sobota, 31 grudnia 2016
Przeczytane 2016 rok
Goodreads mnie podsumował:

Zabierając się za czytanie książki, coś tam zawsze o niej wiem, stąd rzadko kiedy totalnie się nacinam.  Ale też  zważywszy na to, że  nie czytam przypadkowych książek,  liczba  otagowanych   jako "dobre", nie powala. Wprawdzie w tym roku za tak naprawdę dobre uznałam dwa razy więcej książek, niż w zeszłym, albo może tylko lepiej wybierałam, albo na starość stałam się bardziej wyrozumiała:

Ale poza tym, że przeczytałam w tym roku wyraźnie mniej, to ani w digitalizacji, ani gotowości wyjścia poza swój krąg kulturowy, jakichkolwiek zmian nie widać.
 
Kotan. Czy mnie kochasz Przemysław Bogusz

Moim zdaniem autor tego tematu nie udźwignął. Miałam wrażenie jakby się przeraził prawdy, którą może nie tyle odkrył, bo pewnie wcześniej się jej domyślał, ale z którą, gdy inni nie zaprzeczyli, nie wiedział co zrobić. Kotan był postacią kontrowersyjną i jak to z takimi postaciami często bywa, ma niepodważalne zasługi i naprawdę dużo ludzi zawdzięcza mu życie. Z drugiej strony robił też bardzo wiele złych rzeczy. Przeszkadzało mi, że gdy przychodził czas by opowiedzieć o tych drugich, autor chował się za innymi, przytaczał ich słowa, starając się tego nie komentować. Brakowało mi też próby pokazania jakie konsekwencje przyniosło zabetonowanie przez Kotana, podejścia do wielu problemów społecznych (w wielu przypadkach ten wzorzec obowiązuje do dziś). Słowem ciekawy temat, ale jak dla mnie przedstawiony zbyt powierzchownie. Z tym, że mogę nie być obiektywna. Sporo wiem na ten temat i sama pewnie coś mogłabym do tej opowieści dodać.

Nienachalna z urody Maria Czubaszek


Książka-podsumowanie, wiele się z niej nie dowiedziałam, bo jakie miała poglądy na wszystko wiedziałam i bez przeczytania tej książki. Znałam też większość przytoczonych w tej książce anegdot. Ale nie wszystkie pamiętałam. Na przykład tę, bardzo aktualną i na czasie:

Pamiętam takiego wiceministra kultury Janusza Wilhelmiego. To właśnie on wykończył nasz program radiowy w Trójce. I przy jakiejś okazji, wspominając dawne czasy, wyraziłam się o tym panu, uważam, że całkiem zasłużenie, per skurwysyn. Ale on nie żyje! - żachnął się jeden z moich kolegów. I co z tego, że nie żyje; mówię, jaki był za życia - odparo­wałam. Kolega nie był przekonany

Słowem pudełkowe ble ble ble. Ale przynajmniej miło się czyta.  A tego nie mogę powiedzieć o kolejnej książce.

Grzybowska 6/10 Aleksandra Domańska


Bardzo mi się podobała jej Ulica cioci Oli, Kolejna jej książka może nie jest tak dobra jak tamta, ale też warta przeczytania.
Punktem wyjścia jest pytanie o przeszłość miejsca w którym, w zbudowanym w latach 60-tych bloku, od kilkudziesięciu lat mieszka mama autorki. Ulica Grzybowska była i przed wojną i z przedwojenną książką telefoniczną w ręku łatwo można ustalić, kto wówczas mieszkał pod numerem Grzybowska 6, 8 i 10. Tyle, że w oparciu o źródła historyczne trudno się coś więcej dowiedzieć o ich losach - większość z nich zginęła w Treblince. I pewnie by ta książka nie powstała gdyby nie to, że Grzybowska 10 należała do bogatego Żyda, Samuela Glassa, który miał tu tylko skład żelazny. Sam mieszkał z rodziną gdzie indziej (m.in. w swojej kamienicy przy A. Róż 7) i w tym przypadku, na podstawie przedwojennych źródeł, można było po części zrekonstruować ich losy. Dalsze ich dzieje udało się opowiedzieć dzięki temu, że autorce udało się w Izraelu odnaleźć wnuka Samuela, Jerzego Glassa. Podczas wojny mieszkał na Grzybowskiej 10 razem ze swoim ojcem i trzykrotnie „pozytywnie” przeszedł selekcję na Umschlagplatz. Nie tylko opisane w książce dzieje rodziny Glassów są smutne.
W tle równie dołujące rozważania, o świecie myśli który stał się fundamentem, na którym zbudowano nazizm. Dużo odwołań do wydanej przez PIW książki Modris Eksteins, Święto wiosny. Wielka wojna i narodziny nowego wieku

(...) można by – w wielkim uproszczeniu – powiedzieć tak: o ile pierwsza wojna światowa zainspirowana między innymi okrzykami awangardowych artystów, że „sztuka jest wojną”, stała się swoistym dziełem sztuki, „teatrem wojennym”, w którym rzesze statystów poruszały się w jakimś koszmarnym pląsie, o tyle teraz nie trzeba już było sztuki; „totalne dzieło sztuki” nie wymagało już sceny operowej – to życie stało się sztuką. Każdy chętny mógł się czuć bohaterem tego „dzieła sztuki”, w myśl Nietzscheańskiego hasła: „żyj niebezpiecznie”, co oznaczało świadomie generować sprzeciw i opór, przekraczać akceptowane normy moralne, nigdy nie akceptować status quo, prowokować ciągły konflikt. „Nazizm jest – według słów Hitlera – doktryną konfliktu” – pisze Eksteins. Nikt wszak nie zmuszał Niemców do tego, by stali się nazistami. Ich przyciągnęła siła tego ruchu. Obrzędy, propaganda, sztandary, akcesoria, mundury, pochody, pozdrowienia, skandowane hasła. „Nazizm był kultem – pisze Eksteins. – Oddziaływał wyłącznie na emocje. Atakował zmysły, głównie wzrok i słuch. Słowo mówione wyparło słowo pisane. Dramat, muzyka, taniec, a później radio i film zajęły miejsce przed literaturą. Nazizm był od początku wielkim widowiskiem”. „Świętem wiosny”… Mit zajął miejsce historii, mit, czyli „historia, jaką wszyscy już znają”. „Taka historia staje się wyłącznie narzędziem teraźniejszości”
 
Fynf und cfancyś Michał Witkowski


Dla koneserów i wielbicieli prozy Witkowskiego. Moim zdaniem Lubiewo powalało, Drwal trzymał konwencję, a Fynf und cfancyś to jedynie popłuczyny. Ale też – jak kogoś nie odstręcza obsceniczność jego prozy – daje się czytać. Tym razem bohaterowie z Lubiewa: Michaśka i Dianka jadą na Zachód by tam uprawiając najstarszy zawód świata, dorobić się majątku. Bo jak to celnie zauważa Witkowski:  Biedak marzy o pracy i małych pieniądzach, nędzarz - tylko o milionach!
wtorek, 27 grudnia 2016
Tradycyjnie

Blox się totalnie wykrzaczył. Dalsze próby opublikowania tego wpisu nie maja sensu. Idę spać. 

Po kilku latach w Brwi znowu zimą pojawił się motyl. Może dlatego, że nagle zaczęłam mocno grzać i biedak pomyślał, że jest już wiosna?

161226064

Mężczyzną mojego życia trzyma normę, Lewandowskim nie będzie, ale gen piłkarza posiada.

Słodkie jest to, że ciągle jeszcze wierzy w Mikołaja.

161226071 

Tym razem na święta przyjechał też dawno nie widziany synek. Śmiesznie było posłuchać jak bardzo inna jest historia w wersji brytyjskiej (wnuk), od opowiadanej przez mojego synka wersji azjatyckiej. A wszystko zaczęło się od jeżdżenia palcem po globusie.

161226041

Tuż przed świętami poszłam się zaszczepić. Po dokładnym zbadaniu rynku uznałam, że najtaniej jest w Szpitalu Wolskim - ale i tak na podstawowy pakiet na Wietnam wydałam 540 zł (za miesiąc kolejne szczepienie, tyle że wydam już tylko 180 zł). Nie dość, że tyle to kosztuje, to trzeba jeszcze podpisać durne oświadczenie:

161226021

Przy dowiedziałam się, że na Ukrainie zanotowano przypadki polio. Szkoda dzieci rodziców antyszczepieniowców, co one są winne? Jest to na tyle blisko, ze na pewno do nas przyjdzie.

Gdzieś w necie był artykuł o tym, że coraz częściej czytamy w prasie o kolejnej przedwczesnej śmierci znanej osoby, zwróciłam w nim uwagę na to zdanie:

Z badań GUS wynika, że 30 proc. 50-latków może dożyć siedemdziesiątki, osiemdziesiąte urodziny będzie świętować trochę powyżej 14 proc.

Aż mi się nie chce w to wierzyć. Jeżeli byłaby to prawda, to zupełnie inaczej należało by spojrzeć na wydłużenie wieku emerytalnego. 50-latek trochę już na ten ZUS odłożył, jak umrze przed czasem, dla ZUS-u czysty zysk. Mijający rok był jedna wielką drucianą porażką: 2 kamizelki, 2 czapki i para rękawiczek.

 

Tej kamizelki też - przynajmniej na razie - nie skończę. Zabraknie mi kremowej Cascade 220 - kolor ecru. Nigdzie jej nie ma - w pasmanteriach zaczyna już być widać dobrą zmianę. A jednego motka we wrażej pasmanterii nie zamówię. Tym bardziej, że ma to być kamizelka z resztek (takie założenie pozwala na obniżenie lotu, jeżeli chodzi o wzór). :

 

niedziela, 18 grudnia 2016
Dzieje się

Dzieje się dużo, ale jakoś się tym nie podniecam - nie czuję wichru historii. Bardziej mi to wszystko przypomina Pudelka, a na pytania, które mnie nurtują i tak nikt nie udziela odpowiedzi. Interesuje mnie np. ilu posłów PIS było w gmachu sejmu w chwili głosowania nad budżetem Chciałabym też coś więcej wiedzieć o złożeniu wypowiedzeń przez generałów. Takich pytań mam więcej. Ale ci którzy potrafili by coś o tym ciekawego napisać, nie mają dostępu do informacji. Pozostaje czekać na polskiego Snowdena.

W kinach WatchDog, ale zamiast filmów dokumentalnych byłam na kilku spotkaniach: Po kolei. 

Faktyczny Dom Kultury - spotkanie z autorem książki o Kotanie.

 

Spotkanie prowadziła Teresa Drozda, obok autora, o Kotanie mówił jego przyjaciel z dzieciństwa (ten po lewej).  Jak zawsze o tej porze roku kupuje na prezenty książki, które sama chce przeczytać. Zapowiada się ciekawa lektura (przeczytałam wstęp). Nie jest to panegiryk. Autor chciał opisać Kotana w całej jego złożoności. Sama jestem ciekawa, czy mu się to udało.

Warsztaty w Polin - Przedłużmy życie starym fotografiom.


Warsztaty ciekawe, ale nie dla mnie, tylko dla pasjonatów. zbieraczy starych fotografii. O tym jak czyścić i konserwować stare fotografie, a nie jak je obrabiać w programach graficznych.

Kolejne spotkanie w Domu Kultury na Łowickiej, tym razem z Joanną Tokarską-Bakir.

Jak zawsze, spotkanie prowadził Tomasz Stawiszyński i Tadeusz Bartoś. A Joanna Tokarska-Bakir jest tak mądrą osobą, że aż wstyd że nie czytałam jej książek (Gumiś przeczytał, może to wystarczy?). Bo to, o czym mówi i pisze jest straszne. Teraz za chwilę ukaże się jej książka o pogromie kieleckim. Podobno  w tej książce będzie udokumentowany każdy przecinek, tak by nikt nie mógł podważyć jej ustaleń (a wnioski te same, co u Grossa). Ale z drugiej strony w świecie postprawdy, nie trzeba odwoływać się do źródeł, by podważyć jej ustalenia. Wystarczy czucie i wiara.

Teraz już tylko święta, poplanowałam wszystko w Onenote i teraz z pozostaje zrealizować mój plan.  Na ten weekend miałam zaplanowane:

Sobota:

zakupy na targu (bigos + kapusta z grzybami; kompot z suszu; choinka),  

zrobić: bigos, kapusta z grzybami

Niedziela

przegląd zabawek choinkowych

zakupy spożywcze z daleką datą ważności

Wszystko co zaplanowałam, zrobiłam, a kupiona jodła jest piękna.

 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Nigdy więcej NC +

Płaciłam, chociaż nie miałam sygnału i nie mogłam oglądać. Jak kończyła się umowa, chciałam oddać dekoder. Nie przyjęli, bo przed końcem umowy nie można, Jest na takie małe okienko czasowe, w które trzeba się z tym zwrotem wpasować. Nie udało mi się i zapłacę 100 zł kary. Bo wprawdzie dostałam sms: Nie chcesz płacić kary. Zadzwoń dziś. Znajdziemy rozwiązanie! (oczywiście to rozwiązanie, to podpisanie kolejnej umowy), ale mam inne: nigdy więcej NC+!

piątek, 16 grudnia 2016
Przeczytane (52)

Dziewczyna z pociągu Paula Hawkings

Rok temu często widziałam, jak ktoś w pociągu czytał tę książkę. Zaciekawiona dlaczego cieszy się taką popularnością wzięłam do ręki i teraz, po przeczytaniu, zupełnie tego nie rozumiem, Sprawny kryminał, nic poza tym. W dodatku chyba nie najlepiej przetłumaczony. Podobno film jest dużo lepszy. Ale teraz wiedziałabym od pierwszego kadru kto zabił – taka wiedza w oglądaniu kryminałów „trochę” przeszkadza.

Dziewczyna z kamienia Izabela Cywińska


Autobiografia. Z tym, że kamień w tytule nie ma nic wspólnego (tak myślałam w pierwszej chwili) ze spiżem. Tak nazywał się przedwojenny majątek jej rodziny, w którym Izabella Cywińska spędziła pierwsze lata życia.

Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony (traktuje to jako oczywistą oznakę starości) coraz bardziej lubię książki historyczne, o latach które już pamiętam. Fajnie się je konfrontuje z własnymi wspomnieniami.

Z drugiej strony za dużo w tej książce o teatrze, o sztukach których nie widziałam (większość z nich była wystawiona spoza Warszawą), o aktorach tamtejszych teatrów, których również nie znam. No i coś co budzi największe kontrowersje - rząd Mazowieckiego. Mam do nich żal o podłożenie ładunków wybuchowych pod III RP. Dlatego gdy czytam o jej ówczesnych wzruszeniach (pamiętam, też mnie to wówczas wzruszało), to ich udawana naiwność budzi tylko mój gniew. Nie przyjmuję wyjaśnień, że nie zdawali sobie wówczas sprawy. Kto jak kto, ale akurat oni mieli ogromną wiedzę historyczną.

A na deser jej refleksje z pierwszych dni dobrej zmiany

Zawsze uważałam, że klęsk i porażek narodowych nie powinniśmy zbytnio eksponować w naszym świętowaniu i pamiętaniu przeszłości. Co w takim razie zrobić z ostatnimi dwoma stuleciami, w których głównie przegrywaliśmy? Ja jestem cała z Gombrowicza. Uciekłam z jego „Transatlantyku". Ale nie „od Polski", tylko „do innej Polski". Racjonalnej. Pozbawionej złudzeń, zabezpieczonej przed trującymi mitami. Może dlatego, że ukształtowały mnie czasy Peerelu, zmuszające nas, mnie, do życia w kłamstwie. Żyłam wtedy z jednej strony w bezkrytycznym kulcie Dwudziestolecia, a z drugiej mocowałam się z upaństwowionym patriotyzmem. Osaczały mnie te przejęte na własność słowa: ojczyzna (ale koniecznie z przymiotnikiem „ludowa ), patriotyzm (wyłącznie „prawdziwy", czyli lepszy, komunistyczny). Gdzie tylko spojrzeć, puszyły się w tamtej Polsce różne Związki Patriotów Polskich, chwalono księży-patriotów, na koniec, już w latach osiemdziesiątych, próbowano nas zaktywizować Patriotycznym Ruchem Odrodzenia Narodowego (osławiony PRON!). Patriotyzm był takim dyżurnym skłamanym słowem-hasłem, które zbierało pod wspólny mianownik kilka innych mniejszych kłamstw. Był elementem powszechnej paranoi! Ale moje pokolenie - a przynajmniej jego część, jednak jakoś to wytrzymało, odzyskało to skradzione słowo. 1 dziś za patriotyzm w czasie pokoju, a nie wojny (nigdy nie przestanę podkreślać tej różnicy!) uznaje uczciwą pracę, terminowe płacenie podatków, solidarność w chwilach dla ojczyzny trudnych i... odrzucenie postawy roszczeniowej: „bo mi się należy!", „bo zostaliśmy skrzywdzeni!", bo „oni o nas zapomnieli!". Napisałam z rozpędu „odzyskaliśmy skradzione słowo - «patriotyzm»". Niestety, na krótko. Bo ostatnio ukradła je nam część Polaków uważających się za tych „prawdziwych" i „lepszych", obywateli i synów Ojczyzny. Naród podzielony na lud smoleński i całą resztę ma znowu dwa patriotyzmy. Dziś, ilekroć mijam warszawski pomnik Małego Powstańca, myślę o nas, idących ze świeczkami w dłoniach przez ciemny kurpiowski bór. Czy to był tylko symbol naszej naiwności, czy raczej piękny i odważny gest młodzieży, która pamiętała, jak ważne są czasem takie gesty? Co wtedy tak naprawdę świętowaliśmy? Jaką ojczyznę kochaliśmy? Te nasze gorące dyskusje i „partyzanckie" nocne podchody w Wacliu poprzedziły kolejny mocny cios zadany przez zetempowców gronu profesorskiemu. To wtedy wyrzucili profesora Eugeniusza Frankowskiego, kierownika katedry etnografii, specjalistę od kultury Basków, naszego opiekuna. Nie wiem, czy dużo się od niego nauczyłam, ale na pewno dzięki niemu poznałam wagę fundamentalnych pytań: kto, kiedy, po co, dlaczego, jak? Kazał nam, młodym naukowcom, stosować je zawsze i wszędzie, w każdej dziedzinie życia, nie tylko w pracy. Okazały się niezbędne nie tylko przy opisie cepów na Kurpiach Białych, ale także później, na próbach analitycznych w teatrze. 

Las nie uprzedza Krzysztof Środa

Opowieść, która nie ma ani początku, ani końca. Rozważania o tym co każdy z nas, żyjąc „tu i teraz” widzi – łatwo odnaleźć w nich swoje myśli. Wszystko podszyte lękiem o przyszłość, świadomością jak kruchy jest ten nasz bezpieczny świat, jak łatwo się może zawalić. Tak jak tym, którzy do nas przyjechali, przywożąc ze sobą przekonanie o nieuchronności nadchodzącej katastrofy. W książce Krzysztofa Środy w tej roli występują Czeczenii. Zarażony tym niepokojem wiezie go do Maroka i obserwuje tam przez niego, niczym przez pryzmat, dobrze znane z poprzednich podróży kąty. Pytanie czy widzi coś, bo to ze sobą przywiózł, czy widzi to, bo zaszła zmiana, pozostaje otwarte.

Moja walka Karl Ove Knausgård

Spodobała mi się jego Moja walka 1, więc sięgnięcie po Moją walkę 2 było tylko kwestią czasu (w kolekcje czekają następne tomy). Współczesny skandynawski Proust Tym razem pierwsze lata małżeństwa, porzucenie Norwegii i zamieszkanie w Szwecji.  Autor abiera się też za pisanie książki, która w przyszłości zapewni mu sławę (czyli Mojej walki). Facet potrafi pisać, kolejny raz zdałam sobie z tego sprawę gdy uświadomiłam sobie że nie znudził mnie kilkudziesięciu stronicowy opis spędzenia z córką przedpołudnia na placu zabaw w parku. Z drugiej strony, rozpisana na wiele tomów autobiografia chwilami ostro przyspiesza, nagle przeskakujemy o kilka lat, pisarz ma trójkę dzieci, mieszka na prowincji, nie w Sztokholmie. Ale tak jak i wcześniej, lubi się zatrzymać na jednym wydarzeniu w wnikliwie przyglądać się towarzyszącym mu w tym uczuciom.

 

Smutek cinkciarza Sylwia Chutnik


Kolejna książka z serii Na F/AKTACH. Tym razem opowieść o PRL-owskim warszawskim cinkciarzu. Książka ma format „spowiedzi życia” , jaką bohater snuje już zza grobu i jest świetną opowieścią o życiu codziennym „warstw niższych” w owych czasach. Pierwowzorem głównego bohatera był cinkciarz z Trójmiasta, który został zamordowany w windzie własnego domu. Wszystkie poszlaki wskazywały na to, kto jest mordercą, ale w sądzie mu tego nie udowodniono i sprawa została umorzona. Dla mnie książka kończy się tam, gdzie powinna się zacząć, czyli na morderstwie w windzie. To co stało się potem skwitowane jest kilkunastoma zdaniami. Ja mam niedosyt, lubię reportaże sądowe.

Jakbym kiedyś miała napisać książkę, to zdanie wzięłabym na motto:

Życie to poszczególne momenty z puentą

Celnie wytłumaczone to, czego jesteśmy świadkiem

Powód gniewu był zawsze ten sam – że im ktoś zabrał życie. Że mieli się radować i żyć, a żyli na niby, w mękach, na siłę i w desperacji. Przezywali życie, a nie mieli z niego pożytku. I za to nienawidzili wszystkich, a siebie najbardziej

dobra książka  

Wchodzi koń do baru David Grosman

Na Goodreads jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek przeczytała tę książkę. Dziwne, bo nawet na okładce są recenzje wskazujące na to, że książka ukazała się już w kilku językach, polskie tłumaczenie jest kolejnym (może tylko nie potrafiłam jej powiązać z żadną inna książką Dawida Grosmana na tym portalu?). 

A książka warta przeczytania. Polecam. Całą opowieść ogranicza się do jednego wieczoru w knajpie, w której tego wieczoru ma swoje przedstawienie (wg. formatu tzw. stand-up comedy) starzejący się komik, Dowale. Zamiast sypać żartami, czego oczekuje publiczność, zaczyna opowieść o swoim życiu. Co jakiś czas – przywoływany przez widzów do porządku, znów zaczyna opowiadać żarty. Ale przez to jego przedstawienie, wcale nie robi się śmieszne, tylko coraz bardziej tragiczne. W międzyczasie orientujemy się ze niektóre osoby na widowni nie są przypadkowe … Bardzo gorzka opowieść o życiu. To, że to wszystko nie skończy się happy endem jest oczywiste, już po kilku pierwszych stronach. Ale jest to tak napisane, że chociaż wiadomo jak się to skończy i na pewno ta powieść humoru nie poprawia – czyta się z zapartym tchem. Inna sprawa, ze pomaga to, że nie jest to długa opowieść – 240 stron. Zanurzyć się w czymś takim na 800 stron, chyba bym nie dała rady.

W normalnych czasach, ten opowiedziany przez Dowale kawał kojarzył by się z d.... Ale czasy teraz takie, że mi się skojarzył z politykami PO i ich zdolnością do zaadoptowania się do nowej sytuacji.

Jest sobie statek, który tonie na morzu, tylko jednemu facetowi udaje się na czas wyskoczyć i płynie przed siebie. Macha rękami, woda go zalewa, ale płynie. Wreszcie resztką sił dopływa do jakiejś wyspy i widzi, że oprócz niego uratowały się pies i koza. (...) Mija tydzień, mijają dwa tygodnie, wyspa jest pusta, nie ma ludzi, nie ma zwierząt, tylko facet, koza i pies (...) Po miesiącu facet na wyspie jest podniecony jak jasna cholera. Patrzy w prawo, patrzy w lewo, żadnej baby w zasięgu wzroku, tylko koza. Mija kolejny tydzień, on już nie może wytrzymać, przycisnęło go nie na żarty, zaraz eksploduje. (...) Kolejny tydzień mija i facet już nie wytrzymuje, podchodzi do kozy, wyciąga kapucyna, ale raptem pies zrywa się i warczy, grrrrr! Jakby mówił: uważaj, ani się waż dotknąć kozy! Trudno, facet spietrał, zwija interes i kombinuje: w nocy kundel zaśnie, wtedy zadziałam. Przychodzi noc, pies chrapie, a ten po cichu czołga się do kozy. Jeszcze się do niej nie dobrał, a pies rzuca się jak pantera, szczeka, ślepia nabiegłe krwią, kły jak noże, no więc co ma biedny gościu robić, kładzie się z powrotem spać z sinymi do bólu jajami. (...) I tak im leci czas na wyspie, następnego dnia to samo, mija jeszcze jeden dzień, tydzień, miesiąc. Za każdym razem, jak tylko facet zbliża się do kozy, pies od razu: grrr! (...)Pewnego dnia facet siedzi załamany na brzegu morza, nagle w oddali widzi dym, następny statek tonie! A ze statku wyskakuje blondynka, w pełni wyposażona: wszystko ma na swoim miejscu, jest za co chwycić. Facet ani przez moment się nie waha, wskakuje do wody, płynie, płynie, dociera do blondynki. Ona już prawie utonęła, on ją łapie, holuje na wyspę, kładzie na piasku, ona otwiera oczy, śliczna jak marzenie, jak modelka, i mówi: Mój bohaterze! My hero, cała jestem twoja, możesz ze mną zrobić, co tylko zechcesz! A wtedy on rozgląda się ostrożnie na boki i mówi jej cichutko na ucho: Mogłabyś mi na chwilę przytrzymać tego psa?

niedziela, 11 grudnia 2016
Strach mieć dziecko
Stoję w kolejce po chleb, za mną mężczyzna, mniej więcej w wieku mojego synka. Dobrze ubrany, nawet jeżeli nie hipster, to te klimaty. Zaczepia go starsza kobieta, widać że go zna, ale dawno go nie widziała (nauczycielka?) i pyta co u niego. On zaczyna opowieść jaki okropny za nim rok. Zaczął się od operacji guza mózgu u najstarszego syna, guz nie był złośliwy, można go było operować, ale bez śladu nie minęło: wyszedł z tego z padaczką i tak już mu zostanie. Potem u najmłodszej stwierdzono dysplazje nerek, przeszła przez urosepsę, cudem przeżyła, jest po operacjach, które mają zapobiec nawrotom zapalań pęcherza. Teraz jeszcze okazało się że ma coś co niby nie jest padaczką (nie ma zmian EEG), ale i z daleka i z bliska tak wygląda. Średnie dziecko mają na razie zdrowe, ale boją się co będzie dalej ...
Ta jego opowieść pokrywa się z moimi obserwacjami, gdzie nie spojrzę, chore dzieci. Ale zamiast zastanowić się nad zanieczyszczeniem środowiska i dzisiejszym polskim położnictwem, które wypowiedziało wojnę doborowi naturalnemu, ludzie upatrują wszelkiego zła w szczepionkach. Daleko nie zajedziemy ...
W środę odkryłam z Gumisiem oczywistą oczywistość, że dzieci rosną i nie wiadomo kiedy wnuczka naszej zmarłej psiapsióły, z niemowlaka, przepoczwarzyła się w 2,5 letnią panienkę. Wybierając się do niej z wizytą pojawił się problem co zanieść: sklepów z zabawkami brak, na rynku ostał się jedynie Smyk, który jeżeli poraża, to cenami, nie ofertą. Namówiłam Gumisia by wpadł po drodze do Galerii Mokotów, gdzie jest firmowy sklep Lego, w którym za 80 zł kupił kilka zwierzaków Duplo.
Od Marceliny podreptałam za Gumisiem robić tłok na spotkaniu w modnym lokalu: Państwomiasto.

Za stołem siedziały ciotki rewolucji. Gdy nadszedł czas zadawania pytań z sali, wstała młoda dziewczyna, przedstawiła się jako matka dzieci w wieku szkolnym i zapytała co ma zrobić, gdy jej dziecku zaczną w szkole pakować do głowy "nowe dogmaty". W odpowiedzi usłyszała, że ma pójść do szkoły i zaprotestować. Z jednej strony niby racja, ale coś mi tu "zgrzyta". To te ciotki rewolucji zgotowały tym dziewczynom ten los.
Byłam na przyjęciu - lekkim wypasie kulinarnym. Spodobał mi się pomysł na dekorowanie papryką i oliwkami sałatek śledziowych. Polecam z myślą o świętach.

Ja też urządziłam doroczne przyjęcie. Sama postawiłam na stół standardowe dania. Patrycja przywiozła sałatkę z kasztanów, Pyszna, ale mało fotogeniczna. Natomiast Elka pojechała roladą szpinakową. Nie tylko ładne, ale i pyszne. Mówi, że to proste stawia się tablet przed nosem i robi to, co pokazują na ekranie.


Kominek po wizycie nowej ekipy kominiarzy dymił. Zastanawiałam się nad reklamacją, gdy zadzwonił do mnie wspólnik zmarłego kominiarza, który przychodził do mnie kilkanaście lat. Poskarżyłam mu się na znalezioną w necie ekipę, przyszedł, wszedł na dach nie potrzebując do tego żadnych trepów", miał taki sam jak tamci wycior,  ale w przeciwieństwie do poprzedników, miał efekty.

Sully

Film o pamiętnym wodowaniu na rzece Hudson. Z tym, że na szczęście Clint Eastwood wielkim łukiem ominął schemat  filmu o bohaterskich czynach zwykłego amerykańskiego człowieka. Opowieść nie kończy się, ale zaczyna w chwili szczęśliwego wodowania. Linie lotnicze, ubezpieczyciel i jakieś jeszcze inne dbające o bezpieczeństwo lotów instytucje tworzące Narodową Radę Bezpieczeństwa Transportu, rozpoczynają śledztwo. Nie obchodzi ich bohaterstwo i medialny wymiar wydarzenia, chcą odpowiedzieć na pytanie czy pilot podjął właściwą decyzję - tym bardziej, że pierwsze symulacje komputerowe wskazują, że spokojnie mógł lądować na pobliskim lotnisku.
Wadą tego filmu jest jego przewidywalność, ale wychodząc z kina doceniłam, że mimo to potrafił zaciekawić. Mocnym atutem jest gra Toma Hanksa. 
niedziela, 04 grudnia 2016
Patrzę z boku na to jak wygląda opieka nad chorym dzieckiem i cieszę się, ze mój wnuk jest daleko. Tak wygląda wejście do warszawskiej kliniki dla dzieci.

 W pokoju, w którym są cztery łózka, mieszka osiem osób: obok chorego dziecka na materacu mieszka pełniący dyżur opiekun, szpital oczekuje, że rodzina zapewni 24-godzinną opiekę i mało kto się z tego wyłamuje.
Zdrowe dzieci też nie mają lekko. Tak jak i dorośli. Z tym, że wszystko jest względne. W tym tygodniu nawymyślałam jednej ciotce, że konsekwentnie zachowuje spokój tonącej krowy - jej zdaniem szkoda zdrowia na bezsilnie przejmowanie się tym, na co nie ma się wpływu, jest jeszcze kilka miejsc, gdzie nie dotarła fala zmian i póki jeszcze istnieją,  warto się tam schować.  Dwa dni później inna ciotka mnie zapytała, jak udaje mi się zachować taki spokój, podczas gdy ona budzi się w nocy i z przerażenia nie może do rana zasnąć. 
Chcąc się spozycjonować spędziłam wieczór z rocznikiem Przekroju z 1953 roku. Jasne, że różnice widoczne są na pierwszy rzut oka, ale też nie jest tak, że nie widać części wspólnych. Język kultu, wskazywanie wroga, ma bardzo podobne klisze.  

   
Na marginesie: wtedy lustrowano pola, nie życiorysy.

Spotkanie z cyklu Między religiami
Jakiś czas temu, kiedy nikt jeszcze poważnie nie traktował mojego gadania o nieuchronnie nadchodzącym mroku, wychodząc z Gumisiem z Polin przepowiedziałam, że już niedługo będzie to jedno z nielicznych miejsc, w których będzie można pooddychać wolną kulturą.  
Teraz w poniedziałek poszłam do Polinu na spotkanie Tron i ołtarz, obok prowadzących ten cykl: Stanisława Krajewskiego i  Andrzeja Saramowicza (to nie ten pisarz, tylko twórca Szkoły Nauk Sufich), dyskutowali: Adam Michnik i Stanisław Obirek. Ludzi sporo, nie zmieścili się na jednej sali i część siedziała na sali obok, oglądając prelegentów na telebimie. Myślałam, że spotkanie będzie na głównej sali, ale gdy do niej zajrzałam, zobaczyłam Maję Komorowską przygotowującej się do wieczoru poetyckiego.

Taki zestaw prelegentów gwarantuje ciekawy wieczór. A że czasy nie wesołe, to i nic wesołego nie mieli do powiedzenia.
Wychodząc z sali (byłam z Ańcką), zobaczyłam dawno nie widzianych znajomych, chwilę zdążyłam z nimi pogadać, gdy zderzyłam się z moją mamą. Powiedziałam, że wrócę z nią do domu, ale zobaczyłam jeszcze innych znajomych, z którymi - zostawiwszy mamę pod opieką Ańćki - poszłam do knajpy, na dalsze pogaduchy. Mam wrażenie, ze życie towarzyskie kwitnie bardziej niż rok temu, ludzie lgną do siebie, szukając potwierdzenia, że to świat zwariował, nie oni.

Wielki Pokaz Trzech Armando
W zaproszeniu można było przeczytać:  Armando jest długą formą improwizacji pochodzącą z USA. Spektakl składa się z osobistych monologów, które inspirują serie szybko montowanych i rozwijających się w zaskakujące ścieżki fabularne scen improwizowanych. Przekładając to na nasze, to jest to wersja modnego obecnie nurtu teatru improwizacyjnego - widownia podsuwa temat, a aktorzy grają na ten temat wariacje.

W wypełnionej po brzegi, dusznej piwnicy na Chłodnej 25 byłam jedyną osobą z siwymi włosami. Uszanowano mój wiek: stałam tylko przez chwilę, od razu ustąpiono mi miejsca. A wszystko to po to, by zobaczyć na scenie debiutującego Łosia. Fajnie się dzieciaki bawią. Inna sprawa, że my w ich wieku dawno czuliśmy się dorośli, a w ich  głowach dalej maj.

Każdy dostanie w to co wierzy – Teatr Powszechny
Myśl przewodnia jest taka, że do współczesnej Wwy przyjechali bohaterowie Mistrza i Małgorzaty. To, że chodzi o tę powieść domyśliłam się, gdy padło imię Woland, bo Woland jest tylko jeden. A musiałam się dopiero domyślić, bo bilety kupił Gumiś i jak to ma w zwyczaju, poinformował mnie jedynie, że danego dnia wyprowadza mnie do teatru.
Przedstawienie interaktywne.
Widzowie siadają przy okrągłym stole, który pełni rolę sceny, dostają do ręki przyrząd do głosowania i co jakiś czas odbywa się głosowanie na zadane przez aktorów pytanie (chwilę później mogą obejrzeć wyniki  na zawieszonych na ścianach ekranach). Prawdopodobnie taka otwarta formuła sprawia, że różnie to wychodzi, może czasami nawet nie najgorzej, ale na spektaklu na  którym byłam, zupełnie to nie wyszło. Po części może dlatego, że  prawie całą widownię stanowiła młodzież licealna, obok siedzieli ich nauczyciele, więc ani nie mogli skorzystać z nietypowej jak na teatr oferty - cały czas jeździł barek z alkoholem, ani nie  sądzę by w tej sytuacji byli gotowi do szczerych zachowań. Wprawdzie po pewnym czasie, zaczyna się bardziej  "prawdziwy" teatr, ale stało się to gdy już miałam tego już tak serdecznie dosyć, że tylko myślałam o tym kiedy to się skończy i nie byłam w stanie skupić się na sztuce.
Przy okazji zobaczyłam. jak ogranicza bycie rozpoznawanym. W naszej grupie była też osoba łatwo przez wszystkich rozpoznawana, działająca na tzw. "polu kultury".  Gdybym ja wyszła, nikt by tego nie zauważył. Gdyby to ona zrobiła, zauważyła by nie tylko widownia, ale i aktorzy. I w takich sytuacjach to ogranicza. 
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli