niedziela, 30 grudnia 2012
2012 - remanent

Druciarsko ten rok to porażka. Poza kilkoma drobiazgami, "mam na koncie" tylko trzy skończone roboty:

 

Przy czym zrobiony z Zitron Tweed Rulonik zeszmacił się już po pierwszym praniu i robi za sweter do ogrodu, jedwabny szal dałam Ance, tak że z 2012 roku został mi się ino Funczal.

Nowy rok, przynajmniej  na starcie, zapowiada się lepiej, bo zaraz skończę szary kardigan. A może uda mi się w nowym roku skończyć wreszcie i kapę?

Ja nie mam się czym pochwalić, za to Gumiś ...  Dostałam od niej super czapkę, szkoda tylko że zdjęcia takie sobie.

Filmowo też nie mogę tego roku uznać za udany. Albo z wiekiem jestem bardziej wybredna, albo rzeczywiście nie ma za bardzo na co chodzić do kina. A że natura nie znosi próżni, pojawiły się seriale.

Do końca obejrzałam jeden:



Całe pięć sezonów. Biorąc pod uwagę, ze tylko pierwszy jest dobry, mogę podziwiać swoją determinację.

Teraz jestem po pierwszym sezonie In treatment:



I Homeland:




W obu przypadkach skłamałabym, gdybym napisała, że z utęsknieniem czekam na ciąg dalszy. Ale ponieważ na bezrybiu i rak ryba, to pewnie obejrzę i kolejne odcinki.

Za to pojawił się trzeci sezon  Downton Abbey.



Nawet jeżeli ten serial wcale nie jest mądrzejszy od innych, to na samą myśl że znów zobaczę na ekranie Maggie Smith, mlaskam ze szczęścia.

 

Przeczytałam, ale nie polecam.



Japoński produkcyjniak. Gdy Ginko miała 16 lat wyszła za maż. Trzy lata poźniej wróciła do rodziców zarażona rzeżączką (wtedy ja poznajemy). Wykluczona z tradycyjnie przypisanej ówcześnie kobietom roli (XIX wiek), zwraca się ku książkom i postanawia zostać lekarzem. Uporem i siłą woli pokonuje wszystkie trudności. Po drodze jeszcze zostając chrześcijanką.

Koszmarny panegiryk (podobno oparty na autentycznej historii). W Japonii był to bestseller. Więc może to wina tłumacza?

Ale niesmak po tej książce już zmyty - stary rok kończę z dobrą książką w ręku - P.Roth Nemezis.

sobota, 29 grudnia 2012
2012 - książki

Małpując Padmę:

Czyli najlepsze przeczytane w tym roku książki (+ to co o nich napisałam):

Książka prawnuczki Jarosława Iwaszkiewicza.

Rozliczenie z mitem rodziny w sposób, który może tylko budzić podziw, bo o najtrudniejszych sprawach jest napisane tak, że z jednej strony nie oblepia opisywanych błotem, ale też i nie buduje kiczowatych ołtarzyków. Przy czym nie umiem powiedzieć, na ile ta książka jest czytelna dla kogoś, kto mało wie o opisywanych w niej ludziach. Wiele spraw zasygnalizowanych jest tu jednym słowem, czy zdaniem, które łatwo można przeoczyć, a które przypomina o czymś, bez czego kontekst danego zdarzenia nie jest do końca zrozumiały.

Nie jest to biografia Iwaszkiewicza, żadnej innej osobie z tej rodziny też nie jest poświęcone jakoś szczególnie dużo miejsca. Jak się chwilę zastanowić, to jest to książka o rodzinie, o przemijaniu kolejnych pokoleń, powtarzanym przez nie schematom. Z kilku gdzieniegdzie rzuconych słów wynika, ze autorka wzięła się za pisanie tej książki wylądowawszy na tzw. życiowym zakręcie, stąd pewnie próby odpowiedzi na pytanie, na ile rodzinna przeszłość, determinowała wybory życiowe potomków. Ale też tego psychologizowania nie jest w tej książce zbyt dużo - ino szczypta.

Przede wszystkim jest to świetnie napisana saga rodzinna. pełna anegdot, historii, ciekawych historyjek, które mają tę zaletę, że wydarzyły się naprawdę. Słowem wszystko to co ja lubię. Stąd pewnie moje ochy i achy.



Chimanda Ngozi Adichie - Połówka żółtego słońca

Sprawdziłam. Chimanda Ngozi Adichie napisała tylko trzy książki. Niestety wszystkie przeczytałam i teraz mogę tylko czekać na następne.

Połówka żółtego słońca opowiada o Nigerii w 60-tych latach. Bohaterki tej książki, to dwie bliźniaczki, Olanne i Kainene, z nigeryjskiej klasy średniej, z plemienia Ibo. To że są z Ibo będzie miało znaczenie gdy wybuchnie wojna domowa - staną się wówczas obywatelkami Biafry i z tym krajem będą się identyfikować. W pierwszych miesiącach tej wojny tzw. kapitał społeczny sprawia, że nieźle jeszcze sobie radzą. Ale powoli i one tracą grunt pod nogami.

Książka jest gruba (500 stron), nie cała o wojnie. Wątek wojennych losów rodziny Olanny i Kainene, przeplatany jest opowieścią sprzed kilku lat, gdy obie wiodły spokojne życie, komplikowane co najwyżej intrygami na poziomie telewizyjnych seriali. Rewelacyjnie napisana: już po kilku stronach się wsiąka i do końca trudno się oderwać.



Sofi Oksanen Oczyszczenie


Kto nie przeczyta, twierdzi że to rewelacyjna powieść. Trudno temu zaprzeczyć, bo książka naprawdę świetna.

Na początku lat 90-tych, tuż po odzyskaniu niepodległości, na podwórku swojej wiejskiej chaty, Aliide Truu, znajduje pobitą młoda dziewczynę, Zarę. W retrospektywnych fragmentach, poznajemy historię Aliide Truu, przed wojną córki estońskiego bogatego chłopa, potem żony komunistycznego aparatczyka, pod koniec życia zgorzkniałej wdowy, odtrąconej po upadku ZSRR przez wiejską społeczność. Równolegle poznajemy historię Zary, mieszkanki Władywostoku.

Książka o wszystkim – o miłości, nie tylko wzniosłej i pięknej, ale i o toksycznej, zdolnej do zbrodni. O przemocy wobec kobiet, i o tym jak doświadczana przez nich przemoc daje im siłę, by okrutne rozprawić się ze słabszą od siebie. A najwięcej o historii, wplatanych w jej tryby zwykłych ludziach, którzy starają się przetrwać, jak trzeba, to i kosztem innych.

Bardzo to wszystko smutne, ale co ważne „nie rozedrgane emocjonalnie” i napisane w sposób bardzo „skondensowany” - bez zbędnych opisów, czy zdań. Bardzo krótkie rozdziały, trzeba bardzo uważnie czytać, by niczego nie przeoczyć. I chociaż szybko można się zorientować, że Zara nie przypadkiem znalazła się na podwórzy Aliide, to intryga nie raz zaskakuje i do końca czyta się z zainteresowaniem. I co na przykład mi się bardzo podobało, zakończenie wcale nie przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania.

 

Iza Komendołowicz Elka\


Nie przeczytałam, ale pochłonęłam. Książka to pospinane komentarzami autorki wypowiedzi ludzi, którzy ją znali. Z tym, ze czuć dokonywany przez autorkę „wybór pozytywny” i narzucaną sobie autocenzurę. Tylko o alkoholizmie jest bardzo wprost. Reszty można się co najwyżej domyślić. Ale ciekawy czas, ciekawi ludzie. No i przewijające się przez całą książkę, bardzo na czasie pytanie: jak ułożyłoby się jej życie, gdyby jednak nie wyjechała.



Agata Tuszyńska Ćwiczenia z utraty

W 2005 roku Agata Tuszynska żyła od kilkunastu lat w związku "na odległość" z Henrykiem Desko, ona w Polsce, on w Kanadzie. Spotykali się kilka razy w roku. Gdy właśnie zamierzali sformalizować związek i zacząć wspólne życie, u H. Desko rozpoznano jednego z najbardziej złośliwych raków mózgu.

Zapis kilkunastu miesięcy towarzyszenia w chorobie - od sms-a o podejrzeniu guza mózgu, poprzez diagnozę, dwie operacje, chemię, naświetlanie, po zapowiedziany przez lekarzy koniec.

Książka bardzo osobista, chwilami przypominająca mi dwa filmy: 33 sceny z życia M. Szumowskiej i Inwazję barbarzyńców.

Film M. Szumowskiej przypomina szczerością. Nie wszystkie uczucia i myśli A. Tuszyńskiej są wzniosłe i szlachetne. Opowiada o sobie, o tym jak próbuje sobie z tym czego doświadcza radzić. Jest miejsce na wyczerpanie, wątpliwości. Gdy chory coraz mniej przypomina siebie sprzed choroby, stawia sobie czasami pytanie, czy gdy na początku swojej choroby znalazł się na granicy śmierci, słuszna była decyzja o ratowaniu za wszelką cenę życia, które z niego uchodziło. Jest w tym wcale nie tak mało kabotyńskiej autokreacji, niezgoda na to, że to ich, potomków ocalałych z Zagłady spotyka taki los. Czytałam z trudem, bo towarzyszenie takiej rozpaczy nie jest łatwe. Ale też doceniłam, że nie ma w przekraczania barier prywatności, fizjologii umierania. 

Przypomniałam sobie o Inwazji barbarzyńców, bo w którymś momencie A. Tuszyńska wspomina o tym filmie. Klimat tamtego filmu przypominają starania by odchodzić przy muzyce, z książką w ręku, ucztując z przyjaciółmi. I ta siła babskiej przyjaźni (jak sama zauważa, mężczyźni nie umieli sprostać). Zobaczyłam je siedzące podczas trwającej operacji, w szpitalnej poczekalni, gdy dodają sobie otuchy śpiewając piosenki, które znają - Szła dzieweczka do laseczka, Płonie ognisko w lesie itp.

Książka z tych zachodzących pod skórę.

 

Claude Lanzmann Zając z Patagonii

Czytałam te 500 stron pamiętnika prawie dwa tygodnie, długo, nawet biorąc poprawkę na objętość. Książka nie jest z tych co „same wchodzą”, za dużo faktów, skrótów myślowych, wymuszanych przez autora postojów na chwilę zadumy (a przy okazji i złapania zgubionego wątku). A wszystko to dlatego, że aby opisać na 500 stronach swoje życie, Claude Lanzmann musiał tylko skracać, kompresować i pomijać: miał tak barwne życie, że i kilka tysięcy stron byłoby mało.

Podczas wojny francuski ruch oporu, po wojnie dziennikarz jeżdżący po świecie i to po mało uczęszczanych regionach. Potem wywiady dla francuskiej prasy z wielkimi ówczesnej kultury, znał chyba wszystkich, co się liczyli w świecie. Przyjaźń z Jean-Paulem Sartre, kilka lat w związku z Simone de Beauvoir. Twórca filmów dokumentalnych, kilkanaście lat poświęcił na nakręcenie dzieła swojego życia, Shoah.

Pod koniec książki jest też i sporo o Polsce (Shoah). Chociaż nie pisze o nas z sympatią, warto się temu jak nas przedstawia przyjrzeć.

Niesamowita książka.

Trochę przypominała mi Opowieść o miłości i zmroku Amosa Oza – i choć aż tak dobra jak tamta nie jest, ta sama półka. Z tym że A. Oz budzi sympatię, a C. Lanzmann nie za bardzo, zbyt często wychodzi z niego kawał aroganckiego bufona.

środa, 26 grudnia 2012
Na szkoleniu

Wwa rozbłysła lampkami. Świątecznie udekorowano też kasę biletową w Brwi. Dzięki czemu dowiedziałam się że to, że pociągi nie jeżdżą według rozkładu jest głęboko przemyślaną strategią i elementem permanentnego szkolenia mieszkańców Mazowsza. 

Marszałkowi Województwa Śląskiego udało się zorganizować jedno takie "szkolenie" i od razu poleciał. A na Mazowszu  A. Struzik urządza takie szkolenia już od 12 lat i cisza. Przy okazji ostatniej awantury na temat śląskich kolei stawiali go jako wzór. Jak on to robi?

W tym roku święta zaczęłam w pędzie. Prosto z pracy pojechałam na Wigilii - zdjęcie na pamiątkę z patrzącym na nas z góry kotem Joanny.

 

Przez ten przedświąteczny "patataj", zapomniałam o dokupieniu choinkowych ozdób. Choinka jest więc mała i ubrana byle jak. Jak jest ciemno i święcą się lampeczki to jeszcze ujdzie, tak na sucho lekko "straszy". 


Następnego dnia, z obawy przed "świątecznym planem szkoleniowym" przeniosłam się do Wwy. Tyle, że wyszłam z domu w przeciekających butach (założyłam je po raz pierwszy w tym roku, w zeszłym roku nie przemakały), więc zrezygnowałam z programu kulturalnego i skoncentrowałam się jedynie na programie 'wnuk".


Dostałam od niego pierwszy prezent:


 

Z leniwie świątecznym klimatem współgra przeczytana przeze mnie książka:

 

Fajnie się czyta (z tym, że jest to taki "pudelek.pl" w wersji light). Ale jak się w to wczyta, jest i drugi podskórny nurt. Spowiedź człowieka, który pamięta że był królem życia i teraz bardzo źle czuje się w roli niedołężnego starca. Miał dużo do powiedzenia, powiedział mało i w tym jest też i urok tej książki - do końca zachował klasę. 

W poprzednim tygodniu w  kinie byłam raz i to na "zaległym" filmie. 

A nawet nie tyle w kinie, ile na projekcji. Przed seansem wystąpił prof. Jan Doktór i dzięki jego krótkiemu wykładowi, coś z tego filmu zrozumiałam. Wiedza o tym, że było coś takiego w historii jak frankizm i na czym to w zarysach polegało, to za mało by zrozumieć ten film. Zwłaszcza, ze polega na luźno ze sobą związanych scenach i żeby je ze sobą zlepić, trzeba znać historię. 

Ale żeby nie popadać w zbytnie krytykanctwo, film bardzo ładnie sfilmowany. W dodatku nie najgorzej zagrany. Da się oglądać.

A cały wpis powstał dlatego, ze wreszcie skończyłam kołnierz szarego swetra. Prawidłowo wykonany kitchener nie zawiódł, szwu nie widać (dla laików: środkowe zdjęcie).


Coś czuje, że będę go musiała go od dołu "podpruć", bo nie starczy mi wełny na rękawy. Dramatu nie będzie, sweter jest dość długi i spokojnie może być z 10 cm krótszy.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli