niedziela, 25 marca 2007

Podobno każdy ma swoją Netię

A mnie już tylko chyba pozostaje tylko mieć nadzieję, że S.J.Lec miał rację I nawet najdłuższa żmija kiedyś mija.

W piątkowej  Gazecie Wyborczej przeczytałam, że z 50 tys. nowych klientów Netii, 10 tys. nadal nie ma Internetu. Jak u pozostałych 40 tys. jest tak jak u mnie, to gratuluję sukcesu. W tym tygodniu starałam się dogłębnie poznać zasady jakie obowiązują przy składaniu reklamacji  i przyznaję - system jest imponująco szczelny. Informacji na ten temat udziela jedynie mityczny „dział reklamacji”,  ale ponieważ nie ma żadnej możliwości bezpośredniego skontaktowania się z tym działem, nie ma sposobu na sprawdzenie, czy Netia przyjęła reklamację. Takiej możliwości nie mają też - tak przynajmniej twierdzą - pracownicy Infolinii. Podobno nie mogą dzwonić do innych działów firmy i udzielają informacji jedynie na podstawie udostępnionej im bazy (a w niej jest jedynie informacja na temat stanu realizacji zamówienia). W tej sytuacji,  po złożeniu rezygnacji z umowy,  mogę jedynie czekać i gdy nie otrzymam odpowiedzi na wysłane pisma, jedyne co mi pozostanie to  uznać, że „zaginęły” (tak jak np. „zaginęło” moje zgłoszenie o awarii) i wysłać następne. Z tym, że obawiam się, że nawet jak wymuszę na nich rozstanie,  nie będzie to koniec moich problemów - ponieważ jak dowiedziałam się na Infolinii ich lampki się palą, w dodatku nawet przy prędkości 100Mb/s, jest jakiś ruch na łączu więc zdaniem Netii wszystko jest OK (to że nawet przez moment nie miałam możliwości korzystania z Internetu, zupełnie ich nie interesuje, bo nie jest to odnotowane w systemie), więc w najbliższym czasie otrzymam od nich fakturę. Żeby tak nie stać bezczynnie jak bezradne cielę - umówiłam się z Powiatowym Rzecznikiem Praw Konsumentów i w poniedziałek mam przekazać mu komplet pism.

Teoretycznie rzecz biorąc powinnam wykorzystać czas bez Internetu - czeka przerwany w grudniu remont, za chwilę zarośnie, doprowadzony na jesieni do porządku ogród. Gdyby nie Michał panowałby w domu zupełny marazm. 


Bo  mnie się nie chce nic i tylko bym marudziła. Czasami komuś uda się porwać mnie na chwilę do lotu, ale ta nagła chęć do działania przechodzi zaraz po odłożeniu słuchawki. Nie zdopingował mnie do nawet widok ogródka Staśki (ponieważ ściana komórki nie jest zbyt ładna, wkleiłam zdjęcie słynnej pompy udekorowanej, póki nie ma pelargonii, innym kwieciem).

W tym roku marcowanie trwało wyjątkowo krótko, najwyraźniej Sralucha postanowiła przejść na emeryturę -  zakręciła flakon z perfumą i wszystkie kocury wyniosły się w ciągu jednego dnia. Heniek jednak nie wrócił. Z braku Heńka zrobiłam zdjęcie jego brata Bąbla, który mieszka u córki.


W środę byłam w witrażowni – tradycyjnie w metrze dogonił mnie sms od Gośki, że znów coś zostawiłam (tym razem był to notes). Nie miałam głowy, bo po raz pierwszy od dość dawna nie wychodziłam z witrażowni z pustą torbą. Nigdy mi za dobrze ta zabawa ze szkiełkami nie wychodziła, ale po tak długiej przerwie zapomniałam nawet to, co umiałam. Tylko dzięki Gośce, która zamiast robić swoje witraże (do końca zostało jej jeszcze 26 okien) pomogła mi przy kotkach (ciemnym i jasnym), mam się czym pochwalić.
Ciemny kotek wygląda tak:


(zdjęcie jest wyraźne, bo wreszcie przeczytałam instrukcję obsługi Olympusa i wiem już gdzie jest zoom).

W niedzielę na spacer po naszym parku przyjechała Kalinka. 

Zrobiłam jej kamizelkę. Małe dziewczynki ubiera się raczej w inne kolory, więc w razie czego będzie dla jej misia. Zgodnie z zasadą "zero resztek", z tego co zostało zrobiłam do kompletu kapcioszko-skarpetki.


No i dalej zapuszczam korzenie. Są już pierwsze efekty - jak w sobotę szłam przez park powiedziałam mijającym mnie rowerzystom, dzień dobry. W tym tygodniu poszłam ze Staśką na ognisko integracyjne. Na ognisku była z nami Natalia, z jej 3,5-letnią córką,  Janką, a właściwie już od pewnego czasu Królewną Fioną. Zapytałam się jej, dlaczego nie woli być inną królewną, taką co to  cały czas jest piękna. A ona na to, że właśnie dlatego chce być Fioną, bo to dobrze czasem być piękną, a czasem brzydką. Weszłam też do naszego Domu Kultury - niestety nie udało im się zorganizować soboty z brydżem, ale zostawiłam swój telefon, a nuż coś z tego wyjdzie.  

Dziś z kolei wybieramy się na kolejny koncert do Stawiska (po raz pierwszy jako pełnoprawne członkinie Stowarzyszenia Ogrodu Nauk i Sztuk).

Sezon kinowy powoli zbliża się do końca – w tym tygodniu cztery premiery, a nic na co chciałabym pójść (może od biedy na Drogą Molly, to że P. Mossakowski dał jej tylko trzy gwiazdki nie zachęca, ale jeszcze o niczym nie przesądza). W poczekalni też już pusto – niedługo wprawdzie wchodzi nowy Allen, ale ponieważ nie przeszła mu jeszcze  fascynacja S.Johansson, nie oczekuję rewelacji.

Forman mnie za to nie rozczarował - idąc wiedziałam, że i tym razem nie udało mu się nakręcić arcydzieła. Po części stało się pewnie tak dlatego, że nie wystarczy być dobrym reżyserem, by nakręcić dobry dramat polityczny – do tego niezbędne jest jeszcze „czucie” tematu, o co trudno, jak się żyje w normalnym świecie. U nas za to nie można wprawdzie tego „nie czuć”, ale z kolei nie ma reżyserów, którzy byliby w stanie udźwignąć taki temat.

A po wyjściu z Pani Henderson (podobnie jak niedawno po Notatkach o skandalu), wpadłam w zadumę - nie dlatego, że film taki ambitny, ale dlatego, że dość sugestywnie przestawia starość. A ja nie wiedzieć czemu, otworzyłam się na takie problemy.


niedziela, 18 marca 2007

N - jak Netia

Larum grają, że naród książek nie czyta, a ja zbieram już tego pierwsze owoce - co z tego, że wysyłam do Netii pisma, skoro nikt ich tam nie czyta ze zrozumieniem? Nie potrafię inaczej wytłumaczyć tego, że nie reagują na żądanie unieważnienia, mimo że nie było konsumpcji.

Skoro nie czytają, postanowiłam im to powiedzieć.

Dziewczyna na Infolinii wytłumaczyła mi, że o rozstaniu z Netią można porozmawiać tylko z jednym konsultantem, z którym połączę się po wciśnięciu kolejno klawiszy ... Zrobiłam tak i system zażądał podania numeru telefonu i - ponieważ nie jestem klientem Netii - przerwał połączenie. Dzwonię znów do dziewczyny z Infolinii, a ona dalej twardo, że ja to mogę tylko z nim, więc niech próbuję dalej. Poprosiłam by mi powiedziała jak mam w takim razie ominąć wymagane przez system logowanie. Okazało się, że takiego sposobu nie ma. Zapytałam się, po co mi radzi zrobienie czegoś, co z góry wie że jest niemożliwe. A ona – i tu mnie rozbroiła... że zgłaszane przez klientów problemy są rozwiązywane zgodnie z obowiązującą instrukcją, a w tej instrukcji jest tak napisane.

Tylko przez moment cieszyłam sie zapachem wiosny, bo chwilę później, jak co roku o tej porze roku, w Kalininingradzie zaśmierdziało kocioperfumą. Heniek nie miał z tym nic wspólnego, już wcześniej wyniósł się - chyba na dobre - z domu (początkowo wpadał coś zjeść, teraz przepadł bez wieści).

Sralucha ma czterech starających się. Trzech czarnych muszkieterów:


I bardzo przeze mnie nie lubianego (mam z nim na pieńku odkąd za punkt swojego kociego honoru uznał znaczenie kątów w moim domu), podobnego do niej szarego kocura.


Był jeszcze jeden – chyba najładniejszy. Ale jak zobaczył ilu ma konkurentów, wycofał się z zawodów i nie zdążyłam zrobić mu lepszego zdjęcia.


Srala jest tym wszystkim chyba zmęczona - czasami zamyka swoją agencję i ponieważ do budy wchodzą jej bez pukania, idzie odpocząć na drzewo.


Piątkowy Dziennik, recenzja książki Eve Ensler Dobre Ciało. Nie wiem czy po nią sięgnę, ale przytoczony w tej recenzji cytat jest niezły:

Mam 80 lat, robię sto brzuszków dwa razy dziennie, zeszłam do 40 kilo. Kolejne 10 lat i pewnie zejdę do zera.

Rzut beretem od mojego domu, dwa razy w tygodniu można chodzić na zajęcia Qigong. Cała moja filozofia życiowa oparta jest na wierze w istnienie tajemniczej siła „psi” (doszłam do tego wieki temu, bez Chińczyków, którzy wiedzieli o tym jeszcze wcześniej, bo tysiące lat temu, tyle że nazwali to „Chi”, ale oni zawsze mieli dziwaczną wymowę). Gorzej z tym „Kungiem”, czyli perfekcyjnym opanowaniem „psi”. Poćwiczyć pewnie warto, ale oznaczałoby to, że na kino i życie towarzyskie w stolicy zostałyby mi już tylko trzy dni w tygodniu.

Na razie jestem pod wrażeniem mojego niedzielnego wyczynu. Zgodnie z tym, co jakiś czas temu postanowiłyśmy ze Staśką, kontynuujemy lokalne ukorzenianie się. Tym razem, pojechałyśmy do znajdującej się 5,5 kilometra stąd, szkółki jeździeckiej.


Zły człowiek (w tej roli występuje nasz burmistrz) wymówił umowę dzierżawną. Mówi się, ze teren chce przejąć nowy właściciel widocznego na zdjęciu pałacu. Była telewizja, nie zgadzający się z decyzją burmistrza radni, trzymający to konie Daniel Olbrychski itd. Z wiadomych powodów, trzymałam się od koni daleko. Bez lęku patrzyłam za to na uroczego kucyka:


Kucyk zachowywał się jak przysłowiowy osioł.


Rok temu podrzucono go do stadniny niczym bezdomnego psa. Ale też swoim zachowaniem bardziej przypomina psa, niż konia którym podobno jest.


Poza kucykiem, był tam bardzo piękny wilczur. Psa o tak lśniącej sierści widziałam po raz pierwszy, może oni go czeszą zgrzebłem?


Wracając, poszłyśmy na herbatę do uroczej kawiarni w Podkowie Leśnej. Ciasteczko też było - w końcu przejechałam na rowerze 11 kilometrów. W kawiarni były niesamowite rośliny, chciałabym by moje drzewko szczęścia tak urosło:


Zdjęcie zrobiłam tak, by była też widoczna bardzo fajna witrażowa lampa (Gośka, to z myślą o tobie).

Wydarzenia tego tygodnia sprawiły, że znów mam problem z odpowiedzią na pytanie kim jestem. Przyzwyczaiłam, że przez „normalsów” jestem postrzegana jako feministka. Tymczasem, gdy po skończeniu walnego, dyskusja przeniosła się do knajpy i ja mówiłam to co zawsze, okazało się, że bardzo, ale to bardzo daleko mi do „słusznych poglądów”. I feministki od takich jak moje poglądów, też się odcinają.

Na koniec, jak zwykle o filmach.


Lubię czeskie filmy. A Pod jednym dachem ma wszystko to, za co się je kocham. Niedzielny obiad rodzinny, bitwa przy stole gdzie za artylerię robi długa, zażarta dyskusja o kluskach, to po prostu majstersztyk. Dla samej tej sceny warto iść na ten film.

Lucy coraz bardziej zapada się w Bieszczady, dlatego reaguję na każdą, nawet najmniejszą mruczankę o tym, że może by coś porobiła i w Warszawie. Tym sposobem poszłam na Ostatniego króla Szkocji. Moim zdaniem Whitaker dostał Oscara za role Amina nie tak jak H. Mirren w Królowej - za rolę, tylko jak Scorcesse - za całokształt. Pewnie nie było też nikogo lepszego, a zły jako Amin nie jest. Film dobry, ale też nie żadne arcydzieło.

wtorek, 13 marca 2007

Po kim to?

Niedziela, 10 wieczór, plepmam sobie przez telefon z Gumisiem, a tu mój tata zaczął b. energicznie „dobijać się” na komórkę -  natychmiast domyśliłam się, że chodzi mu o to, bym natychmiast przerwała rozmowę i do niego oddzwoniła. Ma 78 lat, moja mama jest niewiele młodsza, wypadki chodzą po ludziach, zwłaszcza że oni dalej jeżdżą samochodem, zaniepokojona oddzwaniam do ojca, a ten zrozpaczony, bo nie może się dodzwonić do wnuka, a stała się rzecz straszna - nie działa ... mu Internet. Niewiele mogłam mu pomóc – powiedziałam tylko, że ja, jak nie mogę się dodzwonić do Tomka, to dzwonię do Tereski.

Dwie godziny później dzwoni mój syn, wściekły, że olaboga - pół godziny po telefonie do mnie, do jego drzwi załomotał dziadek, wyciągnął z łóżka, bo stała się rzecz straszna ... tak straszna, że na pewno problem jest dużo większy niż  wtyczka  od kabelka ...

Jak łatwo się domyśleć, był to problem kabelka. Usiłuję wytłumaczyć synkowi, że kiedyś też nie będzie mu tak łatwo jak teraz. Napomknęłam nawet, że mnie żadnej przyjemności nie sprawia konfigurowanie routera i wolałabym by zrobił to za mnie mój synek. Na to mój synek, że jestem produktem patriarchalnego społeczeństwa, w którym kobiety nawet jak nie są skończonymi idiotkami, to takie udają, że zamiast pomyśleć jak coś się robi, poszukać instrukcji, ja gram w wyuczoną bezradność,  rozkładam rączki,  ... itd...itp...

Następnego dnia poszłam na tzw. giełdę komputerową (podziemia koło GUS-u). Kupiłam czarną klawiaturę (bo szare się brudzą), czarną mysz (do kompletu, bo poprzednia nie przeżyła kolejnego upadku), ładne czarne kolumienki (pasujące do czarnego monitora) i ... kartę dźwiękową. Jak spytałam w sklepie, jak się taką kartę montuje, w pierwszym odruchu pan powiedział, że karta kosztuje 45 zł i jak dam sąsiadowi 5 zł na piwo, to mi założy. Ale jak spojrzałam na niego okiem, w którym zabłyszczała  era nadchodzącego matriarchatu,  natychmiast się zreflektował.

Po powrocie do domu wzięłam do ręki śrubokręt:

I wszystko działa.  

Ps. miałam kolejny kontakt trzeciego stopnia z Netią - w poniedziałek wieczorem, zadzwonił do mnie jakiś pan i spytał czy to prawda, że coś mi nie działa. Powiedziałam, że i owszem. Trochę się zmartwił i powiedział, że w tej sytuacji chyba będzie musiał się ze mną skontaktować ktoś kompetentny .... (do Tepsy nie miałam czasu pójść, może dziś znajdę chwilę czasu).

niedziela, 11 marca 2007

Tepso..... ile się cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto cię stracił

Tak jak ja.

Od tygodnia mam wprawdzie sygnał Netii, ale nie mam Internetu, a to co zaoszczędziłam na tańszym Internecie, wydałam na telefony:

  • infolinię 0- 801 ..., na której po kilkuminutowych nagraniach o tym jak to oni dokładają starań i kolejnych przełączeniach, pojawia się sygnał zajętej linii i ... znów trzeba wykręcić numer,

  • oraz stacjonarny na który łatwiej się dodzwonić i mniej więcej już po 15 minutach ktoś się zgłasza (jeszcze łatwiej jest koło 7 rano, ale taki moment zdarza się tylko raz dziennie i trwa dość krótko).

Dzwonienie do Netii jest zachowaniem irracjonalnym, bo ci po drugiej stronie kabla są przeszkoleni tylko w udzielaniu odpowiedzi na pytanie, na jakim etapie jest realizacja zamówienia. Każdy inny problem rozwiązują w ten sposób, że obiecują, że w ciągu 48 godzin ktoś kompetentny oddzwoni (podać kiedy zadzwoni nie mogą, bo nie mają z nim bezpośredniego kontaktu, oni tylko po przyjmują zgłoszenia i wysyłają je dalej). Zdeterminowana by jednak mieć Internet, wzięłam sprawy w swoje ręce i na początek postanowiłam sama przekonfigurować router. Jeszcze kilka dni temu wiedziałam tylko jakie ma rozmiary, jakiego jest koloru i gdzie się go wyłącza z prądu.

Ale od klienta Netii który nie ma modemu, wymaga się znacznie więcej. Na jej stronie jest o routerach tylko jedno zdanie: Należy wpisać: VPI=0, VCI=35, enkapsulacja PPPoA VCMUX, parametry przydzielane dynamicznie, pierwszy login i hasło: net24. Przystępując do samodzielnego wykonania tego zadania wiedziałam tylko tyle, że aby to zrobić, trzeba się jakoś się dostać do ustawień routera. Długo usiłowałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia w panelu sterowania i dopiero synek mi podpowiedział, że do ustawień routera wchodzi się w przeglądarce internetowej, po podaniu klucza, który można odczytać się po wpisaniu w wierszu poleceń: ipconfig. Potem okazało się, że trzeba jeszcze znać hasło routera ... I to wszystko sama jedna, w ciemną noc – bo po kolejnym telefonie do synka, ten aby się mnie pozbyć, powiedział: z mojego punktu widzenia jesteś mi potrzebna mi o tyle, o ile akumulujesz kapitał, a to czy masz Internet czy nie, w żaden sposób na wysokość tego kapitału nie wpływa.

Na koniec, po skonfigurowaniu routera i aktywowaniu usługi, miało wyskoczyć okienko, w które miałam wpisać wygenerowane przy aktywacji hasło i login ... ale nie wyskoczyło ... osoba kompetentna nie zadzwoniła, zamiast niej w 52 godzinie od zgłoszenia awarii zadzwonił ktoś kto obiecał, że zawiadomi tzw. kompetentnych i oni wkrótce się odezwą ...

Nikt mi nie wmówi, że to nie jest wina Netii. Moim zdaniem nie opublikowali na swojej stronie żadnych instrukcji, bo tysiące dzwoniących do nich klientów, to też spory grosz. A czy to ważne, że niezadowolonych? Mniej więcej za 1,5 roku, jak będzie zbliżać się koniec podpisanych umów terminowych, poprawią się i spora część klientów machnie ręką na to co było. Zadzwoniłam do Tepsy i jeżeli rzeczywiście zmienili zasady tak, że mogę już skorzystać z promocji neostrady, to w poniedziałek do nich wracam.

Balsamem na wyrządzone mi przez krwiopijczych kapitalistów  traumy okazał się Inny Kapuścińskiego:

Na początku lat 90 byłem w Liberii. Trwała tam wojna domowa. Z oddziałem wojsk lądowych pojechałem na front. Przebiegał on wzdłuż rzeki, której rzeki łączył w tym miejscu most. Po stronie rządowej przy moście był duży rynek. Po drugiej stronie rzeki zajmowanej przez rebeliantów Charlesa Taylora – nie było nic, puste pola. Na tym froncie wzdłuż rzeki do południa trwała strzelanina, huczały moździerze. Po południu panował spokój, rebelianci przechodzili przez most, idąc na zakupy przez rynek. Deponowali po drodze swoją broń w rękach rządowego patrolu, który oddawał im ją, kiedy wracali do siebie niosąc z rynku zakupy.

A wokół pachnie wiosną:

 

i chyba niepotrzebnie z rozpędu dorobiłam do sweterka w misie, czapkę i szalik. Była Gośka i powiedziała, że czapka może być za mała – jeżeli ma rację, kupi się Kalince misia z odpowiednim obwodem głowy.


Jak dla mnie jest jeszcze trochę za zimno na robotę w ogrodzie, ale jak zobaczyłam jak dobrze poczuł się mój perz, wzięłam łopatkę, grabki i po 2,5 godzinach uzbierałam cztery worki.


Tuptam dalej do kina:


Notatki o skandalu dobre, ale nie bardzo dobre, bo zbyt dosłowne, nawet nie z kropką, ale z kropą nad „i” . Za to dawno nie byłam na czymś przewrotnie śmiesznym, a taki jest Szef Wszystkich Szefów. Tyle, że po części śmiałam się z samej siebie, bo tak „zabawnie” jest nie tylko w prywatnych firmach informatycznych.

Powoli, bardzo powoli, ale ruszam z remontem. Był już Michał, który zobowiązał się, że jeszcze w tym miesiącu skończy sufit. Zapomniałam go zapytać, po co były gipsowane, a potem starannie szlifowane szpary pomiędzy płytami, skoro nie były wieszane na stelażach, tylko przybijane do sufitowych belek, a miejsca łączenia miały być zakryte listwami.


Zrobiłam też dwie listy: tego co trzeba w domu zrobić i tego co przyjemnie byłoby mieć. Z tej ostatniej sporo wykreśliłam, m.in. zrezygnowałam z nowego komputera i kupiłam tylko monitor. Podobno, opisując go przez telefon powiedziałam: taki czarny, kwadratowy prostokąt.


niedziela, 04 marca 2007

Bez Internetu – tydzień pierwszy

Rozstałam się z Tepsą - nigdy jej wprawdzie nie kochałam, ale od dłuższego czasu całkiem dobrze mi się z nią żyło. Mam do niej żal, za to że wycięła mi taki numer i zmusiła mnie, bym od niej odeszła. Nadzieja, że Netia będzie inna była mocno na wyrost – na razie rozczuliła mnie rabatem w wysokości 90% jednomiesięcznego abonamentu - czyli za to, że nie zrobiła tego, do czego się zobowiązała i nie podłączyła mi Internetu, policzy tylko 10%. Łaskawa.

Nadchodząca wiosna osłabiła moją rewolucyjną czujność i wpakowałam się w kolejny toksyczny związek – tym razem z wagą z wyświetlaczem. Jak na razie bardzo przeżywam to, że rano nie mówi mi tego co chciałabym usłyszeć. W dodatku ma w sobie coś, z czym nigdy nie potrafiłam się wyrobić – żelazną konsekwencję. Słowem tak jak i z Tepsą, z nią też nie potrafię się dogadać.

Przykro mi też, że to co robię,  nie spotyka się z takim zrozumieniem, jakbym chciała. Zadzwoniłam do Joluśki, ale zamiast podziwu, że znów poszczę (a każdy kto mnie zna, wie co dla mnie znaczy wyrzeczenie się żółtego sera) usłyszałam: Phi, ja już tak siebie nie katuję. Zrozumiałam, ze moje piękno przejawia się w inny sposób.

Z kolei kolega Leon przysłał mi coś takiego:


Skończyłam sweterek w misie.

Przód:

 

I tył:


Inaczej niż zawsze zrobiłam listwę - zamiast doszywać do listwy wykończenie dekoltu zrobiłam to razem na okrągłym drucie, dodając w przegięciu  oczka (zapomniałam za to o „zbieraniu” oczek na ramionach). Po drugie – zakańczając listwę, nabrałam na drut jeszcze boki dolnego ściągacza, przerobiłam jeden rząd i dopiero zakończyłam. Dzięki temu cały bok listwy, to równy łańcuszek oczek, bez widocznego szwu. Wyszło to tak:


Ludzie nagle zaczęli chodzić do kina. Nie wiem co się stało - w zeszłym roku też było sporo dobrych filmów, a na widowni siedziało najwyżej kilka osób (nawet się martwiłam się, że jak dalej kina będą świecić takimi pustkami, to je w końcu zamkną). W tym tygodniu nie dostałam się na Notatki o skandalu i Pod wspólnym dachem. Nie wiem co robić, by zapobiec takim sytuacjom - rezerwacja biletów nie wchodzi w grę, bo trzeba być wcześniej w kinie, może skorzystam z możliwości kupowanie biletów z kilkudniowym wyprzedzeniem. Bez problemu dostałam się na Wielką Ciszę i Źródło.

Wielka cisza ma w sobie jakiś urok - bez problemu wysiedziałam na ponad 2,5 godzinnym filmie, w którym nic się nie dzieje i pada może kilkanaście zdań. Z tym, że po obejrzeniu tego filmu przedstawiony w nim świat nie stał się dla mnie nawet odrobinę bardziej zrozumiały. W dodatku nie znalazłam odpowiedzi na szereg pytań, jakie mi się nasunęły - np. w jaki sposób (i po co?) zatopiony w modlitwie mnich, odzywający się do swoich kolegów mnichów tylko raz w tygodniu na wspólnym spacerze, nawiązał kontakty zagraniczne – a musiał, skoro leciał do Seulu (oczu skośnych nie miał, więc do chorej mamusi się nie wybierał). A na marginesie – w Kinotece mają kiepską jakość kopii, momentami przypominającą filmy video sprzed ponad dwudziestu lat.

Nie rozumiem za to zachwytów nad Źródłem, w którym niezgoda na umieranie najbliższej osoby jest przedstawiona za pomocą symboliki z pensjonarskiego sztambucha.

Czas zimowego snu zbliża się nieuchronnie do końca. Właśnie odkryłam, że chyba jednak lubię zimę. Bo może i jest nieprzyjemnie zimno, ale za to tylu rzeczy nie trzeba robić. Tymczasem wraz z nadejściem wiosny, zwali mi się na łeb jakaś niewyobrażalna ilość „musiów”. Jak by tego było mało: Anka coś tam zaczęła zarabiać i straciłam prawo do rozliczenia się jako samotna matka. Czekają mnie wydatki związane z jej wyjazdem do Paryża, mieście w którym życie do tanich nie należy, a stypendium jakie otrzyma, czyli 250 euro, nie starczy jej chyba nawet na wynajęcie pokoju. Sporo wydam, jak pojadę do niej w odwiedziny. Trzymam też kciuki by Gośce udało się zorganizować wycieczkę do Włoch, a wtedy grzech byłoby nie pojechać. Pozostaje mieć nadzieję, że z tym globalnym ociepleniem nie kłamią i w przyszłym roku też będzie łagodna zima. Bo szanse na to, by w tym roku „zamknąć bryłę domu” są znikome.

Na razie muszę się zmierzyć ze znacznie mniejszym wyzwaniem. Jeszcze przed Nowym Rokiem hydraulik powiedział co mam kupić, nawet raz wybrałam się po to do Castoramy, ale ponieważ tej części tam nie było, zamiast poszukać jej gdzie indziej, wybrałam życie bez umywalki.

Takie tempo załatwiania spraw, bez ani grama poczucia winy, jest możliwe tylko zimą. I jak tu jej nie kochać ?

Hrabina zaprosiła mnie do zabawy, w którą bawi się teraz blogowy światek. Na zasadzie łańcuszka, podaje się pięć wydarzeń ze swojego życia w wersji „jak to było naprawdę”, a której nikt do tej pory nie znał a następnie zaprasza się do zabawy kolejne pięć osób. Może jestem za stara, może to zimowa ociężałość, a może początek Alzheimera, ale nic nie przychodzi mi do głowy.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli