niedziela, 29 marca 2009

Wiosna,

Larum w ogrodzie grają, a ja twardo trzymam ręce w kieszeni i pilnuję by się czasem za jakąś robotę nie zabrały.

Podczas gdy u nas wiosennie, kilkanaście kilometrów za wschodnią rubieżą Batiuszka dalej nie zgadza się na odwilż. I wiosenna Kalinka wygląda tak:

Prawa ręka boli mnie wprawdzie dużo mniej, ale aby bilans wychodził na zero, drętwieje mi lewa. W dodatku gdy na moment zapomnę o przeszłym bólu i np. szarpnę drzwiami kolejki, od razu sobie przypominam, że jestem niepełnosprawna. Na razie umówiłam się z panią na przedświąteczne posprzątanie domu i zamierzam tak samo zrobić z ogrodem.

Mieszkałam w tym tygodniu w Warszawie. Nie byłam w domu gdy w Brwi szalała straszna śnieżyca i pod naporem mokrego śniegu tuje pochyliły się do ziemi. Śnieg stopniał, tuje trochę się podźwignęły, ale do pionu im jeszcze daleko.

Po kilku dniach mieszkania w Wwie  zauważyłam, że codzienna jazda kolejką to rytuał przejścia - zostawiam za sobą pracę, miasto i jadę do swojego życia. Jak mieszka się w centrum Wwy, wieczorem nogi same grają marsza do wyjścia, ale po kilku dniach ta niemożność odcięcia się od miasta, gdy obok, nad tobą i przed domem ludzie, bardzo męczy.

Kina było w tym tygodniu dużo, ale więcej było rozczarowania, niż zadowolenia.

Najlepszym filmem w tym tygodniu był  Świat jest wielki, a zbawienie czai się za rogiem. Zrecenzowałam go nawet na forum GW - dałam 4 gwiazdki (przez chwilę zastanawiałam się czy nie dać 5). Bo chociaż sama historia momentami denerwująco naiwna i ździebko naciągana, jest w tym filmie radość życia przypominająca tę, z Greka Zorby. Fajna ballada filmowa pokazująca losy bułgarskiej rodziny na przełomie lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku i to co wydarzyło się w tej rodzinie kilkanaście lat później.

Powrót do Brideshead miał być uroczym snujem o międzywojennej Anglii, pełnym pięknych wnętrz, strojów, w dodatku cudownie zaprawionym nutką dekadencji.  Był zaś wcale nie uroczo poplątanym gniotem, w którym nawet jak komuś o coś chodziło, to nie było wiadomo o co - samo "naświetlanie" sprawy zabierało tyle czasu i dłużyzna stawała się tak męcząca, że aby nie zanudzić widza na śmierć, reżyser przechodził do następnej sceny. Z tym, że jest taka możliwość, że jest to tylko nieudana adaptacja i książka jest dobra.

Brick Lane to też adaptacja. I tak jak  czytałam lepsze, niż Brick Lane  książki o hinduskiej społeczności w Anglii, tak na pewno są i na ten temat lepsze filmy. Bo akurat ten film poprzeczki wysoko nie ustawił.  

Na Miasto Ślepców poszłam bo chciałam pokazać Kinotekę i zachęcić do chodzenia do kina - nie ja wybrałam film, na który poszliśmy. Po wyjściu z kina miałam taką refleksję:  aktorzy dobrzy i  książka Saramago też nie aż taka zła, by nakręcić na jej podstawie aż tak zły film.

Jak zawsze w ostatni tydzień marca, Gumiś urządził urodziny, tym razem połączone z parapetówą, bo wynieśli się ostatni lokatorzy i cały dom jest już tylko jej.

Były to n-te urodziny Gumisia w moim życiu. Ale po raz pierwszy jechałam na nie takim samochodem, co to jak weszłam to od razu zapytałam, gdzie jest barek i telewizor -  barek został pokazany, a telewizor włączony.

W starożytnym Egipcie moje imię  pisało by się tak:


Wiem to stąd (strona jest na serwerze Uniwersytu Pensylwanii, więc budzi zaufanie). A o samej stronie wiem z tego bardzo fajnego bloga, którego autor prawie codziennie zamieszcza adres jakiegoś ciekawego miejsca w sieci

niedziela, 22 marca 2009

Życie z niesprawną prawą ręką

Życie z niesprawną ręką nie jest łatwe. Na razie spaliłam wykładzinę.


Przeorganizowałam również swoje miejsce pracy (mousepad z żelową wkładką,  monitor  na tyle daleko, że suwam myszką z łokciem leżącym na stole, jak piszę łokcie też nie wiszą w powietrzu, tylko leżą na poręczach krzesła).


Nie wiadomo jeszcze co mi jest.

Joanna zaproponowała mi zespół cieśni nadgarstka i poczytanie o tym w Internecie. Diagnozę Joanny podtrzymała Beata i powiedziała, że najskuteczniejsze jest pomrożenie chorej łapy. Gumiś powiedział, że to ścięgna i najlepiej mi zrobią gorące okłady. Że to ścięgna powiedział też i Moniek, ale zasugerował jakieś blokady.  Art-deco poradziła antybiotyki.  Ańćka jakieś spray'e.

Trudny wybór. Na koniec zdecydowałam się na zapalenie ścięgien, a z leczenia wybrałam krioterapię (z tym że 10- 12 zabiegów całego ciała, a nie tylko chorej ręki).  U tzw. lekarza rodzinnego stanęło na tym, że to raczej łokieć tenisisty, ale ostateczną diagnozę ma postawić ortopeda (wizyta za dwa miesiące) i dopiero wtedy zostanę skierowana na jakieś zabiegi.  W  nadchodzącym tygodniu mam zamiar medytować nad tym, czy iść się prywatnie leczyć, czy czekać.

Zafascynował mnie fragment felietonu R. M. Grońskiego z ubiegłotygodniowej Polityki, opisujący życie Marii Gordon-Smith (z domu Broniewskiej). Gdy obumarł jej mąż:

Została sama. I wtedy stało się coś, co rzadko zdarza się osiemdziesięciolatkom: zakochał się w niej dramaturg i powieściopisarz Michael Lederer. Młodszy od niej o trzydzieści kilka lat. Nie było w tym wyrachowania. Ledererowie to bogaty klan w New Jersey o chorwacko - żydowskich korzeniach. Michael naprawdę zakochał się w Marysi. Nie kłamał, mówiąc, że takiej kobiety nigdy dotąd nie spotkał. Zamieszkali razem w domu zbudowanym w Dubrowniku.

W parku wiosna.


Serce rwie się do pracy, tylko ręce już nie te.  Ale drzew i tak sama bym nie przycięła. Wybrałam wersję wersję minimum - usunięcie gałęzi, które mogły komuś kto szedł do komórki spaść na głowę.


Przy okazji przycięte zostały drzewa owocowe.


Przeczytałam kolejną bardzo smutną książkę, Katonielę,

To pierwsza od bardzo dawna (tak dawno, że nie pamiętam poprzedniej), w miarę dobra powieść o współczesnej Polsce. Tytułowej Anieli, nauczycielce  w jednym z miast we wschodniej Polsce, nie udaje się w życiu:

(...) jak to możliwe, że Poli udało się, a mnie nie, o co chodzi, co straciłam, co przegapiłam, czego nie zrobiłam, do spowiedzi nie chodziłam, za mało się za męża modliłam, źle mu gotowałam, za rzadko dupy dawałam, spotkania święte jego, kyrieelejson, olewałam, z Ducha Świętego drwiłam, glosolalii nie rozumiałam, języka aniołów się nie nauczyłam, a powinnam, bo ludzka mowa do męża mego nie dociera; teściowej nie lubiłam, zmorę Barbarę „panią" nazywałam, dziecku memu przykładu dać nie umiałam, zdradzałam, bo chciałam, ale bądź miłościw mnie grzesznej, bo winy wielkiej nie czuję.

Z tym, że nie tylko Aniela ma poczucie przegranej. W tej książce wszyscy są nieszczęśliwi, tkwiąc w toksycznych związkach i czując przejmująca samotność, dźwigają swój "krzyż". Rzadko kiedy decydują się uciec, a jeżeli już, to sukcesem kończą się jedynie ucieczki na cmentarz. Elementem porządkującym życie jest religia. Na co dzień wiara sprowadza się do bezmyślnie wypowiadanych formułek i obowiązkowo odprawianych rytuałów, ale w zamian daje siłę, pozwalającą  znosić nieudane życie. Budzą współczucie w tym swoim nieszczęściu i przekonaniu, że ich życie tak wygląda, bo tam na górze tak postanowiono. Okładka jest myląca, książka nie jest pisana z antyklerykalnych pozycji, autorka pisze o sobie, że jest katoliczką i że napisała tę książkę ze złości na zakłamane postawy niektórych katolików.

Przed zabraniem się za czytanie kolejnego smuta, wzięłam do ręki urocze czytadełko:


We współczesnym Londynie żyją bogowie Olimpu, coraz słabsi, coraz gorzej adaptujący się do współczesnego świata ... watek romansowy jak z serialu, ale niektóre dialogi i scenki godne Monty Pythona.

Poszłam na Lektora - tak jak przypuszczałam, oskarowa popierdułka. Kate Winslet też znowu nie aż taka wspaniała. Poza jedną sceną przesłuchania w sądzie, przez większą część filmu robi na zmianę kilka min. Jak dla mnie w Drodze do Szczęścia była lepsza. Film w warstwie historycznej mocno irytujący. Sąd skazuje za przyzwolenie na spalenie żywcem 300 zamkniętych w płonącym kościele kobiet, ale nie interesuje go to, że siedzące na ławie oskarżonych kobiety, strażniczki w Oświęcimiu,  w ramach swoich "obowiązków służbowych" przeprowadzały "selekcję". Film przechodzi nad taką filozofią do porządku dziennego - jak mówi jeden z bohaterów, profesor prawa na Uniwersytecie w Heidelbergu, w obozie w Oświęcimiu pracowało ponad 8 tysięcy osób i  to, że  ktoś tam pracował, to jeszcze nie powód, by go za to skazywać.


Tak przy okazji - minęły czasy gdy na sali w Kinotece często siedziały 2-4 osoby, a 10 to już był tłum.  Nie można też wpaść w ostatniej chwili do kina, bo w kolejce bilety stoi się czasem i 15 minut (w tym tygodniu bilety na kartę zdrożały o złotówkę i kosztują teraz 14 zł). 


niedziela, 15 marca 2009

Awaria prawej kończyny górnej

Coś mi się stało. Boli mnie łokieć. Boli mnie nadgarstek. I to tak samo z siebie, nie na skutek urazu. Najdrobniejszy ruch ręką i czuję ból. Wprawdzie nie obezwładniający, ale taki przypominający, że coś jest nie tak. Zaczęło się to w środku tygodnia i nasiliło się, gdy w sobotę przez dwie godziny poukładałam trochę drewna. Chwilowo jeszcze nie ma tragedii -  drewno jeść nie woła, sweter na drutach też może poczekać. Ale już za chwilę pełną parą muszę ruszyć z pracami polowymi. Jestem tak zdesperowana, że rozważam pójście do lekarza.

Tradycyjnie, witając wiosnę, idąc w sobotę na targ zrobiłam zdjęcie. Jestem tak jak ten staw, skuta lodem własnego niedołęstwa. W tym tygodniu Janka wytłumaczyła mi, na czym polega starzenie się. To podobno nie jest tak, że sprawność powoli pikuje w dół,  tylko następują nagłe "tąpnięcia", po których sytuacja stabilizuje się na takim nowym, obniżonym pułapie, do następnego "tąpnięcia".   Może mnie już tak "tąpło"?


W ramach dopieszczania kupiłam sobie nową komórkę. Wszystko przez to, że gdy w czerwcu skradziono  mi komórkę, wybrałam najtańszy telefon. Szybko okazało się, że wybrałam nie tylko najtańszy ale i najgorszy, bo coraz częściej się zawieszał i to zazwyczaj wtedy, gdy miałam wobec niego zupełnie inne plany. Chociaż zrezygnowałam z dotychczasowej marki, założyłam że wszystkie marki telefonów podstawowe funkcje mają takie same. Zabrałam się za tzw. "personalizację", siadłam do kompa, dowiedziałam się że są takie programy jak, Mp3 Knife i Audacity, ściągnęłam, porobiłam dzwonki, wgrałam do nowej komórki i dopiero wtedy okazało się, że "swój" to mogę mieć w niej tylko dzwonek telefonu, wszystkie inne dźwięki mogę wybierać tylko w ramach  dostępnej w telefonie listy.

Telefon kupiłam na Allegro. Ale korzystam z tego portalu tak jak ze sklepu - wchodzę, kieruje się do konkretnej półki, klikam "kup teraz" i wychodzę. Taka postawa pozwala wprawdzie zaoszczędzić sporo czasu, ale coś za coś - czegoś takiego, co Jack kupił Gumisiowi  na prezent, nie znalazłabym. 

Dwa lata temu czytałam wspomnienia Estery Gessen i wiele opowiedzianych w Esterze i Rózi  historii już znałam. Tyle, że o ile tamte wspomnienia były napisane suchym i beznamiętnym językiem, te, może dlatego że pisane z myślą o szerszej widowni,  językiem  szczebiotliwym i "milusim" - czytanie takim językiem o  losach dwóch żydowskich rodzin w ubiegłym wieku chwilami mocno mi przeszkadzało. Sama opowieść bajecznie ciekawa, jedyne co zawsze w takich historiach straszne, to to, że wydarzyły się na prawdę. Bardzo pouczający jest rozdział o wojennych losach ojca Estery, któremu jako jedynemu z rodziny nie udało się uciec z Białegostoku na Wschód.  Jakub Goldberg był w swoim środowisku znaną postacią, w czasie wojny stał na czele departamentu ekonomicznego białostockiego Judenratu, w dodatku rzucał się w oczy bo był postawnym mężczyzną i chociażby z tych powodów, które wymieniłam występował w wielu wspomnieniach. Czytając spisane po wojnie relacje naocznych świadków jego śmierci rodzina miała  do wyboru dwie historie - rozstrzelanie podczas likwidacji getta i śmierć w Majdanku.  Te sprzeczne relacje o tym jak zginął, stanowią świetną ilustrację powiedzenia kłamie jak naoczny świadek  i pokazując jak wiarygodne są tzw. osobowe źródła historyczne. 


Rusałkę reklamują jako rosyjską Amelię, bo  bohaterką obu filmów jest dziewczyna, która ma "moc" pokierowania tym co się zdarzy. Jak dla mnie, całe podobieństwo między tymi filmami na tym się kończy, Amelia jest bajkowa, Rusałka życiowa i jeżeli już szukać podobieństw, to klimatem film przypominał mi Meduzy. Rusałka to w baśniowej konwencji opowieść o dorastaniu. Po skończeniu szkoły specjalnej szkoły, do której trafiła gdy przestała w dzieciństwie się odzywać, Alisa  razem z matką i babcią przenosi się do Moskwy (na marginesie: po raz pierwszy widziałam film, w którym Moskwa  przedstawiona jest jako tętniące życiem, nowoczesne miasto). Tam, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia ze strony rodziny (babcia mało co kojarzy, mama cały swój czas poświęca na szukanie kogoś, kto by chciał z nią spędzić resztę życia), wchodzi w dorosłe życie. Mnie się ten film bardzo podobał. Chociaż o ile sama opowieść jest naprawdę ciekawa, do tego jak jest to skręcone można mieć sporo zastrzeżeń. 



 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli