niedziela, 25 marca 2007

Podobno każdy ma swoją Netię

A mnie już tylko chyba pozostaje tylko mieć nadzieję, że S.J.Lec miał rację I nawet najdłuższa żmija kiedyś mija.

W piątkowej  Gazecie Wyborczej przeczytałam, że z 50 tys. nowych klientów Netii, 10 tys. nadal nie ma Internetu. Jak u pozostałych 40 tys. jest tak jak u mnie, to gratuluję sukcesu. W tym tygodniu starałam się dogłębnie poznać zasady jakie obowiązują przy składaniu reklamacji  i przyznaję - system jest imponująco szczelny. Informacji na ten temat udziela jedynie mityczny „dział reklamacji”,  ale ponieważ nie ma żadnej możliwości bezpośredniego skontaktowania się z tym działem, nie ma sposobu na sprawdzenie, czy Netia przyjęła reklamację. Takiej możliwości nie mają też - tak przynajmniej twierdzą - pracownicy Infolinii. Podobno nie mogą dzwonić do innych działów firmy i udzielają informacji jedynie na podstawie udostępnionej im bazy (a w niej jest jedynie informacja na temat stanu realizacji zamówienia). W tej sytuacji,  po złożeniu rezygnacji z umowy,  mogę jedynie czekać i gdy nie otrzymam odpowiedzi na wysłane pisma, jedyne co mi pozostanie to  uznać, że „zaginęły” (tak jak np. „zaginęło” moje zgłoszenie o awarii) i wysłać następne. Z tym, że obawiam się, że nawet jak wymuszę na nich rozstanie,  nie będzie to koniec moich problemów - ponieważ jak dowiedziałam się na Infolinii ich lampki się palą, w dodatku nawet przy prędkości 100Mb/s, jest jakiś ruch na łączu więc zdaniem Netii wszystko jest OK (to że nawet przez moment nie miałam możliwości korzystania z Internetu, zupełnie ich nie interesuje, bo nie jest to odnotowane w systemie), więc w najbliższym czasie otrzymam od nich fakturę. Żeby tak nie stać bezczynnie jak bezradne cielę - umówiłam się z Powiatowym Rzecznikiem Praw Konsumentów i w poniedziałek mam przekazać mu komplet pism.

Teoretycznie rzecz biorąc powinnam wykorzystać czas bez Internetu - czeka przerwany w grudniu remont, za chwilę zarośnie, doprowadzony na jesieni do porządku ogród. Gdyby nie Michał panowałby w domu zupełny marazm. 


Bo  mnie się nie chce nic i tylko bym marudziła. Czasami komuś uda się porwać mnie na chwilę do lotu, ale ta nagła chęć do działania przechodzi zaraz po odłożeniu słuchawki. Nie zdopingował mnie do nawet widok ogródka Staśki (ponieważ ściana komórki nie jest zbyt ładna, wkleiłam zdjęcie słynnej pompy udekorowanej, póki nie ma pelargonii, innym kwieciem).

W tym roku marcowanie trwało wyjątkowo krótko, najwyraźniej Sralucha postanowiła przejść na emeryturę -  zakręciła flakon z perfumą i wszystkie kocury wyniosły się w ciągu jednego dnia. Heniek jednak nie wrócił. Z braku Heńka zrobiłam zdjęcie jego brata Bąbla, który mieszka u córki.


W środę byłam w witrażowni – tradycyjnie w metrze dogonił mnie sms od Gośki, że znów coś zostawiłam (tym razem był to notes). Nie miałam głowy, bo po raz pierwszy od dość dawna nie wychodziłam z witrażowni z pustą torbą. Nigdy mi za dobrze ta zabawa ze szkiełkami nie wychodziła, ale po tak długiej przerwie zapomniałam nawet to, co umiałam. Tylko dzięki Gośce, która zamiast robić swoje witraże (do końca zostało jej jeszcze 26 okien) pomogła mi przy kotkach (ciemnym i jasnym), mam się czym pochwalić.
Ciemny kotek wygląda tak:


(zdjęcie jest wyraźne, bo wreszcie przeczytałam instrukcję obsługi Olympusa i wiem już gdzie jest zoom).

W niedzielę na spacer po naszym parku przyjechała Kalinka. 

Zrobiłam jej kamizelkę. Małe dziewczynki ubiera się raczej w inne kolory, więc w razie czego będzie dla jej misia. Zgodnie z zasadą "zero resztek", z tego co zostało zrobiłam do kompletu kapcioszko-skarpetki.


No i dalej zapuszczam korzenie. Są już pierwsze efekty - jak w sobotę szłam przez park powiedziałam mijającym mnie rowerzystom, dzień dobry. W tym tygodniu poszłam ze Staśką na ognisko integracyjne. Na ognisku była z nami Natalia, z jej 3,5-letnią córką,  Janką, a właściwie już od pewnego czasu Królewną Fioną. Zapytałam się jej, dlaczego nie woli być inną królewną, taką co to  cały czas jest piękna. A ona na to, że właśnie dlatego chce być Fioną, bo to dobrze czasem być piękną, a czasem brzydką. Weszłam też do naszego Domu Kultury - niestety nie udało im się zorganizować soboty z brydżem, ale zostawiłam swój telefon, a nuż coś z tego wyjdzie.  

Dziś z kolei wybieramy się na kolejny koncert do Stawiska (po raz pierwszy jako pełnoprawne członkinie Stowarzyszenia Ogrodu Nauk i Sztuk).

Sezon kinowy powoli zbliża się do końca – w tym tygodniu cztery premiery, a nic na co chciałabym pójść (może od biedy na Drogą Molly, to że P. Mossakowski dał jej tylko trzy gwiazdki nie zachęca, ale jeszcze o niczym nie przesądza). W poczekalni też już pusto – niedługo wprawdzie wchodzi nowy Allen, ale ponieważ nie przeszła mu jeszcze  fascynacja S.Johansson, nie oczekuję rewelacji.

Forman mnie za to nie rozczarował - idąc wiedziałam, że i tym razem nie udało mu się nakręcić arcydzieła. Po części stało się pewnie tak dlatego, że nie wystarczy być dobrym reżyserem, by nakręcić dobry dramat polityczny – do tego niezbędne jest jeszcze „czucie” tematu, o co trudno, jak się żyje w normalnym świecie. U nas za to nie można wprawdzie tego „nie czuć”, ale z kolei nie ma reżyserów, którzy byliby w stanie udźwignąć taki temat.

A po wyjściu z Pani Henderson (podobnie jak niedawno po Notatkach o skandalu), wpadłam w zadumę - nie dlatego, że film taki ambitny, ale dlatego, że dość sugestywnie przestawia starość. A ja nie wiedzieć czemu, otworzyłam się na takie problemy.


niedziela, 18 marca 2007

N - jak Netia

Larum grają, że naród książek nie czyta, a ja zbieram już tego pierwsze owoce - co z tego, że wysyłam do Netii pisma, skoro nikt ich tam nie czyta ze zrozumieniem? Nie potrafię inaczej wytłumaczyć tego, że nie reagują na żądanie unieważnienia, mimo że nie było konsumpcji.

Skoro nie czytają, postanowiłam im to powiedzieć.

Dziewczyna na Infolinii wytłumaczyła mi, że o rozstaniu z Netią można porozmawiać tylko z jednym konsultantem, z którym połączę się po wciśnięciu kolejno klawiszy ... Zrobiłam tak i system zażądał podania numeru telefonu i - ponieważ nie jestem klientem Netii - przerwał połączenie. Dzwonię znów do dziewczyny z Infolinii, a ona dalej twardo, że ja to mogę tylko z nim, więc niech próbuję dalej. Poprosiłam by mi powiedziała jak mam w takim razie ominąć wymagane przez system logowanie. Okazało się, że takiego sposobu nie ma. Zapytałam się, po co mi radzi zrobienie czegoś, co z góry wie że jest niemożliwe. A ona – i tu mnie rozbroiła... że zgłaszane przez klientów problemy są rozwiązywane zgodnie z obowiązującą instrukcją, a w tej instrukcji jest tak napisane.

Tylko przez moment cieszyłam sie zapachem wiosny, bo chwilę później, jak co roku o tej porze roku, w Kalininingradzie zaśmierdziało kocioperfumą. Heniek nie miał z tym nic wspólnego, już wcześniej wyniósł się - chyba na dobre - z domu (początkowo wpadał coś zjeść, teraz przepadł bez wieści).

Sralucha ma czterech starających się. Trzech czarnych muszkieterów:


I bardzo przeze mnie nie lubianego (mam z nim na pieńku odkąd za punkt swojego kociego honoru uznał znaczenie kątów w moim domu), podobnego do niej szarego kocura.


Był jeszcze jeden – chyba najładniejszy. Ale jak zobaczył ilu ma konkurentów, wycofał się z zawodów i nie zdążyłam zrobić mu lepszego zdjęcia.


Srala jest tym wszystkim chyba zmęczona - czasami zamyka swoją agencję i ponieważ do budy wchodzą jej bez pukania, idzie odpocząć na drzewo.


Piątkowy Dziennik, recenzja książki Eve Ensler Dobre Ciało. Nie wiem czy po nią sięgnę, ale przytoczony w tej recenzji cytat jest niezły:

Mam 80 lat, robię sto brzuszków dwa razy dziennie, zeszłam do 40 kilo. Kolejne 10 lat i pewnie zejdę do zera.

Rzut beretem od mojego domu, dwa razy w tygodniu można chodzić na zajęcia Qigong. Cała moja filozofia życiowa oparta jest na wierze w istnienie tajemniczej siła „psi” (doszłam do tego wieki temu, bez Chińczyków, którzy wiedzieli o tym jeszcze wcześniej, bo tysiące lat temu, tyle że nazwali to „Chi”, ale oni zawsze mieli dziwaczną wymowę). Gorzej z tym „Kungiem”, czyli perfekcyjnym opanowaniem „psi”. Poćwiczyć pewnie warto, ale oznaczałoby to, że na kino i życie towarzyskie w stolicy zostałyby mi już tylko trzy dni w tygodniu.

Na razie jestem pod wrażeniem mojego niedzielnego wyczynu. Zgodnie z tym, co jakiś czas temu postanowiłyśmy ze Staśką, kontynuujemy lokalne ukorzenianie się. Tym razem, pojechałyśmy do znajdującej się 5,5 kilometra stąd, szkółki jeździeckiej.


Zły człowiek (w tej roli występuje nasz burmistrz) wymówił umowę dzierżawną. Mówi się, ze teren chce przejąć nowy właściciel widocznego na zdjęciu pałacu. Była telewizja, nie zgadzający się z decyzją burmistrza radni, trzymający to konie Daniel Olbrychski itd. Z wiadomych powodów, trzymałam się od koni daleko. Bez lęku patrzyłam za to na uroczego kucyka:


Kucyk zachowywał się jak przysłowiowy osioł.


Rok temu podrzucono go do stadniny niczym bezdomnego psa. Ale też swoim zachowaniem bardziej przypomina psa, niż konia którym podobno jest.


Poza kucykiem, był tam bardzo piękny wilczur. Psa o tak lśniącej sierści widziałam po raz pierwszy, może oni go czeszą zgrzebłem?


Wracając, poszłyśmy na herbatę do uroczej kawiarni w Podkowie Leśnej. Ciasteczko też było - w końcu przejechałam na rowerze 11 kilometrów. W kawiarni były niesamowite rośliny, chciałabym by moje drzewko szczęścia tak urosło:


Zdjęcie zrobiłam tak, by była też widoczna bardzo fajna witrażowa lampa (Gośka, to z myślą o tobie).

Wydarzenia tego tygodnia sprawiły, że znów mam problem z odpowiedzią na pytanie kim jestem. Przyzwyczaiłam, że przez „normalsów” jestem postrzegana jako feministka. Tymczasem, gdy po skończeniu walnego, dyskusja przeniosła się do knajpy i ja mówiłam to co zawsze, okazało się, że bardzo, ale to bardzo daleko mi do „słusznych poglądów”. I feministki od takich jak moje poglądów, też się odcinają.

Na koniec, jak zwykle o filmach.


Lubię czeskie filmy. A Pod jednym dachem ma wszystko to, za co się je kocham. Niedzielny obiad rodzinny, bitwa przy stole gdzie za artylerię robi długa, zażarta dyskusja o kluskach, to po prostu majstersztyk. Dla samej tej sceny warto iść na ten film.

Lucy coraz bardziej zapada się w Bieszczady, dlatego reaguję na każdą, nawet najmniejszą mruczankę o tym, że może by coś porobiła i w Warszawie. Tym sposobem poszłam na Ostatniego króla Szkocji. Moim zdaniem Whitaker dostał Oscara za role Amina nie tak jak H. Mirren w Królowej - za rolę, tylko jak Scorcesse - za całokształt. Pewnie nie było też nikogo lepszego, a zły jako Amin nie jest. Film dobry, ale też nie żadne arcydzieło.

wtorek, 13 marca 2007

Po kim to?

Niedziela, 10 wieczór, plepmam sobie przez telefon z Gumisiem, a tu mój tata zaczął b. energicznie „dobijać się” na komórkę -  natychmiast domyśliłam się, że chodzi mu o to, bym natychmiast przerwała rozmowę i do niego oddzwoniła. Ma 78 lat, moja mama jest niewiele młodsza, wypadki chodzą po ludziach, zwłaszcza że oni dalej jeżdżą samochodem, zaniepokojona oddzwaniam do ojca, a ten zrozpaczony, bo nie może się dodzwonić do wnuka, a stała się rzecz straszna - nie działa ... mu Internet. Niewiele mogłam mu pomóc – powiedziałam tylko, że ja, jak nie mogę się dodzwonić do Tomka, to dzwonię do Tereski.

Dwie godziny później dzwoni mój syn, wściekły, że olaboga - pół godziny po telefonie do mnie, do jego drzwi załomotał dziadek, wyciągnął z łóżka, bo stała się rzecz straszna ... tak straszna, że na pewno problem jest dużo większy niż  wtyczka  od kabelka ...

Jak łatwo się domyśleć, był to problem kabelka. Usiłuję wytłumaczyć synkowi, że kiedyś też nie będzie mu tak łatwo jak teraz. Napomknęłam nawet, że mnie żadnej przyjemności nie sprawia konfigurowanie routera i wolałabym by zrobił to za mnie mój synek. Na to mój synek, że jestem produktem patriarchalnego społeczeństwa, w którym kobiety nawet jak nie są skończonymi idiotkami, to takie udają, że zamiast pomyśleć jak coś się robi, poszukać instrukcji, ja gram w wyuczoną bezradność,  rozkładam rączki,  ... itd...itp...

Następnego dnia poszłam na tzw. giełdę komputerową (podziemia koło GUS-u). Kupiłam czarną klawiaturę (bo szare się brudzą), czarną mysz (do kompletu, bo poprzednia nie przeżyła kolejnego upadku), ładne czarne kolumienki (pasujące do czarnego monitora) i ... kartę dźwiękową. Jak spytałam w sklepie, jak się taką kartę montuje, w pierwszym odruchu pan powiedział, że karta kosztuje 45 zł i jak dam sąsiadowi 5 zł na piwo, to mi założy. Ale jak spojrzałam na niego okiem, w którym zabłyszczała  era nadchodzącego matriarchatu,  natychmiast się zreflektował.

Po powrocie do domu wzięłam do ręki śrubokręt:

I wszystko działa.  

Ps. miałam kolejny kontakt trzeciego stopnia z Netią - w poniedziałek wieczorem, zadzwonił do mnie jakiś pan i spytał czy to prawda, że coś mi nie działa. Powiedziałam, że i owszem. Trochę się zmartwił i powiedział, że w tej sytuacji chyba będzie musiał się ze mną skontaktować ktoś kompetentny .... (do Tepsy nie miałam czasu pójść, może dziś znajdę chwilę czasu).

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli