niedziela, 30 grudnia 2012
2012 - remanent

Druciarsko ten rok to porażka. Poza kilkoma drobiazgami, "mam na koncie" tylko trzy skończone roboty:

 

Przy czym zrobiony z Zitron Tweed Rulonik zeszmacił się już po pierwszym praniu i robi za sweter do ogrodu, jedwabny szal dałam Ance, tak że z 2012 roku został mi się ino Funczal.

Nowy rok, przynajmniej  na starcie, zapowiada się lepiej, bo zaraz skończę szary kardigan. A może uda mi się w nowym roku skończyć wreszcie i kapę?

Ja nie mam się czym pochwalić, za to Gumiś ...  Dostałam od niej super czapkę, szkoda tylko że zdjęcia takie sobie.

Filmowo też nie mogę tego roku uznać za udany. Albo z wiekiem jestem bardziej wybredna, albo rzeczywiście nie ma za bardzo na co chodzić do kina. A że natura nie znosi próżni, pojawiły się seriale.

Do końca obejrzałam jeden:



Całe pięć sezonów. Biorąc pod uwagę, ze tylko pierwszy jest dobry, mogę podziwiać swoją determinację.

Teraz jestem po pierwszym sezonie In treatment:



I Homeland:




W obu przypadkach skłamałabym, gdybym napisała, że z utęsknieniem czekam na ciąg dalszy. Ale ponieważ na bezrybiu i rak ryba, to pewnie obejrzę i kolejne odcinki.

Za to pojawił się trzeci sezon  Downton Abbey.



Nawet jeżeli ten serial wcale nie jest mądrzejszy od innych, to na samą myśl że znów zobaczę na ekranie Maggie Smith, mlaskam ze szczęścia.

 

Przeczytałam, ale nie polecam.



Japoński produkcyjniak. Gdy Ginko miała 16 lat wyszła za maż. Trzy lata poźniej wróciła do rodziców zarażona rzeżączką (wtedy ja poznajemy). Wykluczona z tradycyjnie przypisanej ówcześnie kobietom roli (XIX wiek), zwraca się ku książkom i postanawia zostać lekarzem. Uporem i siłą woli pokonuje wszystkie trudności. Po drodze jeszcze zostając chrześcijanką.

Koszmarny panegiryk (podobno oparty na autentycznej historii). W Japonii był to bestseller. Więc może to wina tłumacza?

Ale niesmak po tej książce już zmyty - stary rok kończę z dobrą książką w ręku - P.Roth Nemezis.

sobota, 29 grudnia 2012
2012 - książki

Małpując Padmę:

Czyli najlepsze przeczytane w tym roku książki (+ to co o nich napisałam):

Książka prawnuczki Jarosława Iwaszkiewicza.

Rozliczenie z mitem rodziny w sposób, który może tylko budzić podziw, bo o najtrudniejszych sprawach jest napisane tak, że z jednej strony nie oblepia opisywanych błotem, ale też i nie buduje kiczowatych ołtarzyków. Przy czym nie umiem powiedzieć, na ile ta książka jest czytelna dla kogoś, kto mało wie o opisywanych w niej ludziach. Wiele spraw zasygnalizowanych jest tu jednym słowem, czy zdaniem, które łatwo można przeoczyć, a które przypomina o czymś, bez czego kontekst danego zdarzenia nie jest do końca zrozumiały.

Nie jest to biografia Iwaszkiewicza, żadnej innej osobie z tej rodziny też nie jest poświęcone jakoś szczególnie dużo miejsca. Jak się chwilę zastanowić, to jest to książka o rodzinie, o przemijaniu kolejnych pokoleń, powtarzanym przez nie schematom. Z kilku gdzieniegdzie rzuconych słów wynika, ze autorka wzięła się za pisanie tej książki wylądowawszy na tzw. życiowym zakręcie, stąd pewnie próby odpowiedzi na pytanie, na ile rodzinna przeszłość, determinowała wybory życiowe potomków. Ale też tego psychologizowania nie jest w tej książce zbyt dużo - ino szczypta.

Przede wszystkim jest to świetnie napisana saga rodzinna. pełna anegdot, historii, ciekawych historyjek, które mają tę zaletę, że wydarzyły się naprawdę. Słowem wszystko to co ja lubię. Stąd pewnie moje ochy i achy.



Chimanda Ngozi Adichie - Połówka żółtego słońca

Sprawdziłam. Chimanda Ngozi Adichie napisała tylko trzy książki. Niestety wszystkie przeczytałam i teraz mogę tylko czekać na następne.

Połówka żółtego słońca opowiada o Nigerii w 60-tych latach. Bohaterki tej książki, to dwie bliźniaczki, Olanne i Kainene, z nigeryjskiej klasy średniej, z plemienia Ibo. To że są z Ibo będzie miało znaczenie gdy wybuchnie wojna domowa - staną się wówczas obywatelkami Biafry i z tym krajem będą się identyfikować. W pierwszych miesiącach tej wojny tzw. kapitał społeczny sprawia, że nieźle jeszcze sobie radzą. Ale powoli i one tracą grunt pod nogami.

Książka jest gruba (500 stron), nie cała o wojnie. Wątek wojennych losów rodziny Olanny i Kainene, przeplatany jest opowieścią sprzed kilku lat, gdy obie wiodły spokojne życie, komplikowane co najwyżej intrygami na poziomie telewizyjnych seriali. Rewelacyjnie napisana: już po kilku stronach się wsiąka i do końca trudno się oderwać.



Sofi Oksanen Oczyszczenie


Kto nie przeczyta, twierdzi że to rewelacyjna powieść. Trudno temu zaprzeczyć, bo książka naprawdę świetna.

Na początku lat 90-tych, tuż po odzyskaniu niepodległości, na podwórku swojej wiejskiej chaty, Aliide Truu, znajduje pobitą młoda dziewczynę, Zarę. W retrospektywnych fragmentach, poznajemy historię Aliide Truu, przed wojną córki estońskiego bogatego chłopa, potem żony komunistycznego aparatczyka, pod koniec życia zgorzkniałej wdowy, odtrąconej po upadku ZSRR przez wiejską społeczność. Równolegle poznajemy historię Zary, mieszkanki Władywostoku.

Książka o wszystkim – o miłości, nie tylko wzniosłej i pięknej, ale i o toksycznej, zdolnej do zbrodni. O przemocy wobec kobiet, i o tym jak doświadczana przez nich przemoc daje im siłę, by okrutne rozprawić się ze słabszą od siebie. A najwięcej o historii, wplatanych w jej tryby zwykłych ludziach, którzy starają się przetrwać, jak trzeba, to i kosztem innych.

Bardzo to wszystko smutne, ale co ważne „nie rozedrgane emocjonalnie” i napisane w sposób bardzo „skondensowany” - bez zbędnych opisów, czy zdań. Bardzo krótkie rozdziały, trzeba bardzo uważnie czytać, by niczego nie przeoczyć. I chociaż szybko można się zorientować, że Zara nie przypadkiem znalazła się na podwórzy Aliide, to intryga nie raz zaskakuje i do końca czyta się z zainteresowaniem. I co na przykład mi się bardzo podobało, zakończenie wcale nie przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania.

 

Iza Komendołowicz Elka\


Nie przeczytałam, ale pochłonęłam. Książka to pospinane komentarzami autorki wypowiedzi ludzi, którzy ją znali. Z tym, ze czuć dokonywany przez autorkę „wybór pozytywny” i narzucaną sobie autocenzurę. Tylko o alkoholizmie jest bardzo wprost. Reszty można się co najwyżej domyślić. Ale ciekawy czas, ciekawi ludzie. No i przewijające się przez całą książkę, bardzo na czasie pytanie: jak ułożyłoby się jej życie, gdyby jednak nie wyjechała.



Agata Tuszyńska Ćwiczenia z utraty

W 2005 roku Agata Tuszynska żyła od kilkunastu lat w związku "na odległość" z Henrykiem Desko, ona w Polsce, on w Kanadzie. Spotykali się kilka razy w roku. Gdy właśnie zamierzali sformalizować związek i zacząć wspólne życie, u H. Desko rozpoznano jednego z najbardziej złośliwych raków mózgu.

Zapis kilkunastu miesięcy towarzyszenia w chorobie - od sms-a o podejrzeniu guza mózgu, poprzez diagnozę, dwie operacje, chemię, naświetlanie, po zapowiedziany przez lekarzy koniec.

Książka bardzo osobista, chwilami przypominająca mi dwa filmy: 33 sceny z życia M. Szumowskiej i Inwazję barbarzyńców.

Film M. Szumowskiej przypomina szczerością. Nie wszystkie uczucia i myśli A. Tuszyńskiej są wzniosłe i szlachetne. Opowiada o sobie, o tym jak próbuje sobie z tym czego doświadcza radzić. Jest miejsce na wyczerpanie, wątpliwości. Gdy chory coraz mniej przypomina siebie sprzed choroby, stawia sobie czasami pytanie, czy gdy na początku swojej choroby znalazł się na granicy śmierci, słuszna była decyzja o ratowaniu za wszelką cenę życia, które z niego uchodziło. Jest w tym wcale nie tak mało kabotyńskiej autokreacji, niezgoda na to, że to ich, potomków ocalałych z Zagłady spotyka taki los. Czytałam z trudem, bo towarzyszenie takiej rozpaczy nie jest łatwe. Ale też doceniłam, że nie ma w przekraczania barier prywatności, fizjologii umierania. 

Przypomniałam sobie o Inwazji barbarzyńców, bo w którymś momencie A. Tuszyńska wspomina o tym filmie. Klimat tamtego filmu przypominają starania by odchodzić przy muzyce, z książką w ręku, ucztując z przyjaciółmi. I ta siła babskiej przyjaźni (jak sama zauważa, mężczyźni nie umieli sprostać). Zobaczyłam je siedzące podczas trwającej operacji, w szpitalnej poczekalni, gdy dodają sobie otuchy śpiewając piosenki, które znają - Szła dzieweczka do laseczka, Płonie ognisko w lesie itp.

Książka z tych zachodzących pod skórę.

 

Claude Lanzmann Zając z Patagonii

Czytałam te 500 stron pamiętnika prawie dwa tygodnie, długo, nawet biorąc poprawkę na objętość. Książka nie jest z tych co „same wchodzą”, za dużo faktów, skrótów myślowych, wymuszanych przez autora postojów na chwilę zadumy (a przy okazji i złapania zgubionego wątku). A wszystko to dlatego, że aby opisać na 500 stronach swoje życie, Claude Lanzmann musiał tylko skracać, kompresować i pomijać: miał tak barwne życie, że i kilka tysięcy stron byłoby mało.

Podczas wojny francuski ruch oporu, po wojnie dziennikarz jeżdżący po świecie i to po mało uczęszczanych regionach. Potem wywiady dla francuskiej prasy z wielkimi ówczesnej kultury, znał chyba wszystkich, co się liczyli w świecie. Przyjaźń z Jean-Paulem Sartre, kilka lat w związku z Simone de Beauvoir. Twórca filmów dokumentalnych, kilkanaście lat poświęcił na nakręcenie dzieła swojego życia, Shoah.

Pod koniec książki jest też i sporo o Polsce (Shoah). Chociaż nie pisze o nas z sympatią, warto się temu jak nas przedstawia przyjrzeć.

Niesamowita książka.

Trochę przypominała mi Opowieść o miłości i zmroku Amosa Oza – i choć aż tak dobra jak tamta nie jest, ta sama półka. Z tym że A. Oz budzi sympatię, a C. Lanzmann nie za bardzo, zbyt często wychodzi z niego kawał aroganckiego bufona.

środa, 26 grudnia 2012
Na szkoleniu

Wwa rozbłysła lampkami. Świątecznie udekorowano też kasę biletową w Brwi. Dzięki czemu dowiedziałam się że to, że pociągi nie jeżdżą według rozkładu jest głęboko przemyślaną strategią i elementem permanentnego szkolenia mieszkańców Mazowsza. 

Marszałkowi Województwa Śląskiego udało się zorganizować jedno takie "szkolenie" i od razu poleciał. A na Mazowszu  A. Struzik urządza takie szkolenia już od 12 lat i cisza. Przy okazji ostatniej awantury na temat śląskich kolei stawiali go jako wzór. Jak on to robi?

W tym roku święta zaczęłam w pędzie. Prosto z pracy pojechałam na Wigilii - zdjęcie na pamiątkę z patrzącym na nas z góry kotem Joanny.

 

Przez ten przedświąteczny "patataj", zapomniałam o dokupieniu choinkowych ozdób. Choinka jest więc mała i ubrana byle jak. Jak jest ciemno i święcą się lampeczki to jeszcze ujdzie, tak na sucho lekko "straszy". 


Następnego dnia, z obawy przed "świątecznym planem szkoleniowym" przeniosłam się do Wwy. Tyle, że wyszłam z domu w przeciekających butach (założyłam je po raz pierwszy w tym roku, w zeszłym roku nie przemakały), więc zrezygnowałam z programu kulturalnego i skoncentrowałam się jedynie na programie 'wnuk".


Dostałam od niego pierwszy prezent:


 

Z leniwie świątecznym klimatem współgra przeczytana przeze mnie książka:

 

Fajnie się czyta (z tym, że jest to taki "pudelek.pl" w wersji light). Ale jak się w to wczyta, jest i drugi podskórny nurt. Spowiedź człowieka, który pamięta że był królem życia i teraz bardzo źle czuje się w roli niedołężnego starca. Miał dużo do powiedzenia, powiedział mało i w tym jest też i urok tej książki - do końca zachował klasę. 

W poprzednim tygodniu w  kinie byłam raz i to na "zaległym" filmie. 

A nawet nie tyle w kinie, ile na projekcji. Przed seansem wystąpił prof. Jan Doktór i dzięki jego krótkiemu wykładowi, coś z tego filmu zrozumiałam. Wiedza o tym, że było coś takiego w historii jak frankizm i na czym to w zarysach polegało, to za mało by zrozumieć ten film. Zwłaszcza, ze polega na luźno ze sobą związanych scenach i żeby je ze sobą zlepić, trzeba znać historię. 

Ale żeby nie popadać w zbytnie krytykanctwo, film bardzo ładnie sfilmowany. W dodatku nie najgorzej zagrany. Da się oglądać.

A cały wpis powstał dlatego, ze wreszcie skończyłam kołnierz szarego swetra. Prawidłowo wykonany kitchener nie zawiódł, szwu nie widać (dla laików: środkowe zdjęcie).


Coś czuje, że będę go musiała go od dołu "podpruć", bo nie starczy mi wełny na rękawy. Dramatu nie będzie, sweter jest dość długi i spokojnie może być z 10 cm krótszy.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Mam swoje "hej"

Wpis będzie krótki, bo idę spać w poczuciu zmarnowanego dnia.

Dzisiaj miałam taki plan, że do 12 zszyję kitchenerem kołnierz szarego swetra, potem pójdę po choinkę, a po powrocie dokończę książkę (Łapa w łapę), obejrzę kolejne odcinki Homeland i zacznę rękawy.

Jest północ, a mnie dalej nie udało się zszyć kołnierza (20 cm). Nitką kontrastową wychodzi, tą "właściwą"  zawsze gdzieś zakręci i trzeba zaczynać od nowa.

I tak dobrze, że zrobiłam sobie przerwę i przytargałam do domu choinkę.

Humoru mi nie polepsza perspektywa jutrzejszego dnia. Bo gdy wszyscy będą w połowie dnia lecieć na skrzydłach do domu, ja  mam spotkanie z facetem, któremu niekoniecznie musi się spieszyć do domu. Jest całkiem możliwe, że będzie wolał ominąć "szykowanie stołu", zasłaniajac się pilną pracą. 

A ja pojawię się tutaj dopiero jak zszyję tym cholernym kitchenerem ten cholerny kołnierz w tym cholernym swetrze.

czwartek, 20 grudnia 2012
Przeczytane

Middlesex

Opasła, wciągająca saga rodzinna.

Trzy pokolenia greckiej rodziny w Ameryce. 

Babci z dziadkiem udało się uciec z płonącej Smyrny. Na nową drogę życia Babcia wzięła ze sobą pudełeczko z jedwabnikami, ale później już tylko raz i to przez moment, wiedza na temat na coś się jej zdała. Początki nie były łatwe, ale jakoś dali radę, z tym że babcia do końca życia się nie zamerykanizowała.     

Mama z tatą byli już bardziej amerykańscy, niż greccy. Ale chociaż dorobili się na sieci punktów gastronomicznych całkiem niezłych pieniędzy, to do klasy średniej dostali się podstępem - dom w dobrej dzielnicy Detroit udało im się kupić tylko dlatego, że dysponowali gotówką (pośrednik się tego nie spodziewał).  

Równolegle do historii tych dwóch pokoleń imigrantów, poznajemy trzecie, najmłodsze pokolenie. To z tej perspektywy opowiedziana jest historia tej rodziny . Narratorem jest hermafrodyta. O tym, że nie jest dziewczynką dowiedział się w wieku 15 lat. Tak jak jego rodzina poszukiwała tożsamości w nowym kraju, on musiał znaleźć "swoją" płeć.

Dobrze się czyta, co nie znaczy że szybko. Z tych "zapadających" w głowę.  

niedziela, 16 grudnia 2012
Hej! I wszyscy będą zadowoleni

Chwilowo mam w pracy tak zwariowane lotnisko, że na niewiele więcej mam siłę. To dlatego w tym tygodniu nie byłam na angielskim i  jodze, jak również odpuściłam sobie "środę tylko na wodzie". Zulka przysłała mi ćwiczenie "oddech brzęczącej pszczoły", ale ja nawet pobrzęczeć jak pszczółka nie mam czasu.

Ww kinie byłam tylko raz i może nie tyle że żałuję, ale jednak myślę, że jak nie mam czasu chodzić do kina, to mogłabym być bardziej wybredna.



 Kochankowie z księżyca to film o dojrzewaniu. Skaut outsider (sierota) poznaje w Internecie swoją rówieśniczkę, też outsiderkę i razem uciekają z domu. Szuka ich zwariowana rodzina dziewczyny i skauci, którzy jak uciekł, to go polubili.  Konwencja bajki. Scenografia: kolory i zdjęcia w klimacie filmów rysunkowych. Współgrają z tym niektóre scenki i dialogi, które przypominają konwencję komiksów.  A że w bajkach jest też kawałek prawdy o życiu, to i o tym filmie można to powiedzieć.



To nie prawda, że sztuka epistolarna umarła. Tyle, że jakie czasy taka i sztuka.

 Dostałam taki mail (mieszkanie Tomka jest „na mnie”):

W imieniu Wspólnoty Mieszkaniowej w załączeniu przesyłam pismo/powiadomienie o ostatecznym terminie udostępnienia lokalu celem wymiany wodomierzy.

(…) Przypominamy o konieczności przygotowania miejsca montażu i zapewnienia  swobodnego dostępu do wodomierzy - zdjęcie zabudowy, glazury, ekranów, elementów/mebli zasłaniających dostęp, sanitariatów. Wymiana wodomierzy nastąpi tylko w lokalach, w których istnieje odpowiedni dostęp do liczników. 

 Informujemy, że jest to ostateczny termin i w przypadku nie udostępnienia lokalu do wymiany wodomierzy lub w przypadku gdy wodomierze nie zostaną wymienione z powodu braku odpowiedniego dostępu, przy dokonywaniu kolejnego rozliczania stany starych liczników wody nie będą uwzględniane, a ewentualny niedobór wody w budynku  (różnica miedzywsk azaniem licznika głównego a nowych liczników indywidualnych w lokalach) zostanie rozliczony na lokale, których nie dokonano wymiany urządzeń pomiarowych.

 Nie do końca rozumiem, dlaczego trzeba co i rusz wymieniać te cholerne wodomierze. Ale ponieważ ostatni akapit, niedwuznacznie sugerował, że ci co nie wymienią, będą płacić za wodę wyciekającą z pękniętej rury w piwnicy, postanowiłam wykazać słuszną postawę:

 (…) Nie wiem co mam zrobić - w sytuacji gdy lokal był udostępniony, ale ekipa ODMÓWIŁA, z przyczyn technicznych, wykonania zadania. Nikt nie  będzie brał kolejnego, wolnego dnia z pracy, by znów to usłyszeć.  Dlatego bardzo proszę o potwierdzenie, że ekipa wymieniająca wodomierze, ma już pomysł jak poradzić sobie z wymianą wodomierza.

 Nawet szybko nadeszła odpowiedź:

 (…) Odnośnie wodomierzy informuję, że to właściciel lokalu ma obowiązek zapewnić dostęp do urządzeń pomiarowych celem ich wymiany. Jeśli monter nie udzielił Pani wystarczających należało go dopytać co musi Pani zrobić żeby mogli zamontować nowe wodomierze. Wystarczyło trochę dobrej woli żeby dowiedzieć się jakie  prace przygotowawcze powinna Pani wykonać we własnym zakresie, żeby zapewnić odpowiedni dostęp. Zapewne zabudowała Pani miejsce z wodomiarami w taki sposób, że nie można się do nich dostać

 Ponieważ nic nie zabudowywałam, zupełnie nie czując się winna, natychmiast odpisałam:

 (…) Ekipa powiedziała że nie ma miejsca, bo trzeba by kuć dziurę w ścianie I nie wiedzą jak to zrobić. Słowem pomatykowali i sobie poszli. Sama dziury w ścianie kuć nie będę, bo ani tego nie umiem, ani nie wiem czy bym wykuła akuratną.

Ale potem sobie pomyślałam, że szkoda na to czasu. I załatwiłam to tak jak zawsze to się „załatwiło” z fachowcami. Teraz nawet jest łatwiej. Nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy komórka + dostęp do banku przez Internet. 

Uderzyło mnie w tym wszystkim to, jak nic się nie zmieniło. 15 lat temu jak wynosiłam się z Warszawy, w mojej małej spółdzielni narobili tyle przekrętów, że dalej piszą na ten temat artykuły. Było to możliwe, bo Zarząd niczym bogowie Olimpu tylko „raził” kolejnymi piorunami uchwał. Tu może nie ma takich przekrętów, ale „styl” komunikacji z poddanymi ten sam.

 I choć jak co roku, Mazowieckie Koleje Regionalne dają zimą ostro czadu (btw. zmienili zasady i nie będę miała w tym roku 50% zniżki na bilety, bo w pracy nie zebrała się odpowiednio liczna grupa), to dzięki tej krótkiej wymianie maili, nawet w te mrozy nie tęsknię za miastem. Przypomniałam sobie jak nie lubiłam siebie w roli bezsilnego lokatora i przytupując z zimna na peronie, mówię sobie: „nic to!”.

 Równolegle toczy się korespondencja na temat wizyty najważniejszego mężczyzny w moim życiu. Anka ustala mailowo zakres prac przygotowawczych – będą mieszkać w zaadaptowanym w tym celu, udostępnionym im na czas wizyty, mieszkaniu.

 W jednym z maili, przesłanych mi do wiadomości było takie zdanie:

 moja mama kupi te drobiazgi  i je dostarczy  i  wszyscy będą zadowoleni!

 Mail zaczynał się od "Hej", uknułam z tego  powiedzonko Hej! I wszyscy będą zadowoleni.

 Ale potem pogadałam sobie z różnymi osobami na temat zbliżających się świąt. I podsumowałyśmy to wszystko z Gumisiem inaczej:

 Hej! I wszyscy będą wk … 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Usiłowałam sobie wyobrazić siebie stojącą jutro na peronie i czekającą na pociąg, ale zamarzła mi wyobraźnia.

I bez tego zimna, zamiast gimnastyki rozpoczęłam trenowanie przedświątecznej depresji. W ostatniej chwili, rzutem na taśmę, zorganizowałam jeszcze Babowisko. Menu było imponujące:

przekąski

Humus
Baba ghanoush
Pasta z zielonego groszku
Pasta z soczewicy
Biały ser z kiszonymi cytrynami
Grilowana cukinia w jogurcie
Salatka z pieczonej papryki
sałatka “izraelska”
sałatka z kuskusem - jakas wariacja nad tabulą
+ chlebki pita

na ciepło
brytfanna kurczaka (uda? nogi?) w cytrynie i sumaku

na słodko
daktyle faszerowane tahiną

Wszystko zrobił Tomek, ja nawet nie weszłam do kuchni. Moim jedynym zadaniem było zrobienie zdjęcia stołu, ale nawet tego nie potrafiłam zrobić dobrze. 

 

Kilka ciotek było w Brwi po raz pierwszy. Ale ponieważ zasadniczo to się różnimy co najwyżej obwodami w pasie, a nie poglądami, więc było bardzo miło. Szkoda tylko, że przyjechała tylko część z zaproszonych bab, pozostałej, z bardzo różnych powodów, nie chciało się na to zimno wychodzić z domu. Pomysłu co robić, by chciało się im wychodzić, nie mam. Po tym, jak dwa lata temu, jadąc w piątek na Andrzejkowy wieczór wróżb wszelakich, ciotki dojechały po kilku godzinach stania w korku, przejedzone, przepite i senne, postanowiłam organizować imprezy w sobotę. Ale jak się okazuje, to też nie wpływa tak bardzo na "frekwencję".

Za to mój synek powiększył swój fan-club. Potem co tylko zacznę na niego narzekać, to nie znajduję zrozumienia. Bo to takie dobre dziecko, tak pysznie gotuje dla mamusi i jej koleżanek ...

Skończyłam kadłub szarego swetra. Nie wiem czy nie przegięłam z tą prostotą formy. Staram się go robić porządnie", nawet jeden supełek nie wyjdzie na wierzch, bo wszystkie łączenia schowałam w "listwie". Teraz wszystko zależy od tego jak mi wyjdzie kołnierz. Zbieram się do tego jak do jeża.



Z kronikarskiego obowiazku odnotowuję, że byłam w kinie. 

Bardzo to wtórne. Filmów  o tym jak to ludzie tańczą i stają się sobie bliscy było już wiele. Ten jest kolejnym i nic nowego nie wnosi. Tym razem ona tańczy z nim tango. On jest strażnikiem w więzieniu i zna ją z widzenia - ona przychodzi tam do dwóch mężczyzn, którzy o sobie wiedzą i którym to nie przeszkadza. Jak można łatwo policzyć, strażnik może co najwyzej aspirować do trzeciego miejsca.  

A już niedługo znów spotkam się z mężczyzną mojego życia. Tym razem w Warszawie:





 

piątek, 07 grudnia 2012
Przeczytane

Shantaram

Głównego bohatera, Lina, poznajemy gdy po ucieczce z australijskiego więzienia, postanawia zamieszkać w Bombaju. Szybko przestaje żyć życiem zachodniego turysty i m.in.: mieszka w slumsach, gdzie leczy ludzi, pracuje dla mafii, na skutek donosu ląduje w indyjskim więzieniu, jedzie z konwojem broni do Afganistanu. Słowem wiedzie życie współczesnego awanturnika (autor garściami czerpał z własnej biografii).

Bardzo dużo jest w tej książce opowieści o Indiach. O zasadach rządzących tamtejszym życiem. Mentalności, filozofii dnia codziennego, strategiach przetrwania.   

Barwna wciągająca opowieść. Klasyczna książka przygodowo-podróżnicza z epickim rozmachem. Z tym, że momentami trochę przegadana. Czasami niepotrzebnie filozofująca i to tak w stylu Coehlo. Ale są to tylko kilkuzdaniowe wstawki, więc idzie wytrzymać. Nie mają wpływu na główną opowieść.

Nie rozumiem tylko dlaczego nie ma ebooka. 700-stronicowa książka, w twardej okładce, w dodatku z tych "większych", kiepsko się komponuje  z damską torebką.  

 

Kolejna książka też o Indiach

Sampath, wioskowy leń i wałkoń, uciekając od pokładanych w nim oczekiwań, postanawia zamieszkać na drzewie. Nie znajduje tam upragnionego spokoju, bo  wypowiadając się z "wysokości gałęzi", w ramach wyrównywania rachunków, wspomina o sprawach, o których poza zainteresowanymi, nikt nie ma prawa wiedzieć. A ponieważ nie skojarzono, że pracował na poczcie, gdzie miał dostęp do korespondencji mieszkańców swojej wioski, więc w  uznaniu jego przenikliwości, zostaje ogłoszony prorokiem. 

Opowieść na tym się nie kończy i dalej towarzyszymy Sampath'owi, w jego nowej życiowej roli. Trochę mnie ta książka rozczarowała, momentami za bardzo ucieka w przerysowaną groteskę.

Ale ... broni się zakończeniem. I dla niego warto ją przeczytać.

 

Z kolei Szczęśliwe lata udręki to książka z gatunku "na jeden wieczór" I to nie taki długi. Zdąży się jeszcze wcześnie pójść spać.

Lata powojenne, internat dla dziewcząt gdzieś nad jeziorem Bodeńskim. O spędzonych tam latach opowiada jedna z uczennic: wspomina czas gdy miała 14 lat i znudzona monotonią internatowego życia, przeżywała fascynacje nowymi koleżankami.     

Klimatyczna, fajnie napisana opowieść o dojrzewaniu  dziewcząt. Ale też dobra, bo krótka. Rozciągnięta w powieść,  byłaby chyba niestrawna.

niedziela, 02 grudnia 2012

Powoli nawet i ja zaczynam zbliżające się święta. W brwinowskiej galerii zorganizowano kiermasz z wyrobami z Podlasia, poszłam z Joanną i oddając się obżarstwu zapomniałam o tym, że nadal mam tymczasową koronkę, tak że znów ją "zjadłam". Na szczęście Pan Gugiel powiedział mi gdzie taki problem można rozwiązać od ręki i na Szarotkach mogłam się uśmiechać. 

Ewa pokazała kolejne swoje wyroby z papierowej wikliny.


A mnie było wstyd, ze po miesiącu dalej dziergam ten sam szary sweter, może jestem 10 cm centymetrów dalej.

Podeszłam do Kordegardy obejrzeć zrobioną przez Tess wystawę Drohobycz artystów.



Wystawa o Bruno Shulcu. Eksponaty to sześć rysunków Brunona Schulza i dwa obrazy Leopolda i Maurycego Gottliebów. Za mało by ułożyć wystawę. Ale dodane zostały do tego przedwojenne widokówki i film o uczniu Schulza muzyku Alfredzie Schreyerze. I tworzy to zamknietą całość. Ale po londyńskich muzeach ...

 

Gdyby to ode mnie zależało, to festiwal Filmy Świata trwałby cały rok. W tym roku, w ramach tego Festiwalu, obejrzałam tylko cztery filmy. W dodatku w jednym przypadku chyba źle wybrałam – znaleziony w sieci plakat wskazuje, że będzie w kinach. Gdybym o tym wcześniej wiedziała, poszłabym na inny.

A sam film, Kurczak ze śliwkami, śliczny. Dosłownie i w przenośni.


 

Teheran, koniec lat 50-tych. W małżeńskiej kłótni, ona rozbija o podłogę jego ukochane skrzypce. A on, muzyk, nie potrafi dalej bez nich żyć. Kładzie się więc do łóżka i postanawia umrzeć, co po ośmiu dniach mu się udaje. Film opowiada o tych ośmiu dniach, podczas których nasz bohater przypomina sobie swoje życie.

Klimatyczna bajeczka z pięknymi retro-zdjęciami i z bardzo fajnymi animacyjnymi wstawkami. Chyba pierwszy film, w których mi się one podobały.

 Na Dziewczynkę w trampkach poszłam, bo była to pierwsza możliwość zobaczenia filmu z Arabii Saudyjskiej. Opowiada o 10-letniej dziewczynce, która marzy o  zakazanym dla w jej kraju dla kobiet rowerze, po szkole bawi się z chłopcem - słowem buntowniczej, rogatej duszy. Po to by zrealizować swoje marzenie, postanawia wziąć udział w konkursie dla recytacji Koranu.

Świetny film, pod każdym względem. W dodatku "etnograficzna" perełka.  



Podskórnie czuję, że prawdopodobnie jeszcze ciekawsza niż ten film, jest historia jak doszło do nakręcenia tego filmu. Przecież pierwszy film w historii Arabii Saudyjskiej powstał ok. 5 lat temu i z tego co wiem, nie ma tam teatrów, bo są zakazane.  A tu kobieta nakręciła film, wprawdzie o kobietach, ale występują w nim i mężczyźni. Jak do tego doszło? Jak jej się udało?

Z tym, że coś mi nie "gra". Dostępne w sieci zdjęcia odtwórczyni głównej roli, kłócą się z moim streotypowym wyobrażeniem na temat  "saudyjkiej aktorki".



Nie wybierałam się na ten film, ale z synkiem poszłam.

Phi. Dokument. Ale takie to sobie. Grupa młodych, zbuntowanych ludzi w ramach ratowania świata, na swojej stronie internetowej zamieszcza zdjęcia i filmy pornograficzne, ktore za pieniądze udostępnia. Aktorami są oni ami, oraz namówieni przez nich przypadkowo spotykani ludzie, którzy w ten sposób przyczyniają się do zdobywania funduszy na  "ratowanie naszej planety".  Trochę trudno zrozumieć jakim cudem, ale w ciągu kilku lat udało im się zebrać w ten sposób całkiem sporą sumę. Jedynym ciekawym fragmentem tego filmu jest spotkanie z ludźmi, Indianami z Ameryki Południowej, którym postanowili  pomóc. 

Przeczytałam Shantaram, w tym tygodniu o tym napiszę. Teraz zaczynam następną tłustą książkę. Podobno świetna.



 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli