niedziela, 30 marca 2008

Pierwszy dzień w ogrodzie

W zamieszczonej w sobotniej Gazecie Wyborczej recenzji Once przeczytałam, że ktoś w Internecie napisał o tym filmie: Jeżeli ten film ci się nie podoba, sprawdź swój puls, bo pewnie już nie żyjesz. I bez sprawdzania pulsu wiem, że żyję, ale staram się zrozumieć co inni w nim widzą i nie mogę. Bo wprawdzie film klimatyczny i nagrodzona Oscarem piosenka, cieplusia, ale to by było na tyle, Aby nasłuchać się tej piosenki, wystarczyło mieć w zeszłym roku włączone radio, a opowiedzianą w tym filmie historię spokojnie można zawrzeć w czasowych ramach teledysku. I jak dla mnie, to albo trzeba było zmienić sposób przedstawienia tej historii, albo pójść na całość w kategorii "film muzyczny" i w głównej roli obsadzić lidera Tokio Hotel.

W tym tygodniu zaliczyłam jeszcze jedną porażkę filmową. Przeczuwałam, że z Pokutą dobrze nie będzie, ale ponieważ Ańćka wyraziła chęć, postanowiłam się poświęcić. Co z tego, że sama historia ciekawa i w dodatku ładnie sfilmowana, kiedy Lecą żurawie, to przy Pokucie film kameralny i powściągliwy emocjonalnie. Wiercąc się na krześle od połowy filmu zastanawiałam się, jakie jeszcze podniosłe ujęcie na bazie tej historii wymyślił pan reżyser. Ale jak komuś spodobał się Titanic, spodoba sie i Pokuta.

Bluzkokamizelkę w strukturalne wzory oczywiście sprułam - jak już ją z powrotem zszyłam zauważyłam, że tym razem w pewnym momencie zaczęłam robić w złym kierunku i w tym miejscu (na dole) francuski ścieg się "rozwidla". Nawet nie pomyślałam o kolejnym pruciu i pewnie bym ją skończyła (brakuje jeszcze ściągacza na dole), ale w niedzielę przestało padać.

Jeszcze w sobotę wszystko było zasnute deszczem i ognisko jakie zorganizowano z okazji wyróżnienia w konkursie na blog roku fotobloga o Brwinowie, rozpaliło się dopiero gdy podlano je benzyną.

A w niedzielę zaświeciło słońce i zaczęło się - od tej pory, przez najbliższe trzy miesiące, mam czas tylko wtedy gdy pada deszcz.

Na początek pomalowałam wapnem pnie moich drzewek owocowych.

i zrobiłam kolejne kompostowe korytko. Jest ohydne i jak po pomalowaniu nadal będzie tak brzydkie, czymś go zasłonię. Gorzej, że musi stać między sosnami, bo innego miejsca nie ma - starannie zaizoluję podłoże folią paraizolacyjną, ale czy to wystarczy, nie wiem. Korytko zrobione w zeszłym roku jest wypełnione po brzegi i za rok (przynajmniej takie mam plany) ma się z tego zrobić kompost. A to co zbiorę w tym roku, wsadzę do tegorocznego korytka i za dwa lata ... itd.

Do tego by produkować kompost, zmusiła mnie moja gmina, która zdobywając kolejne punty w konkursie na najbardziej nieprzyjazną gminę, przestała organizować odbiór liści. Płacenie 5 złoty za wywóz worka z liśćmi, a następnie kupowanie za dwa razy tyle worka z ziemią, wydaje mi się lekką przesadą.


W weekend zaczynę kolejny sezon walki z perzem. Poprzyglądałam się pod tym kątem trawnikowi i najlepiej to nie wygląda. To co miało wzejść z zasadzonych jesienią cebulek, już wzeszło i było na zdjęciu w zeszłym tygodniu. I nie ma co ukrywać - dużo tego nie ma.

Na razie uwieczniłam to, jak rozrasta się pole krokusów na Placu na Rozdrożu (podoba mi się ten pomysł upamiętnienia tego co tu się stało kilka lat temu).

Jeszcze przez nadejściem wiosny, zdążyłam skończyć oglądanie gwiazdkowego prezentu od synka. Kilka pierwszych odcinków nawet całkiem fajnie się oglądało, przemknęła mi nawet myśl, że może dojrzałam do seriali. Ale gdyby nie robota na drutach, nie wiem czy bym obejrzała do końca. Z dalszym ciągiem zapoznałam się tu i mam z grzywki.

Spodobały mi się ebooki. Poszłam do Empiku, gdzie jeszcze niedawno można było kupić zaległe płyty z kolekcji Gazety Wyborczej. Ta kolekcja została już wycofana, a to co było na półkach, na kolana mnie nie rzuciło, Może dlatego, że nie było tego czego szukałam, czyli klasyki? Ze współczesnej literatury były m.in. dwie książki Murakamiego i Dojczland Stasiuka. W tej sytuacji podreptałam na Dworzec Centralny i przypomniałam sobie Moskwę Pietuszki. Proza Dostojewskiego lepsza, bo dłuższa - starcza na cały sweterek na drutach.

niedziela, 23 marca 2008

Nie było postu, nie ma świąt

Tegoroczny Wielki Post był jedną wielką klapą - tyle ile w planach miało ubyć, w rzeczywistości przybyło. W tej sytuacji postanowiłam, że nie będzie świąt. Żeby mnie nie kusiło, w domu nie mam nawet plasterka wędliny, czy żółtego sera, a w lodówce i w świątecznej dekoracji króluje serek Pątnica light

Na odcinku robótkowym już byłam w ogródku, witałam się z gąską i miałam nadzieję, że jak się pospieszę, to jeszcze w tym roku założę na siebie taką czapkę (zdjęcie tej czapki wzięłam stąd - jest ich tam więcej)


Ale plany robótkowe też mi nie wyszły, bo przy zszywaniu odkryłam, że jeden rządek ryżu jest trochę inny niż pozostałe. No i pruć czy nie pruć, oto jest pytanie?

Robiąc porządek na półce, znalazłam cienką książeczkę O.S. Carda, którą kupiłam już jakiś czas temu z sentymentu do jego serii o Enderze. Pierwsze spotkania w świecie Endera to kilka opowiadań, które dopowiadają nieznane fakty z historii Endera. Mam wrażenie, że opowiadanie Chłopiec z Polski Card napisał na fali swojej popularności w Polsce. Przedstawia w nim pochodzenie Endera - Ender był dzieckiem Jana Pawła Wieczorka, który z kolei był dzieckiem żyjącej w Polsce wielodzietnej rodziny katolickiej, gdzie tacy jak oni byli za swoją dzietność prześladowani - żyli w biedzie, nie mogli pracować w swoim zawodzie, czy posyłać swoich dzieci do szkół. Ale Jan Paweł Wieczorek był tak wybitnym dzieckiem, że tylko po to by mógł uczyć sie w dobrych szkołach, cała jego rodzina została przeniesiona do Stanów Zjednoczonych, gdzie przymknięto oczy na ich "dzietność". Inne opowiadania są na podobnym poziomie. Ale dyskusja o tym, jak to rządzone przez "samców alfa" społeczeństwa, tak naprawdę w wielkiej pogardzie mają nie kobiety, ale mężczyzn, a dowodem na to jest między innymi odwieczne przeznaczanie ich na wojenną rzeź, wprawdzie jest mało odkrywcza, ale napisana miamniuśnym językiem.

Po przeczytaniu artykułu Kapłan i Błazen w Przeglądzie Tygodniowym, postanowiłam sięgnąć do źródła i przeczytałam esej L. Kołakowskiego z 1959 roku, pod tym samym tytułem.

Jeszcze świeżo w pamięci mam język Staniszkis, więc tym bardziej czytanie Kołakowskiego było czystą przyjemnością.

Antagonizm między filozofią utrwalającą absolut i filozofią kwestionującą absoluty uznane wydaje się antagonizmem nie­uleczalnym, jak nieuleczalne jest istnienie konserwatyzmu i ra­dykalizmu we wszystkich dziedzinach ludzkiego życia. Jest to antagonizm kapłanów i błaznów, a w każdej niemal epoce hi­storycznej filozofia kapłanów i filozofia błaznów są dwiema najogólniejszymi formami kultury umysłowej. Kapłan jest strażnikiem absolutu i tym, który utrzymuje kult dla ostatecz­ności i oczywistości uznanych i zawartych w tradycji. Błazen jest tym, który wprawdzie obraca się w dobrym towarzystwie, ale nie należy do niego i mówi mu impertynencje; tym, który podaje w wątpliwość wszystko to, co uchodzi za oczywiste; nie mógłby tego czynić, gdyby sam do dobrego towarzystwa należał - wtedy najwyżej mógłby być gorszycielem salono­wym; błazen musi być na zewnątrz dobrego towarzystwa, oglądać je z boku, aby wykryć nieoczywistość jego oczywisto­ści i nieostateczność jego ostateczności; zarazem musi w do­brym towarzystwie się obracać, aby znać jego świętości i aby mieć okazję do mówienia mu impertynencji. (...) Porządek może być hasłem policji i hasłem rewolucji (...). Ideałem policji jest ład wyczerpującej kartoteki, ideałem filozofii - ład pracującej wyobraźni umysłowej. Za­równo kapłan jak i błazen dokonują pewnego gwałtu na umy­słach: kapłan obrożą katechizmu, błazen igłą szyderstwa. Na dworze króla jest więcej kapłanów niż błaznów - podobnie jak w jego państwie jest więcej policjantów niż artystów.

Widziałam w tym tygodniu dobry film. Dawno się tak nie uśmiałam. Inna sprawa, że był to śmiech przez łzy, bo Posterunek graniczny nie jest komedią i klimatem i poczuciem humoru bardzo przypomina Paragraf 22. Skradzione oczy tak dobre już nie są. Wszystko przez mało prawdopodobny wątek miłosny - trudno uwierzyć w to, że ona z nim, po tym jak jej jedyne dziecko ginie pod kołami prowadzonego przez niego transportera, nawet jeżeli dzieje się tak po pewnym czasie. Ale sam film ciekawy i nie żałuję, ze poszłam. Nie miałam zielonego pojęcia, że w drugiej połowie lat 80-tych, gdy u nas nikt nie miał wątpliwości "czy?", tylko nie wiadomo było "kiedy?", w Bułgarii na wielką skalę wynaradawiano mieszkających tam Turków.

A już za chwilę (mam tylko nadzieję, że krótką, bo kończy mi się suche drewno i jak ta chwila będzie się przedłużać, będę musiała grzać gazem) wiosna. Z tego co jesienią zasadziłam, za dużo nie wyrosło

I nie widzieć czemu, najwięcej tulipanów wzeszło na wzgórku, które miałam zamiar wyrównać - i to wszystko z jednej, zasadzonej dwa lata temu cebulki.

Zdążyłam już zauważyć, że to zielone to nie tylko trawa, o tej porze roku perz też ładnie wygląda.

czwartek, 20 marca 2008

Książki z 6 kontynentów (1)

Przeczytałam pierwszą książkę z mojej listy.

Wpisałam tę książkę na swoja listę, bo myślałam, że będzie to coś więcej niż opis przygód młodego niedoświadczonego księdza, który konfrontuje wyniesioną z seminarium wiedzę z tym, czego realnie doświadcza. Na początku książka zapowiadała się dobrze i ciekawie, potem już tylko dobrze się ją czytało, a po skończeniu odłożyłam na półkę bez głębszej myśli.

Spowiednik to typowa książka akcji, w której nie tylko postacie drugiego planu ale i główny bohater przedstawieni są dość schematycznie. I nawet jak zdarza się im myśleć, to głębi w tym może na milimetr. Tytułowy spowiednik, Frank Darragh, to młody wikary z jednej z parafii na przedmieściach Sydney. Zna miasto, bo się w nim wychował, ale o życiu wie niewiele więcej niż to czego go nauczyli w seminarium. A to stanowczo za mało, zwłaszcza gdy trwa II wojna światowa, w mieście stacjonują amerykańskie wojska i mieszkańcy boją się japońskiej inwazji. Bardzo przejęty swoją rolą Frank musi się nie tylko zmierzyć z cudzołóstwem, czy cynicznym proboszczem, ale między innymi z pedofilią, homoseksualizmem czy morderstwem. Docenić można w nim tylko to, że stara się zrozumieć, nie potępić. Ale Frank ma spory problem z odczuwaniem emocji - autor tak dbał o ty by postać księdza pozostawała bez skazy, że aż przesadził. Nie urzekła mnie szlachetność Franka, a to że obce mu były ludzkie pokusy i mgliste pożądanie bez problemu sublimował w chęć zbawienia zbłąkanej duszy odebrałam jako ułomność. I to w dodatku nieciekawie przedstawioną.

W sumie sprawnie napisane, całkiem miłe czytadło. W zależności od punktu widzenia, tylko tyle, albo aż tyle.

niedziela, 16 marca 2008

Zakupy z blondynką

Jak się chce zobaczyć taką zimę, trzeba jechać tak jak mój synek, daleko na południe. Tu u nas na północy, tylko dzięki temu, że pada deszcz nie mam poczucia winy, że wiosna na dworze, a ja jeszcze nie wzięłam się za grabienie.

W tym tygodniu Gumiś przeszedł samą siebie - m.in. w przeddzień zaplanowanej u mnie od dawna wizyty, wlał do swojego diesla pełny bak benzyny. I tak zamiast ona do mnie, ja pojechałam do niej.

Tam musiałam się chyba napić z tej samej krynicy mądrości, co ona, bo jak wracałyśmy w dwa samochody z warsztatu, zapomniałam o ręcznym hamulcu i dopiero pod domem zauważyłam, że dymi z tylnego koła. Następnego dnia też nie było dużo lepiej - miałyśmy rano pojechać na zakupy, a gotowe do wyjścia z domu, byłyśmy dopiero o piątej po południu.

Za to w sklepie było jak w British Museum.

Na koniec okazało się, że gdzieś po drodze (najprawdopodobniej na parkingu) zgubiłyśmy siatkę, którą miałam rozpiąć na ścianie komórki i po której miał się piąć mój pięcioklapkowy winobluszcz - pomijając to, że szkoda forsy, to głównie z powodu tej siatki poprosiłam Gumisia o to, by robił za kierowcę.

Dotarłam na Control. Nie wiem dla kogo jest ten film. Bo dla tych co pamiętają czasy Joy Division, jest chyba zbyt schematyczny - w filmie Curtis popełnia samobójstwo bo go to wszystko przerosło. Tak było, ale że jak ma się do powiedzenia na ten temat, tylko to jedno zdanie, nie robi sie o tym filmu. Z kolei młodszych chyba nie porwie ani czarno-biały film, ani przedpotopowa muzyka, do której coś tam wykrzykuje dragajacy wokół stojącego na scenie, mikrofonu wokalista.

ps. przypominam ciotkom o dorocznej prezentacji koszyczków wielkanocnych.

niedziela, 09 marca 2008

Już wiosna, ale czasu mam jeszcze tyle co zimą

Oczywistą oczywistością jest to, że przyszła, wprawdzie "nie ta", ale zawsze jednak wiosna (zimą był taki moment, że nawet pomyślałam, że może jeszcze będzie i "ta", ale zanim nadeszła, z powrotem nabrałam przekonania, że "tamta wiosna" to już była).

I poddając się prozie życia, zabrałam się za sprzątanie ogrodu, zaczynając od poukładania drewna za domem.

W bluzkokamizelce w strukturalne wzory zostały mi jeszcze do zrobienia ściągacze. Poprzednio nie starczyło mi na to 40 dkg Lany Grosy na drutach 2,5 (i to na oszczędną wersję, czyli obcisłą i z małymi sciągaczami), z tej wełny na "4" pójdzie mi na to góra 35 dkg.

Na te 40 dkg zielonej Lany Grosy dalej nie mam pomysłu. Wiem już gdzie kupuje się ścinki resztki wełen (pasmenateria Soho na Śniadeckich), ale to nie dla mnie ten sweter, wiec nie ja ją będę wełnę kupować. Dla siebie myślę o kolejnym szalu z książki Victoria lace, tylko nie wiem ecru jak dla babci, czy turkusowy do jeansowej kurtki, dla dzidzi piernik?

Zaczęłam też wiosenne porządki na blogu - na razie dodałam tzw. zwijane zakładki. Fajnie, że w necie są tacy pasjonaci jak Eskey, którzy wymyślają, a następnie udostępniają takim jak ja, tego typu pożyteczne narzędzia. Pomarudziłam mu w komentarzach, że chciałabym by można było zmieniać kolor literek dodawanego do sktyptu jego logo (czyli podpisu: skrypt eskey) i już następnego dnia była taka możliwość. Jest i nowa wersja tego skryptu, w której można dowolnie ustawić która zakładka ma być rozwinięta, która zwinięta (w pierwszej wersji skryptu, który na razie mam zainstalowany, rozwinięta jest pierwsza zakładka, pozostałe są zwinięte, dlatego by osiągnąć zamierzony efekt ustawiłam je w odpowiedniej kolejności za pomocą liter: a,b,c,d). A wszystko to po to, by boczna szpalta, po dodaniu logo blogu Książki z 6 kontynentów, nadal zachowała swój ascetyczny wygląd.

Na razie jeszcze nie wybrałam, książek, które przeczytam w kolejnym wspólnym czytaniu i czytam to co mam na półce. Skończyłam 33 mgnienia szczęścia - pożyczyłam, bo zainteresowało mnie to, że opowiadania miały być o Petersburgu, mieście które od dawna za mną "chodzi". Tyle, że o mieście było w nich niewiele, za to podobno książka pełna jest odniesień do literatury rosyjskiej, ale ponieważ znam ją bardzo słabo, więc nic takiego nie zauważyłam. To, że nie lubię czytać opowiadań, wiem od dawna i tylko kolejny raz się w tym utwierdziłam. Powieści historycznych też nie lubię (kojarzą mi się z I. Kraszewskim) i po przeczytaniu Juliana Apostaty zdania nie zmieniłam. W każdym razie czas, o którym ta książka opowiada bajecznie ciekawy, to o czym opowiada też (czyli o rozpaczliwej próbie zatrzymania zwycięskiego pochodu chrześćjaństwa i restytucji helleńskich bóstw). Ale w tej prawdziwej historii, za dużo literackiej fikcji, w dodatku pisanej bardzo kwiecistym słowem. Podczytuję teraz drugi koniec tej historii, czyli Boga urojonego Dawkinsa i zdecydowanie lepiej mi idzie.

Nadrabiam kinowe zaległości. Gdzie jesteś Amando to taki kryminał, w którym dwójka sympatycznych bohaterów prowadząc śledztwo, co jakiś czas nie wiadomo dlaczego nagle dostaje "olśnienia" i odkrywa nowy trop, dzięki czemu zbliża się do wyjaśnienia zagadki. A samo zakończenie - podobno zagadkowe i zmuszające do refleksji - podane tak banalnie, że nawet jak jest w tym jakiś ciężar, to trudno to zauważyć. Zbrodnia perfekcyjna pewnie zrobiłaby furorę 30 lat temu, ale niestety reżyser (i aktorzy) nie zauważyli, że od czasów Luisa de Funes, zmieniła się konwencja komedii i styl gry. Po takim falstarcie, wybrałam się na pewniaka, czyli Metodę i się nie zawiodłam. Świetnie zagrana filmowa adaptacja sztuki teatralnej o paskudnym świecie korporacji. Na koniec wybrałam się na Chłopca z latawcem. Film ma wszystkie wady i zalety amerykańskiego filmu (no może poza tym, że nie jest najlepiej zagrany). Dobrze zrobiona, lukrowana bajeczka, którą miło sie ogląda. Nawet kamieniowanie kobiety pasuje do tej układanki, bo skoro rzecz się dzieje w rządzonym przez Talibów Afganistanie, coś się musi źle kończyć.

Kolejny Dzień Kobiet minął bez tulipa i rajtuzków. Atrakcją dnia był koncert Ewy Cybulskiej - Staśka przeczytała o nim w ostatniej chwili. Oddaliłyśmy sie od Warszawy o kolejne dwie stacje i znalazłyśmy sie w jakimś kosmicznym miejscu - klubie, w którym za pomalowanym niebieską farbą olejną kontuarem, sprzedawali tylko herbatę Sagę w plastikowych kubeczkach za 3 złote. A myśmy się nastawiły na kolację!



ps. za każdym razem jak robię moim aparatem zdjęcie przy użyciu lampy błyskowej, myślę o zmianie aparatu

niedziela, 02 marca 2008

Strzelają

Splocik zaprosił mnie do zabawy w strzelanie.

Zasady tej zabawy polegały na:

1. Podaniu linka do bloga osoby, która Cię "ustrzeliła" i zasad zabawy.
2. Opisaniu 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat.
3. "Ustrzeleniu" kolejnych 6 osób.
4. Uprzedzeniu wybranych osób, zamieszczając komentarze na ich blogach.

Ponieważ gra zakładała "ustrzelenie" sześciu osób, krąg robótkowych blogów szybko się "zatkał" i zaczęto strzelać do już "ustrzelonych". Dlatego - jak to zazwyczaj ze mną bywa - wchodzę do gry, ale na swoich zasadach. Do nikogo strzelać nie będę (poza krąg blogów robótkowych nie chcę wychodzić) i opiszę kilka moich sztandarowych osiągnięć w roli kucharki (myślałam o tym już wcześniej, a przed chwilą tylko się upewniłam w swoim wyborze, bo pisząc te słowa, właśnie przypaliłam gotowane na twardo jajka). Wprawdzie nie wiem czy to, że nie przepadam za gotowaniem jest śmieszne, ale moje pierwsze kroki w kuchni na pewno były tylko śmieszne.

Dawno temu (jeszcze na studiach) wzięłam książkę kucharską i ściśle stosując się do przepisu zabrałam się się za gotowanie kapuśniaku. Po pewnym (dość długim czasie) wróciła moja koleżanka, z którą wówczas wynajmowałam mieszkanie i widząc, że ja co jakiś czas wchodzę do kuchni, zanurzam widelec w garnku, nabieram trochę kapusty, podchodzę do okna i się temu przyglądam. zdziwiona zapytała Co ja robię? Odpowiedziałam - W przepisie jest napisane, że trzeba gotować, aż kapusta będzie przezroczysta.

Jakiś czas potem zostałam żoną i pełna dobrych chęci, postanowiłam przynajmniej na chwilę wejść w rolę i ugotować mężowi kartofle. Zrobiłam dokładnie tak jak mi wytłumaczył, ale gdy wrócił do domu, po podgrzaniu w garnku zamiast ziemniaków, była niejadalna pulpa - nie powiedział, że po ugotowaniu kartofle się odcedza, a nie zostawia w wodzie ...

Staram się też zachować dystans do czyiś kucharskich umiejętności. Bo nawet mnie to, że nie potrafiłam gotować, nie przeszkadzało mi występować jako kucharski ekspert. Kilka lat później, wynajęłam na lato razem z moja koleżanką chałupę w Urlach. Wokół było pełno chałup, w każdej mieszkali tacy sami letnicy jak my, czyli kobiety z małymi dziećmi. Jedna z nich czymś nam mocno podpadła i gdy poprosiła nas o przepis na smaczną zupę jaką u nas jadła, wytłumaczyłyśmy jej, że cały sekret tkwi we właściwej proporcji warzyw i kolejności, w jakiej są wrzucane do garnka. Za każdym razem gdy przychodziła po kolejnej "porażce", tłumaczyłyśmy jej gdzie "popełniła" błąd i zarzekałyśmy się, że tym razem, to już na pewno jej wyjdzie. Oczywiście bezskutecznie dwoiła się i troiła - nie wiedziała, że miałyśmy z paczek nieprawdopodobnie smaczne i wykwintne kostki bulionowe i to nimi doprawiałyśmy wywar.

Coś tam od tamtego czasu się nauczyłam, ale i tak najbardziej lubię gotować sobie kolejną porcję teiny. Moja miłość do herbaty jest tak wielka, że zawsze jak gdzieś wyjeżdżam, noszę przy sobie w torebce. Ale kilka lat temu, jadąc do Anglii założyłam, że nie wiezie się drewna do lasu i wyjątkowo jej ze sobą nie zabrałam. Podczas tzw. "coffe break" z przerażeniem odkryłam, że we wszystkich termosach jest tylko kawa. Skończyło się na tym, że Anglicy "pożyczyli" herbatę z jakiegoś pokoju (na szczęście spotkanie było zorganizowane w jakimś biurze).

A tak poza tym, to czekam na ostateczny koniec zimy.

Sralcia jest o rok starsza, ale jak zawsze o tej porze roku, do Kaliningradu przybyli już pierwsi zalotnicy:


Bluzkokamizelka w strukturalne wzory miała być zrobiona z kupionej już trzy lata temu zielonej Lana Grossy. W trakcie roboty okazało się, że tej wełny na to nie starczy, ale tak się zdążyłam przywiązać do myśli, że będę miała zieloną bluzkokamizelkę, że pobiegłam i kupiłam inną zieloną wełnę (tym razem kupiłam jej za dużo). Przerobiłam trochę wzór - nie dwa warkocze, tylko trzy, ale za to węższe. Nie robię też z jednego kawałka - tył i przód połączę "pagonami", które będą przedłużeniem robiącego za rękaw ściągacza.


Robota na drutach jest jeszcze przyjemniejsza, odkąd puszczam w tle czytanego przez W. Pszoniaka Idiotę. Zastanawiam się nad kupieniem odtwarzacza Mp3 i "czytaniem" w ten sposób również podczas moich ogrodowych zmagań. W każdym razie pomysł na przypomnienie sobie dawno temu czytanej klasyki wyśmienity. I jaki przyjemny!


Podczas ostatniej wizyty Kąsólowej, włóczyłyśmy się po mieście same - Kalinka była w tym czasie u niani. Dostałam jej zdjęcia - zamieszczam na dowód, że za wschodnią ziem rubieżą rośnie nam niezła lasia.


A w tym tygodniu zdarzyło się to, co w końcu zdarzyć się musiało - gdy przyszłam 5 minut przed seansem, w kasie kina Muranów nie było już biletów. Wprawdzie był to przedpremierowy pokaz filmu Control, ale to wszystkiego nie tłumaczy. Czasy gdy razem ze mną siedziały na sali 2-3 osoby (raz zdarzyło się, że siedziałam sama jedna), nieodwołalnie się skończyły. Obejrzany w tym tygodniu Import - Export, to chyba najbardziej dołujący film roku (mała szansa, by przez pozostałe 10 miesięcy tego roku, trafiło się coś równie ponurego). A najsmutniejsze w tym filmie jest to, że przynajmniej według mnie, reżyser wcale nie przesadził. Świat w którym żyjemy jest naprawdę taki brzydki, niekoniecznie trzeba być Ukrainką w Austrii, czy Austriakiem na Ukrainie, żeby to zobaczyć. Może tylko z ich perspektywy wyraźniej to widać, bo nie ma w niej żadnych, miłych dla oka, "przerywników"? Z kolei Martwa Natura, jakkolwiek też nie jest wesoła, mnie nie ruszyła - nie jestem w stanie wczuć się w ich przeżywanie czasu. Jej mąż nie dzwoni do niej od dwóch lat, ale to wprawdzie "wskazuje", ale jeszcze nic nie przesądza. Dla innego bohatera 16 przeżytych lat, też jest łatwą do przejścia barierą. Słowem by zrozumieć Chiny, trzeba mieć umysł J. Staniszkis - ja nie mam, więc oglądałam film z zaciekawieniem, ale bez większych wzruszeń.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli