niedziela, 28 grudnia 2014
Za chwilę podsumowanie

Ale zanim podsumuje 2014 rok ...

Na święta przyjechał mężczyzna mojego życia. Wzięłam dzień wolny, poszłam z nim do Hulakuli w  podziemiach BUW-u, na dworze zacinał deszcz. myślałam że będzie sporo osób które wpadną na ten sam pomysł - nikogo poza nami nie było. Skończyło się na tym, ze siedziałam z nim w kulkach i czytałam mu książki. Nie tylko na ulicy nie widać dzieci. W miejscach dla nich stworzonych, też ich nie ma.   

W domu postawiłam sporą jodłę, dokupiłam ozdób by była kolorowa i święcąca. Do wigilijnego stołu siadło 11 osób (było co jeść).

Między innymi w menu był barszcz z uszkami. Opowiadając Gumisiowi o przygotowywaniu Wigilii, pochwaliłam się "sposobem" na uszka (zamówiła je teściowa Anki u sąsiadki) i zapowiedziałam, że naśladując Joannę, kupię do nich barszcz Hortex'u. Tego biedny Gumiś już nie był w stanie przeżyć i chcąc mnie zmotywować do nastawienia zakwasu, stwierdził, że jak nie z niej, to niech wezmę przykład z Ańćki, która na pewno sama robi barszcz i nie kupuje Hortex'u. Następnego dnia, po rozmowie z Aćką wysłałam do Gumisia mail: Miałaś rację, Ańćka nie kupuje barszczyku Hortex'u, woli Krakusa. Chwilę później Gumiś odpowiedział: Jest jeszcze barszcz Winiary.

Ale to wszystko nie było ważne, Tomek oszalał na punkcie otrzymanego prezentu - tylko dziecko potrafi się tak cieszyć.   

No i by tradycji było zadość, udaliśmy się rodzinnie na cmentarz. 

Idąc na grób ojca rzucił mi się w oczy udany pomysł na współczesny nagrobek. W czarny, udający marmur kamień, został wbudowany brzozowy krzyż.

Wracając przeszliśmy obok kwater ofiar Powstania, na wymienionych cztery miesiące temu tablicach, napisy powoli już przestają być czytelne. Poprzednie słupki może i były stare (mnie osobiście bardziej się podobały), ale po kilkudziesięciu latach dalej wszystko można na nich było odczytać.

 

Byłam w kinie - na czymś co jest reklamowane jako polska komedia.

Spuśćmy zasłonę milczenia, radzę unikać kontaktu z tym "dziełem". Reklama w tym przypadku nie kłamie, rzeczywiście takiej komedii jeszcze nie było.

dobry film

Aby nie kończyć roku takim gniotem, poszłam w ten mróz na jeszcze jeden film: Whiplash.

19-latek marzy o karierze jazzowego perkusisty. Dostaje się do najlepszej szkoły muzycznej, tam "zauważa" go dyrygent szkolnej orkiestry, chwilę później spełnia się jego marzenie, zaczyna grać w jego orkiestrze. 

Zamiast kolejnej bajki o brzydkim kaczątku, świetny film pokazujący cenę jaką się płaci za dążenie do doskonałości w sztuce.

"Przeczytałam" kolejny audiobook (teraz będzie dłuższa przerwa, bo wgrałam Dzienniki Mrożka). 

Jedwabnik, to dalszy ciąg przygód detektywa Strika i jego asystentki Robin z Wołania kukułki. Rowling potrafi pisać, ale według mnie wydany pod własnym nazwiskiem Trafny wybór był dużo lepszy, niż taśmowe kryminały, które jak widać postanowiła wydawać pod nazwiskiem Galbraith.

Tym razem jej bohater rozwiązuje zagadkę morderstwa pisarza: został okrutnie zamordowany, a własnie miał wydać książkę w której demaskował pisarski światek Londynu.

Nie lubię kryminałów, w których prowadzący śledztwo gdzieś wyjeżdżają, czegoś szukają, a czytelnik zostaje z tym wszystkim sami i musi poczekać do ostatniego rozdziału, w którym zagadka zostanie rozwiązana. Ale może się czepiam, bo jak tylko Rowling wyda następny tom przygód detektywa Strika, na pewno przeczytam.

A Stuhr jako czytający audiobooki, "może być". Głosu Gosztyły nie ma, ale nie wpadł w aktorska pułapkę: dużo "czyta", mało "interpretuje".

 

Odpowiadając na zawartą w komentarzu prośbę o polecenie dobrej książki na "potrzymanie ducha".

Tak przypominając sobie książki, które przeczytałam w tym roku:

Czesałam nawet ciepłe króliki, Dariusz Zaborek - nie jest to najlepsza jego książka, osoba z która przeprowadza wywiad budzi mieszane uczucia, ale  to o czym mówi, jej strategia życiowa, "pionizuje" i sprawia, że w własne problemy widzi się w zmienionych proporcjach.

Podobne refleksje wywołuje Pensjonat pamięci, Tony Judt - z tym, że ta książka jest również świetnie napisana. 

Wciąga, ale bez melancholijnych klimatów Baronowa jazzu Hananh Rotschild. Temat to wielu okołogenderowych przemyśleń. No i ma budujące przesłanie. Jak to ktoś kiedyś zauważył:  Ludzie bogaci, mogą co najwyżej wybrać sposób w jaki mogą być nieszczęśliwi. 

Natomiast dawno nie przeczytałam powieści, która mnie naprawdę "wciągnęła". Nawet najnowsza książka Adichie lekko mnie rozczarowała - jej Amerykanaa nie dorasta do pięt Fioletowemu hibiskusowi, czy dwóm następnym powieściom jakie po tym swoim debiucie wydała. Więc jak polecać, to tamte, poprzednie jej książki.


piątek, 26 grudnia 2014
Przeczytane

 Miesiąc z jedną książką - Morfina Szymon Twardoch

 

Dawno nie czytałam tak długo jednej książki - ma wprawdzie sporo stron, ale bez przesady.

Sięgnęłam po nią, po obejrzeniu Xsięgarnii - poproszony o wskazanie książki, która zrobiła na nim ostatnio spore wrażenie Maciej Stuhr, ciepło opowiedział, dodając że chciałby mieć możliwość zagrać jej bohatera, w nakręconym na podstawie tej książki filmie. 

To że Maciej Stuhr chciałby zagrać Konstantego Willemana, można zrozumieć, postać może nie chwalebna, ale dającą aktorowi duże pole do popisu. Warszawa, jesień 1939 roku. Konstanty Willeman, wraca po przegranej kampanii wrześniowej do domu. Mimo że jest z pochodzenia Niemcem, żył jako Polak. Żył, bo trudno powiedzieć by się nim, albo kimkolwiek innym, czuł: kobiety, morfina, alkohol. Pieniądze od bogatej mamusi, plus kotwica  w postaci żony, córki endeka, Matki-Polki jego kilkuletniego syna.

I na jedno na co na pewno nie był w życiu gotowy, to na spotkanie z historią. A o tym ta książka opowiada.

Opowieść ciekawa, błyskotliwie napisana. Na pewno warta przeczytania. Do wykorzystania na zajęciach mizoandrii.

Tyle, że jak dla mnie trochę za dużo słów.

 

Słuchając dziennika Pilcha, by nie zaprzątać głowy czymś "ambitnym" sięgnęłam po Stuletnią gospodę Katarzyny Majgier.

 

Oparta na schemacie brazylijskiego serialu opowieść o losach rodziny prowadzącej gospodę niedaleko turystycznego szlaku. Książka dała mi jednak do myślenia - każdy rozdział zaczyna się przepisem na tradycyjne danie polskiej kuchni  - nie rozumiem dlaczego raz się cebulę odparowuje na patelni i dopiero potem dodaje tłuszczu i smaży, kiedy indziej od razu wrzuca na rozgrzany tłuszcz? Głębszy sens - czy niestaranność korektora? Innych refleksji po przeczytaniu tej książki nie miałam.


Po przeczytaniu Stuletniej gospody na jakiś czas mam serdecznie dosyć tzw. literatury kobiecej. Szukając czegoś co nie jest powieścią, natrafiłam na Dylemat wagonika.


Punktem wyjścia jest tytułowy dylemat wagonika: Jest rozpędzony wagonik, nad którym maszynista stracił kontrolę. Jak nie przestawi się go na boczny tor, zginie cała piątka pasażerów. Jak przestawi się go na boczny tor, zginie jeden przechodzący przez ten boczny tor człowiek.

Wagonikologia + krótki kurs filozofii. Ponieważ to ostatnie zawsze mnie bardzo nudziło, tym, razem nie było inaczej. Ale zaciekawiła mnie tzw. zasada podwójnego skutku. Według świętego Tomasza

w pewnych, bardzo specyficznych okolicznościach, jest dopuszczalne, by doprowadzić do złego skutku razem z dobrym. Te okoliczności, dopracowane dalej przez Kościół katolicki, są następujące:

1) Sam uczynek musi być moralnie dobry lub przynajmniej obojętny.

2) Sprawca może nie chcieć dopuścić do złego skutku, ale pozwolić na niego. Jeśli sprawca może doprowadzić do dobrego skutku bez złego skutku, powinien tak postąpić.

3) Dobry skutek musi wypływać z uczynku przynajmniej w takim samym stopniu jak zły skutek. Innymi słowy, dobry skutek musi bezpośrednio wypływać z uczynku, nie ze złego skutku. Czyli sprawca może wykorzystać niedozwolone w innych przypadkach złe środki, aby doprowadzić do dobrego zakończenia.

4) Dobry skutek musi być dostatecznie pożądany, aby kompensować dopuszczenie do złego skutku.

Na na tej zasadzie opiera się stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie aborcji. Przeprowadzenie aborcji, żeby uratować życie matki, jest niedopuszczalne, ponieważ nie spełnia ani warunku numer 1, ani warunku numer 2. Akt zabójstwa niewinnej osoby nie jest dobry sam w sobie, a dokonanie go, aby uratować życie matki, co z pewnością byłoby pożądanym skutkiem, będzie wymagało użycia złego skutku, śmierci płodu, jako środka dla osiągnięcia dobrego skutku. Jeśli jednak u ciężarnej kobiety zostałby zdiagnozowany rak macicy, przeprowadzenie histerektomii byłoby dopuszczalne, mimo tego, że zakończyłoby życie płodu, ponieważ przeprowadzenie operacji spełnia wszystkie cztery warunki zasady podwójnego skutku: 1) Usunięcie tkanki nowotworowej jest dobre samo w sobie. 2) Ani kobieta, ani chirurg nie chcą śmierci płodu; tylko ją przewidują i na nią zezwalają. 3) To histerektomia, a nie śmierć płodu ratuje życie kobiety. 4) Uratowanie życia matki jest przynajmniej równie wielkim dobrem jak uratowanie życia płodu.

Kolejnym przypadkiem, w którym Kościół powołuje się na zasadę podwójnego skutku, jest sprawa asystowania przy samobójstwie. Nauka Kościoła katolickiego nie dopuszcza pomocy pacjentowi w zabiciu samego siebie, ponieważ jest to złamanie przykazania „nie zabijaj”. Innymi słowy, nie spełnia warunku numer 1. Nie pomoże stwierdzenie, że lekarz jedynie podaje lekarstwo, zamiast bezpośrednio zabić pacjenta, ponieważ jego zamiarem jest zabić pacjenta (warunek numer 2). Jeśli lekarz twierdzi, że jego zamiarem jest tylko „położyć kres cierpieniom pacjenta”, nadal mamy do czynienia z przypadkiem, w którym śmierć pacjenta (zły skutek) przyniesie dobry skutek w uśmierzeniu bólu pacjenta. Warunek numer 3 nie jest spełniony.

Niby tylko słowa, ale ile przysporzyły i przysparzają nieszczęść.

niedziela, 21 grudnia 2014

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Jeżeli chłopakom pozwolą na realizację tego pomysłu, to znaczy że nie leci z nami juz żaden pilot:

Na mapie wygląda to ładnie, skomunikowanie z metrem sugeruje, że jest to przemyślany plan, ale  ... jak można przeczytać w tekście pod tym rysunkiem:

Problemem jest przecięcie nowej linii średnicowej ze starą na tyłach Dworca Zachodniego. To bardzo ruchliwe miejsce. Wiosną pisaliśmy, że kolejarze planują tu nowy wiadukt i bezkolizyjne skrzyżowanie torów. Ten projekt okazał się zbyt drogi i trasy pociągów będą się przecinały. - Wiadukt pozwoliłby na pełne uniezależnienie jednej linii średnicowej od drugiej.... 

Przekładając na polski: planują skrzyżowanie na którym będą w godzinach szczytu przepuszczać, sterując światłami semaforów, kilkadziesiąt pociągów na godzinę!

Ale zanim zaczną przepuszczać te pociągi, najpierw przepuszcza 8 miliardów, bo tyle ma to kosztować. Na promocję, plakaty, konkursy, szkolenia 3%? A może i 5% ?

Ale też robią co chcą, bo nie ma nadziei na obywatelski protest. Jak pokazuje los grupy Łódź-Warszawa-Ciężka nawet wspólny interes i wspólne branie w kość nie potrafi zjednoczyć 4,5 tysiąca poszkodowanych. Zaprosili Adminów na kilka spotkań, wpuścili na grupę parę troli i jest pozamiatane. Jest dobrze. A nawet jak nie jest dobrze, to jest lepiej i będzie dobrze jak skończy się remont. I część grupy to kupuje.

 

Ale też by tak tylko na jedną konsumencką nutę nie zawodzić: dogadałam się z NC+.  Poszliśmy na "kompromis" - nie dostałam, tak jak chciałam, za friko dekodera z nagrywarką i będę za niego płaciła 5 zł miesięcznie. Ale jednocześnie o 5 zł obniżyli mi abonament. Czyli obie strony wyszły z twarzą.

 

No i mogę się już pochwalić co mnie tak ostatnio pochłonęło: fotoalbum dla Anki ze zdjęciami dokumentującymi jej pierwsze 10 lat życia:


Zamówiłam w Empiku była promocja, za 44 strony A4, w twardej oprawie zapłaciłam 65 zł. Sam album bardzo łatwo się składa, aplikacja do tego jest z tych "przyjaznych", ale to pod warunkiem że ma się w miarę dobre zdjęcia. Moje były nie tylko poplamione i podarte, kolorowe miały jeszcze w dziwny sposób "pozmieniane" kolory. Obróbka tych zdjęć zabrała mi ponad dwa tygodnie, by zdążyć przed świętami, wzięłam nawet jeden dzień urlopu. Ale efekt jest. 

W domu to co miało być zrobione, nie zostało zrobione. Pan hydraulik po raz kolejny nawalił: nie wymienił zniszczonych płytek ani nie przeczyścił pieca. Ale za to pan od ogrodu, który pewnie nie ma teraz zleceń, sam z siebie przyszedł i pociął gałęzie.  

A w ogrodzie czeka już na wniesienie do domu piękna jodła:

 

niedziela, 14 grudnia 2014
Skuś baba na dziada ...

Trzymam kciuki, ale kilkuminutowe spóźnienia, czy nieczynna toaleta, to nie to, o co mi chodziło ... marzy mi się spektakularne bum. Takie, by ktoś zadał pytanie dlaczego zarżnięto dla jakiejś wydmuszki dochodowe koleje podmiejskie.

Nie rozumiem o co ten cały szum, bo za moich czasów ...

 

Inna sprawa, że ja ich po prostu nie lubię.

Ale jak mam ich lubić, skoro zrobili mi kolejną krzywdę - nie mogę chodzić na targ przez park. W ekranie jest wprawdzie techniczne przejście, ale wychodzi się na zwały ziemi.

Oczywiście jest tak jak to widać na zdjęciu, ekrany stoją wzdłuż niezabudowanego terenu. Od jakiegoś czasu trenują to rozwiązanie. Ludzie się nie buntują, bo im okna na ekrany nie wychodzą, a zadanie wykonane, więc zapłata się należy. Argument, że kiedyś tu coś wybudują jest bez sensu, bo do tego czasu ekrany zardzewieją i trzeba będzie je wymienić (mają dość krótki okres ważności).

Nie lubię wandalizmu, ale mam nadzieję że jakiś wandal zabłądzi w te strony ...


A kontynuując temat z zeszłego tygodnia ... Krzysztof Gosztyła !

Nie przeczytałabym tej książki. Dzienniki mnie nudzą swoim przewidywalnym, jednostajnym tempem. Nawet pióro Pilcha by mnie chyba nie przekonało.

Ale w wykonaniu Gosztyły - wsiąkłam. Rok 2010/2011, czyli czas. który pamiętam. Aluzje, skróty myślowe dotyczą spraw, które jeszcze się nie zestarzały. A że pisze o tym mądry człowiek, to słucha się z przyjemnością. Inna sprawa, że zaprawioną goryczą. Co z tego, ze on ma/miał rację?

Szkoda, ze większość czytanych przez Gosztyłę audiobooków, to nie moja półeczka. Na razie znalazłam Dzienniki Mrożka. Dostałam kiedyś w prezencie, stoją nieprzeczytane na półce (nawet podjęłam próbę przeczytania, tyle że szybko się poddałam). Jeżeli czytane przez Gosztyłę mnie zaciekawią, to znalazłam dla siebie sposób na dzienniki.

Idąc do domu przechodzę koło tej budowy:


To był jeden z ładniejszych starych domów na tej ulicy. Ciekawe, czy to że go musieli rozebrać, było zaplanowane, czy tak jak w przypadku mojego domu, okazało się niezaplanowaną wcześniej koniecznością. 

 W telegraficznym skrócie:

  • dotarłam na chirurgię szczękową - dowiedziałam się, że mam szczękościsk i dopóki go nie rozćwiczę nie mogę mieć wyrwanej ósemki, Gorzej, bo mam jeszcze jeden ząb do wyrwania - sam ząb jest nawet OK, ale to co pod spodem nie, i to ten stan zapalny jest ponoć "przyczyna" tego szczękościsku. I to wszystko dlatego, że poszłam do lekarza ...
  • skończyłam robić coś, co pochłaniało mnie przez ostatnie dwa tygodnie (pochwalę się po świętach) i teraz zamierzam wrócić do drutów - może uda mi się jeszcze w tym roku skończyć Sweter pani Ani i powrócić do grona warszawskich druciarek (właśnie opuściłam kolejne spotkanie).

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Tym razem nie o kolei.

Poważnie rozważam wypisanie się z NCplus (kończy mi się w lutym umowa). Teraz płacę 37 zł/miesięcznie za pakiet w którym mam Ale Kino i TVP Kultura. Czasami jest coś do obejrzenia i na innych kanałach, ale tylko późno w nocy, więc chciałabym mieć nagrywarkę. I tu pojawia się problem. Nowi klienci mogą mieć dekoder z nagrywarką w ramach podstawowego pakietu (teraz 40 zł). Ja musiałabym zapłacić jednorazowo stówę, a potem dodatkowo 10 zł/miesięcznie. Zastanawiam się czy nie przejść na naziemną i Netfix'a. Rozważam też wypisanie się  od nich i poproszenie kogoś (np. mego synka) by podpisał umowę, z której potem będę w jego imieniu korzystać. 

niedziela, 07 grudnia 2014
Audiobooki

Mam tak przejmujące poczucie nierzeczywistości, że z trudem przychodzi mi zmuszenie się do skreślenia kilku zdań o rzeczywistości.

Mieszkanie we własnym domu tylko w weekendy, w dłuższej perspektywie rozwala. Teoretycznie, oszczędzam na dojazdach sporo czasu, ale nie ma to żadnego przełożenia na codzienne życie, nie umiem tego zagospodarować.

Życie towarzyskie też w rozsypce, toczy się głownie w weekendy, czyli wtedy gdy ja nosa za próg domu nie wystawiam. 

I nie ma żadnej nadziei na zmianę. W przyszłym roku ostatni rok remontu linii skierniewickiej. od 2016 roku remont linii grodziskiej. A gdy w 2020 r. skończą im się pieniądze z Unii i ogłoszą koniec modernizacji, będzie tak jak już od teraz ma być na linii nasielskiej, jedynej wyremontowanej już jakiś czas temu, gdzie do teraz cały śmigało. Ale właśnie ogłosili, że w nowym rozkładzie jazdy na tej linii pociągi podmiejskie mają zaplanowane w godzinach szczytu 15-25 minutowe postoje - będą musiały "przepuszczać" Pędzilicho. I to nie do czasu zakończenia remontu - takie rozwiązanie zostało z góry założone, tak ma być, nie przewidziana jest budowa "mijanek". A jeszcze niedawno snuto plany o rozbudowie tej linii, miał być pociąg do lotniska w Modlinie ...

Ostatecznie załamałam się, gdy poczytałam komentarza na grupie Łódź-Warszawa Ciężka Przeprawa. Było tak: w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka reportaży na temat sytuacji na liniach podmiejskich. I powstał problem. Bo skoro GW  we wszystkim kłamie, judzi i jątrzy, co zrobić, gdy pisze o sytuacji na kolei. Chwila dysonansu i znaleziono wyjście - odkryto w kilku miejscach techniczne nieścisłości i można było odetchnąć z ulga - Gazeta okazała się niewiarygodna! 

 

A jak już nie mam o czym pisać, to napiszę o audiobookach. Zebrało się ich trochę.

Ostatecznie przekonałam się, ze najważniejszy jest lektor. Dla Zbigniewa Zapasiewicza, z przyjemnością wysłuchałam powieści, której raczej nie wzięłabym do ręki.


Katedra w Barcelonie to powieść historyczna. Średniowiecze, czas budowy katedry Santa Maria del Mar. Napisana z rozmachem panorama epoki - jak ktoś takie książki lubi, to może i nie najgorsza. Ale jak czyta Zapasiewicz, to nawet dla takich jak ja - nie przepadających za tego typu literaturą - przyjemnie spędzony czas.  

Może dlatego, ze pierwsza część Lwów czytał Zapasiewicz, też mi się tak spodobała?

 

W Lwach mojego podwórka Jarosław Abramow Newerly opowiada o swoim dzieciństwie - Wojna, osiedle  WSM na Żoliborzu.

W Lwach wyzwolonych o pierwszych latach po Wojnie. Ciekawe świadectwo epoki. Czyta to Jacek Kiss, stara sobie z tym dać radę, ale miłość autora do szczegółów pali nawet i najlepsze anegdoty.

Lwy STS-u przypominają książkę telefoniczną. Z aptekarską dokładnością opowiada co kto powiedział, gdzie wtedy stał i jak ktoś inny na to zareagował. Może w książce łatwiej byłoby mi zapanować nad tą ilością materiału - audiobiook nie pomagał. Czyta to Marek Lelek - Modrzejewską nie jest i rady sobie z tym tekstem nie dał. Może i Zapasiewicz by poległ?

 

Audiobook może być słuchany jak muzyka, tak się słucha Sklepy cynamonowe.


Czyta to Mateusz Benoit, w tle dobrana to tego ścieżka dźwiękowa. Bajka!

 

Odsłuchałam Bezcennego Miłoszewskiego - nie rozumiem dlaczego jest tak popularny.

Gdyby tego nie czytał Andrzej Chyra, to chyba bym nie dała rady.

Skradziony podczas wojny Portret młodzieńca Rafaela "wypływa" po drugiej stronie Oceanu. Zgodnie z prawem odzyskać się go nie da, pojawia się  pomysł, by dokonać tego w "inny" sposób.

Lubię klasyczne, pudełkowe kryminały. Z. Konwencja "zabili go i uciekł" mnie mierzi w filmach, a co dopiero w książkach.

Ale przeczytane dobrze. 

poniedziałek, 01 grudnia 2014

Już nie boksuję się z rzeczywistością - przyjęłam do akceptującej wiadomości, że pierwszą jednostkę czasu wolnego będę miała gdy miną święta. 

Zahaczyłam o Sputnik. Plakat sugeruje, że może była jakaś "obsuwa". Nawet jeżeli, wszystko się dobrze skończyło: byłam, widziałam pełne sale, festiwal jak najbardziej cieszy się popularnością. 

Pierwszy film wybrałam, patrząc na nazwisko reżysera.

Akcja Białych nocy listonosza Aleksieja Triapicyna Konczałowskiego dzieje się na Syberii i wszystko wskazuje na to, że opowiada kawałek prawdy o tamtym życiu. 

Mnie ta ballada urzekła. W ciekawy sposób prawda dokumentu miesza się w nim z fabułą (w  filmie grają rolę nie tylko aktorzy, ale i tzw. naturszczycy, i to nie tylko postacie dalekiego planu). Gdzieś na końcu świata, jest listonosz który swoją motorówką dostarcza nie tylko pocztę, ale przy okazji chleb, gazety, lokalne wieści. Z tych drobnych spotkań, rozmów Konczałowski utkał film, z tak pięknie sfotografowaną przyrodą, że zapiera dech. Ale też film z gatunku tych "dla koneserów".

 


Kolejny film o robieniu życiowych bilansów gdy na horyzoncie widać już 40-tkę. Tym razem taki bilans robi trzech mieszkańców Moskwy. Przypominają sobie, ze kiedyś w młodości mieli kontakt z archeologią, postanawiają to wykorzystać jako wytłumaczenie dla swoich żon i wyjeżdżają na na wykopaliska.

Bardzo przewidywalny, ale miły w oglądaniu.

 

Na kolejny film, Chagall-Malewicz, poszłam bo Chagall.

 

Klimat rewolucji radzieckiej nie kojarzy mi się z klimatem obrazów Chagalla. Może dlatego próba opowiedzenia w ten sposób o jego życiu w tamtych czasach, nie mogła być udana. I nie była. Nie udało się też powtórzenie triku z Fridy, gdzie co jakiś czas akcja "zamierała' w kolejnym obrazie.

Ale mimo tych wszystkich słabości, jednak Chagall, więc z przyjemnością obejrzałam.

 

A że ta soboto to ostatni weekend listopada, aby tradycji stało się zadość, zorganizowałam w Brwi doroczny sabat.

 

 

Ciotki przywiozły sporo żarcia i zjedzenie tych ciast było ostatnim akcentem na mojej drodze powrotnej do dawnej wagi (niestety już jakiś czas temu zaczęłam z powrotem jeść słodycze). Teraz czas na odwrót i ogłoszenie diety. Nudne się to robi.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Tym razem nie o kolei.

Wygląda na to, że poumieszczani po powiatach rzecznicy konsumentów są świetni w pochylaniu się z troską. 

Mecz Ja:Megamarket.com.pl, zakończył się tak, że ci ostatni mają moje 500 zł, ja nie mam nic. Rzecznik konsumenta w Pruszkowie obiecał mi pomoc, ale gdy sprawę przejął jego pracownik zrozumiałam, że po tym jak dałam się okraść, nie mam siły by moją sprawę prowadziła osoba, od której niekompetencji bolały mnie zęby. A samej kłócić się z nimi w sądzie mi się nie chciało. 

Teraz - na przykładzie mojej mamy - widzę jak w biurach konsumentów pomagają oszukanym przez akwizytorów emerytom. Poradzili by napisała pismo do Polskiej Energii Pro, że uważa zawartą z nimi umowę za nieważną. Polska Energia Pro oczywiście nie przyjęła tego do wiadomości. Byli tak bezczelni, że nie chcieli też "przyjąć" do wiadomości wypowiedzenia umowy - zareagowali dopiero na trzecie pismo. W biurze rzecznika konsumenta usłyszałam, że nie ma tego złego, ponieważ mama będąc o jeden miesiąc dłużej ich klientem, zapłaci im 15 zł kary mniej (pani lekko przeszła nad tym, ze że za ten "dodatkowy" miesiąc mama zapłaci około 50 zł więcej za prąd, a kara dalej będzie wynosiła ponad 500 zł).

Gdy powiedziałam, że nie chce skazywać mamy na czekanie aż oddadzą sprawę do komornika (i dopiero wtedy odwołać się do sądu) tylko wolałabym uprzedzając ten ruch, już teraz wystąpić w imieniu mamy do sądu o uznanie zobowiązania za nieważne, jedyne co umiała mi poradzić to bym poczytała sobie na ten temat w necie.

Budująca oferta. Zwłaszcza dla emerytów.  

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli