poniedziałek, 28 grudnia 2015
Babcia Kalinka

Pierwsze dni mojej emigracji wewnętrznej były wyjątkowo przyjemne:

 

 

Przede wszystkim wyprawiłam wnukowi święta. Duża, pełna kolorowych bombek i lampeczek jodła, suto zastawiony stół, tworzący nastrój kominek, który wnuk docenił, bo nie poszedł spać z rodzicami, jakiś atawistyczny przebłysk, kazał mu zasnąć przy ogniu. I Mikołaj, który pamiętał by przynieść wszystko o co go poprosił. Spora szansa, że te święta już zapamięta.

Niesamowitą frajdę sprawia mi bycie babcią, chodzenie z nim w różne miejsca i wstępowanie do kolejnych miejsc na jego ukochane pierogi.


Dużo się w mojej głowie kłębi okołonoworocznych postanowień, wszystko przez to, że patrząc wstecz mijający rok był pod wieloma względami bardzo byle jaki. Na przykład z drutami: totalna porażka. Dziś znowu sprułam spory kawałek chusty, która dziergam już od dłuższego czasu i im dłużej to trwa, tym mniejszy mam do niej zapał. W przerwie udało mi się skończyć kolejny kilimek. Dumna z niego nie jestem, bo z żakardem poszłam na łatwiznę, ale wstydu też nie przynosi.


Zastanawiam się, czy nie dokumentować moich kilimków, tak by potem z góry wiedzieć, ile oczek z jakiej wełny - powoli zaczynam uważać kilimki za mój "autorski" wzór.

Nigdy nie byłam wielką fanką Gwiezdnych wojen, ale też wszystkie części sagi zaliczyłam nie z obowiązku, ale z poczucia, że to kawałek kultury, której kodem posługują się ludzie wokół mnie i dlatego warto go znać. Ale że Przebudzenie Mocy będzie aż takim badziewiem, nie przewidziałam.

Gorsza - bo bez iskrzących (przynajmniej od czasu do czasu) dialogów i uroku nowości - wersja pierwszej części. Nie wymyślili niczego nowego: ta sama knajpa międzyplanetarna, ta sama Gwiazda śmierci, która niszczona jest tymi samymi samolotami, w ten sam sposób. Nawet aktorzy ci sami, tyle że starsi. W ważnych momentach patrzymy na zbliżenia ich twarzy, wiatr targa delikatnie ich włosy, w tle podniosła muzyka i żeby widz nie miał wątpliwości, że ma obowiązek się wzruszyć, pada jeszcze na deser kilka kabotyńsko zdań.

Jedno tylko dziwi, że zamiast klapy jest sukces.

 

Ze Scope100 na razie się rozkręcam, jak na razie obejrzałam dwa filmy, z których żaden nie ma według mnie dystrybucyjnego "potencjału".

Las Altas Presiones 

Coś w tym filmie jest, zwłaszcza jak się złapie jego rytm (z tym, że mnie chwyciło mniej więcej w połowie), Do sennego, dotkniętego kryzysem hiszpańskiego miasteczka, przyjeżdża na kilka dni młody chłopak. który kiedyś z tego miasta wyjechał. Teraz spotka się z dawnymi znajomymi, którzy tak samo jak on, poruszają się w rzeczywistości jak muchy w smole, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca. Migawki z tych spotkań tworzą mozaikę - fotografię trzydziestolatków (w wszyscy bohaterowie tego filmu są mniej więcej w tym wieku). I chyba główny urok tego filmu jest w klimacie w jakim jest to pokazane, nastroju końcówki lata, gdy wszystko przekwita, jest sennie, leniwie (z tym, że tu akurat nie błogo), Tyle, że takich filmów: "fotografii rzeczywistości" , nakręcono już wiele i nie ma niczego co by go w jakiś sposób wyróżniało Słowem typowy snuj.

My Golden Days

Dojrzały mężczyzna wspomina swoja młodość i przeżytą wówczas, wielką (i jedyną) miłość.

Jak dla mnie, ni to, ni sio. Fresk historyczny to nie jest, bo chociaż bohaterowie żyją w ciekawych czasach, to historia końca XX wieku stanowi jedynie tylko dalekie tło. Z kolei jak na film psychologiczny, zbyt wiele sytuacji nie ma dalszego ciągu. Zostaje nostalgiczna opowieść o młodości. Ale by taki film urzekł, musi mieć specyficzny klimat, który zasysa i pochłania. A ja - może dlatego że na laptopie - niczego takiego nie "poczułam" .

Jedyne co w tym filmie jest ciekawe, to główny młodość spędził w Tadżykistanie i to z tego miejsca na świecie patrzymy na wydarzenia końca XX wieku. 


A tymczasem do kin wchodzą dwa kolejne (po Magical Girl i Party Girl,) dwa filmy ze Scope50, Widzę, Widzę i Swobodne spadanie. 


O tym pierwszym rok temu napisałam tak: 

Wakacje, ładna dacza na malowniczej austriackiej wsi. Plan jest taki, że bliźniaki (ok. 12 lat) zajmą się sobą, a ich matka dojdzie do siebie po przebytej operacji twarzy. Ale z zabandażowaną twarzą jest kimś obcym, a sposób w jaki usiłuje sobie wywalczyć upragniony spokój, tylko eskaluje napięcie pomiędzy nimi. Bardzo mocną stroną tego filmu są przepiękne zdjęcia (niestety, na laptopie mogłam się tylko domyślać, jak fajnie byłoby to oglądać w kinie). Świetna jest też gra tych dzieciaków - w zasadzie prawie cały czas są na ekranie (czasami jest jeszcze matka, sceny z innymi osobami można policzyć na palach jednej ręki). W zasadzie najsłabsza jest fabuła. Jak na film psychologiczny, za dużo niedomówień. W każdym razie przeszkadzało mi to, że od początku do końca wszystko obserwuje się od strony chłopców - dlaczego ta matka się tak zachowuje, do końca nie wiadomo, wypowiada jedno zdanie i też nie wiele ono tłumaczy. Z kolei nie jest to też horror - ani razu nie musiałam zamknąć oczu. Typowe dla tego typu filmów rozwiązania pojawiają się tylko w fantazjach (snach?) tych dzieciaków, ale jak to w snach, bez muzyki, nastroju grozy, nie budzą lęku. Ale to jak sie ten film kończy sprawia, że wychodząc z kina mamy co najwyżej żal do reżysera, że mając taki pomysł na finał, nie zadbał wystarczajaco o to co przed. 

A o tym drugim tak:

Nawet nie wiedziałam, że jest taki węgierski reżyser György Pálfi i że kręci tak ciekawe filmy. Czarna komedia. W kilkunastu scenkach absurd goni absurd, Niektóre ze scenek pomysłem przypominały mi Widma Wolności Bunuela. Pomysły na niektóre z nich ocierają się o geniusz. Niestety sam film zrobiony jest niestarannie - tak jakby reżyser za bardzo skoncentrował się na tym, o czym opowiada, zapominając, że film to nie tylko narracja. Ale i bez tego perełka. Z dyskusji o filmie dowiedziałam się, ze to najsłabszy film tego reżysera. Chyba żadnego nie było u nas w kinie.

Oba filmy bardzo polecam.

A zza szyb pociągów coraz więcej podmiejskich miasteczek kusi takim widokiem:

 Chyba wolę takie szare, ponure  ekrany, przynajmniej niczego nie udają. 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Kiedy byłam jeszcze stara, żyłam swoim rytmem. mając poczucie że jestem jakoś zgrana z otaczającym mnie, w miarę przewidywalnym, światem zewnętrznym.Teraz, gdy czas gwałtownie zawrócił, mogę mieć tylko nadzieję że wrzucenie wstecznego biegu, dotyczy nie tylko życia politycznego, ale i tego co widzę na co dzień w lustrze. Na razie tak mi wiruje w głowie że nawet siedząc na zwolnieniu nie przeczytałam żadnej książki ani niczego nie wydłubałam. Świadomość własnego rozgildziajstwa mam, ale niewiele to zmienia. W tym tygodniu, chociaż to zupełnie nie moja bajka. ostro dał mi do myślenia wpis Izabelli Łukomskiej -Pyżalskiej. Z tym, że gdyby to miało być naprawdę to coś, co mnie otrzeźwi, to już by się to stało; a tu nic: dalej surfuję po sieci i stawiam Pająka

Na Mubi.com obejrzałam tylko jeden film, Żelazna wyspa (irański z 2005 roku).

 

Jak gdzieś ktoś będzie miał możliwość, polecam. Był u nas na WFF i ponieważ jest i polski plakat, musiał być i w DKF-ach. Na stojącym u wybrzeża Iranu, czekającym na złomowanie tankowcu zamieszkali bezdomni tworząc własną zamkniętą społeczność. Może nie arcydzieło, ale miło się ogląda nie tylko dlatego że irański, czyli egzotyczny. 

Natomiast, ze Scope100 póki co porażka. Na tablecie oglądać nie mogę, bo mam Androida, a on nie obsługuje wymaganego przez Scope Flash Playera (do tej pory byłam przekonana, ze Google łyka wszystko, jak widać byłam źle poinformowana). Z kolei na moim laptopie nie wchodzi. Napisałam do pomocy technicznej, milczą, a czas ucieka, do 17 stycznia mam obejrzeć 10 filmów. 

Z tych co grają w kinach widziałam Moją Matkę.


Temat dla mnie bardzo na czasie - opieka nad chorą matką. Ale i bez tego co sama przeżywam wiem, że dużo więcej, dużo ciekawiej można na ten temat powiedzieć. W tym filmie wszystkiego mamy się domyśleć ze zbliżeń twarzy zatroskanych dzieci. Ale albo robią to mało przekonywająco, albo ja jestem mało domyślna, bo do mnie ta konwencja nie przemówiła.

A na święta zjechała już królowa matka z rodziną. Mówi Springerem, chociaż nie czytała jego Wanny z kolumnadą. Ja, jak jadę przez Polskę, wściekam się, że tak piękną kiedyś krainę bezrozumnie zasrano betonem, ale w Warszawie brzydoty aż takiej nie widzę. A ona mówi, że oczy bolą. Może ma rację?


Chociaż Lądek też pikny nie jest.

Nie uwierzyła mi też, że nie ma u nas dzieci. Ale jak poszła na plac zabaw w Ogrodzie Saskim to jej mina trochę zrzedła. Stojące obok matki mówiły po rosyjsku, a na sąsiednich ławkach siedzieli ludzie, z których rozmów jasno wynikało, że tak jak i ona, przyjechali tu tylko na święta.

Tylko czy te emigranckie dzieci, to pierwszy, czy drugi sort? Bo to nie jest dla mnie jasne, a wykładni brak.

poniedziałek, 14 grudnia 2015
Ale to już było

Te same co wtedy piosenki, na które widownia reaguje w tych samych momentach. A podobno historia się nie powtarza. 

Słowem poczułam się znów młoda.

Z drugiej strony poczułam, że dorosłam do emerytury: zazdroszczę ciotkom, które już na niej są. Wprawdzie wymaga to przeorganizowania życia i zredukowania bazy, ale nagroda jaką jest czas, jest tego warta.

W tym tygodniu rusza kolejna edycja Scope100. Byłam przekonana, że do tegorocznej edycji zostali zakwalifikowani wszyscy uczestnicy zeszłorocznego Scope50. Tymczasem do udziału zaproszono tylko tych najbardziej aktywnych i takich jak ja, którzy "robią" odpowiednią statystykę - może w tym roku jest więcej osób 50+, w zeszłym byłam jedyną. Filmy ciekawe i co ważne, w tym roku wszystkie mają angielskie napisy.

W kinach sporo dobrych filmów, ale jakoś mi do tych kin było nie po drodze. A jak już poszłam, to na taki, na który nie koniecznie było warto.

 

W jakimś dziwnym miejscu, którego nie ma na mapie, żyją dwie kobiety, które łączy bardzo skomplikowana relacja, z elementami sado-macho. Jedna z nich bada życie motyli i co jakiś czas bierze udział w spotkaniach na ten temat - uczestniczą w nich same kobiety, bo mężczyźni w tym filmie nie występują.

Film o niczym. Tyle, że ma kilka zapadających w oko, wystylizowanych ujęć.  

Moje życie w anegdocie  

Mężczyźni i ich polityczny realizm

Działo się to dawno temu w latach siedemdziesiątych. Wakacje w Dębkach, piękna pogoda, nikt z nas nie chciał wracać do domu, ale powoli kończyły się pieniądze i głód zaglądał nam w oczy. I wtedy ktoś nam powiedział, że w knajpie (w tamtych czasach w Dębkach była jedna knajpa) przesiaduje pan, który za to, że się będzie słuchać jego opowieści, jest gotowy karmić, a nawet postawić piwo. Cena nie wydawała się wygórowana i razem z innymi zaczęliśmy uczęszczać na jego wykłady. A były one oczywiście o Polsce, o tym jaka ona wielka, jak trzeba o nią dbać i ją kochać itp. Sedno tkwiło w tym, że według tego pana utraciliśmy suwerenność, gdy oparliśmy armię o ropę, której nie mamy. Tymczasem powinniśmy pozostać przy koniach, bo siana mamy w bród. Żeby nie być gołosłownym, przeprowadzał na serwetkach wyliczenia, stanowiące dowód, że całe to gadanie o wyższości wojsk pancernych nad ułanami, to propaganda. Był w tym tak sugestywny, że do dziś gdy widzę polityka, który usiłuje mnie przekonać do swojej wizji, zamykam oczy i widzę tamtego ułana z Dębek,  który szczęśliwy, że wreszcie ma słuchaczy, pewny swoich racji prowadzi wykład.

 Z poradnika wk .... konsumentki 

Przez dwa dni na czele PKP stał jeden pan, który potem zrezygnował, bo mu wytknęli, że był TW. Ale ja nie o tym. 

Był przedstawiany jako fachowiec - nawet Wyborcza tak o nim napisała. Za jego największy sukces uznano zarządzanie Kolejami Mazowieckimi i wyrażano nadzieję, że to, że tak dobrze sobie poradził z nimi, daje nadzieję, że poradzi sobie i z PKP. 

Jeżeli to jest tak, że Koleje Mazowieckie stanowią przykład sukcesu, to Polska jest rzeczywiście w ruinie. 

 

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli