który na Szarotkowie pokazała mi Gackowa i opisałam jak robi się rękaw od góry, z wyrabianą rzędami skróconymi główką.     

Słowem dziergam powoli te moje PoleGole 

I może bym miała skończony jeden rękaw, gdybym wcześniej przesiadła się na 5 drutów. Nie wychodzi mi robienie na okrągło drutami na żyłce małych obwodów, zanim sobie o tym przypomniałam, straciłam pół dnia. 

Aby nie dziergać w ciszy, powróciłam (któryś tam już raz) do słuchania W  poszukiwaniu straconego czasu - tyle, że  dalej jednym uchem mi wlatuje, drugim wylatuje. Po trzech godzinach mogę znów słuchać tego samego rozdziału, ze zdziwieniem odkrywając jak niewiele zapamiętałam. Ale powoli zaczyna mnie to wciągać. Spodobał mi sie fragment o nielubianym przez rodziców koledze Blochu. Podpadł rodzicom, bo na najprostsze pytania odpowiadał w bardzo wyszukany sposób. Na przykład gdy przyszedł zmoczony, na pytanie czy padało, bo barometr tego nie zapowiadał, odpowiedział:

Łaskawy panie. Nie umiem Panu absolutnie powiedzieć czy deszcz padał. Żyję tak zdecydowanie poza fizykalnymi warunkami istnienia, że zmysły moje nie trudzą się ich odgadywaniem.

Wszyscy powoli wynoszą się z Bloxa na Bloggera. Cały czas sobie obiecuję, że porównam obie platformy, na pierwszy rzut oka, Blogger ma kilka fajnych funkcji, ale do końca nie łapię o co chodzi z tymi przenosinami. Moda? Z tym, że z tym co zawsze było dla mnie  największym atutem Bloxa, opieką adminów, tak dobrze jak kiedyś już nie jest. W tym tygodniu omyłkowo skasowałam jeden wpis. Przeczytałam na forum, że w takiej sytuacji można co najwyżej zapytać admina, czy możliwe byłoby odzyskanie wpisu. Przy okazji zobaczyłam, że pytania do admina potrafią "wisieć" bez odpowiedzi i kilka dni. W tej sytuacji postanowiłam liczyć na siebie - swój blog mam w czytniku gugla, sprawdziłam,  był i skasowany wpis. Copy, paste i problem został rozwiązany. 


Jeszcze zanim się rozchorowałam, w ramach Przeglądu Filmów Fińskich, obejrzałam Hellę W.



Historia życia Helli Wuolijoki, przed drugą wojną jedną z czołowych fińskich businesswoman (handel drzewem na duża skalę, międzynarodowe interes, kontakty). Czy była w tym czasie szpiegiem? Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ale raczej tak. Gdy interesy przestały wychodzić (inna sprawa, że już wcześniej wychodziły, dzięki nie płaconym podatkom i należnościom), przerzuciła się na pisanie sztuk teatralnych i na tym polu też odnotowała spore sukcesy. Była jedną z kluczowych postaci w negocjacjach pokojowych w trakcie Wojny Zimowej w Finlandii (1939-1940). Gdy zmienił się kierunek wiatru historii została oskarżona o zdradę stanu i skazana na dożywocie. Jak wiatr historii znów zmienił kierunek została ułaskawiona. Po wojnie objęła stanowiska Redaktora Naczelnego Fińskiego Radia i była posłem na Sejm. Słowem postać bardzo barwna.

A film? Mocno taki sobie.

W tym tygodniu miałam jeszcze kilka razy być w kinie. Kupiłam nawet w przedsprzedaży bilety, bo w ramach tegorocznego Festiwalu Filmów Świata Ale Kino jest kilka wartych obejrzenia. No ale nie wyszło. 

Przeczytane

Toast dla przodków  Wojciech Górecki

Reportaż o Południowym Kaukazie, gdzie są miasta o których opowieść zaczyna się takim zdaniem:   Przez pierwsze 2600 lat w Erewaniu nic się nie działo

Mimo przeczytania tej książki niewiele więcej wiem o tym narodowym tyglu, ale też nie miałam takich ambicji. Przeurocza ballada o bardzo ciekawym regionie świata.

Z naszego punktu widzenia świat przeżarty korupcją, w specyficzny sposób wpisaną w krwioobieg :

Ktoś mi opowiedział historię: w jednej z wiosek w środkowym Azerbejdżanie panowała straszna nędza. Starszyzna uradziła, że trzeba mieć własnego policjanta. Znaleziono odpowied­niego kandydata, wioska zrzuciła się i
wyprawiła chłopaka do szkoły policyjnej w Baku. Kiedy wrócił, ustawił się przy szosie zaczął zarabiać. Szybko oddał długi, ale potem potrącił go samochód - i cała wioska musiała składać się na pogrzeb.

A jak o Gruzji to i o tamtejszych biesiadach:

Gruziński stół to biesiada, przebiegająca według ustalonego porządku, to teatr, w którym każdy ma do odegrania swoją rolę, to rytuał. Duszą stołu, jego dyrygentem i wodzirejem jest tamada. To on wygłasza kolejne toasty, on udziela głosu biesiadnikom i nadaje ucztowaniu rytm. Jednoczy zgromadzonych i dba, żeby wszyscy dobrze się czuli. Można sobie wyobrazić stół bez tej czy innej potrawy, ale bez tamady stanie się zwyczajną kolacją, bankietem, towarzyskim spotkaniem.

Bardzo podobał mi się ten toast ( do wielokrotnego użycia, trzeba tylko „podmienić” ostatnie słowo):

Wypijmy za naszego przyjaciela. Wszyscy go znamy, ko­chamy i szanujemy. Szanujemy nie dlatego, że jest u nas sekre­tarzem. My też pełnimy odpowiedzialne funkcje. Nie dlatego, że ma willę, daczę i dom letniskowy w Batumi. My też nie mieszkamy pod mostem. Nie dlatego, że ma mercedesa, któ­rego sprowadził na siostrzeńca. My też nie chodzimy piechotą. Nie dlatego wreszcie, że ma wspaniałą żonę - ukłony dla pani Manany, żyj nam, droga, sto lat! - i kochankę na boku. My też nie spędzamy nocy samotnie. Naszego Gogiego szanujemy za to, że jest prawdziwym komunistą!

Z tym, że złapałam się na tym, że książka utrwaliła moje stereotypy. Sporo "ciekawostek" . Nie wiedziałam, np. o rozmiarach kultu księgi u Ormian. By zapewnić przetrwanie księgozbioru, który płonął w rozlicznych wojnach, na potęgę go kopiowali. Dbanie o księgi było tak ważne, że zdarzało się że adoptowały je bezdzietne małżeństwa.

 

 

Hanemann  Stefan Chwin



O tej książce tyle dobrego napisała autorka Czarodziejskiej Góry Ksiażek, że postanowiłam sprawdzić co wywołało u niej  aż taki zachwyt.

Mnie nie ta książka nie zachwyciła, zdecydowanie za dużo słów.

Gdańsk lata 30-te i 40-te ubiegłego wieku. Poznajemy Niemców z Wolnego Miasta Gdańsk, towarzyszymy im w ewakuacji -  wsiadają na statek, który po wypłynięciu w morze, zaatakowany przez rosyjskie torpedy, zatonie.  Potem przyglądamy jak w opuszczonych przez nich domach moszczą się ich następcy.  Z tym, że nie jest to żadna saga, nawet o głównym bohaterze, Niemcu, który w ostatniej chwili zrezygnował z ewakuacji i został w mieście,  wiemy niewiele, przez co trudno się do niego przywiązać. Większy nacisk jest położony na opis świata rzeczy, który trwa, podczas gdy wszystko wokół się zmienia. Trochę rozważań na temat samobójstwa - m.in.  Witkacego (nie jest wymieniony z nazwiska, występuje jako Malarz). Losy bohaterów ilustrują: popadanie w życiowy marazm, trwanie w nim (często latami), jak i podnoszenie się z niego. 

Słowem tematy bardzo ciekawe i fragmentami bardzo ciekawie podane. Ale wszystko to przetkane jest  przygniatającymi opisami, często ciężkimi w czytaniu. Prawdopodobnie dla kogoś zakochanego w historii Gdańska, te fragmenty też są bardzo interesujące - mnie śmiertelnie wynudziły.

A już do czytania w pociągu ta książka nie daje się wcale.



 

Córka Agamemnona  Ismail Kadare



W przeciwieństwie do Hanemanna  S. Chwina w tej książce słów jest dokładnie tyle ile trzeba, a nawet mogłoby być ich trochę więcej. Pewnie jest to też wynik i tego, jak ta książka powstała - żyjący w Albanii I. Kadare napisał ją w latach 80-tych, a następnie partiami, po kilka kartek przemycał do Francji, gdzie zdeponowana w sejfie czekała na szczęśliwsze czasy i możliwość publikacji.

Książka rewelacja. Z tych na jeden wieczór,  zdarzają się i dłuższe opowiadania. 

Albania lat 80-tych, 1 maja. Bohater, pracownik telewizji,  zmierza na trybunę pierwszomajowego pochodu. Przeżywa bardzo świeże rozstanie z ukochaną Suzanną - odeszła, bo zażądał tego od niej jej ojciec, wysoki dygnitarz partyjny.

Myśli mu się kłębią, w historii z Suzanną widzi analogie do mitu o Ifigenii, ale to nie jedyny mit, który przywołuje starając się zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. Nie mysli tylko o Suzannie, aby dostać się na trybunę, musi przejść przez kolejne punkty kontrolne, każdy taki punkt to kolejne przeżycie i pretekst do rozważań o życiu w ówczesnej Alabanii. Zapis tych rozmyślań - rewelacja! Dawno nie czytałam tak dobrej książki o systemie totalitarnym. Przypomniał mi się Kamień cierpliwości Atiq Rahimi.



Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli