niedziela, 30 marca 2008

Pierwszy dzień w ogrodzie

W zamieszczonej w sobotniej Gazecie Wyborczej recenzji Once przeczytałam, że ktoś w Internecie napisał o tym filmie: Jeżeli ten film ci się nie podoba, sprawdź swój puls, bo pewnie już nie żyjesz. I bez sprawdzania pulsu wiem, że żyję, ale staram się zrozumieć co inni w nim widzą i nie mogę. Bo wprawdzie film klimatyczny i nagrodzona Oscarem piosenka, cieplusia, ale to by było na tyle, Aby nasłuchać się tej piosenki, wystarczyło mieć w zeszłym roku włączone radio, a opowiedzianą w tym filmie historię spokojnie można zawrzeć w czasowych ramach teledysku. I jak dla mnie, to albo trzeba było zmienić sposób przedstawienia tej historii, albo pójść na całość w kategorii "film muzyczny" i w głównej roli obsadzić lidera Tokio Hotel.

W tym tygodniu zaliczyłam jeszcze jedną porażkę filmową. Przeczuwałam, że z Pokutą dobrze nie będzie, ale ponieważ Ańćka wyraziła chęć, postanowiłam się poświęcić. Co z tego, że sama historia ciekawa i w dodatku ładnie sfilmowana, kiedy Lecą żurawie, to przy Pokucie film kameralny i powściągliwy emocjonalnie. Wiercąc się na krześle od połowy filmu zastanawiałam się, jakie jeszcze podniosłe ujęcie na bazie tej historii wymyślił pan reżyser. Ale jak komuś spodobał się Titanic, spodoba sie i Pokuta.

Bluzkokamizelkę w strukturalne wzory oczywiście sprułam - jak już ją z powrotem zszyłam zauważyłam, że tym razem w pewnym momencie zaczęłam robić w złym kierunku i w tym miejscu (na dole) francuski ścieg się "rozwidla". Nawet nie pomyślałam o kolejnym pruciu i pewnie bym ją skończyła (brakuje jeszcze ściągacza na dole), ale w niedzielę przestało padać.

Jeszcze w sobotę wszystko było zasnute deszczem i ognisko jakie zorganizowano z okazji wyróżnienia w konkursie na blog roku fotobloga o Brwinowie, rozpaliło się dopiero gdy podlano je benzyną.

A w niedzielę zaświeciło słońce i zaczęło się - od tej pory, przez najbliższe trzy miesiące, mam czas tylko wtedy gdy pada deszcz.

Na początek pomalowałam wapnem pnie moich drzewek owocowych.

i zrobiłam kolejne kompostowe korytko. Jest ohydne i jak po pomalowaniu nadal będzie tak brzydkie, czymś go zasłonię. Gorzej, że musi stać między sosnami, bo innego miejsca nie ma - starannie zaizoluję podłoże folią paraizolacyjną, ale czy to wystarczy, nie wiem. Korytko zrobione w zeszłym roku jest wypełnione po brzegi i za rok (przynajmniej takie mam plany) ma się z tego zrobić kompost. A to co zbiorę w tym roku, wsadzę do tegorocznego korytka i za dwa lata ... itd.

Do tego by produkować kompost, zmusiła mnie moja gmina, która zdobywając kolejne punty w konkursie na najbardziej nieprzyjazną gminę, przestała organizować odbiór liści. Płacenie 5 złoty za wywóz worka z liśćmi, a następnie kupowanie za dwa razy tyle worka z ziemią, wydaje mi się lekką przesadą.


W weekend zaczynę kolejny sezon walki z perzem. Poprzyglądałam się pod tym kątem trawnikowi i najlepiej to nie wygląda. To co miało wzejść z zasadzonych jesienią cebulek, już wzeszło i było na zdjęciu w zeszłym tygodniu. I nie ma co ukrywać - dużo tego nie ma.

Na razie uwieczniłam to, jak rozrasta się pole krokusów na Placu na Rozdrożu (podoba mi się ten pomysł upamiętnienia tego co tu się stało kilka lat temu).

Jeszcze przez nadejściem wiosny, zdążyłam skończyć oglądanie gwiazdkowego prezentu od synka. Kilka pierwszych odcinków nawet całkiem fajnie się oglądało, przemknęła mi nawet myśl, że może dojrzałam do seriali. Ale gdyby nie robota na drutach, nie wiem czy bym obejrzała do końca. Z dalszym ciągiem zapoznałam się tu i mam z grzywki.

Spodobały mi się ebooki. Poszłam do Empiku, gdzie jeszcze niedawno można było kupić zaległe płyty z kolekcji Gazety Wyborczej. Ta kolekcja została już wycofana, a to co było na półkach, na kolana mnie nie rzuciło, Może dlatego, że nie było tego czego szukałam, czyli klasyki? Ze współczesnej literatury były m.in. dwie książki Murakamiego i Dojczland Stasiuka. W tej sytuacji podreptałam na Dworzec Centralny i przypomniałam sobie Moskwę Pietuszki. Proza Dostojewskiego lepsza, bo dłuższa - starcza na cały sweterek na drutach.

niedziela, 23 marca 2008

Nie było postu, nie ma świąt

Tegoroczny Wielki Post był jedną wielką klapą - tyle ile w planach miało ubyć, w rzeczywistości przybyło. W tej sytuacji postanowiłam, że nie będzie świąt. Żeby mnie nie kusiło, w domu nie mam nawet plasterka wędliny, czy żółtego sera, a w lodówce i w świątecznej dekoracji króluje serek Pątnica light

Na odcinku robótkowym już byłam w ogródku, witałam się z gąską i miałam nadzieję, że jak się pospieszę, to jeszcze w tym roku założę na siebie taką czapkę (zdjęcie tej czapki wzięłam stąd - jest ich tam więcej)


Ale plany robótkowe też mi nie wyszły, bo przy zszywaniu odkryłam, że jeden rządek ryżu jest trochę inny niż pozostałe. No i pruć czy nie pruć, oto jest pytanie?

Robiąc porządek na półce, znalazłam cienką książeczkę O.S. Carda, którą kupiłam już jakiś czas temu z sentymentu do jego serii o Enderze. Pierwsze spotkania w świecie Endera to kilka opowiadań, które dopowiadają nieznane fakty z historii Endera. Mam wrażenie, że opowiadanie Chłopiec z Polski Card napisał na fali swojej popularności w Polsce. Przedstawia w nim pochodzenie Endera - Ender był dzieckiem Jana Pawła Wieczorka, który z kolei był dzieckiem żyjącej w Polsce wielodzietnej rodziny katolickiej, gdzie tacy jak oni byli za swoją dzietność prześladowani - żyli w biedzie, nie mogli pracować w swoim zawodzie, czy posyłać swoich dzieci do szkół. Ale Jan Paweł Wieczorek był tak wybitnym dzieckiem, że tylko po to by mógł uczyć sie w dobrych szkołach, cała jego rodzina została przeniesiona do Stanów Zjednoczonych, gdzie przymknięto oczy na ich "dzietność". Inne opowiadania są na podobnym poziomie. Ale dyskusja o tym, jak to rządzone przez "samców alfa" społeczeństwa, tak naprawdę w wielkiej pogardzie mają nie kobiety, ale mężczyzn, a dowodem na to jest między innymi odwieczne przeznaczanie ich na wojenną rzeź, wprawdzie jest mało odkrywcza, ale napisana miamniuśnym językiem.

Po przeczytaniu artykułu Kapłan i Błazen w Przeglądzie Tygodniowym, postanowiłam sięgnąć do źródła i przeczytałam esej L. Kołakowskiego z 1959 roku, pod tym samym tytułem.

Jeszcze świeżo w pamięci mam język Staniszkis, więc tym bardziej czytanie Kołakowskiego było czystą przyjemnością.

Antagonizm między filozofią utrwalającą absolut i filozofią kwestionującą absoluty uznane wydaje się antagonizmem nie­uleczalnym, jak nieuleczalne jest istnienie konserwatyzmu i ra­dykalizmu we wszystkich dziedzinach ludzkiego życia. Jest to antagonizm kapłanów i błaznów, a w każdej niemal epoce hi­storycznej filozofia kapłanów i filozofia błaznów są dwiema najogólniejszymi formami kultury umysłowej. Kapłan jest strażnikiem absolutu i tym, który utrzymuje kult dla ostatecz­ności i oczywistości uznanych i zawartych w tradycji. Błazen jest tym, który wprawdzie obraca się w dobrym towarzystwie, ale nie należy do niego i mówi mu impertynencje; tym, który podaje w wątpliwość wszystko to, co uchodzi za oczywiste; nie mógłby tego czynić, gdyby sam do dobrego towarzystwa należał - wtedy najwyżej mógłby być gorszycielem salono­wym; błazen musi być na zewnątrz dobrego towarzystwa, oglądać je z boku, aby wykryć nieoczywistość jego oczywisto­ści i nieostateczność jego ostateczności; zarazem musi w do­brym towarzystwie się obracać, aby znać jego świętości i aby mieć okazję do mówienia mu impertynencji. (...) Porządek może być hasłem policji i hasłem rewolucji (...). Ideałem policji jest ład wyczerpującej kartoteki, ideałem filozofii - ład pracującej wyobraźni umysłowej. Za­równo kapłan jak i błazen dokonują pewnego gwałtu na umy­słach: kapłan obrożą katechizmu, błazen igłą szyderstwa. Na dworze króla jest więcej kapłanów niż błaznów - podobnie jak w jego państwie jest więcej policjantów niż artystów.

Widziałam w tym tygodniu dobry film. Dawno się tak nie uśmiałam. Inna sprawa, że był to śmiech przez łzy, bo Posterunek graniczny nie jest komedią i klimatem i poczuciem humoru bardzo przypomina Paragraf 22. Skradzione oczy tak dobre już nie są. Wszystko przez mało prawdopodobny wątek miłosny - trudno uwierzyć w to, że ona z nim, po tym jak jej jedyne dziecko ginie pod kołami prowadzonego przez niego transportera, nawet jeżeli dzieje się tak po pewnym czasie. Ale sam film ciekawy i nie żałuję, ze poszłam. Nie miałam zielonego pojęcia, że w drugiej połowie lat 80-tych, gdy u nas nikt nie miał wątpliwości "czy?", tylko nie wiadomo było "kiedy?", w Bułgarii na wielką skalę wynaradawiano mieszkających tam Turków.

A już za chwilę (mam tylko nadzieję, że krótką, bo kończy mi się suche drewno i jak ta chwila będzie się przedłużać, będę musiała grzać gazem) wiosna. Z tego co jesienią zasadziłam, za dużo nie wyrosło

I nie widzieć czemu, najwięcej tulipanów wzeszło na wzgórku, które miałam zamiar wyrównać - i to wszystko z jednej, zasadzonej dwa lata temu cebulki.

Zdążyłam już zauważyć, że to zielone to nie tylko trawa, o tej porze roku perz też ładnie wygląda.

czwartek, 20 marca 2008

Książki z 6 kontynentów (1)

Przeczytałam pierwszą książkę z mojej listy.

Wpisałam tę książkę na swoja listę, bo myślałam, że będzie to coś więcej niż opis przygód młodego niedoświadczonego księdza, który konfrontuje wyniesioną z seminarium wiedzę z tym, czego realnie doświadcza. Na początku książka zapowiadała się dobrze i ciekawie, potem już tylko dobrze się ją czytało, a po skończeniu odłożyłam na półkę bez głębszej myśli.

Spowiednik to typowa książka akcji, w której nie tylko postacie drugiego planu ale i główny bohater przedstawieni są dość schematycznie. I nawet jak zdarza się im myśleć, to głębi w tym może na milimetr. Tytułowy spowiednik, Frank Darragh, to młody wikary z jednej z parafii na przedmieściach Sydney. Zna miasto, bo się w nim wychował, ale o życiu wie niewiele więcej niż to czego go nauczyli w seminarium. A to stanowczo za mało, zwłaszcza gdy trwa II wojna światowa, w mieście stacjonują amerykańskie wojska i mieszkańcy boją się japońskiej inwazji. Bardzo przejęty swoją rolą Frank musi się nie tylko zmierzyć z cudzołóstwem, czy cynicznym proboszczem, ale między innymi z pedofilią, homoseksualizmem czy morderstwem. Docenić można w nim tylko to, że stara się zrozumieć, nie potępić. Ale Frank ma spory problem z odczuwaniem emocji - autor tak dbał o ty by postać księdza pozostawała bez skazy, że aż przesadził. Nie urzekła mnie szlachetność Franka, a to że obce mu były ludzkie pokusy i mgliste pożądanie bez problemu sublimował w chęć zbawienia zbłąkanej duszy odebrałam jako ułomność. I to w dodatku nieciekawie przedstawioną.

W sumie sprawnie napisane, całkiem miłe czytadło. W zależności od punktu widzenia, tylko tyle, albo aż tyle.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli