niedziela, 26 marca 2006

Na urlopie ...

Ostatnio siedząc w knajpie z Kaśką i Izą sama siebie zapytałam, na co zmarnowałam zimowy czas (nie czytałam więcej książek niż zazwyczaj, ani nie oglądałam wieczorami filmów). Może bym i doszła do jakiś - niewykluczone nawet, że odkrywczych - wniosków, gdyby nie natychmiastowa riposta Kaśki: jak to co robiłaś, grałaś w Pająka!

Ale w tym tygodniu (mimo że miałam urlop) tak dużo się działo, że nie miałam czasu nawet na Pająka (to szare to nie brudny obiektyw, tylko kurz):


i gdy w pierwszy wiosenny poranek otworzyłam oczy, daleko mi było do zaśpiewania jak dobrze wstać skoro świt ...


Ale chyba było warto:


Nie wiem kiedy skończę kuchnię - m.in. muszę jeszcze kupić blat i półki, zamontować pod szafką reflektorki, zakryć zmywarkę i piec epoksydowaną blachą oraz pogodzić się z tym, że ponieważ na ładny okap mnie nie stać, nie mam innego wyjścia niż kupienie brzydkiego:


Jeszcze przed świętami chciałabym przynajmniej postawić pod tą ścianą jakiś fajny, duży prostokątny stół:


Gdy ja zamiast na miotle, latałam na ścierce, Gośka kleiła obiecaną w prezencie lampę (na zdjęciu w stanie surowym, tuż po zlutowaniu):


W planach miała wisieć żarówkami do góry, ale wyszło na to że do dołu jest ładniej:


Niepostrzeżenie zakończył się kolejny etap - w ścianach Kaliningradu nie ma już dziur z wystającymi kablami. Do ostatniego zamontowanego w takim miejscu gniazdka, podłączyłam kupioną w Ikei lampę (przy okazji zaoszczędziłam na przedłużaczu - kosztowałby prawie drugie tyle co lampa):


Po spędzonym w witrażowni popołudniu, wiem też już jakie będzie moje przedświąteczne zadanie - tym razem będę akwizytorem kartek (dzieciaki zarabiają w ten sposób na wycieczkę do Pragi):

Mój ulubiony recenzent filmowy poszedł tym razem na film Bessona Angel - a. Nie wybierałam się na ten film, a jego w miarę ciepła recenzja jeszcze mnie w tym utwierdziła. Z tym że to nie tak, że nie znalazł czegoś co mu się nie spodobało: Co razi w scenariuszu i co według mnie jest niedopuszczalne, a z całą pewnością kontrowersyjne, to, że tytułowy anioł występuje w filmie w przebraniu kobiety lekkich obyczajów (...). I choć okazuje się później, że Angela bawi się jedynie w sprawianie takiego wrażenia, to jednak samo porównanie anioła w filmie Bessona do upadłej niewiasty stanowi obrazę uczuć religijnych wierzących ludzi. Za mocna w teologii nie jestem - ale co w takim razie z Marią Magdaleną?

Postanowiłam nie być od niego gorsza i też recenzować oglądane filmy. Do tej pory tylko sporadycznie umieszczałam swoje recenzje na forum, teraz postaram się robić to w miarę regularnie. W tym tygodniu był to Modigliani, pasja tworzenia:

Ci, o których jest ten film żyli tak ciekawe, że trudno opowiedzieć o tym w nudny sposób, a reżyserowi prawie się to udało. Są w tym filmie, świetne sceny ale już trudno to powiedzieć o którymś z wątków. Nic nie jest opowiedziane do końca dobrze, pomieszanie z poplątaniem: schematyczny melodramat + elementy filmu historyczno-biograficznego + kretyńskie bełkoty rodem z psychoanalizy.

W tzw. międzyczasie zdobyłam kolejny dowód na to, że w porównaniu z psami, koty są bezdennie głupie, tylko mają dobry PR. Porządkując kuchnię wymyśliłam, że wszystkie miski kotów będą stały w jednym miejscu. Dla moich kotów oznaczało to przesunięcie miski z żarciem pod przeciwległą ścianę (w linii prostej niecałe 2 metry), tam gdzie zawsze stała (i nadal stoi) miska z wodą. Po dwóch dniach dzikich wrzasków poddałam się - nic nie dało nawet przenoszenie na rękach i wsadzanie rzekomo głodnej mordy w pełną kociego żarcia miskę. Postawiona na nogi Sralucha natychmiast wracała w stare miejsce i dalej piłowała mordę. Ale jak zauważył, p. J. Kurski ciemny naród wszystko kupi, nie tylko brednie o rzekomej mądrości kotów. A ja od niej oczekiwałam, że zrozumie do czego służy kuweta .....

Wiadomość z ostatniej chwili - niedziela nie była dniem odpoczynku, ale dzięki temu mam już pod szafką reflektorki:


A na koniec chciałabym podzielić się tęsknotą, za życiem spokojnym, gdzie pijąc herbatę będę robiła tak jak te ciotki, tylko to co lubię:





niedziela, 19 marca 2006

 

Niektóre ciotki twierdzą, że już znalazły wiosnę

i należy im się medal za wyobraźnię.

 

Ciocia Gosia powiedziała, że powinnam napisać o burzliwych wydarzeniach z tego tygodnia, ale ponieważ nie mam zamiaru łamać konwencji, odcinek będzie krótki i niezbyt ciekawy.

 

Dalej poszczę i już tylko 2 centymetry dzielą mnie od wciśnięcia się w dżinsy. Zostało mi 21 dni na to by zastanowić się jak uniknąć efektu jo-jo (mam już wagę, ale to za mało). Pewnie rację ma Joanna strasząc mnie (i siebie przy okazji też) koniecznością całkowitej zmiany nawyków żywieniowych. Czyli amputacja kolejnej, po rzuceniu palenia, przyjemności. Przy okazji kupowania w Ikei wagi, kupiłam też (jak zawsze w tym sklepie) wiele innych, mało potrzebnych, ale cieszących oczy rzeczy - m.in. ponieważ nie mogłam się zdecydować, który dywanik lepiej pasuje do mojej łazienki, kupiłam dwa:

 

Podczas niedzielnej zabawy z moim synem w konsumersów, stojąc w bardzo długiej kolejce do kasy poczułam złość - skoro ci ludzie za chwilę zagłosują tak jak wskazują sondaże, to mogli by przynajmniej w Wielki post, nie tłoczyć się w supermarkecie. A tak - jak zaczyna być nerwowo, kupują mąkę i cukier, jak mają w niedzielę zamknąć sklepy, szturmują je by jeszcze się nacieszyć tym dobrem. A refleksji, że tak nie musi być, zero.

Coś się stało z tujami przed domem. Był wprawdzie w zimie spory mróz ale jakiś kosmicznych opadów śniegu sobie nie przypominam. I nie za bardzo rozumiem dlaczego wyłaniające się spod topniejącego śniegu tuje przedstawiają sobą obraz nędzy i połamanej rozpaczy:

 

 

Skończyłam wrapka - wyszedł taki sobie - ma zbyt trójkątny kształt i żeby jakoś się układał, trzeba go zaszyć, tak że będzie wkładany przez głowę:



Córka Iwony, weterynarz Ewa powiedziała, że nie powinno się wypuszczać kotów na dwór i Iwona (o tyle, na ile jest to możliwe) stara się do tego zakazu stosować. Ja nie dam się sterroryzować - nie wyobrażam sobie nie wypuszczania (a raczej wyrzucania) z domu moich nie uznających kuwety kotów. Nie wiem dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł kocich kagańców - z czymś takim na pysku żadnego ptaka nie upolują.

 


Ja w każdym razie nie dam się już nabrać - wszystkie zwierzęta jak są małe, są milusie. Jeżeli jeszcze kiedyś ... to już na wstępie podpiszę z takim zwierzakiem kontrakt i potem będę miała się na co powoływać. W pierwszym odruchu (a należy się ich strzec, bo jak mawiał Talleyrand, zwykle bywają szlachetne), też bym chętnie przytuliła takiego miśka (dla zainteresowanych: ogłoszenie o ich sprzedaży na stronie animalia). Ale za chwile przychodzi otrzeźwienie - Heniutek jak był mały też, podobnie je te czerwone akita inu, był uroczy:

niedziela, 12 marca 2006
Przedwiośnie

Po bolesnym rozliczeniu się z realizacji noworocznych postanowień rozpoczęłam pozimowe porządkowanie.

Przede wszystkim konsekwentnie poszczę i już 12 dzień jem tylko warzywa, jabłka oraz - w ramach profilaktyki osteoporozy - kubek jogurtu bałkańskiego dziennie. Sama się za to podziwiam, bo jak na razie los mnie za to nie nagradza - powoli oswajam się z myślą, że dobrze będzie jak po tych 40 dniach zmieszczę się w spodniach, w których chodziłam gdy byłam nikotynistką. Początkowo chciałam się głodzić aż do skutku (rozmiar 36, nie na wcisk), ale zgodnie z sugestią Leona, po przeczytaniu artykułu w Przekroju, postanowiłam być trendy i skoro wybór należy do mnie, będę sobą i zamiast pepsi wybieram ciało Wenus z Willendorfu:

  • idealna kobieta z paleolitu z dumą nosi gigantyczne piersi oraz fałdy tłuszczu na biodrach i udach. Identyczny efekt można osiągnąć, żywiąc się fast foodem, o czym świadczą setki kobiet przechadzających się z głośnym sapaniem po ulicach amerykańskich miast. Wenus z Willendorfu nie była ideałem piękna stworzonym przez gejowskich projektantów mody, lecz raczej, jak zgadzają się historycy, ucieleśniała ideę płodności. W tamtych czasach mąż grubej kobiety miał ten komfort, że jego kobieta przeżyje, nawet jeśli nieudacznik parę razy wróci z polowania z pustymi rękoma.

I jak już wejdę w te spodnie, kupię sobie dużo żółtego sera i poczekam. Bo skoro idziemy w stronę matriarchatu, to chociaż nie mam szans doczekać czasów gdy wzorem piękna znów będzie Wenus z Willendorfu, już każde drgnięcie w tym kierunku jest czymś pozytywnym.

Wykorzystując okazję (tzn. to, że w Kaliningardzie mieszka teraz ze mną Artur), postanowiłam zrobić z coś najbardziej depresyjnym miejscem mojego domu - tzn. kuchnią:


Dziś już nie jestem taka pewna, czy dobrze zrobiłam. Z taką kuchnią też dawało się żyć - ułatwiał to miły dla oczu mrok, który zapanował w tym uroczym pomieszczeniu, gdy na jesieni odpadł prowizorycznie przyczepiony do żarówki kabel. Bo jak zaczyna się coś robić, to końca wydatków nie widać i jakoś tak dziwnie się składa, że chociaż jest dużo wszystkiego, to co ja chcę, jak na złość nie jest najtańsze. Np. co z tego, że na ceneo można porównać ceny 1018 lodówek, jeżeli dwudrzwiowych, o wzroście 120-140 i kolorze obudowy Inox, są tylko dwie?
A muszę kupić nową lodówkę, bo kuchenną rewolucję rozpoczęłam od pozbycia się starej:


a oto przyjęty kierunek zmian:


Ile to będzie kosztować wolę nie myśleć, zwłaszcza, że wszystkiego nie da się przewidzieć. Nie byłam jeszcze na Czeskim śnie, ale za to byłam z Kaśką w dwóch marketach budowlanych i tam nie tylko ona, ale ja też byłam gumiś. Zatrudnieni tam faceci są tak zblazowani tabunami zawracających im głowy kobiet, że jak się nie wygląda jak Naomi Campbell, to jest się z góry na odstrzał. Jakimś wyjściem z tej sytuacji jest poszukanie pomocy u ludzi takich jak my, czyli klientów, tyle że rodzaju męskiego. Jest to jednak obarczone dużym ryzykiem błędu - po pierwsze opiera się na założeniu, że oni wiedzą więcej od nas, a po drugie w tym wypadku wyboru miałyśmy dokonać my, a naszym życiem zdążyłyśmy już dowieść, że nie za bardzo nam to wychodzi. I tym sposobem kupiłyśmy może połowę tego co było na liście, a na pocieszenie Kaśka wyszła z kwiatkiem, a ja z mydelniczką (cena adekwatna do przeżytej traumy - 40 zł):



Jak to bywa z rewolucją, przeniosła się i na ościenne tereny - z dużego pokoju usunęłam kolejną pamiątkę - metalowego raka. Też w sumie tylko dlatego, że pojawiła się taka okazja - w grupie, która w zeszłym tygodniu poszukiwała Artura, był m.in. Paweł - pierwszy człowiek, którego po zainteresowaniu się sprzętem, nie przeraziła plątanina schowanych ze nim kabli. Przeniósł mi sprzęt na przeciwległą ścianę - miał stanąć w szafce od telewizora ale zapomniałam, że w szafce w skos nie zmieści się prostokątny sprzęt i póki co stoi na podłodze:


W komórce mam wprawdzie stoliczek (ładny, przedwojenny mebelek), ale jak postawię na nim sprzęt, będę miała znów problem ze schowaniem kabli - manewr z przeniesieniem sprzętu spowodował, że okablowanie 8 kolumn nie jest już tak widoczne, ale z tyłu sprzętu jest tego tyle co było.

A jak już zrobię tak, że będzie bardzo ślicznie, kupię do kuchni drewniany okrągły stół i zawieszę nad nim witrażową lampę (Gośka obiecała, że może jeszcze w tym tygodniu zabierze się za jej lutowanie - ma ją już od dawna w poowijanych kawałkach). Wtedy zaproszę wszystkie ciotki na nadzwyczajny sabat - bo miało być wspaniale, a poszło w tym kierunku co zawsze. Jedna ciotka nie ma czasu bo pracuje, inna bo się zakochała szczęśliwie, inna bo nieszczęśliwie, tamta ma do tamtej złość, a tamta pretensję i to uzasadnioną że hej! - itd. itp. Jednym słowem - grupy odniesienia to można mi pozazdrościć.

Mimo, że w domu panuje niewyobrażalny rozgardiasz (taki jaki występuje tylko w trakcie robót budowlano - adaptacyjnych), nie zapominam o moim wrapku w wielkanocny żakard, z którym weszłam w fazę wykańczania szyi i na razie nie mam pomysłu jak wykombinować coś na kształt kołnierza bebe:



Zaczynam być uzależniona od komentarzy Pana Piotra Czartoryskiego-Szilera. Niestety w tym tygodniu nic nie obejrzał. A szkoda - bo ciekawi mnie, nie tyle jego zdanie na temat filmów: JP2 i JP2 nie lękajcie się (bo tego nie trudno się domyśleć) ile to, co myśli na temat tej akcji z pojawieniem się tych dwóch filmów na raz. Ja w każdym razie chcę wiedzieć - który jest ten dobry, a który zły?

Komentując komentarze:

Nie jestem feministką, ani żadną inną -istką też nie (i gdyby dano mi taką szansę, w Dniu Kobiet, nie marudziłabym tak jak Staśka i jak nie dawali rajtuzków, wzięłabym i tulipa). Wprawdzie był taki moment, że ponieważ wszyscy wokół wmawiali mi, że jestem feministką to nawet przez chwilę w to uwierzyłam, ale szybko mi przeszło - wystarczyło kilka zajęć na tzw. gender studies. Bezpieczniej jest nazywać się ciotką - na szczęście nikt nie wpadł jeszcze na pomysł manifestu ciotkoizmu.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli